Piszesz i chcesz wiedzieć, co myślą o tym inni? Zapraszamy!
więcej o nas

Aktualności



Oceniający

Jest nas wielu i różnimy się od siebie jak tylko można, więc z pewnością znajdziesz w naszym gronie osobę, która z przyjemnością oceni twojego bloga.
wybierz



Zgłoszenia

Chciałbyś zgłosić swój blog do oceny? Wystarczy umieścić swoje zgłoszenie w księdze zgłoszeń. Pamiętaj, aby przedtem przeczytać regulamin.
księga zgłoszeń
Autor:
Etykiety: ,

[130] ocena bloga: wielkadrakawwwe.blogspot.com / CZĘŚĆ PIERWSZA

20 marca 2018
Tematyka: RPF, wrestling
Autorka: Sleepka Ambrose
Oceniają: Lena i Skoiastel


Na początku bardzo pragniemy cię przeprosić za czas, który musiałaś czekać na ocenę. Szczerze mówiąc, miałyśmy z nią trochę roboty, stąd też okres oczekiwania wydłużył się, starałyśmy się jednak oddać ci jak najbardziej rzetelną pracę.
Materiał jest obszerny, dlatego podzieliłyśmy go na dwie części. W pierwszym poście znajdują się uwagi o pierwszym wrażeniu i treści, natomiast drugi post to podsumowanie, kwestia poprawności, estetyka i zawartość ramek oraz zakończenie oceny. Pełna ocena liczy 221 stron przy standardowym foncie (TNR 12, 1,5 margines) i zawiera 360 tysięcy znaków bez spacji. Na początku pisała ją Lena, ale w tym roku do pracy dołączyła Skoiastel, skupiając się na treści i poprawności. Poza podsumowaniem ocena napisana jest w pierwszej osobie l.pojedynczej, natomiast podsumowanie – standardowo – w mnogiej.
Chciałybyśmy też, abyś doczytała ocenę do końca – szczególnie ostatnie rozdziały wypadają lepiej niż początkowe, dlatego prosimy, byś się nie zniechęcała. A z odrobiną dystansu może być nawet zabawnie. :)
Okej, nie pozostaje nam nic innego, jak zaprosić cię do czytania.



PIERWSZE WRAŻENIE
Adres podoba mi się za klarowność, łatwość w zapamiętywaniu oraz fakt, że nie jest napisany w jednym z języków obcych; od razu orientujemy się, jakiej tematyki będzie dotyczyła treść. Utrudnieniem w zapisie może być zlepek wyrazów, gdyż przy wpisywaniu w wyszukiwarkę łatwo się pomylić przy tej ilości liter w. Na belce widnieje wyłącznie tytuł bloga – w mojej opinii dalej mile widziana jest wygasła metoda z cytatem, aby pojawił się tam jako motto przewodnie bloga, więc do tego zachęcam, ale nie wymagam.
Szablon wygląda nad wyraz ciekawie. Po lewej stronie mamy cztery kadry z WWE, a na środku pięć osobistości (w tym dwie niezwiązane z wrestlingiem). Przedstawiają one realne postaci kojarzone z tym sportem. Biel łączy się z przejrzystością, a poprzez wykorzystane odcienie pomarańczy, czy to brązu, odczuwa się ciepło, co oddaje, według mnie, gorąc na arenie. Font jest prawidłowy, bez błędów wynikających z edycji. Strona czytelna oraz niejaskrawa, dzięki czemu nie atakuje oczu, jak to można spotkać na niektórych blogach.
A jednak w tym wszystkim jest coś, co już na pierwszy rzut oka nieco odstrasza – przytłaczająca ilość informacji w ramce po prawej. Bardzo dużo informacji, które możnaby skrzętnie ukryć w jakiejkolwiek zakładce, aby nie rozpraszały czytelnika w trakcie czytania.
Jest też jeszcze jeden minus dotyczący owego szablonu – nie wiem, czy to wina przeglądarki, czy aktualnie używanego laptopa/komputera z różną rozdzielczością – niestety na Safari tekst wchodzi na zdjęcia po lewej, co utrudnia odczytanie treści (na Chrome – drugim laptopie – działa prawidłowo). I, pewnego dnia, stało się coś takiego:

Mam nadzieję, że uda ci się to jakoś naprawić (screen z przeglądarki Safari).
Po pierwszym wrażeniu wiem, co mnie czeka. Zarówno wygląd, jak i adres zachęcają do zapoznania się z treścią.


TREŚĆ
O samym zapisie tytułów przeczytasz nieco w punkcie o poprawności. Na razie napiszę tyle, że nie rozumiem zastosowania angielskich nazw w polskim opowiadaniu – być może chcesz, by blog był bardziej cool, ale to wcale – wbrew pozorom – nie robi takiego wrażenia. Zamiast tego mamy wrażenie braku konsekwencji.

000.Everything has end.
O rety, jaka niewielka interlinia! Już czuję ten ból po kilku godzinach spędzonych z tak zbitym tekstem. Zdecydowanie sugeruję większe odstępy między linijkami.
Na pewno rzucają się też w oczy wcięcia akapitowe robione za pomocą spacji – są różnych długości, co wygląda nieestetycznie. Jest to, cóż… niezbyt profesjonalne rozwiązanie; od tego są kody CSS na Bloggerze lub tabulatory w Wordzie.
Ostatnim elementem, który mocno kłuje przy pierwszym kontakcie z tekstem, jest stosowanie dywizów zamiast myślników w dialogach. Wrócę do tego w punkcie o poprawności, ale kiedy widzi się coś takiego już w prologu, no to z marszu nie buduje się dobrej opinii o tekście.  
Okej, a co o samej treści? Jest… średnio. Powtórzenia mogą odbierać przyjemność z czytania. Błędy jako takie będę jednak wymieniać w osobnym podpunkcie (jest ich zwyczajnie za dużo i wymagają selekcji), ale tutaj pozwolę sobie na kilka wątpliwych cytatów, odnośnie tylko samego przekazu, a nie poprawności:
Obraz rozmazał się tak mocno, że teraz widziała tylko smugi. – Jakie? Czego?

W końcu poczuła jak czyjeś ręce łapią ją w talii i podnoszą za plecy. – W sensie, że czyjeś ręce chwyciły ją dosłownie za plecy? Za skórę na plecach? A może za kark, jak kota? To ile bohaterka musiałaby mieć tam warstw tłuszczu, żeby tak się w ogóle dało? Tobie pewnie chodziło o to, że ktoś załapał Tarę w talii i przerzucił ją sobie na plecy, ale w rzeczywistości to naprawdę tak nie brzmi.

Może krzyczała, a może nie. Nie miała tyle świadomości by to ocenić. Nie chciała myśleć o jej przyjaciołach i rodzinie. Nie chciała by musieli na to patrzeć. – Przekonujesz mnie, że dziewczyna jest na skraju wyczerpania, wszystko jej się rozmazuje i traci świadomość, ale jednocześnie bohaterka myśli o swoich przyjaciołach, rodzinie, martwi się nimi – ten obraz się wyklucza. Dalej bohaterka błaga, by nie robić jej już krzywdy i myśli o tym, że ktoś z nią zaraz skończy. Jej myśli – poprawnie sformułowane, pełne – zapisałaś kursywą, więc wychodzi na to, że Tara jest w miarę świadoma i ogarnia, co się z nią dzieje. W tym samym czasie narrator absolutnie temu zaprzecza.

Była zbyt dumna, ale jej usta jakby same zaczęły to robić, gdy zobaczyła jak zbliżają się do ściany klatki. – Ze zdania wynika, że bohaterka widzi, jak jej usta zbliżają się do klatki i jakby się temu nawet dziwi…? Problemem w takich sytuacjach jest gubienie podmiotów. W samym prologu nie zdarzyło się to tylko raz. Inny przykład:
Czuła bòl setki razy w swoim życiu. Na tym polegała ta praca. Ta pasja. Bòl był nieodłączną częścią wtestlingu i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, gdy pierwszy raz stanęła w drzwiach dojo Mickey'a Linnleya. – Jak już pisałam, o błędach interpunkcyjnych, literówkach czy tych z odmianą imion porozmawiamy niżej. Cały fragment idealnie obrazuje inny problem, który wpływa bezpośrednio na przekaz – wychodzi na to, że pasja zdawała sobie sprawę z tego, że ból jest częścią wrestlingu. Totalna bzdura.
Skrótowy prolog uświadamia czytelnikowi, że na pewno nie będzie łatwo – od razu zostajemy wrzuceni w wir akcji i to w dodatku niezbyt pozytywny dla bohaterki. Po tak krótkiej dawce twojej twórczości nie jestem w stanie powiedzieć nic ponad to, że Tara w świecie WWE jest ledwie nowicjuszką.


001. Bushing in the air.
Od początku kopiowałam do notatnika zdania, do których miałam jakieś uwagi i wiesz co? Po kawałku rozdziału zauważyłam, że… musiałam skopiować prawie każde zdanie, akapit po akapicie. To okropnie upierdliwe. Dlaczego?
Zacznijmy od tego, że mam wrażenie, jakbyś pisała opowiadanie dla siebie, a nie dla mnie, czyli dla czytelnika. Jakbyś nie zdawała sobie sprawy z tego, że nie siedzę w twojej głowie i póki nie poznam miejsca akcji oraz bohaterów poprawnie opisanych i jasno wprowadzonych do historii, to nic z niej nie wyniosę albo będzie dla mnie wątpliwa. Nawet jeżeli piszesz RPF, to akurat te dwie postaci to (sądząc po braku informacji o nich w Google) twoje OCC, na dodatek RPF nie usprawiedliwia niejasnych opisów (to tak na przyszłość). W każdym razie rozdział rozpoczyna się  tak:
- Auć! - jęknęła Eveline, pocierając dłonią potylicę, w miejscu, w którym dopiero co, coś ją uderzyło.
Spojrzała na materac i niedaleko poduszki zauważyła czarny, kanciasty kamień, przypominający węgielek, których pełno było na ich podjeździe.
Ich to znaczy kogo? Czy Eveline mieszka z osobą, która wrzuca jej do pokoju kamienie? Czy piszesz o kimś innym? Później wykorzystujesz masę zaimków, ale wspominasz o dwóch albo nawet trzech kobietach i każda z nich to jakaś ona (używasz: jej). Ty wiesz, kogo masz akurat na myśli, bo jesteś autorką, ale ja tego nie wiem: Eveline pewnie z dołu nie trafiłaby nawet w okno jej [swojego, Tary czy jeszcze kogoś innego?] pokoju.
Twój narrator używa czasem tzw. mowy pozornie zależnej i zaczyna stylizować narrację na bardziej należącą do Eveline, wypowiada się wtedy luźniej, wspomina jakieś sytuacje, w których obie dziewczyny brały udział. Ale w takich fragmentach narrator nie powinien nazywać bohaterki po imieniu albo używać do tego trzeciej osoby, tylko powinien mówić jakby o niej w sensie o samej sobie. O co chodzi? A o to, że pokój Eveline powinien być dla niej swoim pokojem, a nie pokojem Eveline albo jej pokojem. Gdy używasz imienia, to właściwie jeszcze pół biedy, bo przez to tekst staje się tylko cięższy, mniej naturalny. Ale gdy używasz zaimka jej (w trzeciej os. zamiast w pierwszej), mam wrażenie, że narrator opowiada o jakiejś trzeciej dziewczynie, której imienia jeszcze nie poznałam. To okropnie mylące i przez takie pisanie pod siebie – nie wczuwając się w czytelnika, który nie zna bohaterów i dopiero zaczyna historię – zmuszasz mnie, bym przeczytała dwa razy scenę, aby w pełni ją zrozumieć. To nie powinno tak działać.

Jednak jako, iż rolę impulsywnego maniaka w tej relacji miała w posiadaniu Tara, jej zostało tylko wyobrażanie sobie, jak pięknym byłoby jej życie, gdyby miała normalną koleżankę. – Widzisz? Tutaj, przykładowo, chodziło ci o to, że życie Eveline byłoby piękne bez Tary, ale użyłaś jej, a podmiotem w zdaniu jest Tara (to ona ma coś w posiadaniu). Fragment jest niejasny na pierwszy rzut oka i wprowadza w niezłą konsternację. Jakby Tara wolała żyć bez Eveline albo jeszcze innej dziewczyny.
Dosyć groteskowy jest fakt, że jakaś nastolatka trzyma w pokoju drabinę linową. I to taką naprawdę imponującą, bo spuszczaną z wysokości trzeciego piętra. Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że ktoś ma u siebie takie cacko. Rodzice na to nic nie powiedzieli? Nie widzieli, że ich córka ma coś takiego? Nigdy nie usłyszeli hałasu, jaki dziewczyny zapewne robiły? Rozwijanie tej drabiny samo w sobie musi być komicznym widokiem, chyba że pokój dziewczyny jest całkiem spory... Policzmy to sobie. Średnio mieszkanie ma pewnie z dwa metry wysokości. Jak pomnożysz razy 3, dodając jeszcze grubości ścian i wysokość od podłogi do okna samego trzeciego piętra, to nagle wychodzi z tego absurdalna długość siedmiometrowej drabiny? No będzie coś w tym stylu. Wyobrażasz sobie trzymać na przykład coś takiego zwinięte pod łóżkiem albo w szafie? Mając DWANAŚCIE LAT? I w ogóle skąd Eve wzięła/zrobiła taką drabinę?
Dalej wspominasz o tym, że sąsiedzi skarżyli się rodzicom i w sprawie interweniował ojciec, ale nic z tym nie zrobił, tylko urządził pogadankę. I to ledwo pogadankę, w której sam zasugerował, że jego dwunastoletnią córkę prawdopodobnie odwiedzają w nocy koledzy. Serio, nie zrobił nic więcej? Aż dziwne i mało prawdopodobne – zapewne by tę drabinę odebrał, a może nawet zamontował kraty w oknach, jeżeli należy do tych kontrolujących za bardzo. Jeśli rozmawiamy o realizmie, no to nie ma go tu za grosz.  
Nielogiczne jest też dla mnie to zdanie:
Jeszcze kiedy miały po dwanaście lat Eve bała się, że Tara spadnie. Teraz jednak bardziej bała się, iż Tarze znów odbije i dziewczyna po prostu zeskoczy. – Wcześniej narrator wspomniał, że Tara musi wejść po tej drabinie na trzecie piętro. Jakim cudem ma teraz zeskakiwać? Powinnaś wspomnieć, że podczas wychodzenia postanowi zeskoczyć, zamiast zejść. Chociaż może też faktycznie sugerujesz nam, że ona skacze z samej góry? Ale masz świadomość, jakie to niebezpieczne nie tylko dla dwunastolatki, lecz i dla dorosłego człowieka?

Dziewczyna bowiem, ani bez żadnego cześć, ani pocałuj mnie w dupę po prostu ruszyła w stronę szafy Eveline i zaczęła żywiołowo grzebać w jej szufladzie z bielizną. – Zaraz, chwila. Jakiego bowiem? Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego nagle odzywa się narrator? Zabieg znany z opowieści dla dzieci albo starych legend i podań, stylizujący nieco archaicznie… Jednak od początku twojej historii mamy narratora wszystkowiedzącego, opowiadanie jest współczesne i na pewno zależy ci, aby czytelnik wczuł się na tyle, by zapomnieć, że tylko czyta opko. To dlaczego wyrywasz mnie nagle z tekstu i przypominasz, że masz jakiegokolwiek narratora? On powinien być niezauważalny.
Na dodatek cześć i pocałuj mnie w dupę to cytaty, więc powinny znaleźć się w cudzysłowie. Poza tym ta partia z dupą… mowa pozornie zależna czy karykaturalny narrator, który raz korzysta z archaicznych bowiem i ciężkostrawnych nękających kijów, a raz rzuca kolokwializmem? Nie mogę odróżnić.

- Felix Ci to powiedział? I ty mu wierzysz? Przecież on Cię nie znosi, nie powiedziałby Ci nic bez powodu - Eve zaczęła ujawniać swoje podejrzenia przed przyjaciółką, z niechęcią wkładając na siebie strój. – Okropna ekspozycja. Przecież ujawnianie swoich podejrzeń przed przyjaciółką wynika z dialogu i przed momentem o tym przeczytałam!
Nie musisz mi tłumaczyć, co czytam. Potrafię wyciągać wnioski z tego, co mam przed oczami i jeżeli widzę rozmowę pełną wątpliwych pytań, to z góry wiem, że bohaterka ma podejrzenia. Na dodatek dziewczyny są dwie, są przyjaciółkami (wywnioskowałam to ze sceny, w której Eve wpuszcza Tarę do swojego pokoju i rozmawia z nią otwarcie. Ba, dziewczyny się nawet obok siebie przebierały) to samo w sobie świadczy o przyjaźni, prawda? Po co mi podkreślona część? Do kosza! Nie działaj tak ekspozycyjnie, bo definitywnie odbierasz mi radość z czytania.Chwalę wyraźne ukazanie dziewczyn jako swoich przeciwieństw – buńczuczna, harda Tara oraz spokojna, niezdarna Eve. Powstało nawet motto Tary. Powiedzonka to jeden z dobrych sposobów stylizacji postaci. Felixa, postać dalszoplanową, opisałaś w sposób bardzo obrazowy, z całą pewnością nie będzie on pozbawiony indywidualnych cech (jeśli przestanie być tylko wspomnieniem i pojawi się w dalszej części tekstu).
Użycie sformułowania psychopatycznego taliba jest dosyć rasistowskie. Można było napisać terrorysty, ale i tak wyszłoby podobnie. Bo psychopatyczny może być też muzułmanin, Afroamerykanin, jak i Europejczyk czy chrześcijanin. Narrator powinien unikać porównań, które można uznać za obraźliwe.

Przez chwilę Eveline miała zamiar odmówić, ale wtedy w jej umyślę, rozbrzmiała głośna muzyka trąb. You can't see me. – A ta angielska wstawka, to, przepraszam, co to jest? Tytuł piosenki? Tekst śpiewany? Wpleć go jakoś w zdanie, a nie twórz osobnej części, nie zostawiaj go samego sobie, bo się nie domyślę.
Opis klubu wprowadza w klimat, ale mogłaś sobie darować powtarzanie w każdym zdaniu czasownika być. W ogóle cały fragment zawiera masę podstawowych błędów, ale o tym niżej. Zabrakło mi też porównania z Eveline, bo przed deskrypcją wspominasz, że: widząc Eveline na ulicy, nikt nie byłby w stanie powiązać jej z tym miejscem – i nic więcej w temacie, więc nie mam jak się do tego odnieść.
Użyłaś po raz pierwszy sformułowania blondynka – problem jest taki, że nie wiem, która z dziewczyn ma taki kolor włosów, bo wcześniej ani razu o tym nie wspomniałaś (ani o tym, która to brunetka, szatynka czy ruda). Fakt, że zdjęcia bohaterek wiszą w zakładce, to nie jest wytłumaczenie.

Z pozytywnym zdziwieniem musiała przyznać, że nawet kobiet było tu dziś więcej niż zazwyczaj, kiedy to na jedną kobietę przypadało tu około ośmiu napalonych, ociekających testosteronem śmiałków. – Tym razem przypadało ośmiu czy ogólnie przypada ośmiu? Nie jest to jasne w tym zdaniu.
Sugerujesz czytelnikowi, że coś będzie nie tak i oto jest walka grupowa, prawie że na śmierć i życie, aby zdobyć bilety na galę RAW – osobiście mnie to zaskoczyło. W tym fragmencie opis walki silnie oddziałuje na wyobraźnię. Jednak problem jest z rodzajami ataków – powerbomb czy flying elbow, prócz domyślenia się, co oznaczają, po przetłumaczeniu ich na język ojczysty wiele mi nie mówią. Jeden opisałaś szczegółowo, o drugim tylko wspomniałaś z samej nazwy. Powinnaś dokładnie je opisywać, pokazać, jak one wyglądają w działaniu. Dodam jeszcze, że ataki zapisujemy małymi literami – nigdy dużą. Część słów z opowiadania mogłabyś też tłumaczyć. Nie stricte nazwy ataków czy konkretnych ciosów albo tricków, ale jeżeli stosujesz samo kick (jako kopnięcie) lub back (jako skrót od backstage'u), to nic nie stoi na przeszkodzie, byś to tłumaczyła (jako właśnie kopnięcie albo tyłyzapleczekulisy itp.).
Inny problem, że, czytając, mam mocne wrażenie odczapowości sceny. Chyba mi umknęło, ale ile bohaterki mają aktualnie lat? Bo z jednej strony w domu chowają szybko drabinę i boją się sąsiadów i rodziców, a z drugiej idą sobie bez pardonu do klubu wrestlingowego i biorą udział w samobójczej akcji. I od razu też czuję kolejną sprzeczność: z jednej strony zaznaczasz, że w klubie było więcej facetów – napakowanych, obleśnych, rządnych krwi – a z drugiej strony Eveline jakby nigdy nic wdrapuje się na jakąś linę, z której zeskakuje na matę w tłum i rozbija łokciami zęby jakiemuś chudzielcowi; nagle okazuje się, że takie maleństwo jak ona ma jakąkolwiek szansę. Poza tym zakładam, że opisane wydarzenia wrestlingowe w takich miejscach dzieją się późnym wieczorem, jak nie nocą. Wcześniej bohaterka nazywa swojego ojca apodyktycznym, bo ten martwi się o córkę. Czy w ogóle on wie, czym zajmuje się ona po nocy? I czy nikt przed klubem nie miał problemu, by wpuścić takie małolaty do takiego miejsca?
[UPDATE: Postanowiłam w tym momencie odpalić zakładkę o bohaterach. Okazało się, że dziewczyny mają dziewiętnaście lat. Szkoda, że dowiaduję się tego stamtąd, a nie z treści. Bo co, gdybyś chciała opublikować to opowiadanie nie na blogu, ale, na przykład, w wersji drukowanej? Porobiłabyś specjalne strony w książce, bo zakładka opisuje bohaterów lepiej niż treść?].
Poza tym mam problem w ogóle z ringiem. Lena, kiedy zgłaszałaś się do niej, pisała, że zna się na wrestlingu, ale z drugiej strony przecież nie tworzysz tylko dla takich odbiorców. Powinnaś tak opisać miejsce akcji, abym mogła je sobie wyobrazić bez problemu. A problem mam. Przede wszystkim piszesz o linach, ale nie wiem jakich. One zwisały z sufitu? Czy chodziło ci o liny oddzielające publikę od ringu? Podejrzewam to drugie, ale myli mnie zdanie (...) Eveline wspięła się na najwyższą (w domyśle: linę). O co chodzi? Jak to sobie wyobrazić? Nie wiem, nie bardzo potrafię. Moja wyobraźnia nie działa.

Potrzebowała paru sekund by wziąć się w garść, jednak wiedziała, że tyle nie będzie jej dane. – Chcesz mi powiedzieć, że dziewiętnastolatka dostała po mordzie tak, że ledwo widziała i kontaktowała, miała gdzieś otwartą ranę na głowie, ale… wystarczyło jej zaledwie kilka sekund, by się ogarnąć? Zrozumiałabym adrenalinę, ale w scenie mówisz też o utracie świadomości.
Wrestling jest widowiskiem reżyserowanym. To, co ty opisujesz, to jakieś koszmarne, niekontrolowane mordobicie. Laska dostała porządne ciosy pięścią na twarz i… nic? Wstała, otrzepała się i poszła wykonywać kolejny flying elbow, jakby ten nie wymagał żadnego wysiłku? Dopiero jak dostała sążnistego kopa, to się w końcu położyła na potłuczonych butelkach:
Przypomniała sobie dopiero gdy rwący, lecz krótki ból odbierający świadomość przeszył jej czaszkę. Ktoś ją kopnął. To był drop kick. Piękny, ale piekielnie bolesny. – No ale chwila. No to skoro ten kopniak odebrał jej świadomość, to skąd ona wiedziała, że to był piękny drop kick? Jaką miała jeszcze szansę na to, by go ocenić?

To uderzenie nawet mocno nie bolało. No, może przez pierwsze parę sekund. Ono odbierało świadomość. – Tak, to już wiem. Już o tym pisałaś kilka zdań wcześniej. Potem Eve wciąż przytomna leżała i gapiła się, aż w końcu obok siebie zobaczyła kopertę. Fajne rozwiązanie, naprawdę, ale tak cholernie nieprawdopodobne, że ciężko to łyknąć.
Eveline stała szybko i zaatakowała jedną osòb stojących w tłumie, bijących Tarę. – Co? Jak to? Cały tłum bił ją jedną? I ona to przeżyła? Chyba nieco ponosi cię wyobraźnia.

Złapała wysokiego, łysego faceta w zamszowej kurtce i wykręciła mu ręce i zanim zdążył się wyrwać się z uścisku dużo słabszej dziewczyny, ta podskoczyła i podrzuciła go delikatnie do gòry i nabiła kark faceta z całej siły na swe kolano. – Ej, ale przed chwilą pisałaś, że Eve traci świadomość, potem że leży połamana i ma problem ze wstaniem. Ogólnie słabo jej szło, narzekała na pokaleczony szkłem bok i nagle: JEB! Nagły powrót sił? Wykręcamy ręce i podrzucamy faceta? Przecież to się w głowie nie mieści! Określenia podrzucić delikatnie i nabić na kolano wzajemnie się wykluczają w tej sytuacji. Dalej mamy coś takiego:
Mężczyzna, który trzymał Eve w talii teraz przesunął swoją masywna rękę wyżej i zaczął dusić dziewczynę. Eveline próbowała się wyrwać, ale nie była w stanie. Charczała jak zepsuty motor, a przed oczami zaczęły tańczyć jej mroczki. 


A więc bohaterka była bita po twarzy, kilka razy traciła świadomość, ktoś ją nieźle wyszarpał i skopał, sama pokiereszowała się szkłem na podłodze, a teraz ktoś ją dusi. Wiesz, że ona powinna nie wyjść stamtąd żywa, prawda? A przynajmniej przytomna? To tylko szczuplutka dziewiętnastolatka.

Tuż za nią ze stalowym krzesłem w dłoni stała tara. Cały jej brzuch pokrywały siniaki. – Siniaki tak szybko nie wychodzą. Poza tym wiem, że to nie ten podpunkt, ale muszę o tym wspomnieć już tutaj. Ciekawe co cię poniosło, by pisać imię bohaterki małą literą? Ten wir niemożliwej akcji? To dość… niepokojące. W rozdziale w ogóle pełno jest takich leniwych błędów, które dałoby się wykluczyć, czytając na spokojnie tekst przed publikacją – chociażby dzień lub dwa po napisaniu notki.

- No co? Miałam pozwolić cię udusić? - zapytała z ironią w głosie, ale jej głos się zrywał, a oddech był płytki. – Co to znaczy, że głos się zrywał? Zrywał się do/od czego?

Brunetka z niechęcią wymalowaną na twarzy wspięła się na okno i wyczołgała się z klubu. – Na jakiej wysokości było to okno, że one się wyczołgały na zewnątrz i jak one się wspięły tam tak poturbowane? Czy klub był w piwnicy albo okno na poziomie podłogi, czy raczej znów użyłaś niepoprawnego w kontekście sformułowania lub skrótu myślowego?

Gdy tylko udało im się wydostać z klubu, Eveline dziękowała Bogu za świeże powietrze, ktòre ich teraz poraczyło.
- Co to miało być?! - wrzasnęła rozwścieczona Tara po czym popchnęła Eveline w krzaki. Dziewczyna ledwo złapała ròwnowagę. – Ej, moment. Przed chwilą po Tarze skakała jakaś banda mężczyzn i dziewczyna ledwo co uszła z życiem, podobno w ekspresowym tempie wszędzie miała siniaki, miała też rozwaloną wargę i w ogóle czuła się jak gówno, za przeproszeniem, wcześniej była też świadkiem duszenia koleżanki we wcale nie lepszym stanie, której pomogła. Obie właściwie cudem przeżyły, a teraz rzucają się po krzakach? Co tu się tak właściwie dzieje?!


Szanuj czytelnika i jego wyobraźnię. Albo podsuwasz mi obraz, że było ciężko, niebezpiecznie i dziewczyny cholernym fartem wyślizgnęły się z tej mordowni – w spazmach, ledwo przytomne i świadome – albo nic im nie jest i wcale nie było tak trudno, jak opisałaś, więc mogą się rzucać w krzaki. Nie możesz mieszać, bo wprowadzasz w konsternację i tracisz moje zainteresowanie tak chaotycznym tekstem, w którym brak zupełnie jakiejkolwiek konsekwencji i – przede wszystkim – realizmu.


002. Chicago fire.
Około trzeciej nad ranem obolałej Tarze udało się dojść do Leycey's Square. – No dobra, tylko że ja nie wiem, co to jest to Leycey's Square. W sensie mogę to sobie przetłumaczyć i wtedy mam jakiś plac Leycey. Google Map nic nie mówi o istnieniu takiego miejsca w Detroit – to raz. Dwa, że Google w ogóle nie mówi nic o istnieniu czegokolwiek, co pisałoby się Leycey (natomiast podpowiada mi, że podobny plac – Lacey – znajduje się chociażby w Irlandii i jego nazwy się nie odmienia, mamy: Lacey Square, czyli plac Lacey). Trzy – nie opisałaś w żaden sposób tego, jak taki plac wygląda, bo dalej wisi już opis samego miasta. Nazwa mi nic nie daje w tym momencie. Nie porusza w żaden sposób mojej wyobraźni. Nie wiem, gdzie bohaterki są.

Rzeczywiście, wspòlny kawałek drogi przeszły wsparte o siebie, a nieliczni ludzie przechodzący obok nich uznawali je za jakieś zapite w sztok pannice.  Nie za bardzo chce mi się wierzyć, że ludzie sądzili, że dziewczyny są tylko podchmielone. Krew na włosach, rozwalona warga, siniaki i opuchnięcia nie świadczą przecież o byciu pijanym. To już mogłaś napisać, że ludzie się nie interesowali, mieli swoje sprawy, spieszyli się i byli obojętni, ale żeby tak po prostu tylko sądzić o pijaństwie? Wszyscy zgodni jak jeden mąż? Nie kupuję tego.

Eveline miała rozciętą wargę, a rana na skroni splamiła jej blond włosy krwią, ale poza powierzchownymi zadrapaniami wiele więcej jej nie było. – Czego nie było – krwi czy zadrapań? Czy może chodziło ci o to, że Eveline nic więcej nie było? Jak zadrapań, to ich nie było, a jak krwi, to przebuduj zdanie, np. Eveline miała rozciętą wargę, a rana na skroni splamiła jej blond włosy, ale poza tym i innymi powierzchownymi zadrapaniami wiele więcej nie zabrudziła, bo tak można opacznie zrozumieć.
Eveline dostała niezłe baty w twarz z pięści, solidnego pięknego kopniaka, miała podobno w boku odłamki szkła z butelek. Tak tylko przypominam… Jakbyś nie pamiętała, o czym pisałaś rozdział wcześniej…

Tara prezentowała się nieco gorzej i wiedziała, co nastąpi, jeśli rodzice ją ta zobaczą. (...) Tara miała zamiar zabawić się dziś w Aniołka Charliego i wśliznąć się do domu niezauważona. – No okej, jasne. Wejść do domu i schować się w pokoju jeszcze się da, ale rodzice musieliby być ślepi, żeby nie zauważyć jej obrzęków, gdy już dojdzie do konfrontacji, chociażby przy obiedzie. O tym nie pomyślała?

Brzuch i lewe udo dziewczyny rozrywał bòl. Całe jej mięśnie były obolałe i napięte. Odczuwała mocno każdy, nawet najmniejszy ruch. – Ej, ale tak zupełnie na poważnie. Ona miała dziewiętnaście lat. Ile jest w stanie wytrzymać tak młoda dziewczyna, żeby w tym stanie jeszcze plątać się po ulicach? Kolejny rozdział jednocześnie narrator mówi, że z dziewczynami jest źle i podkreśla ich bolączki oraz absolutnie temu zaprzecza zachowaniem bohaterek, bo przecież jakoś do domu idą, a potem jeszcze Tara przeskakuje przez płot i… ale dobra, nie będę uprzedzać faktów.

„Stanęła naprzeciwko domu z numerem 22. To nawet nie był dom. To była willa otoczona ogromnym, bogato wyglądającym ogrodem z małą fontanną i paroma sadzawkami. A to wszystko otoczone ozdobnym, podświetlanym, słupkowym ogrodzeniem. Wielu ludzi, łącznie nawet z Evelyn marzyło, by żyć jak Tara. Głupcy. To złota klatka”. – Opis jest właściwie w porządku (poza powtórzeniami), ale zastanawia mnie końcowa myśl Tary. Tak mi się przynajmniej wydaje, że jeżeli ktoś jest mocno potłuczony i ma za sobą naprawdę ciężką noc, to raczej nie myśli o złotych klatkach i o tym, jak inni ludzie postrzegają bogactwo. Wydaje mi się, że takie przemyślenia miałyby inny czas i miejsce w fabule, niekoniecznie w takim momencie, gdy należy już znaleźć się w łazience, opatrzeć rany, przebrać się w piżamę. Bo teraz nie brzmi to jakoś specjalnie realistycznie.

A już szczególnie nie płakać z powodu nadwyrężonego brzucha. – Napisałabym o nadwyrężonych mięśniach brzucha, gdyż samego brzucha się nie nadwyręża. Poza tym pisać o obtłuczonym, posiniaczonym, bo porządnie skopanym brzuchu, że jest ledwo nadwyrężony, to niezły eufemizm.

Tara starała się niezdarnie wygrzebać z sadzawki, jednak przerwał jej dźwięk otwieranych z hukiem drzwi. – Huk? A nie przerwał jej przypadkiem brzuch, na który tak strasznie narzeka? I samo wyrażenie: dźwięk otwieranych z hukiem drzwi jest trochę pokrętne. Wystarczyło napisać: przerwał jej huk otwieranych drzwi. Nie komplikuj.

- Ale ja nie lubię, kiedy tam chodzisz. Dziewczynie z rodziny McTudy nie wypada odwiedzać takich szemranych miejsc. Wyobrażasz sobie co pomyśleliby sobie moi lub ojca przyjaciele z pracy? – I… tyle? Naprawdę? Jeszcze początek rozmowy zapowiadał, że matka Tary będzie się o nią jakoś martwić, zawiezie ją do szpitala na obdukcję czy coś. A okazuje się, że mamusi bardziej zależy na opinii publicznej. Dość ciekawe rozwiązanie i wprowadzasz przy okazji nowy wątek. Mamy okazję poznać matkę Tary i wnikamy w kondycję rodzinną dziewczyny. Trafnie, że umieściłaś ten wizerunek na początku opowiadania.
Aczkolwiek wydaje mi się (a to akurat mocno subiektywna opinia), że opieprz powinien być większy (coś chociażby w stylu: Jak ty wyglądasz?! Wiesz, co sobie ludzie pomyślą?!). Przecież córka wróciła ledwo żywa do domu po spędzeniu nocy w jakiejś mordowni...

Znòw rozmowa wpełzała na te nieprzyjemne tereny. Na samą myśl, o oczekiwaniach jej rodzicòw miała ochotę wyrzucić przez okno kino domowe. – Z tego zdania wynika, że to rozmowa chciała wyrzucić kino. Dość… zabawne.

Tara miała być pokazową laleczką. Taki był zamiar. Miała być chlubą, podziwianą przez przyjaciół rodziny. Plan jednak trochę wymknęły się spod kontroli i mimo wszelkich starań zatuszowania wybryków còrki, Teremunde McTudy dalej była dla społeczeństwa czarną owcą w bogatej, snobskiej rodzinie. – Nie no, chwila, a tak dobrze szło… Najpierw dałaś mi całkiem realny, smaczny dialog, z którego mogłam się bardzo dużo domyślić i to mi w zupełności wystarczyło. Pozwól mi nadal poznawać sytuację rodzinną z zachowania jej członków, z dialogów – niech to wynika z postaci po kolei i subtelnie. Ty natomiast narazie dodatkowo wykładasz mi jasne już dla mnie tłumaczenia za pomocą narracji, a świeże informacje wyprzedzasz, zanim da mi je scena. Jakbyś, nie wiem, bała się, że nie zrozumiem, coś do mnie nie dotrze, nie czytam ze zrozumieniem... trochę jakbyś miała mnie za głupią. Albo jakbyś w jakiś sposób się zabezpieczała.
Scena, którą stworzyłaś (czyli konfrontacja Tary z matką), daje mi wszystko, co powinnam wiedzieć na tym etapie opowiadania. Nie wyprzedzaj też faktów, nie rzucaj mi w twarz wszystkim naraz. Pewne aluzje powtykane między słowa, myśli i wynikające z decyzji i zachowań bohaterów wystarczają. Udowadniaj. Tara nie chce być lekarzem? Już to powiedziała, mam to. Rodzice Tary to snoby pełną gębą? Widać to po ich stylu bycia i w rozmowie. Matka tuszuje podobno wybryki córki? POKAŻ MI SCENĘ, w której tak robi. Nie wiem, niech – na przykład – rano zadzwoni do sąsiadów i poinformuje, że córki nie będzie na niedzielnym barbeque, bo właśnie zakuwa na jakiś tam super prestiżowy kurs za grube hajsy, a nie, dajmy na to, okłada sobie zimnym mięsem sińce po zbójence. Dzięki takim rozwiązaniom ja mam więcej frajdy z czytania, bo wyobraźnia działa (absolutnie nie poruszają jej natomiast suche opisy narracyjne), a ty masz większą satysfakcję, ponieważ zamiast sprawozdania jak wypracowanie szkolne tworzysz sceny z życia postaci i dopiero wtedy bawisz się w boga tego opowiadania, twórcę swoich bohaterów. Dopiero wtedy poniekąd kreujesz jakieś życie.

- Mama walczyła niczym lwica o edukacje (niechcianą edukacje) còrki. – O, widzisz? Znów wszystko podpowiadasz i psujesz zabawę. Dalej robisz to samo, opowiadając o tym, że matka Tary chciałaby spacerować z nią po oddziale i widzieć, jak córka popisuje się wiedzą. Tylko szkoda, że w tym momencie jesteśmy z Tarą w przedpokoju, kiedy dziewczyna nie jest za bardzo w stanie pozwalającym na takie przemyślenia. Zabijasz płynność tekstu, odrywając mnie z tu i teraz na rzecz jakiegoś bajdurzenia narratorskiego. Jak pisałam: nie to miejsce, nie ten czas.

Głos mamy był podniesiony. Krzyczała, czym obudziła służbę. - Do pokoju. Już. – A przypadkiem nie pobudził ich plusk w sadzawce, szczekanie psa, alarm i cały wcześniejszy harmider? I nie przypadkiem do łazienki? Raczej pani McTudy byłaby niezadowolona, gdyby Tara – aż tak brudna i śmierdząca – łaziła jej po domu...
Opisałaś pokój Teremunde niby wystarczająco, zarazem cząstkowo. Jakiś tam żyrandol, jakaś tam jasna podłoga, jakieś tam łóżko... Brakuje mi sprecyzowanych cech tych przedmiotów. Machoniowy, sosnowy, dębowy – jest wiele określeń koloru m.in. drewna, z którego tworzy się meble czy podłogę. A żyrandol może być różny: od kryształowego po papierowy, od pojedynczego do wieloramiennego. Dlatego prócz powiedzenia, co się znajduje w danym pomieszczeniu, sprecyzowanie cech daje kompletnie inne wrażenia czytającemu. Na dodatek w jednym akapicie opisujesz pokój jako pozbawiony indywidualnego charakteru, nie wyrażający sobą niczego, a dalej wykorzystujesz określenie modernizmu, którego jedną z cech jest eksponowanie indywidualizmu [KLIK]. Więc jak to w końcu jest? I ten modernizm wyklucza się też poniekąd z określeniem pokój mnicha. Mnisi na pewno nie mieli wiele wspólnego z modernizmem.
Zaraz… czy ty faktycznie napisałaś, że ona po wejściu do pokoju od razu położyła się na łóżku? Przecież przed chwilą była cała poobijana, w krwi i spocona, jeszcze przed domem wpadła do sadzawki. Fajnie, że mama podała jej puchaty ręcznik, ale przecież on nie sprawi, że wszystko magicznie w niego wsiąknie i dziewczyna będzie już sucha i odświeżona.

Zbliżał się wrzesień i Tara wiedziała, że nie będzie sobie mogła pozwolić na kolejny rok przerwy od studiów. A rodzice nie mieli zamiaru odpuścić.
Poczuła w kieszeni mały papierek i wiedziała, że to jej bilet na Raw. Jakby znikąd doznała olśnienia i wiedziała już co robić. Nie pozwoli stłamsić swoich marzeń. – Za szybko przeszłaś do wyczucia papierka w kieszeni. Dziewczyna leżała, leżała i tak znikąd poczuła ten papier. Jakby wsunęła rękę do kieszeni po, chociażby chusteczkę, papierosa, gumę do żucia, wyjąć coś, co ją uwierało już jakiś czas i wtedy poczuła ten papier – nadałoby temu fragmentowi naturalności, a tak wygląda to sztucznie. No i to wszystko powinno być w tej kieszeni przemoczone – przecież Tara wpadła do sadzawki.

Sięgnęła do leżącej na nocnym stoliku komòrki i wystukała najlepiej jej znany numer. – Wiem, że po tej kwestii jest dialog, w którym Eve zaspana odbiera telefon, ale… czy Tara jest tak zupełnie sprawna umysłowo? Leży w mokrych ciuchach w pościeli, nieźle jest poturbowana (cały pierścień fioletowych sińców na brzuchu, zaschnięta krew spływająca z nosa, zdarty z uda kawałek skóry i posklejane brudem i potem włosy) i to, o czym akurat teraz myśli, to coś w stylu: muszę zadzwonić do Eve, która też jest ledwo żywa i pewnie dawno śpi. Taka ze mnie prawdziwa przyjaciółka, że przerwę jej rekonwalescencję, bo AKURAT TERAZ MUSZĘ JEJ ZADAĆ GŁUPIE, NIEPRZEMYŚLANE PYTANIE...

- Mam pytanie. (…) Nie będę owijać w bawełnę. Jedziesz ze mną do Chicago? - wydusiła z siebie, chodź wiedziała, że proszenie przyjaciółki o coś takiego to naprawdę dużo. I tego długu może nie być nigdy w stanie spłacić.
- Kiedy?
- Teraz. Natychmiast.

Ej, one są ledwo kilka godzin po mordobiciu. Nie napisałaś, by się jakoś opatrzyły, wykurowały, odpoczęły. Eve przecież też mieszka z rodzicami, ma nawet apodyktycznego ojca. I on nagle nie ma nic przeciwko takim wybrykom? Brakuje mi ewidentnie scen, w których dziewczyny szykują się do podróży po takiej hardkorowej nocy. Dużo przeszły, właściwie z twoich niektórych opisów wynika, że ledwo uszły stamtąd z życiem (kilka razy chociażby traciły świadomość), po kilku godzinach wsiadły do busa, pojechały do Chicago ponad czterysta kilometrów i nagle… chcą się spić?
Cóż. Bardzo fajnie Tara dysponuje swoimi pieniędzmi. (Poza tym dziwne mieć bogatych starszych i oszczędzić tylko sto dolarów na podróż życia. Sto dolarów to odpowiednik naszego banknotu stuzłotowego. To nie jest jakoś wybitnie dużo. Prawdopodobnie już z czterdzieści Tara wydała na jedno miejsce w busie…).
I to trochę głupie: narrator przez 1/3 sceny eksponował, jak to bardzo dziewczyna chce się usamodzielnić, wyrwać rodzicom i jednocześnie zaraz z resztką ze stówki przy boku będzie żerować na przyjaciółce i cioci.

Eveline wyglądała teraz niczym męczennik. Nie lubiła imprez i gdyby nie Tara, pewnie uczęszczałaby tylko na Sylwestry, ewentualnie przyjęcia halloweenowe. – I dlatego tak świetnie odnalazła się na wczorajszym mordobiciu w klubie…

Tara czuła dumę z zaciągnięcia tu Eveline, gdy po wejściu do klubu, mina dziewczyny zmieniła się diametralnie, a szczęka opadła niemal po pas. – Co ty masz z tymi udziwnionymi metaforami? Ten o portfelu rodziców już skomentowałam, drugie (Zrezygnowaną minę Deery widać było chyba nawet po drugiej stronie ulicy) trochę mnie osłabiło, ale postanowiłam na to jednak machnąć ręką, żeby nie czepiać się wszystkiego. Teraz jednak dałaś mi szczękę opadającą niemal po pas. Niemal podkreśla dosłowność, nadaje temu realizm. Coś dzieje się prawie, zaledwie, ale się dzieje…  Przecież szczęka nie mogłaby… Och, no proszę cię!

Klub Titatron, był naprawdę imponujący, a Tara odkryła to, gdy w czasie wakacji pomyliła go z zewnątrz z supermarketem.
Ekhm… A chwilę wcześniej:
(…) dziewczyny dotarły do wielkiego, nieprzyjemnie wyglądającego, klocowatego budynku, wyróżniającego się jedynie ogromnym szyldem, głoszącym tylko jedno słowo: Titatron.
Sugerujesz, że ktoś mógłby taki budynek bez reklam w oknach, bez wózków przed sklepem, bez parkingu, bez witryn sklepowych uznać za supermarket? I czy próbujesz mi wmówić, że Tajtatron brzmi jak nazwa supermarketu? Czy z Tarą na pewno wszystko w porządku?


I czy to nie jest też aby tak, że kluby otwierane są zwykle wieczorami? W sensie o której godzinie ona chciała wejść do tego supermarketu po bułki i mleko? Po dziesiątej wieczorem? (Po co jej ciotce były wtedy bułki i mleko?). Inaczej pocałowałaby klamkę i nie weszła do środka. Poza tym przed takimi klubami zwykle też jest ochrona... Tyle pytań, tyle pytań…

I przyprowadziła ze sobą coś zgoła innego niż jajka i mleko. Przyprowadziła ze sobą największego kaca, jakiego kiedykolwiek miała. – O rety, znowu jakieś udziwnienia. Jajka i mleko są fizyczne (można je przynieść), ale przyprowadzić? Za co? Za uszko w siatce? I metafora znów się udosławnia, gdy obok tych namacalnych przedmiotów stawiasz nienamacalnego kaca. To naprawdę nie jest dobre zestawienie. Jeżeli chcesz podkreślić jakąś abstrakcję albo coś wyolbrzymić – jak to masz w zwyczaju – to możesz, ale nie w parze z czymś, co traktuje się dosłownie.

I dzisiaj miała zamiar zafundować cioci powtórkę z rozrywki. – Nie no spoko. Naprawdę. Przyjechać, będąc ostro nawaloną, do ciotki w odwiedziny bez zapowiedzi, zupełnie bez kasy, jeszcze z obcym gościem śmierdzącym jak cała gorzelnia… To bardzo miło z jej strony.
Opis klubu Titatron lepiej wygląda niż wcześniej wspomniany opis pokoju. A już na pewno wygląda lepiej niż opis poprzedniego lokalu. Niemal każdy skrawek podłogi był zajęty przez wyrwanych z rzeczywistości nastolatków. Wielu z nich pomalowanych było neonowymi farbami, co dawało nieziemski wręcz efekt. – Kto lub co było pomalowane neonowymi farbami? Ludzie czy podłoga? Bo z tego fragmentu jak dla mnie wynika, że to nastolatkowie byli wymalowani farbą, co wydaje się dosyć... specifyczne. Jeżeli oni, to dopisałabym: Wiele osób było pomalowanych neonowymi farbami (...). No i powtórzenia… znów.

- Dobra, koniec tego oglądania. Idę się upić - zapowiedziała przyjaciółce Tara i jak powiedziała, tak zrobiła. – Już użyłaś raz tego określenia, dobrze pamiętam. To się dość mocno rzuca w oczy. Poza tym zastanawiam się, za co ona chce się upić? I czy to też nie jest tak, że wstęp do takich klubów sam w sobie już jest płatny?

Jeden drink, drugi drink. Tyle wystarczyło, żeby wydać tu piętnaście dolarów. Trzeci, czwarty. Tyle potrzebowała, by zgubić w tłumie Eveline. – Bardzo fajna przyjaciółka, nie ma co. Tara wie, że Eveline nie lubi takich imprez, dodatkowo jest w wielkim, obcym budynku, w zupełnie obcym mieście. A wcześniej jeszcze McTudy zastanawiała się, jak tu się odpłaci przyjaciółce za jej poświęcenie i fogle… Ta jej przyjaźń to jest grubymi nićmi szyta, powiem ci.

Piąty i szósty rozbudziły w niej imprezowe zwierzę, a tym samym, zaczęła tracić kontrolę. Obraz zaczął robić się niewyraźny, na duchu było jej błogo, ale ciało było ociężałe i samowolne. Ale było jej tak przyjemnie. Siódmy i ósmy ktoś jej postawił. Tara nawet nie skupiała się na tym co mówi. Poza tym on również nie wydawał się zbyt trzeźwy, więc po co tego słuchać? – Te drinki to chyba jakieś szczyny, chociaż nie powinny, skoro trochę kosztują. Nie uważam siebie za obeznaną zawodniczkę, ale wypić dziewięć drinków w klubie, mając naprawdę drobną sylwetkę, będąc świeżo po podróży, z pustym żołądkiem…? Nie, znowu bajdurzysz.
Poza tym skoro Tara traciła kontrolę i rozmazywał jej się obraz, to znaczy, że nie bardzo chyba gościa słuchała. A tymczasem jednocześnie narrator mówi, że Tara wie, iż typ nie wydawał się trzeźwy i nie słuchała go z własnej woli, a nie – na przykład – dlatego, że nie była w stanie się skupić i starała się chociażby zapanować nad helikopterem. To się wyklucza. Kolejny raz.

Mimo rozmytego obrazu miała jednak wrażenie, że skądś zna tego faceta. Te rysy były jej znane, jakby już parę razy je widziała. Jednak każda głębsza próba zastanowienia się nad tym, kończyła się okrutnym bólem głowy, więc szybko dała sobie spokój. – Nie? Ból głowy w stanie upojenia nie działa tak, że się pojawia i znika, gdy chcesz pomyśleć. A rozmazany obraz sam w sobie już jest doskonałym dowodem na to, że nie widzisz dobrze, więc skąd w ogóle uwaga o rysach?

Tańcząc ze swoim darczyńcą zauważyła, że i Eveline znalazła sobie kompana. – Przed chwilą pisałaś, że Tara ma rozmyty obraz, traci kontrolę nad samą sobą, generalnie znów nie jest z nią najlepiej. Więc jak ona w ogóle mogła tańczyć w takim stanie i jeszcze zauważyć Eveline?

Skupiła się jednak na swoim partnerze. Jedyne co wyraźnie widziała, to jego szeroki, czarujący uśmiech i na tym starała się skupiać. – Z pierwszego zdania wynika, że Tara skupia się na partnerze, a z drugiego, że tylko na jego uśmiechu… To właściwie po co to pierwsze zdanie?
Mimo wszystko końcówka przedstawiająca picie drinków jest ciekawie skomponowana. 
Zwróciłam uwagę jeszcze na coś. W posłowiu napisałaś, że rozdział jest w twoim odczuciu meganudny. I pewnie masz rację, bo tak naprawdę momentami zabiły go ekspozycja i streszczenia. To one wstrzymują akcję i odbierają płynność. Miej to na uwadze.


003. Start by blackout.
Rzeczywistość uderzyła w nią zeusowym piorunem i dziewczyna niemal natychmiast podniosła się do pozycji siedzącej. – Najpierw Syzyf, teraz Zeus... Czo ten narrator?

Jej oczy uderzyła jasność słońca wpadającego przez duże, ścienne okno. Gdy już przyzwyczaiła się do światła, z paniką rozejrzała się dookoła. (…) Lewą ścianę wyróżniało duże okno i drzwi balkonowe, które, dzięki odsłoniętym zasłonom, wpuszczały teraz do pokoju wiele światła. – Bohaterkę uderza rzeczywistość piorunem, a słońce uderza w jej oczy… To jakaś transakcja wymienna?
W miejscu nawiasu znajduje się niemały opis pokoju hotelowego, ale mimo to nie zdążyłam wcale zapomnieć o jasności i dużym oknie, naprawdę.

Próbowała tak usilnie przypomnieć sobie choć skrawek wydarzeń z poprzedniej nocy, że aż rozbolała ją głowa. – Dziwne, że nie bolała ją przez te dziewięć drinków, przez kaca… Którego, jak się okazuje kilka zdań później, Tara wcale nie ma.
Ciężko mi w to uwierzyć, bo akurat drinki, czyli alkohole mieszane, są najczęstszymi powodami tego stanu, a dziewięć to nie jest wcale mała liczba. Może gdyby akcja działa się we Włoszech, gdzie alkohol to zwykle jakieś siuśki… Poza tym potem piszesz, że bohaterka nic nie pamięta. To się trochę wyklucza, no bo urwany film świadczy o naprawdę mocnym stanie upojenia. Brak kaca do tego nie pasuje. Nie wiem, czemu tak bardzo upierasz się, aby za każdym razem, w każdej scenie podawać czytelnikowi sprzeczne informacje, zamiast tworzyć spójną całość, ułatwiać zamiast komplikować na siłę.

Zaklęła w myślach Tara, gdy uświadomiła sobie, że w tej łazience ktoś jest. (…)
- Eveline? Eveline! - krzyknęła ściszonym głosem, choć w pełni zdawała sobie sprawę z idiotyzmu tych prób. Była w pokoju sama, przecież to widziała. Eveline nagle się tu nie zmaterializuje, jeśli Tara będzie ja nawoływać. – No dobra, ale jeżeli ktoś jest w łazience albo w innym pokoju, to właśnie krzyk mógłby tego kogoś przywołać i nie ma w tym nic idiotycznego. Dlaczego Tara jest bohaterką, która wszystkie logiczności uważa za idiotyczne i podejmuje faktycznie głupie działania? Przecież ona nie ma dziesięciu lat. A dojście do wniosku o nie-materializacji jest po prostu kolejnym głupim przesadyzmem godnym dziecka.

Gdy tylko dziewczyna uspokoiła swoje tętno, postanowiła wstać i zajrzeć za łuk. – Wiem, że to skrót myślowy, ale brzmi mocno dosłownie. Nie da się uspokoić stricte samego tętna, na swoje życzenie, od ręki. Może jeszcze jakiś mnich z Shaolin wiedziałby coś na ten temat, ale wątpię, by Tara nabyła taką mistyczną umiejętność. Ona co najwyżej poczekała, oddychając miarowo, aż się uspokoi.

Kto wie, może Eveline słodko tam sobie spała z pełną świadomością poprzedniej nocy i tylko czekała, by wyjaśnić wszystko przyjaciółce? – Ale że spała i czekała jednocześnie? Miała opanowany świadomy sen? Jezu, Sleepka, jak cię proszę. Co ty za cuda robisz z tymi bohaterkami?

Miała na sobie tylko bieliznę, a wokoło łóżka, walały się wszystkie możliwe części garderoby, łącznie z łańcuchami i czapką z daszkiem. – Od kiedy łańcuchy są częścią garderoby, a nie dodatkiem? I co to znaczy wszystkie możliwe? W sensie że skarpetki, rajstopy, rajtuzy, pończochy, podkolanówki, legginsy, kalesony, spodnie, halka, pół-halka, spódniczka, sukienka, body…? I tak dalej? Kalosze i męskie stringi?

Tara spoglądając tak na niego, szybko doszła do wniosku, że telewizja ujmuje mu parę centymetrów. – Tak. Bo to jest to, o czym najpierw myślisz, gdy budzisz się w bieliźnie w pokoju, towarzysząc gwiazdom wrestlingu i absolutnie nie pamiętając poprzedniej nocy. Poza tym pisałaś przed chwilą, że Tara była w szoku. Taka lajtowa myśl teraz temu zaprzecza.

Tymczasem Tara bała się zrobić jakikolwiek ruch. (…) Tarę trochę rozbawił fakt, że wyglądał teraz trochę jak obrażona kura domowa. – I znów: albo Tara się boi, jest skołowana i wystraszona dziwną sytuacją, albo nic jej nie jest, więc sobie heheszkuje w myślach. Albo rybki, albo akwarium. Inaczej nie wiem, w co ci mam wierzyć.

Nie ruszać się? Uciekać? Ubrać? Wszystko na raz? Żadna logiczna opcja nie przychodziła jej do głowy. – Żadna z tych opcji nie jest logiczna. Logicznie byłoby powiedzieć: przepraszam, a tak właściwie CO JA TU ROBIĘ? No i jak Tara chciała jednocześnie nie ruszać się, uciekać i ubierać?
Zauważyłam, że masz strasznie wyolbrzymiający sytuacje styl, lubisz też jakieś znane powiedzonka i kolokwializmy, chyba chcesz być zabawna i pisać luźno, ale nie wierzę, że aby tak pisać, to trzeba wybierać między sensem a jego brakiem. Tworzyć bohaterki głupie, jakby poniekąd nawet niepełnosprawne umysłowo.

Wcześniej zdarzyło jej się to tylko raz, ale ten chłopak był jakimś anonimowym zjadaczem chleba, a nie Enzo Amore'em! – Okej, mam pewne wątpliwości co do używała sformułowania zjadacze chleba w odniesieniu do amerykańskich realiów, kiedy frazeologizm w Polsce wyszedł z poezji Tuwima.

(…) Tara przez chwilę zastanawiała się, do kogo skierowane były te słowa. Dopiero potem zorientowała się, że były skierowane do niej, bo przecież nikogo innego nie było w tym pokoju. Nie zdołała odpowiedzieć, bo chłopak odwrócił się na pięcie i wszedł do drugiego pokoju znajdującego się za łukiem.  Za rogiem brzmi zdecydowanie lepiej.
Tara zastanawiała się przez chwilę (chwila nie określa dokładnie upływu czasu, ale zaznacza, że taki miał miejsce) i dopiero potem dotarło coś do niej… Laska musi mieć niezły problem z łączeniem wątków. Ale taki już na tle choroby psychicznej, na to wygląda. Ze zdania jak nic wynika, że nieźle się zwiesiła i Cass całkiem długo patrzył na nią i… nic nie zrobił. Następnie piszesz, że Cass odwrócił się na pięcie i wyszedł. Jak sobie wyobrazisz scenę dokładnie tak, jak ją rozpisałaś, czyli z tym przedziwnym chwilowym zamyśleniem, a potem zorientowaniem się i nadal milczeniem, to wygląda to aż śmiesznie. Moja rada? Musisz zastanowić się, co ty tak właściwie piszesz. Używać zdań i sformułowań dopasowanych do sceny, a nie hiperbolizujących przekaz. Bo póki co wychodzi… nieprawdopodobnie karykaturalnie.
No i tak właściwie skąd Tara wiedziała, że za rogiem jest kolejny pokój, a nie na przykład jakiś korytarz? Dla niej Cass tylko wyszedł z tego pokoju i zniknął za łukiem. Przecież ona nie znała rozkładu pomieszczeń. (Mieszasz narratora wszystkowiedzącego z perspektywą Tary – jednocześnie jesteśmy w jej głowie, bo wiemy, że się zastanawia i coś do niej dociera psychicznie, oraz wiemy, co się dzieje na zewnątrz, czego ona wiedzieć nie powinna. Uznam to za head-hopping i wyjaśnię szerzej w podsumowaniu).

Eveline tutaj? Świat się wali. – Tara jest albo jakaś cofnięta i nie pamięta, czego chciała jeszcze chwilę temu, albo tak niezdecydowana, że aż głupia. Nie no, przepraszam, ale najpierw dziewczyna bardzo, bardzo mocno chce, żeby koleżanka przy niej była, potem biegnie w samej bieliźnie na pomoc, bo słyszy krzyki Eve, a teraz, jak tylko ją widzi, to ironizuje…

I dla Tary świat logicznego myślenia runął teraz jak domek z kart. – Kolejne powiedzonko narracyjne. Wychodzi na to, że tu naprawdę – jak podejrzewałam – nikt nie ma swojej charakterystycznej stylizacji językowej, tylko wszyscy po prostu lubią powiedzonka.
No i logiczne myślenie dla Tary runęło, moim zdaniem, już w pierwszym rozdziale. Nie ma w niej za grosz logiki. W ogóle nie rozumiem za bardzo wyrażenia świat logicznego myślenia. Że niby Eve była tym światem? Meh, przesada. Dziewczyna nie opuszczała Tary na krok i zrobiła przy niej naprawdę sporo głupot, w których próżno szukać jakiejkolwiek logiki. Gdyby była faktycznie Hermioną tej historii, do wielu głupich scen po prostu by nie doszło.

Tara wychyliła się i złapała koleżankę za nadgarstek w celu wyciągnięcia z pokoju Cassa, do chwilowo wolnego pokoju Enzo. – Czy tylko ja mam problemy z wczuciem się w ogóle w scenę? Cass i Enzo mają jakieś młodociane groupie w pokoju na noc, spoko, w tym półświatku się zdarza. Ale obaj widzą, że laski są mocno skonsternowane – jedna w szoku, druga płacze. Któryś mógłby się odezwać? Coś zrobić? A w tym momencie to wygląda tak, że dziewczyny rozmawiają między sobą, krzyczą (obecność wykrzykników w tekście), są strasznie zdenerwowane, a Cass jako świadek traumatycznej rozmowy leży na łóżku i się głupio patrzy. To strasznie nienaturalny obraz.

- Co tu się dzieję? Tara, wyjaśnij mi to! - Teraz również i Eveline mówiła ściszonym głosem. – Wykrzyknik przeczy komentarzowi narracyjnemu.
Obudziłam się tutaj - odparła koleżance, wskazując długim, ostrym paznokciem na łóżko. – Pokazuje samym  paznokciem? Raczej palcem, o rety…
- Myślę, że nawet lepiej, że nie wiemy, co tu się działo. Priorytetem jest teraz, żeby się stąd szybko wydostać, póki Amore się myje, a Cass śpi - wygłosiła swój plan McTudy. – Świetny pomysł! Nie zapomnijcie skoczyć do apteki po dwa testy ciążowe.
- Amore też tu jest? - zapytała zrezygnowana Eveline, a na widok przytakującego kiwnięcia przyjaciółki, mina zrzedła jej jeszcze bardziej. – Kiwa się zawsze na tak, a kręci na nie. Nie lej wody.
- O mój Panie, byłam głodna jak wilk. - Tara rzuciła na pusty talerz brudną chusteczkę. Zaledwie parę chwil temu udało jej się wciągnąć sharmę, zupę grzybową i stek. Po takich nocach zawsze była straszliwie głodna– Dialog i informacja o pożarciu takiej ilości jedzenia wystarczy. Ostatnie zdanie zbędne.

Po ucieczce z hotelu, dziewczyny przez kilka chwil nie wiedziały, co mają robić. Okazało się jednak, że było już popołudnie, a Allstate Arena otwierano już o osiemnastej, postanowiły, że najlepszym pomysłem, będzie po prostu iść coś przegryźć. – Okej, wyobraźmy sobie to wszystko jeszcze raz, na spokojnie. Dziewczyny wyjechały w podróż, mając sto dolarów (nikt nie wspominał, że Eve miała swoją kasę) i będąc nieźle poturbowane. Wydały kasę na busa i poszły się nawalić. Spędziły noc w klubie, gdzie pewnie wydały resztkę pieniędzy i znalazły się w pokoju wrestlerów. Nie wzięły nawet prysznica, nie przebrały się w świeże ubrania, nawet nie spojrzały w lustro, po prostu wczorajsze wyszły i poszły coś zjeść (pewnie poza czasem antenowym żebrząc o jakieś drobne). Na dodatek jestem w szoku, że ani Cass, ani Enzo nie zwrócili uwagi na, nie wiem, posiniaczony brzuch Tary. Albo pokaleczony szkłem bok Eve. Nic, zero. Dziewczyny po dwóch dniach od mordobicia są w świetnym stanie i po NIECHCIANEJ spędzonej nocy z obcymi mężczyznami… idą sobie coś zjeść! I co robią? Uwaga, cytat:
I tak oto znalazły się w małej knajpce na rogu Challoa i St. Aintone, siedząc tuż przy oknie i rozkoszując się widokiem anonimowych przechodniów. Tara spoglądała tak na ich zwieszone twarze i zastanawiała się, jakie są ich problemy? Przecież każdy jakieś ma.
Hej! Właśnie zostałaś zgwałcona przez gwiazdę wrestlingu? Nic nie szkodzi! Idź coś zjeść i porozkoszuj się problemami innych ludzi!


Tymczasem teraz wylądowała w kompletnie obcym jej mieście, bez pracy, ze stoma dolarami w kieszeni i możliwością paru noclegów u ciotki. – Ten banknot jest jak wyrwany z bajki o samonakrywającym się stoliczku. Płacisz, płacisz i nic nie ubywa. Sto dolców, nawróć się!, można by rzec.

- Nie chcę jeść, Tara. Mam tego dość. Co my zrobiłyśmy? Nie mogę o tym przestać myśleć. To okropne - odparła Eveline, smętnie opierając twarz na dłoni. Ta sprawa rzeczywiście musiała ją dobijać. Jej mina dobitnie to obrazowała. – Tara to kretynka. Słyszy jasne słowa, że Eve ma wyrzuty sumienia, a dedukuje dopiero z wyrazu twarzy.

Zaraz po Raw, wrócimy do tego hotelu i dostaniemy twój zegarek z powrotem. – A dlaczego nie teraz? Skąd dziewczyny mają pewność, że chłopaki albo pokojówka nie sprzątną im tego zegarka?

Okej, to może teraz tak ogólnie.
Rozdział wydaje się najciekawszy ze wszystkich jakie do tej pory przeczytałam. Akcja z zainteresowaniem szła do przodu (mimo błędów logicznych), którą chciało się poznać. Zastosowałaś dość trafne proporcje opisów i dialogów. Co do opisów:
Tak, to ewidentnie był pokój hotelowy. Wskazywały na to nienaganne, puste, idealnie pomalowane brzoskwiniowe ściany i meble w zestawie. – Chcesz mi powiedzieć, że dało się poznać pokój hotelowy po tym, że meble były z jednego zestawu i ściany miały kolor brzoskwiniowy? Litości. Też mam meble w zestawie, a ciotka Forfeit ma brzoskwiniowe ściany i żadna z nas nie mieszka w hotelu.

W pokoju znajdowało się jedno, duże łóżko, etażerki i niewysoka komoda. Wszystkie te meble prezentowały się pięknie, swą miodową barwą dobrze kontrastując ze ścianami. Na przeciwnej od łóżka ścianie, w rogu znajdował się mały ozdobny łuk przysłonięty teraz mlecznobiałą, cienką zasłoną. Lewą ścianę wyróżniało duże okno i drzwi balkonowe, które, dzięki odsłoniętym zasłonom, wpuszczały teraz do pokoju wiele światła. – Ten opis przestrzeni zamkniętej jest o niebo lepszy od poprzednich. Zmieniłabym tylko jedną rzecz – dałabym myślnik po zestawie oraz połączyłabym drugie zdanie razem z trzecim.
Tara ujrzała na ciele mężczyzny tatuaż – nic więcej na jego temat nam nie powiedziała. Na pewno chociaż pobieżnie mogła oszacować, co przedstawia, jakiej jest wielkości, barwny czy też nie.

Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. – Oklepany motyw pojedynczej łzy. Można napisać, że spłynęły łzy (jest podobne, ale brzmi bardziej wiarygodnie).
To, co mnie najbardziej uderzyło w tej notce, to jakikolwiek brak wyczucia konsekwencji. Dziewczyny zostały prawdopodobnie zgwałcone – Eve rozhisteryzowana wybiegła z restauracji, a Tara też była podobno wystraszona, w szoku. Podkreśliłaś, że tej drugiej tylko raz zdarzyło się do tej pory przeżyć przygodę na jedną noc, a nie widać tego – jakby to, co się wydarzyło, było chlebem powszednim. Obie nic nie pamiętają, obudziły się w nieznanym miejscu z podejrzanymi gwiazdami wrestlingu. To poniekąd rozczarowujące; w ogóle nie czuć traumy, która powinna im towarzyszyć, przez co wcale nie współczuję bohaterkom, nie mogę się wczuć, nie wierzę w ani jedno słowo. Jako czytelnik jestem zniesmaczona fabularnie, że nic się nie stało, bohaterki mogą jechać na Raw. Normalnej dziewczynie chyba odechciałoby się jakiegokolwiek Raw... Jakby gwałt nie był niczym wielkim i po wszystkim normalką jest pójść coś zjeść. Masakra. Brak mi słów.
Okej, trzy rozdziały za mną i ponad czterdzieści stron oceny (łącznie z poprawnością). Zastanawiam się, czy jest sens aż tak wnikliwie badać fabułę oraz poprawność. Przede mną szesnaście notek, aż boję się, jakim absurdem mnie jeszcze zaskoczysz. Od tej pory postaram się zwracać uwagę tylko na te najbardziej rzucające się w oczy dziwactwa, bo inaczej będę to oceniać do lata.


004. Hidden Dragon.
Eveline strzepnęła z siebie resztki niepewności, biorąc parę głębokich oddechów.Nie było czasu na niepewność, nie teraz, kiedy stały przed Allstate Arena. – Tak. Bo to jest to, co robią dziewczyny po gwałcie. Strzepują resztki niepewności. Potem okazuje się nagle, że Eveline nie była wcale wczoraj pijana i robiła wszystko z premedytacją, ponieważ na imprezie wypiła tylko jednego drinka:
Nie było co się dłużej oszukiwać i strugać z siebie dziewicy. Eveline nie przyznała się do tego nigdy przed Tarą i nie sądziła, by kiedykolwiek miała ku temu odwagę, ale... pamiętała wszystko z tamtej nocy. W przeciwieństwie do Tary, ona wypiła tylko jednego drinka.
Skąd więc histeryczna reakcja w restauracji, w poprzednim rozdziale? Dlaczego Eve płakała i uciekła z lokalu, dlaczego krzyczała na Tarę, skoro teraz wmawiasz mi, że dziewczyna panowała nad sytuacją? NIC SIĘ NIE ZGADZA! Jakbyś fabułę lepiła w natchnieniu, z notki na notkę. Ale jesteś przecież autorką, to ty rozpisujesz swoje opisy i dialogi… I naprawdę nie widzisz, że do tej pory większość faktów do siebie nie pasuje?
Nie rozumiem też zachowania Eve po obudzeniu. Krzyczała, choć wiedziała, że przespała się z facetem i wiedziała, że obudzi się w jego łóżku. Więc po co krzyczeć? Krzyk nie ma nic wspólnego ze zdegustowaniem, o którym była mowa. 
W dodatku później wspominasz, że cieszy się z tego, co stało się na imprezie. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, dlaczego krzyczała. Skoro – jak przyznała Eve – wypiła tylko jednego drinka i wszystko dobrze pamiętała, jej zdziwienie jest ostro nie na miejscu.
Jeżeli używasz kursywy do przywołania wspomnień, wszelkie monologi wewnętrzne zapisywałabym kursywą. Trochę dziwne jest, że kiedy używasz kursywy w całym akapicie retrospekcji, dla odmiany myśli Eve zaznaczasz tekstem, który nie jest pochyły. Pamiętaj, że istnieje jeszcze coś takiego jak cudzysłów.
W tym wspomnieniu Eve przywołuje deskrypcję odnalezionego w tłumie Enzo. Z tego, co mi wiadomo, był daleko, obok konsoli DJ-a, która raczej nigdy nie jest przy barze – a Eveline wie, że krzyczał coś pijackim głosem, nie mogąc go zrozumieć. Jakim cudem, jak tam było zapewne głośno? W końcu to impreza! 
Chwilę później znowu był komentarz dotyczący tego, co Enzo mówi do DJ-a.
Podoba mi się moment przemiany Eve, zwrócenia uwagi, że trzeba w życiu zmienić ciągłą uległość w stosunku do Tary i także pokorzystać z życia. Mimo że nie bardzo wiem, skąd ta nagła zmiana; Eve bez zastanowienia rzuciła się w podróż z Tarą, wcześniej nie wygoniła jej z domu i nie wycofała się z mordobicia o bilety – wręcz przeciwnie! – wydawała się zadowolona z sytuacji i nic jej nie przeszkadzało. Wcale nie była matką Tary, gdy obie dostawały wpieprz. Owszem, ukazałaś różnice dzielące dziewczyny, ale nie umniejszyłaś tym wtedy ich przyjaźni i nie zaznaczyłaś, że coś przestaje się Eve podobać. A teraz nagle przestało.

Eveline była przyjaciółką Tary, a nie jej matką. Co jeśli raz i ona da się ponieść i zacznie w końcu korzystać z młodości? Jeśli raz powie nie samokontroli i zachowa się jak zwykła nastolatka? – Widzisz? Tylko że ze scen do tej pory nie wynikało, że Eve Tarze w jakikolwiek sposób matkuje. Od niczego jej nie odrywała, niczego jej nie zabraniała, lać się po bilety poszły razem i razem dzieliły pewne pasje, razem ruszyły w podróż. Najpierw w pierwszym rozdziale zaznaczasz, że to przyjaźń głęboka, bez żadnego tabu, a teraz nagle próbujesz mi wmówić problemy, których nie pokazałaś.
Pamiętaj, że aby wskazać czytelnikowi zmianę w charakterze, zmianę podejścia do relacji (w tym przypadku relację przyjaźni), ta zmiana musi mieć jakiś widoczny powód. Zdecydowanie potrzebna jest scena, w której Eve powoli pokazuje, że coś się zmienia – potrzebne są konsekwentne sugestie w stronę czytelnika. Eve mogłaby być bardziej niezadowolona, niezdecydowana, już wcześniej okazywać, że przyjaźń z Tarą jej się nie podoba, jest nią zmęczona. Dziewczyna wysunęła jednak drabinę i pozwoliła dać się porwać na bójkę w klubie, potem w podróż do Chicago, a teraz nagle wychodzi na to, że właściwie Eve ma Tary dość. A przecież ostatnia impreza (która miała miejsce tylko dzięki Tarze, bo to ona zaproponowała klub) była dla Eve udana. Bez sensu!
Płynnie wychodzą ci przejścia opowiadania Eve o sobie, a później o Tarze. Nie faworyzujesz żadnej bohaterki, a traktujesz je równo.

Eveline zauważyła, że mimo chęci rozruszania dziewczyny, Tara była dziś kłębkiem nerwów nie zdolnym do jakiejkolwiek współpracy. Była poirytowana od samego rana i każdy luźny komentarz odbierała jako atak. – Na tym etapie opowiadania zaczynam się zastanawiać, czy po prostu nie pomyliły ci się imiona bohaterek w tym rozdziale. Przecież w ostatnim to Eve była rozhisteryzowanym kłębkiem nerwów, a Tara łagodziła sytuację, próbowała się z nią dogadać, potem dziewczyny się przepraszały. Teraz piszesz, że jest odwrotnie. Nie wiem dlaczego.


Opisując ring, skupiłaś się na pirotechnice, czyli tym, na co Eve zwróciła uwagę. Jednak czy z tego wszystkiego nie zauważyła chociażby większej ilości fanów? Raw to nie tylko światło i mata, a ja nie bardzo potrafię wczuć się w klimat, który przedstawiłaś. Z tego co wiem, to sporo osób przychodzi na WWE i ekscytuje się, fanów rozpiera energia. Ja tej energii nie czuję, nie udziela mi się. Podoba mi się jednak krótki, rzeczowy dialog dziewczyn, gdy już siedzą na krzesłach. Wymieniają spostrzeżenia, że też chciałyby powalczyć. Wyszło naturalnie.
Natomiast to, czego jestem przeciwniczką, to retrospekcja, gdy na Raw wychodzą wrestlerzy. Eve wtedy przerywa cały zachwyt wydarzeniem, aby przypomnieć sobie wczorajszy wieczór. Okej, jasne, w jakiś sposób czytelnik musi dowiedzieć się, co wtedy wydarzyło się naprawdę, ale jakim kosztem? Kosztem zepsucia atmosfery. Zbudowałaś jakieś jej podwaliny, opisując wydarzenie i wielką ekscytację Eve. Ta ekscytacja znika momentalnie, kiedy dziewczyna woli wspominać, niż brać udział w wydarzeniu tu i teraz. Jednocześnie piszesz o niej:
Eve oglądała to wszystko z zapartym tchem mimo iż walki nawet się jeszcze nie zaczęły. Cały ten klimat przemawiał do niej. Wciągał ją. To było coś naprawdę wielkiego i Eve oddałaby wszystko by za kilka lat być tego częścią. – I nagle brutalnie wyciągasz ją z transu na rzecz streszczenia. To źle zbudowany rozdział, po prostu.

Jak powiedzieli, tak zrobili. – Ulubione powiedzonko narratora. Trzeci raz na cztery rozdziały. O jakieś dwa za dużo.

Ach, pomimo jego wydźwięku, to było dla Eveline piękne wspomnienie. – Może i dla niej piękne, ale jakby nie było, Eve wiedziała, że Tara niczego z tego wydarzenia nie pamięta i cały dzień ma słaby, rozchwiany humor. Generalnie dalej ta sytuacja wygląda trochę jak gwałt – znani wrestlerzy zaciągają pijaną w sztok pannę do hotelu. Eve to słaba przyjaciółka, jeśli uważa taką chwilę za piękną i wie, że rano Tara obudziła się nieźle wystraszona.

Wspominając to wszystko jeszcze raz, totalnie wyzbyła się wszystkich złych uczuć do siebie, tego wieczoru, czy nawet do Big Cassa. – Wyzbyła się złych uczuć do tego wieczoru? Przecież on się nawet jeszcze porządnie nie zaczął… (raczej: do tamtego/do poprzedniego).

Teraz, patrząc na stojącego na ringu Cassa, nie zdecydowałaby się, by to powtòrzyć. Nie znaczyło to jednak, że go nie lubiła. Po prostu nie chciała już więcej robić tego z ludźmi, do ktòrych nic nie czuje. Ten jeden raz był po to, by w końcu sama siebie poczuła. – Nie piszesz wprost, więc nie wiem o co chodzi, a dalej urywasz kontekst. Jakie poczuła siebie? Co to znaczy? Czy do tej pory Eve czuła kogoś innego? Nie wiem, nie rozumiem, co się ukrywa za tym wyrażeniem, co chciałaś mi przekazać tą głęboką metaforą.

I wydało się. Teraz Cass uświadomił sobie, że Eve od początku wszystko wiedziała. Eve widziała niemałą konsternację na jego twarzy, jednak szybko otrząsnął się i zaczął literować wraz z Enzo słowo SAWFT. – Do tej pory wszystko było pisane z perspektywy Eveline, a nagle na jeden akapit trafiamy do głowy Cassa. Niepotrzebnie mieszasz. Mogłaś napisać z innej perspektywy: że Eve dostrzegła, że Cass patrzy na nią skonfundowany i… tyle. Niby to samo, ale trzymasz się wtedy jednego punktu widzenia i nie wprowadzasz niepotrzebnego chaosu.

Eveline z rozbawieniem zauważyła, że cały czas, gdy Enzo i Cass stali na ringu, Tara natarczywie wiązała sznuròwkę, walcząc z nią jak z afgańskim żołnierzem. – Biedna sznurówka. A tak serio, znów hiperbolizujesz. Właściwie nie wiem, co byłoby gorsze – afgański żołnierz czy mityczny węzeł gordyjski...


005. One chance match.
Zaraz, zaraz. To nie stać prezesa WWE na sfinansowanie dostatecznej ilości ochroniarzy, by, za przeproszeniem, taka blond smarkula nie wlazła ot tak na ring i nie zaczęła ze złości okładać czempionki? Raw to wielkie medialne wydarzenie i brak skutecznej ochrony to niewątpliwie brak researchu.
No właśnie – tutaj nasuwa się drugie pytanie. Jakim cudem, do cholery, Eve jest w stanie położyć na łopatki czempionkę?! Ten tytuł w końcu o czymś świadczy, prawda? 
Potem piszesz, że wprawdzie ochrona zareagowała, ale za późno. Daj spokój, od tego momentu fabuła wydaje się jednocześnie niesamowicie przewidywalna (bohaterki wpieprzyły czempionkom i zostaną zauważone przez wrestlerów, dołączą do ekipy) oraz jeszcze bardziej niewiarygodna, że aż pukam się po czole. Co ja czytam?


W każdym razie, siłę odbicia wykorzystała, by uderzyć w szyję Dany Brooke swoim umięśnionym przedramieniem. – Weszłam ponownie do zakładki o bohaterach i naprawdę nie widzę tego umięśnionego przedramienia, niech skisnę. Jest jak patyczek gotowy do złamania.
A to, powinno być zapisane w formie dialogu:  „Tego już za wiele! Słysząc krzyk przyjaciółki, Tara wściekła się”. Mimo wszystko deskrypcja walki jest zrozumiała i treściwa.

No oczywiście, przecież nie mogło być inaczej – kto to niby mówi lub myśli? Narracja jest trzecioosobowa, a w całym akapicie nie użyłaś żadnego konkretnego podmiotu.
Założenie, że czytelnicy wiedzą, o kogo chodzi, bo starasz się to zasugerować i w każdym rozdziale trzymasz się jednej osoby, jest w błędne. Głównie dlatego, że często mieszasz i na chwilę zmieniasz perspektywę (jak było w ostatnim rozdziale z Cassem).
Nie dziwię się, że Tara jest oszołomiona negatywnym nastawieniem do Charlotte, bo sama też jestem. Ale dlaczego ludzie ją wyzywali, jeśli jest czempionką? Powód, że dostała w ciry od małolaty? Nie wiem, czy widownia zmieniłaby nastawienie. Mogliby być źli, że ktoś w ogóle postanowił dotknąć czempionkę, gdyż była to nieczysta walka (w końcu nieoczekiwana i nagła). Ta scena pokazuje, jak bardzo imperatyw narracyjny nagina realność, by wszystko kibicowało Tarze i Eve. Publika je kocha, mimo że zrobiły coś strasznie głupiego i powinny naprawdę, jak przewidziały, wylecieć z klubu. Ten imperatyw mocno rzuca się w oczy; naciągasz, aby wepchnąć dziewczyny w fabułę. Czytelnik może w to nie uwierzyć albo może w ogóle nie chcieć w to wierzyć. A to już jest problem.
Ponownie, jakim cudem Eveline jest w stanie powalić osiłka? Czy jej złość wzbudziła w niej tak dużą dawkę adrenaliny, że dostała dwukrotnej siły w stosunku do swojej masy? Jedynie przychodzi mi do głowy cios poniżej pasa, który naprawdę powaliłby niejednego koksa.
Przez całą scenę czuję się, jakbym czytała scenariusz do Pulp Fiction 2, kiedy ktoś kradnie Willisowi jego historyczny zegarek i Bruce szaleje. Jednak Bruce był w tym filmie zawodowym spuszczaczem wpieprzu, a nie wkurzoną amatoreczką.

Nie wiedzieć czemu, gentlemańskie podejście Shane'a przerażało Tarę. Był inny niż ojciec. – Ojciec czy ojczym? Ojca niby nie zna. (Dżentelmeńskie też nie wyglądałoby źle).
I tutaj jak wcześniej wspominałam – zwróć uwagę na wplatanie myśli w tekst, gdyż czasami nie wiemy, kto co rozważa (a wspomniałam o narracji itd., która nie załatwia sprawy).
Ciekawie ukazujesz nam relację rodzeństwa McMahon. Wierzę, że starasz się trzymać realnych zachowań, jednak ta sytuacja, jak rozmowa rodzeństwa zapewne jest zmyślona (bo niby skąd ktokolwiek z nas mógłby wiedzieć, jak zachowują się i rozmawiają prywatnie?). Shane, któremu zależy na akceptacji ojca oraz jego siostra, która chciałaby go pogrążyć; rodzeństwo rywalizuje o wpływy w WWE i o stanowisko głównego udziałowca, i to jest ciekawe. Podoba mi się.
Z jednej strony fajnie, że zrobiłaś research, bo w biografii Shane’a faktycznie jest ukazana ta rywalizacja ze Stephanie, a jednak tutaj zaczyna się też to, za co strasznie nie lubię RPF-ów (ale gdy Lena oświeciła mnie, że twój blog to RPF, zaczęłam już ocenę) – tak naprawdę nie znam pana Shane’a. Nie znam jego charakteru, jego osoby, ale mogłam przeczytać jego biografię i dziwię się, że ktoś taki jak on (doświadczony biznesmen, dyrektor naczelny, wiceprezydent do spraw medialnych) robi coś tak… nieodpowiedzialnego? Wręcz głupiego? Każe bez pomyślunku wejść na ring jakimś małolatom, nie wypytawszy nawet o ich ubezpieczenie, o doświadczenie, nie spisując żadnej umowy… Nic. To absurdalne. (Aczkolwiek podobała mi się jego stylizacja językowa. To dziewczęta było nawet przekonujące).
A więc za chwilę okazuje się, że dziewczyny będą walczyć. Bez czołówki, bez stroju, bez przygotowania i jeśli wygrają (a wygrają, chociaż jeszcze tego nie czytałam), to zostają w Raw. Najśmieszniejsze jest jednak to, że ani Tara, ani Eve nie odezwały się słowem, gdy ich losem zarządzał Shane McMahon. W scenie były jak dwie kukiełki. To trochę dziwne – raz kreujesz je na pewne siebie, szalone, zdolne do wszystkiego bez żadnego pomyślunku, a raz na ciche i pokornego serca. Kolejny brak konsekwencji.
Dlaczego cytujesz wiwaty po angielsku?

Kolejna kłótnia mogłaby sprawić, że jeszcze ich czyn wzrósłby do rozmiarów zamachu. – Kłótnia nie może od tak stać się zamachem. Jeżeli już to może bójką? Morderstwem? A i to byłoby kolejnym przesadyzmem.

Z boku to musiało brzmieć naprawdę niedorzecznie. Jak się zastanowić, to to wszystko od początku było niedorzeczne. – Otóż to! Dwie małolaty weszły jakimś cudem na ring, zaatakowały czempionkę, a chodziło tylko o zegarek. Kto by zapomniał o czymś takim? A tych ochroniarzy to bym już dawno zwolniła i zatrudniłabym te dwie, w końcu każdego powalą, jak widać.

- Shane, naprawdę chciałabym ci przyznać rację, bo to świetny plan, ale niestety, nie mój. Nie znam tych dziewczyn, choć niewątpliwie muszą być wyjątkowo zuchwałe, żeby wchodzić na mój teren, bez mojej zgody. - Mój teren. Stephanie niemal zaakcentowała te słowa, by pokazać Shane'owi, że Raw należy tylko do niej. – Tak, mów mi jeszcze, bo nie potrafię czytać ze zrozumieniem… (Ostatnie zdanie do kosza).
Podoba mi się realny konflikt dziewczyn. Brzmi naprawdę swobodnie, a nie jak wymyślona bajeczka, gdzie bohaterowie sztucznie kłóciliby się o jedną, drobną, nieistotną rzecz. Do opisu nowych postaci też nie mam co się przyczepić. Ogólny wygląd w tym momencie jest wystarczający. Co do tej sceny kłótni, rozmyślania, co z zrobić z Tarą i Eveline – czy aby przypadkiem nie jest tam za dużo postaci na raz? Osobiście naliczyłam ich z sześć? Osiem? Dziesięć? Niektóre się już nie wypowiadają, nie wiem, czy poszły, czy zostały. Niezły tłok, przez co czytelnik – a także i autor – może się pogubić.

Rozegramy pierwszy w histori one chance match. – one chance match nie powinien być kursywą, a nawet przetłumaczony na język polski? To nie jest zarejestrowana nazwa własna. Mecz jednej szansy też nie brzmi tak źle, jakby się mogło wydawać. Zawsze można zrobić odnośniki na końcu rozdziału, które podają oryginalną nazwę.

- Przed państwem pierwszy w historii tornado one chance match! – Wcześniej Shane mówił, że będzie to triple threat tornado match, teraz spiker zapowiada tornado one chance match. Nie znam różnic między tymi pojęciami, nie wiem, czy to to samo? Muszę na własną rękę zrobić research. I to, że muszę, to twoja porażka.
Wyczytałam, że Triple Threat to rodzaj walki, w której bierze udział tylko trzech wrestlerów i każdy zawodnik walczy na własną rękę, a mecz Tornado to określenie, kiedy na ringu mogą walczyć wszystkie drużyny jednocześnie. Czy więc te dwa określenia się nie wykluczają? Twój narrator powinien wyjaśniać takie rzeczy, ewentualnie Tara mogłaby to przedyskutować z Eve jakoś naturalnie.
No to teraz porozmawiajmy o realności wydarzenia. Dziewczyny mają 19 lat, a Charlotte – 30 (według tego, że akcja twojej historii dzieje się w 2016 roku). Wejdźmy sobie teraz tutaj [źródło] i tutaj [źródło], aby dowiedzieć się co nieco o kategoriach wiekowych wrestlerów. Chralotte i Dana należą do kategorii seniorów i nie mogłyby walczyć z juniorkami takimi jak Eve i Tara. Dlaczego juniorkami? Otóż okazuje się, że od 18 do 20 roku życia wrestler może walczyć tylko w kategorii wiekowej juniorów; aby w ogóle wejść na ring, wymagane są aktualne zaświadczenie lekarskie oraz… zgoda rodziców. Nie ma szans, aby ktoś dopuścił dziewczyny do walki na Raw tak z marszu i bez zweryfikowania ich pełnoletności, którą w USA, jeżeli chodzi nie tylko o zakup alkoholu, ale i właśnie wrestling, osiąga się dopiero w wieku 21 lat. Twój research umarł, przez co praktycznie cały rozdział jest bezsensowny. A że od niego zaczyna się główny motyw opowiadania, czyli twoje OCC w WWE… Całe opowiadanie nagle traci wiarygodność.

Opis walki trzyma w napięciu, chociaż dało się lepiej. Zakłócasz akcję wyrażeniami typu po chwili, tymczasem albo chwilę później. W ogóle widać, że lubisz takie określenia, ale gdyby je usunąć, zdanie nie zmieniłoby sensu – czytelnik z góry zakłada, że wszystkie ruchy dzieją się po sobie, są chronologiczne. Te wyrażenia tylko pozornie coś znaczą, a tak naprawdę wstrzymują ci akcję, wydłużając niepotrzebnie zdania.

Usłyszała za sobą szuranie i szybko wymierzyła łokieć w zęby zbliżającej się do niej od tyłu Charlotte, która siłą rykoszetu wpadła prosto na Eveline i niższą z The Fire Sis. – Naprawdę czempionka zalatuje takim brakiem profesjonalizmu? Odpłynięcie Tary podczas walki jako jedyne świadczy o jej amatorstwie, którego tu brakuje.
W ogóle teraz sobie uświadomiłam – w czym one walczyły? Zwykłych dżinsach? Sukience? Nic im na tyłku nie popękało? Nic nie pogubiły?

Objęła Charlotte za brzuch i zaciskając ręce na jej talii, rzuciła dziewczynę w tył, robiąc suplex. Suplex wyszedł jednak jeszcze lepiej, niż chciała. – Problem w tym, że nie wiem, co to jest suplex. Kiedy opisujesz ciosy jedynie poprzez ich nazywanie, nie mogę ich sobie wyobrazić.

Nabuzowana adrenaliną Tara jednak nie poczuła bólu, ból po wbijającej się w szyję linie dalej w niej pulsował. – Nie czuła bólu, bo czuła ból? Coś w tym zdaniu nie wyszło.

Resztką sił z impetem wyprostowała nogi, uderzając Danę w dolną część łydek. (...) Tara wymknęła się i zaciągnęła Danę za nogę na środek ringu, gdzie z całej siły kopnęła piętą leżącą dziewczynę w brzuch, a następnie upadła kolanem na jej nogę. – Kiedy ktoś wykorzystuje na cios resztki sił, to skąd potem siła, by jeszcze kopać? Używasz niefortunnych określeń, które wykluczają informacje, które padły zaledwie chwilę wcześniej.

Jak można było się spodziewać – bohaterki są w rosterze! Gdyby tak każdemu marzenia się spełniały z dnia na dzień, bez konsekwencji, bez wiedzy rodziców... Dwa dni temu dostajesz srogo po mordzie, dzień później masz taką imprezę, że niczego nie pamiętasz, a trzeciego dnia wygrywasz z czempionkami...


Niepokojące jest też, że zaczęłaś coraz częściej nazywać dziewczyny kolorami włosów. Wiem, że to deska ratunkowa, gdy wykorzystałaś już pulę imion, nazwisk i ksyw, ale… naprawdę słabo wygląda i świadczy o twojej nieporadności językowej. Spróbuj tak dobierać zdania, by podmioty wynikały z kontekstu, nie zapominaj też o zaimkach. Określanie postaci kolorem włosów? Takim opisom mówimy nie. I w ogóle musisz następnym razem postarać się bardziej. Opis walki jest średni, ponieważ nadal wydaje się, jakbyś pisała to opowiadanie tylko dla siebie. O co chodzi? Przykład:
Gdy dziewczyna trzeci raz próbowała podciąć Tarę, dziewczyna złapała ją w poprzek, unosząc w górę, w prostej pozycji uderzyła nią o matę. Murzynka wypuściła z siebie całe powietrze. – Mamy w zdaniu jakieś dwie dziewczyny i Tarę, która też jest dziewczyną. A na ringu ogólnie walczy sześć dziewczyn. O kim piszesz? Kto próbuje podciąć Tarę, kto łapie ją (dziewczynę czy Tarę?) w poprzek i o której z dwóch Murzynek mowa? Nie panujesz nad tymi opisami. One tłumaczą coś tylko tobie. Na dodatek większość opisu walki to powtórzenia: złapać, zacząć, upadać… W kółko używasz tych samych wyrażeń. Bardziej drażniące momenty trafią do podpunktu o poprawności.
Poza tym nie wiem, czy określanie czempionek słowem dziewczyny, które z marszu kojarzy się z młodymi bohaterkami, to dobry pomysł. Bardziej wypadałoby używać w przypadku dojrzałych już mistrzyń określenia kobiety.

I teraz najważniejszy komentarz do rozdziału. Uwaga, zapnijmy pasy.
Zacytuję [źródło]:
Vince McMahon, prezes WWE, największej federacji wrestlingu w Stanach Zjednoczonych, oświadczył w 1989 roku przed stanowym senatem w New Jersey, że wrestling należy definiować jako działalność, w której uczestnicy zmagają się współpracując ze sobą, przede wszystkim w celu zapewnienia rozrywki widzom, a nie zmierzenia się w uczciwych zawodach atletycznych.
W filmiku o podstawach wrestlingu [źródło] czytam (parafrazując): Sport z elementami teatru. Każdy sport ma w sobie coś z dramatu, a wrestling szczególnie; zawodnicy to aktorzy, a ring jest sceną. To scenarzysta pisze scenariusze do walk, ustala, kto jest dobry, a kto zły i jaką kto będzie miał przyszłość w historii opowiedzianej na ringu. Scenarzystę nazywa się bookerem.
Określanie wrestlingu sztucznym jest jak pretensjonalne podejście do aktora, który tylko gra w spektaklu, a nie jest odgrywaną postacią. W wrestlingu ważne są też feudy, czyli reżyserowane sprzeczki między aktorami ciągnące się przez kilka gal. Wpisują się w storyline, czyli fabułę.
Mniejsi aktorzy nastawiają się na akrobatykę, więksi na przyjmowanie i wypuszczanie ciosów; część z nich jest markowana, czyli udawana. W większości wypadków krew nie pochodzi od ciosu, ale od nacięcia skóry przez samego wrestlera, skrzętnie schowanym narzędziem. Uderzenia przedmiotami również są markowane, ale zdarzają się wypadki przy pracy.
I to jest to, co bardzo mi przeszkadza do tej pory w twoim opowiadaniu. Mam za sobą piąty rozdział opowiadania o wrestlingu i gdybym nie poznała historii tego sportu ani jego zasad (czyli nie zrobiłabym sama researchu), nie miałabym szansy domyślić się, że show powinno być z góry ustalone. Teraz, gdy się o tym dowiedziałam, scena z mordobiciem, by dostać bilety na Raw, wydaje się jeszcze bardziej wyssana z palca, kompletnie odklejona. Przecież ludzie mogli tam poumierać. Czy chociaż ktokolwiek podpisywał jakiś papierek, że walczy o bilety na własną odpowiedzialność? Czy to przedsięwzięcie w ogóle było legalne? Gdyby organizatorzy Raw dowiedzieli się o czymś takim, byłyby problemy.

Na potrzeby opowiadania obejrzałam film Zapaśnik z 2008 roku. Ukazane tam zachowania sportowców dużo bardziej obrazują wrestling. Film potwierdził też, że bez kayfabe'u sport ten nie istnieje. Na potwierdzenie screeny:





W każdym razie ty do tej pory piszesz tak, jakby wrestling i to, co go dotyczy, działo się NAPRAWDĘ. A właściwie nie powinno. Zauważyłam też akurat teraz (gdy poszukiwałam wytłumaczenia tej niezgodności), że w ramce po prawej stronie wymieniasz fakty związane z fabułą twojego opowiadania i jednym z nich jest:
OPOWIADANIE OPIERA SIĘ NA ZMYŚLONYM ZARYSIE WWE, TZN. BEZ KEYFABE.

Czyli według narratora i całej linii fabularnej Tara i Eve świadomie stają do walk i realnie przeżywają ciosy, towarzyszy temu ból, krew i wielka drama. Naprawdę? Jestem kompletnie skołowana, bo pisząc opowiadanie o wrestlingu bez reżyserstwa, które jest jego podstawą, to jest jak pisać fanfik o psie, który jeździł koleją, tylko że Lampo leciałby samolotem. Albo to jak pisać fanfik potterowski, tylko z dopiskiem: no wiecie, czytelnicy, w moim Hogwarcie nie będzie magii… taka sytuacja. Odarłaś opowiadanie z jakiejkolwiek formy realności. I teraz przez to właściwie nie wiem, jak mam ocenić twoją pracę.
Cholera, trzeba było ulokować akcję opowiadania w jakichś slumsach w Meksyku, gdzie hardcore wrestling jest reżyserowany minimalnie, i wymyślić sobie swoje własne postaci. A ty pomieszałaś realizm z własną abstrakcją. Po co?
Gdyby opowiadanie toczyło się w prawdziwych realiach wrestlingu, wszystko byłoby inaczej. Sam McMahoy (który przewodniczy gali i powinien być w stałym kontakcie z bookerem i innymi trzymającymi pieczę nad wydarzeniem) nie pozwoliłby wystartować dziewczynom tak, jak stały za kulisami. Nie zrobiłby tego, wcześniej nie rozmawiając o tym z kamerzystami, z choreografami, trenerami, z menadżerami Charlotty i Dany czy menadżerami The Fire Sis, które podpisały konkretny kontrakt na konkretną walkę. McMahoy po prostu uparł się, by Tara i Eve walczyły, by może zrobiły sobie krzywdę, by publika była zadowolona, ale prawdziwym widowiskiem, a nie reżyserką, która powinna mieć miejsce na Raw.
W twojej historii Tara i Eve wchodzą na ring, nie ustalając niczego z McMahonem. A Tarze przecież naprawdę mógłby pęknąć na ringu kręgosłup, prawda? Charlotte i Dana są zawiadowczyniami i pewnie potrafią markować ciosy, aby nie zrobić większej krzywdy przeciwnikom, ale tym razem muszą walczyć naprawdę, bo jeśli przegrają, to odpadną z Raw. Więc niczego nie markują, tylko leją amatorki jak popadnie. I czuję się teraz trochę dziwnie, że muszę moje zaniepokojenie opisywać w ocenie. Zadaję sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego, Sleepko, na siłę pomijasz, że wrestling jest reżyserowany…? To właściwie wszystko psuje w oczach czytelnika. Tylko tobie ułatwia, bo możesz sobie pofantazjować.
Naprawdę liczyłam, że skoro opowiadanie to RPF, to dostanę historię realistyczną, ciekawą, pokazującą mi wrestling od zaplecza tak, jak prawdopodobnie wygląda. Że będziesz mnie dokształcać i może spodoba mi się ta nieznana dotąd pasja. Że mnie zarazisz. Właściwie teraz zastanawiam się, po cholerę czytelnik miałby chcieć czytać opowiadanie o wrestlingu bez… wrestlingu? Bo, nie powiem, mocno uderza mnie to, że narrator oraz mowa pozornie zależna dziewczyn w czasie walk opisują faktycznie dramaty – coś boli, komuś może stać się krzywda, ktoś rozwala na kimś krzesło, ktoś inny krwawi, jest podduszany, traci świadomość… Tylko że to powinno wynikać tylko z tego, że tak właśnie odbiera akcje na ringu publiczność. Dramat powinien być widoczny na scenie, na twarzach wrestlerek jako aktorek, jako element spektaklu, a nie w ich myślach, że coś w stylu zaraz stracę życie!. Bo one tego życia nie powinny tracić (nikt nie życzy na ringu śmierci przeciwnikowi, to tylko pokazówki). Wrestlerzy w czasie walk powinni myśleć i udowadniać tymi myślami, że pracują nad techniką, że udają, że próbują zrealizować scenariusz i ty jako autorka powinnaś oddzielić spektakl z zewnątrz (dramat, ból, krew, reakcje publiczności na ten widok, Wow! Jakie to przejmujące! Uderz! Zabij!) od wnętrza bohaterek (np. myśl: czy uda mi się go podnieść i uderzyć o ziemię, aby wyglądało to realistycznie? Skup się, Tara! Wszyscy patrzą!). U ciebie taki podział nie istnieje. A szkoda! To dopiero byłoby ciekawe i na coś takiego mocno liczyłam. Czuję się poniekąd oszukana, bo zakładki, szablon, postaci w opowiadaniu… wszystko informuje czytelnika o wrestlingu, wrestlerzy biorą udział w walkach i ten wrestling na twoim blogu wszędzie aż bije po oczach (w zwiastunie czy w gifach wykorzystałaś wrestling reżyserowany, ten prawdziwy), a informacja o porzuceniu reżyserki to zaledwie napis małą czcionką, gdzieś z boku. Oszukaństwo jak nic.
Na tym etapie właściwie niezgodności i rozczarowań jest tyle, że mogłybyśmy poprzestać z ocenką i przejść od razu do podsumowania, ale czekałaś na nią za długo, no i być może w późniejszych notkach nastąpi coś wartego komentarza.


006. No noobs bus.
Użyłaś słowa smacktown – co to w ogóle oznacza? Później pojawia się wypowiedź McMahona: „Myślę, że do waszego oficjalnego debiutu dojdzie najwcześniej na pierwszym Smackdown po Money in The Bank”, ale dalej bohater nie wyjaśnia, o co chodzi. Gdy skorzystałam z wujka Google, znalazłam informację, że jest to kanał telewizyjny. Uważam, że chociaż w jednym zdaniu dałoby się to wpleść w tekst.

Przecież inni latami pracowali na to, by tutaj być, a tutaj o wszystkim przesądził głupi zegarek. – Prócz zegarka, to jeszcze nie-wiadomo-skąd umiejętności lepsze niż u osób pracujących w WWE od parunastu lat oraz fart wtargnięcia na scenę, nie zwracając uwagi ochroniarzy (których chyba nigdzie nie było? Naprawdę bym ich zwolniła). Ach, no i oczywiście publika kochająca jakieś no-name laski bardziej niż znaną w mediach od lat czempionkę z pasem.

- Woo, super! Kiedy zaczynamy?! - zaczęła rozemocjonowana Tara, cała aż podskakując. Porównując to z jej niskim wyglądem wyglądała trochę jak Rey Mysterio bez maski. – Tara. Tara, która jeszcze chwilę temu była nieźle poturbowana i omal nie pękł jej kręgosłup.
Czytelnik traktuje twoje bohaterki jak ludzi, więc… po ludzku. To nie są heroski ze świata urban fantasy (gdyby dziewczyny zostały w Detroit, nawiązałabym do postapo, he-he), superbohaterki z mocami regeneracyjnymi. Musisz się zdecydować, czy te wszystkie sytuacje, które opisujesz w czasie walki, robią im realną krzywdę i doprowadzają niemal do zgonu, czy nie. Jeżeli tak, to dziewczyny mogłyby po walce (tym bardziej że adrenalina już też raczej opadła) usiąść sobie, dostać wodę, ręcznik, ciężko oddychać, powinien przyjść do nich medyk (to amatorki, nie wiadomo, czy czegoś sobie nie zrobiły, a McMahon – skoro mu na nich zależy – powinien o to zadbać). A one są podjarane, nic im nie jest, jeszcze sobie podskakują i wyglądają na pełne energii, że nic, tylko wejść na ring jeszcze raz.
Wrestling to nie zabawa, a twoje OCC są na maksa niedojrzałe. Spróbuj może, opisując walki, być bardziej konsekwentną. Nie używaj słów bezmyślnie. Jeżeli dziewczyny mają dużo siły i udowadniają to ruchami, nie wywołuj sztucznej dramy na dwa zdania, żeby zaraz im ból minął i znowu wszystko było okej. Jasne, pewne rzeczy takie jak skoki adrenaliny i silną potrzebę zwycięstwa można, a nawet trzeba podkreślać, ale w opowiadaniu, w którym większość fabuły to zapewne będą walki, nie powinnaś na tym opierać każdej bójki, bo staną się one nudne i przewidywalne.
A co to jest gimmick? Używasz tego pojęcia kilkukrotnie, ale ani razu go nie wyjaśniasz. Google tłumaczy, że to wcielenie wrestlera, jego aktorska rola i że piszesz o gimmickach, jest poniekąd dowodem na to, że orientujesz się, iż wrestlerzy to wytrenowani aktorzy. I w twoim uniwersum jednocześnie istnieją gimmicki oraz nie istnieje reżyserka. Przecież to nie ma sensu.
Logicznie podchodząc do tematu, powinno być tak, że skoro nie ma kayfabe’u, to nie ma też gimmicków – wrestlerzy nie powinni udawać swoich postaci, tylko naprawdę nimi być. Tak? No bo właśnie to podejrzewałam, gdy przeczytałam, że odchodzisz od reżyserowanych walk. A tu jednak psikus. Już w ogóle nie wiem, jaka jest twoja wizja wrestlingu i co akceptujesz, a co odrzucasz.
Nadal dziwi mnie też, dlaczego ktoś dopuścił do walki nieznane amatorki bez gimmicków i bez doświadczenia scenicznego? Przecież z tego mogłaby wyjść tragedia. Gdyby do niej doszło, na World Wrestling Entertainment mogłyby spaść czarne chmury w postaci sprawy wniesionej przez jakąś komórkę rządową będąca naszym odpowiednikiem naszego Ministerstwa Sportu i Turystyki. McMahoy powinien znać ryzyko takiego posunięcia.

Taker też nigdy dużo ne gadał, ale jak już złapał od wielkiego dzwonu za mikrofon to klękajcie narody. – Oto wypowiedź wrestlera Kane’a – kolejnej postaci lubującej się w powiedzonkach.  

Eveline dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że musi powiadomić rodziców. (...) wyciągnęła z kieszeni dżinsów komórkę, dziękując Bogu za stare nokie, które nawet w wypadku tak wielkich bitew uchodziły z życiem i wystukała numer do mamy. – To Eve walczyła cały czas z telefonem w spodniach? Nikt jej go nie zabrał, nie kazał opróżnić kieszeni przed wejściem na ring?!
Poza tym naprawdę wątpię, aby fenomen popkultury europejskiej, jakim jest posiadanie starej Nokii, był charakterystyczny w Stanach Zjednoczonych. Przykładowo, nawet Wikipedia pisze o kultowej Nokii 3310, że była dostępna w sprzedaży, ale na rynku europejskim [źródło].
Rozmowa Eve z matką mnie zażenowała. Ot tak jest wszystko w porządku, że córka nie wróci przez parę miesięcy do domu? Sam dialog technicznie byłby nawet w porządku, gdyby nie uzupełniały go dopiski narratorskie, które raz jeszcze mówią mi o tym, co przeczytałam. Na przykład:
- Chwila, Eve, przecież ty nie pijesz. Tara cię znów namówiła na picie? - mama wydawała się nie mieć wątpliwości co do stanu trzeźwości Tary.
Bez sensu. Przecież potrafię czytać ze zrozumieniem.

Niebywały natłok myśli sprawiał, że Eve bolała głowa. – Już wcześniej miałam podobne dwie sytuacje, również z Tarą. Czy to dla obu bohaterek zupełnie normalne, że ból objawia się zawsze w momencie głębokiego zamyślenia? Bo raczej wygląda to tak, jakby to tobie brakowało już pomysłów…
Och, jakże chciałaby, tak jak jej młodszy brat w ogóle nie mieć w tym momencie mózgu. – Jak można nie mieć mózgu? Ale że tak dosłownie? W ogóle?

A faud z Charlotte na samym początku mògł być bardzo niebezpieczny. Martwiła się, że mogą tego nie unieść. – No dobra, tylko że na wielu forach wrestlingowych i stronach (również angielskich, co by nie było, że tylko Polakom ufam w kwestii researchu – [źródło]) przeczytałam, że feudy (nie faudy!) często są reżyserowane, a przeciwnicy kulminacyjną walkę mają przećwiczoną i zaprogramowaną tak, aby była maksymalnie równa, dograna i aby zły charakter sceniczny przegrał, a dobry wygrał. Na stronie wisi też cytat: If the match starts in one favor and ends in one favor, you know it's not going well. Matches also have to have different move verities. At Wrestlemania you have to have the perfect match. Wrestlemania matches can make or break your career. At Wrestlemania 26 Undertaker and Shawn Michaels had the perfect match. It had great moves and it was very dramatic, nice ending etc. That's what every great match needs). Jest tam również napisane, że często przeciwnicy poza sceną są przyjaciółmi i znają się jak łyse konie, wywołując na galach sztuczne feudy, aby zabawić publikę i lepszy wykon przygotować wspólnie za kulisami na finał. Więc, mając takie dane i wiedząc, że twoje postaci to prawdziwi ludzie w realnym świecie udający postaci ze świata wrestlingu (a często ich feudy są sztuczne) trudno mi uwierzyć w to, co ty opisujesz; to, że jakieś dwie randomowe amatorki mają sobie kontynuować z Charlotte niezaplanowany feud, a potem walczyć z nią bez żadnej współpracy z jej strony.
A jednocześnie odeszłaś od kayfabe’u, ale nie od gimmicków. Więc nie mam pojęcia, jak chcesz wpleść feudy do opowiadania. Jako prawdziwą nienawiść? Rywalizację? Ale przecież w ogóle rozmowa o tym, obmyślanie tego, planowanie już jest w pewien sposób próbą wymuszania, reżyserowania tej nienawiści. McMahoy wypowiadał się tak, jakby chciał mieć kontrolę nad gimmickami, więc nad feudem pewnie też… Naprawdę chciałabym móc zrozumieć, jak to jest z tym wrestlingiem w twojej historii, co jest reżyserowane, a co nie. Ale nie potrafię, bo twoje postaci i narrator dają sprzeczne sygnały.

Od małego miała niedowagę, nie mówiąc już o raczej większej podatności na kontuzje z powodu braku wapnia w organizmie– Jak ona w ogóle żyje bez wapnia w organizmie? Pewnie chodziło ci o jakąś mniejszą ilość, ale to wcale tak nie brzmi, lol.,Poza tym cała ta informacja wygląda na wymuszoną, akurat w tym momencie fabularnym, akurat po walce. Powinna chyba paść gdzieś wcześniej, w poprzednich notkach; tak czuję.

Była lotnikiem, co dodawało jej jeszcze więcej ryzyka, bo chyba każdy wie, że to jest właśnie najbardziej ryzykowny styl. – Jaki styl? Ubioru? Życia? Chodziło o sport? Tekst mi nie pomaga swoją niespójnością, mało wyjaśnia i jeszcze mniej obrazuje. Pewnie znów mogłabym zapytać Google’a, kim dokładnie są lotnicy, ale też nie o to chodzi, bym cały czas w trakcie czytania robiła samodzielny research. A dałoby się tę informację na pewno przemycić w tekście. Albo chociaż stworzyć jakąś zakładkę, może słowniczek dla laików? Na pewno opowiadanie mogłoby wtedy zainteresować też osoby jeszcze niezwiązane z wrestlingiem, ale zaciekawione nim.

(...) w żadnej walce nie potrafiła do końca się wyluzować, odstresować i nie bać. W każdej sekundzie walki bała się o to, że zaraz uderzy w narożnik za mocno, albo ktoś rzuci nią o stół i skończy się to nieodwracalną kontuzją. – To chyba jeszcze większe bzdurki. Czy na ringu w każdej sekundzie, w każdej walce jest jakiś stół, aby się go bać?
W tym rozdziale poprzez myśli Eveline świetnie przedstawiasz to, co odczuwa Tara. Dziewczyny znają się od podszewki. Spodobała mi się wzmianka o strachu Eve i o tym, jak sobie wyobraża wspólną walkę. Widzi wady i zalety i docenia umiejętności Charlotte, których szkoda, że wcześniej nie było widać.

Tak naprawdę nie pokonały jej, a tylko te dwie nowicjuszki z NXT. – To wiele wyjaśnia, skąd ich zdolności, które i tak są spore, jak na amatorki. Z drugiej strony po tym tekście fabuła staje się jeszcze bardziej bez sensu. Część źródeł podaje, że do walk zwykle stawia się mniej-więcej wyrównanych poziomami wrestlerów. A tutaj spotkały się czempionki z czterema nowicjuszkami… Stale zastanawiam się, gdzie w momencie decyzji podział się rozum organizatora.
Przemyślenia Eveline podpowiedziały mi, że nasza bohaterka nabawi się kontuzji i będzie musiała kiedyś odejść z tego sportu. Cieszę się, że poruszasz temat jej obaw odnośnie problemów zdrowotnych. Wielu autorów o tym zapomina, przez co postacie są dosyć puste.
[UPDATE: Po przeczytaniu wszystkich notek niestety okazuje się, że problemy zdrowotne Eve już nigdy nie wracają na tapet. Jakbyś w ogóle o nich zapomniała. Niedobrze. W takim razie po co w ogóle tutaj ta informacja?].

Tara była czymś pomiędzy powerhouse'em a technikiem. –  Kim jest powerhouse? Właściwie technika też wypadałoby wyjaśnić.
Podoba mi się opis Tary i tego, w jaki sposób walczy. Jednak narrator opisuje ją znów jako niską, ale umięśnioną, a w zakładce w ogóle tego po niej nie widać. No i cały czas opis starań Tary w walkach nie-fair-play w Penumbrze (kobieta walczy z mężczyzną) przedstawia, że żadna z tych walk nie była kontrolowana, nie była nawet w minimalnym stopniu reżyserowana. Piszesz, że:
(Tara) Posługiwała się wtedy głównie dźwigniami i skomplikowanymi uderzeniami zadającymi ból. Nieraz jednak zdarzyło jej się stracić nad sobą kontrolę w ringu i bez myślenia rzucić się na dwa razy cięższego przeciwnika z pięściami. Co skutkowało źle. To był właśnie problem. Tara nie miała zahamowań i nie potrafiła się opanować, kiedy coś wyprowadziło ją z równowagi. Eve nawet nie była w stanie zliczyć, ile razy jej przyjaciółka trafiła przez to do szpitala. Najgorsze było to, że to ani trochę nie ugasiło jej zapału do rzucania się na większych. – Za takie coś nikt nie powinien pozwalać jej walczyć. Niesubordynacja wśród wrestlerów może faktycznie skutkować realną krzywdą, narażone zostaje życie obu walczących. Nikt nie chciałby w ekipie i na kontrakcie kogoś tak niebezpiecznie... głupiego. Nieodpowiedzialnego.
Odwołam się jeszcze do podkreślonego fragmentu. Skoro Tara często trafiała do szpitala, to raczej nie po to, aby okładać jej tam siniaki lodem. Wizyta w szpitalu wiąże się z poważniejszymi urazami, więc Tara mogła być, na przykład, połamana. Jeżeli bywała często składana i łamana, i znów składana, to powinna mieć większe problemy z uczestnictwem w takim sporcie... No proszę cię,  nawet po mniejszych urazach zalecane są rehabilitacje, coś w tym stylu. A do wrestlingu potrzebne jest lekarskie orzeczenie. Chociaż biorąc pod uwagę naiwność tej historii, raczej przesadzasz, a dziewczynie nigdy nic nie było albo miałaś właśnie na myśli to, że zawracała lekarzom głowę swoimi siniakami. Maksymalnie.
Swoją chwilę ma tutaj także Stephanie. Dowiadujemy się o tym, jak różni się odbiór jej osoby – w telewizji a na żywo. Jest to dobry pokaz dobrej miny do złej gry.

Oglądając w telewizji WWE uważała Stephanie za świetną bizneswoman, jednak dopiero teraz zobaczyła prawdziwą potęgę córki Vince'a McMahona. – I zauważyła to, bo Stephanie zamieniła z nią dwa słowa?
Kobieta ta emanowała wręcz siłą, tak mocno, że nawet Tara milczała w jej towarzystwie. –  Widzisz tę scenę, gdy przy zachodzie słońca Fiona zmienia się w ogra i emanuje złotą poświatą?



A teraz widzisz Stephanie, która emanuje poświatą siły, i Tarę, która się na to gapi?
...
Ja widzę.

Eveline chciałaby mieć w sobie taką wewnętrzną siłę, a tymczasem, była średniouzdolnioną wrestlingowo dziewczyną odpowiedzialną za trzymanie swojej dużo silniejszej i psychicznie i fizycznie przyjaciółki z dala od kłopotów. – Do tej pory Eve nie trzymała Tary za rękę, tylko robiła głupstwa razem z nią. Zresztą to ona chętnie wylądowała na noc w pokoju wrestlerów i to ona wbiegła na ring, by rzucić się na czempionkę. No i taka z niej średnio uzdolniona, a wygrała walkę z mistrzynią i dostała się do WWE. Więc co ty mi tu ściemniasz? Jedno wynika ze scen, a drugie – zupełnie sprzeczne – próbuje wcisnąć mi narrator.

- To wasz bus. Radzę się wam szybko zaklimatyzować. Resztą zajmiemy się za kilka dni, kiedy trafimy do Denver na Smackdown. – Tak. Bo tak się robi z dwoma znanymi tylko z imienia początkującymi pseudowrestlerkami. Po co spisać dane osobowe, poprosić o dokumenty tożsamości, zapytać skąd laski są i… ile w ogóle mają lat…? I czy mogą w ogóle jechać? Bo dziewiętnaście to to nie jest dwadzieścia jeden, ale o tym już pisałam.
Ta historia zaczyna się robić coraz bardziej zabawna, bo absurdalna.



A coś mi mówi, że nie taki był twój cel.
Eve zwróciła uwagę na przedmioty w busie zgodnie z rzeczywistym spostrzeganiem otoczenia, czyli nie przyglądałaby się od razu wszystkiemu. Jednak powtórzenia i monotonia w budowie i brzmieniu zdań w opisie sprawiły, że tekst jest bardziej niż nudny.
To, co podobało mi się w tej notce, to rozmowy w busie między wrestlerami. Były naturalne i dość… prześmiewcze. Na plus, bo poniekąd charakteryzują zżytą grupkę postaci. I pomimo nagromadzenia bohaterów, nie gubisz się w ich opisie.
A jednak w tym całym bałaganie stało się też to, co nieco mnie zdziwiło. Tara i Eve wpadły do busa, od razu rozglądając się i dopatrując znajomych z telewizji twarzy. Stanęły więc jakby na środku i obserwowały sytuację, a nikt nie rzucił nawet czymś w stylu a wy tu czego?.
[UPDATE: Dopiero po jakichś dziesięciu akapitach bohaterki dostrzega Roman Reigns, ale dla mnie to – jak na tak sporą grupkę w busie – o wiele za późno].
I w ogóle fakt, że laski jako juniorki trafiły do busa pełnego gwiazd-seniorów, a nie jakiejś drugoplanowej przyczepy, jest kolejnym imperatywnym zagraniem na minus. Jak narazie, gdyby fabuła była postacią, twoją bez skrupułów nazwałabym mianem Mary Sue.

- Sam jesteś sprzątaczka, ciulu. My tu mamy tu mieszkać, tak mówiła Stephanie - wyrwała się Tara. Na twarz Punka wstąpiło poirytowanie. – Nie bardzo podoba mi się ta pyskówka no-name amatorki do o dziesięć (a niektórych nawet o piętnaście) lat starszych gwiazd. I jasne, że ma prawo się nie podobać, bo Tara opisywana jest głównie jako ta bardziej ekstrawertyczna i w gorącej wodzie kąpana, ale jednak przed Stephanie i przed Shane’em nie odezwała się nawet słowem. Teraz była w kolejnym obcym miejscu, wśród ludzi znanych tylko z telewizji, starszych od niej. Ciągle mieszasz w jej charakterze, przez co nie wiem, w co wierzyć – czy ona jest ogólnie taka wyszczekana i pewna siebie, czy tylko wśród znajomych?
Jak można dostrzec, Tara dość szybko odnajduje się w chaosie, który panuje w busie, gdyż jest buńczuczna. Eveline, będąc spokojną, może bardziej introwertyczną dziewczyną, niestety może źle przeżywać przebywanie w takim burdelu. Ciekawa jestem, czy dalsze rozdziały ukażą tę ciężką sytuację dla bohaterki, gdyż na ten moment nie ma takiej wzmianki.
Przed chwilą chwaliłam cię za to, że postaci jest dużo, ale nie da się ich ze sobą pomylić. Jednak po czasie ta sprawa też się komplikuje. Szczerze mówiąc, gdy wprowadzasz następne gwiazdy, to aby się połapać, kto jest kim, trzeba zaglądać co jakiś czas do zakładek, a najlepiej też pooglądać wywiady z danymi wrestlerami czy poczytać biografie. Samo opowiadanie, bez takich dodatków, opisuje na razie tylko tyle, że ktoś jest blondynem, a ktoś brunetem.
Czytadło nie nadaje się dla kogoś, kto nie zna się na wrestlingu i dopiero chce wejść w ten świat, poznać go i wrestlerów. Sama historia nie wprowadza postaci ani słówek z wrestlerskiego słowniczka, ale po prostu wrzuca imiona i hasła w tekst.

- A no rzeczywiście, to przecież te laski co to się rzuciły na Charlottę i Danę! - Becky uśmiechnęła się ciepło do dziewczyn. Wydawała się, jako jedyna naprawdę zadowolona z nowych współlokatorek. – Pozwolisz mi samej wnioskować?

- Rzuciły się na plastik, nazywajmy rzeczy po imieniu, Beksa - Dean z rozleniwieniem znów pojawił się w progu pokoju, taksując Eveline i Tarę wzrokiem. Jego uwagę jednak na dłuższy czas przyciągnęła Tara, odwzajemniając mu się ostrym spojrzeniem. – Nie da się taskować niczym innym, tylko wzrokiem. Nie wytłumaczyłaś też, dlaczego Dean bardziej przyjrzał się Tarze – co dokładnie zwróciło jego uwagę? Teraz, póki tego nie tłumaczysz, a jest to po prostu jakieś takie przeczucie/widzimisię/znak z nieba, dla niektórych czytelników może to być niesubtelna wskazówka, że będziemy za chwilę świadkami jakiegoś romansu.

- To są chyba jakieś żarty! I tak jest nam tu ciasno i mamy jedną łazienkę na pięciu, a teraz mamy mieć jedną łazienkę na siedmiu? I to na trzy kobiety?! To ja już wolę mieszkać a AJ! Stephanie chyba sobie ze mnie kpi - Punk wydawał się wyjątkowo poruszony tą sytuacją, niekoniecznie w dobry sposób. – Nieustannie tłumaczysz w komentarzu narracyjnym to, co wynika z dialogów.
Przestań.


007. The architect mind.
Zaskoczyła mnie zmiana narratora – stał się nim Seth. Przy tak wielu postaciach, ale nie tylko, unikaj stosowania przymiotników, takich jak brunet, bo nie wiadomo, o kogo chodzi i warsztat wychodzi na ubogi.
Relacja Setha z Deanem to ekspozycja. Opisujesz wielką nienawiść i jednocześnie streszczasz przypadki, które miały miejsce dwa dni temu. Nie sądzisz, że sama scena wystarczyłaby czytelnikowi, by ten mógł wywnioskować, jaka relacja łączy bohaterów? Dodatkowo dalej masz właśnie takie sceny pokazujące te wspólne docinki (łajzo, śmieciu, zdrajco, dupku... i brunet mógłby wymieniać tak w nieskończoność, a i tak nie powiedziałby wszystkiego), więc one same w sobie są dowodem. Pokazuj mi sceny, a nie opisuj suchych ścian tekstu, które nie przemawiają do wyobraźni.

Tym razem starał się nie dymić w pokoju, bo to zawsze kończyło się nieprzyjemnymi wymianami zdań z Romanem, który był wyjątkowo wyczulony na zapach dymu papierosowego, bo sam był niepalący. – No dobra, ale weź pod uwagę, że palenie z głową za oknem też nie jest idealnym rozwiązaniem. Jeżeli piszesz o Romanie i określasz jego wyczulenie jako wyjątkowe, to wydmuchiwanie dymu za okno nie powinno wystarczyć. Dym wraca, a potem i tak śmierdzi w pokoju, i tak. Nie da się tego łatwo przeskoczyć.

- Spadaj, dęciaku, to mój pokój. - Becky osobiście nic do Setha nie miała, jednak była osobą, która nie lubiła naruszania jej przestrzeni prywatnej, dlatego tak ostro zareagowała na atak Rollinsa. – Nie eksponujesz jedynie Setha, ale i Becky, tym razem w dialogu. Narrator tłumaczy, dlaczego bohaterka wypowiedziała takie, a nie inne słowa. Bez sensu. Przecież gdybym poznała jej zachowanie i wypowiedzi nieco lepiej, z biegiem czasu fabularnego, mogłabym sama dojść do tych wniosków.
Na początku sądziłam, że wykorzystywanie koloru włosów, by przypomnieć podmiot, to jednorazowy wybryk, aby pokazać czytelnikowi, jakie włosy ma bohater. Jednak z czasem okazało się, że korzystasz z tego dość często. A nie powinnaś.

- Idź sobie do busa R-Trutha i zobacz co on wyprawia. (...) - Becky ściszyła trochę swój ton. – Wiadomo, że swój, a nie czyjś inny, och rety, często ci się zdarzają podobne logiczności; to upierdliwe.
Trzasnął drzwiami i opuścił pokój dziewczyn. – Też logiczne. Wielokrotnie podkreślałaś, że właśnie tam znajdował się Seth.

On był mistrzem. Co z tego, że Roman nosił teraz jego tytuł? To nic nie znaczyło. Gdyby nie ta kontuzja, Seth dalej byłby mistrzem. Reigns jest tylko marionetką, która przez jego nieobecność przetrzymywała jego tytuł. Ale on go zdobędzie. Znów zostanie mistrzem. Ba! Jakie tam znów. On wciąż jest mistrzem. Na Money in the Bank, odbierze po prostu swój pas z rąk tej wielkiej kupy mięcha, bez szarych komórek. – Mieszasz czasy, na dodatek ten tok myślenia wydaje się mocno sztuczny i chaotyczny. Nie mam pojęcia też, czym jest Money in the Bank. Google powiedziało mi, że to jakaś cykl corocznych gal WWE, ale nie wynika to z tekstu. Na początku w ogóle wpadło mi do głowy, że to może jakieś nieprzetłumaczone powiedzenie w stylu Na bak coś tam, coś tam...

Chłopak rozłożył całą bluzkę. Na plecach niechlujnie wycięty został napis scumback. – A nie przypadkiem scumbag? W sensie oblech? (I właściwie czemu tego nie spolszczyłaś?). Scumback nic po angielsku nie znaczy. Chyba że jakiś powrót szumowiny czy coś, ale szczerze w to wątpię…
O! No proszę, w rozdziale pojawia się scena, w której Seth i Dean wymieniają ostre zdania, bo ten drugi zniszczył pierwszemu koszulkę, a ten pierwszy przerwał drugiemu masturbację. Czytelnik widzi, że mężczyźni dogryzają sobie jak gimnazjaliści, więc tym bardziej wcześniejsza ekspozycja opisująca wprost nienawiść Setha do Deana i żarty tego drugiego była zupełnie zbędna.

Seth nic nie odpowiedział. Zapewne wymyśliłby bez trudu jakąś ciętą ripostę, bo pomimo znikomej sympatii wszystkich tych baranów, był inteligentny. Tyle, że nie chciało mu się tego znów robić. Do Ambrose'a i tak nic by nie doszło, więc jaki to ma sens? – Ale przecież Seth sam podszedł do niego i zaczął na niego wyklinać. Więc tak jakby… no, zaprzecza temu, co powiedział o nim narrator. Zdążył już się zniżyć słownie do poziomu Deana i w ogóle zareagował dość agresywnie na zniszczoną koszulkę, więc końcowa myśl jest słaba. Gdyby Seth faktycznie dostrzegł koszulkę, ale nic by z tym nie zrobił, tylko coś pomruczał sobie pod nosem, że nie warto, to miałoby to jeszcze jakiś sens. A teraz jest już po ptokach, by mi wciskać, że Seth różni się od reszty rozwagą i inteligencją.
Jak zwykle jedno robią bohaterowie, a o drugim zapewnia narrator. Zdążyłam się przyzwyczaić do braku konsekwencji w tej historii.

- No i dlaczego wchodzisz tu jak do obory, ni dobry wieczór, ni pocałuj mnie w dupę? Co to w ogóle znaczy? – Wcześniej tego wyrażenia użyłaś przy narracji Eveline. To rzuca się w oczy mimo odległości kilku rozdziałów. Spróbuj jednak bardziej urozmaicać.

Był członkiem The Authority, a czasami miał wrażenie, że wciąż jest za coś karany. – Nie rozumiem związku przyczynowo-skutkowego w tym zdaniu. Jak członkostwo w The Authority wiąże się z karą? Na dodatek w rozdziale aż pięć razy przypominasz mi, że Seth należy do tej grupy. Raz czy dwa starczy, naprawdę.
I ostatecznie nawet nie wiem, czym w ogóle jest The Autority. To jakaś grupa wrestlerów, tak? Google powiedziało mi, że to jedna ze stajni w profesjonalnym wrestlingu, występująca w federacji WWE. No to teraz muszę przeczytać, czym jest stajnia, bo też nie wiem...
[źródło]: Stajnia to drużyna złożona z minimum trzech zawodników, których łączą wspólne cele, sojusze i wrogowie podczas jednego lub kilku storyline'ów.
No ale przecież w twoim wrestlingu nie obowiązuje kayfabe, więc tym bardziej nie ma czegoś takiego jak storyline (scenariusz wydarzeń), bo nic nie jest z góry zaplanowane. Więc w tym momencie stajnie jako łączone scenariuszem grupy… nie mają prawa bytu. Widać, jak mocno nie przemyślałaś tej historii. Pewnie pozbywając się kayfabe’u, nie sądziłaś, że powstanie tak dużo dziursk fabularnych. A jednak. 
Na dodatek w twojej historii jest jeszcze masa innych nieścisłości, na przykład obecność w The Authority Setha Rollinsa. W prawej kolumnie bloga napisałaś, że CZAS HISTORII DZIEJE SIĘ DWA TYGODNIE PRZED MONEY IN THE BANK PPV 2016. A według Wikipedii [źródło] Rollins odszedł z The Authority w listopadzie 2015. Nie ma więcej informacji na jego temat.

Łatwiej było uciec z Alcatraz niż włamać się na parking strzeżony przez świtę Vince'a McMahona. – Tak fabularnie, to szczerze w to wątpię… Znowu hiperbolizujesz.

- Seth...? - zapytała sennie wpatrując się w twarz chłopaka. – Seth ma trzydziestkę na karku i aż kipi testosteronem. To już raczej mężczyzna bardziej niż chłopak. W ogóle zauważyłam, że problemem historii jest takie bardzo luźne, wciąż niedojrzałe podejście do wszystkich bohaterów, a część z nich jest dawno po trzydziestce…
Ups.
Zajrzałam do zakładki o bohaterach. Odmłodziłaś ich. Akcja niby dzieje się w 2016, a jednocześnie opisujesz, że Seth urodzony oryginalnie w 1986 roku ma… dwadzieścia sześć lat. Nie wiem, albo masz problem z odejmowaniem, albo potrzebowałaś młodszych bohaterów. Ale przecież zdecydowałaś się pisać RPF; piszesz o realnych ludziach, żyjących gdzieś tam… Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby zobaczyli takie chaotyczne i niezgodne z realiami głupoty w sieci?
Głowa mała!



Nadal nie rozumiem, po co pisać RPF o wrestlingu, żeby nie trzymać się ani oryginalnych postaci i opisywać ich w całości takimi, jakimi są, i aby z każdej strony naginać prawa, którymi rządzi się wrestling.

Seth wszedł w nią szybko i... nie ukrywajmy... bardzo płytko.Nie miał ani sił, ani ochoty dziś się starać. Chciał się po prostu rozładować, nie zależało mu na niczym innym. – To, że wszedł w nią płytko, nie oznacza, że się nie starał, tylko że… miał małego. No bo jak się wchodzi z rozpędu, to raczej nie zwalnia się przed samym wejściem, yup? Piszesz, że gość nie ma siły, ale wchodzi szybko. Widzisz tę sprzeczność?
Uwaga, teraz coś dla dorosłych.
Rozładowując się, Seth na pewno chciałby szybko skończyć, tak? A większe doznania raczej są wtedy, gdy jednak wkłada się penisa, bo to właśnie tak działa seks, wyobraź sobie. Ledwo dziubanie i moczenie tylko końcówki raczej niewiele daje w tej kwestii.
Bardzo fajnie, że jednak poznajemy imię bohaterki dopiero po – nazwijmy to, niech będzie – seksie, przy odpalonym papierosie. To bardzo miłe ze strony narratora. Już myślałam, że o tym zapomnisz. A tak serio. Ta scena była strasznie słabo opisana. Seth idzie nie wiadomo gdzie, kładzie się za jakąś laską w busie, wchodzi w nią, porusza się trochę w niej i wychodzi (swoją drogą ciekawe, czy jej nie obtarł? Ona tak od razu mokra czekała w półśnie na niego?). A jej jedyną reakcją na to było zdanie: dziewczyna co jakiś czas zwieńczająca wszystko cichym stęknięciem. Potem od razu Seth kończy i odpala jej papierosa. Nie wiemy nawet, czy przypadkiem nie ona została zgwałcona w półśnie (bo trochę to tak wygląda... W końcu Seth przerwał jej sen, więc nie mamy nawet pewności, czy była już w pełni przytomna?). A po wszystkim sobie już normalnie z typem rozmawia i pali. 
Przy czym bohaterka jest zupełnie pozbawiona emocji, mówi jedno zdanie i pojawia się tylko po to, abyśmy mogli zobaczyć, jak Seth radzi sobie z problemami. Dziewczyna nie ma póki co żadnego wnętrza, nie wydaje się niczym innym jak kukiełką wprowadzoną na potrzebę sceny seksualnej.
Na dodatek po chwili narrator eksponuje, jak wygląda relacja Sashy i Setha; podobno para współżyje ze sobą jedynie w czasie jakiejś nerwówki – prosty układ, a nie żaden związek; bohaterowie podobno się nawet nie lubią. Problem w tym, że ten opis to zwykły zapychacz, aby notka była nieco dłuższa. Wnioski z relacji już wcześniej wyciągnęłam sama: Seth po seksie usiadł na fotelu, odpalił papierosa i mową pozornie zależną stwierdził, że nie wyjdzie, dopóki nie spali całego, bo w sumie to byłoby już trochę niegrzeczne, więc chociaż zagada do Sashy, co u niej słychać. Dalsze tłumaczenie narratorskie powinno wylądować w koszu. Jest perfidne i, czytając to samo, co dostałam zaledwie kilka zdań wcześniej w postaci sceny, czuję się, jakbyś naprawdę miała mnie za głupią.

Sytuacje ułatwiał fakt, że Sasha w sumie mieszkała prawie sama, bo Summer Rae zdecydowała się na własną rękę dojeżdżać na wszystkie gale, by czas pomiędzy nimi spędzać z rodziną, a Nikki Bella prawie każdą noc spędzała w osobistym busie Johna Ceny, odkąd to jej bliźniaczka Brie wraz ze swoim mężem wynajęli własny bus małżeński. – Piszesz o postaciach, których nie znam. Które póki co też nie są specjalnie ważne fabularnie. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić wymienionych bohaterów. Naprawdę w tym momencie wystarczyłoby mi tłumaczenie, że Sasha ma fajnie, bo pomieszkuje sama. Co jest w sumie trochę dziwne i naciągane (jakby akurat na potrzeby sceny seksu), kiedy Seth i reszta gniotą się w siódemkę w innym busie.

Chłopak już nieco rozładował się, ale pomimo to cała ta sytuacja była trudna. – Rety, nie masz pojęcia, jakie to upierdliwe! Praktycznie każdą informację eksponujesz, zamiast pokazać albo – co gorsza – eksponujesz po pokazaniu. Przecież uczestniczyłam w scenie mizernego seksu i uraczyłaś mnie już informacją, że Seth (wciąż bardziej mężczyzna niż chłopak) doszedł. A że sytuacja była trudna? Wynika to z tonu Setha, z tego, że wciąż w myślach się przejmuje i pociesza sam siebie.
Najlepiej byłoby, jakbyś zwolniła swojego narratora i zatrudniła innego. Takiego, który nie będzie tak kłapał jęzorem na prawo i lewo, tylko da działać samym bohaterom.

Nie czuł się w obowiązku być dla Sashy miły. Parę wspólnych numerków na rozluźnienie nie sprawiało, że miał od razu być dla niej dobry. Seth nie czuł się winien nikomu ani szacunku, ani nawet godnego traktowania, dlatego tylko najwięksi śmiałkowie byli gotowi raz na jakiś czas zagadać go na backstage'u. – Ekspozycja ekspozycję pogania, tyle ci powiem. Sądzę, że w tym rozdziale starczy przykładów. I w ogóle z kolejnych będę wrzucać coraz mniej takich sytuacji, bo inaczej ocenka sięgnie stu stron jak nic, a ja nawet nie będę w połowie.

- Zamknij się! - ryknął Seth, a dziewczyna przyciągnęła kolana jeszcze bliżej klatki piersiowej. - Nawet nie kończ. Jesteś głupia, skoro sądzisz, że cokolwiek takiego mogłoby dojść do skutku. – Lol? Przecież pisałaś w tym samym rozdziale, że Seth był w miarę inteligentnym kolesiem. Inteligentni kolesie nie drą ryja na dziewczynę, która – za przeproszeniem – daje dupy z litości i chce też jakoś pomóc rozmową.

- Ja nic nie sądzę, Seth, nie musisz mi pokazywać, jakim jesteś bucem - odwarknęła Banks. Nie dawała sobie w kaszę dmuchać, tak jak dawniej Zahra czy nawet Summer, którą raz czy dwa udało mu się przelecieć. – Te dialogi są naprawdę upierdliwe… Twoje zadanie jako autorki nie polega na tym, by wykładać wszystko kawa na ławę czytelnikowi. Twoim zadaniem jest stworzyć jak najbardziej realistyczny dialog, z którego czytelnik sam mógłby dopowiadać sobie resztę. Jako autorka jak na razie dajesz ciała; piszesz zwyczajnie za dużo, psując całą zabawę.


Nie mam więcej uwag do rozdziału, chociaż dałoby się wycisnąć z niego coś jeszcze.


008. Neverending War.
Rozmowa dziewczyn w porządku, ale niektóre wnioski są szyte dość grubymi nićmi. No bo sama pomyśl: Tara i Eve są w busie dopiero dzień, może i niecały, a już narrator używa wyrażeń, jakby dziewczyny znały wszystkich jak łyse konie. Na przykład:
Nie wydawało się to Eve dziwne, bo Becky sama zachowywała się, jakby miała silny syndrom ADHD. Wszędzie było jej pełno, a jej śmiech był wręcz zaraźliwy.
Albo:
(...) odparł Roman i zrobił to bez cienia niepewności, co wystarczyło Eve, by wiedzieć, że chłopak nie kłamię.
Czy jedna rozmowa w czyimś towarzystwie to wystarczająco do wysuwania wniosków? Wiem, że bohaterki znają wrestlerów z telewizji, ale to nie to samo. Szczególnie dla Eve, która podobno (jak wynikało wcześniej) była dość nieśmiała i trochę powinno zająć jej wyczuwanie nastrojów, pojmowanie sytuacji i relacji łączących wrestlerów oraz rozumienie ich (przy drugim cytacie wybitnie poszalałaś, wrestlerzy to przecież niesłabi aktorzy…). A jednak Eve i Tara od razu zaczęły zachowywać się, jakby już należały do grupy. To poniekąd rozczarowujące, no bo zaaklimatyzowanie się to dość ciekawy wątek, na który liczyłam.
Dziwne jest też, że Tara i Eve mają siły na całonocne ploteczki z Becky. Trzy dni temu walczyły o bilety i dostały ostry wpieprz, wyjechały do Chicago, imprezowały całą noc, rano obudziły się w hotelu, poszły coś zjeść, od razu ruszyły na Raw, gdzie też uczestniczyły w walce. Tara zdrzemnęła się wprawdzie za kulisami, w szatni, ale to też nie trwało długo. A teraz w busie kolejna nieprzespana noc…? Trudno mi w to uwierzyć.
Nadal określasz bohaterów kolorami włosów:
- Nie wasz interes! - wysyczał przez zęby Seth, obdarowując blondyna i rudą wściekłym spojrzeniem (...). – Przy czym raz zapisujesz Ruda, zaczynając wielką literą, jakby był to pseudonim Becky, a raz małą. Zdecyduj się.

Eveline tak przyciągnęła rozmowa Kofiego i Punka, że niemal nie słyszała dalej kłócących się dawnych Tarczowników. "Mówię ci, że siedziałem cały czas w pokoju!" słyszała znów tym razem podniesiony głos Romana. – No to niemal nie słyszała czy słyszała znów?

Eveline z natury była spokojną osobą i to właśnie spokój najbardziej sobie ceniła. Lubiła małe, przytulne, ciemne pomieszczenia i ciszę. Była po prostu stuprocentową introwertyczką.


Eve nie jest introwertyczką, umówmy się, ok? Kiedy ktoś szaleje w klubie, ląduje w pokoju z obcymi kolesiami, a potem napada na czempionkę, to nie jest introwertykiem, nie wmówisz mi tego. Eveline wydaje się też teraz zwyczajnie głupia. Przecież jej marzeniem poniekąd był właśnie wrestling. Żaden introwertyk nie ma takich marzeń (albo inaczej – może je mieć, ale niekoniecznie dąży do ich spełnienia, zależy jak bardzo jest w stanie przełamać swoje lęki), wierz mi. Wrestling kojarzy się z góry z medialnością, w niektórych stanach wrestlerzy to prawdziwi celebryci, aktorzy. Sama pisałaś o gimmickach i feudach. Eve musiała mieć świadomość, jeżeli chociaż trochę interesowała się wrestlingiem, że tu nie chodzi tylko o walkę od czasu do czasu, ale reklamy, kontrakty, wywiady… Osobiście nie siedziałam nigdy w tym temacie, lecz kilka dni researchu i – nawet wcześniej – ogólne pojęcie o tym sporcie już dało mi jakiś obraz… A teraz chcesz mi wmówić, że Eve on nie pasował?
W ogóle zmiany w charakterze Eve, jej nabieranie nowych doświadczeń oraz rozwój, zmiana charakteru byłyby ciekawym wątkiem. [Niestety po przeczytaniu całej historii okazuje się, że brakuje tego w tekście, nie poruszasz takich kwestii, Eve po prostu raz jest taka, a raz siaka].

Eveline okłada świeże siniaki cytryną z pieprzem i solą. Sztuczki z cebulą (nie cytryną! [źródło]) czy solą działają podobno na zmniejszanie zasinienia na siniakach, które już wyszły, w co w tym przypadku wątpię, bo czas od oberwania był zbyt krótki. To trochę trwa, naprawdę, a już kolejny raz o tym zapominasz.
Natomiast nie trzeba wcale być geniuszem zbrodni, żeby wiedzieć, iż na ledwo zarobionego guza najlepiej działa coś zimnego. Eve mogłaby wyciągnąć z lodówki jakiekolwiek mięso i kazać Romanowi przyciskać do czoła, żeby w ogóle zmniejszyć ryzyko pojawienia się opuchlizny.
Na dodatek Eve trzyma mu tę przyprawioną cytrynę na czole zaledwie krótki moment, a przecież okłady chyba powinny trwać nieco dłużej, aby sól mogła zebrać płyn limfatyczny zgromadzony pod skórą w obolałym miejscu, prawda? Obawiam się, że – tak na logikę – kilka minutek, jeden dialog to zdecydowanie za krótko, by cokolwiek ta sól dała.
No i jeszcze trzeba wspomnieć o pieprzu. Eve po prostu wzięła pierwszy-lepszy, ale ten nie ma zbytnio właściwości leczniczych, no chyba że na żołądek (dziadzio Skoi radzi: setka wódki z pieprzem i do łóżka). A największe stężenie kapsaicyny, która (podobno!) pomaga na stany zapalne i bóle głowy, zawiera pieprz... kajeński.
Po skończeniu rozdziału zajrzałam sobie w komentarze. 



LOL.
Nie rozumiem, dlaczego musiałaś zmyślać. To nie dało się wpisać w Google domowe sposoby na sianiaki? Ja tak właśnie zrobiłam i wyszły mi faktycznie rady z solą, z cebulą czy inne. Ktoś przeczyta rozdział, nie zajrzy w komentarz, na drugi dzień zarobi guza i będzie próbował twoich autorskich metod, które… raczej nie zadziałają.
Super, naprawdę fajnie.
Dobra robota, Sleepko.


009. No chance in hell.
Około szóstej nad ranem po busach chodził Hunter, sprawdzając czy wszyscy są, bo już niedługo mieli ruszać do Detroit na nagrania Smackdown. – Mam problem z czasem akcji w twojej historii. Od początku z góry zakładałam, że opisujesz wszystkie wydarzenia tak, jakby działy się ciągiem, ale teraz nie jestem już tego taka pewna. No bo wszyscy bohaterowie położyli się naprawdę późną nocą, a o szóstej już ktoś łazi i ich sprawdza? Tym bardziej że około trzeciej Seth zawędrował do busa Huntera i Stephanie, i oni też jeszcze tam nie spali.
Czy gwiazdy wrestligu w ogóle nie potrzebują porządnie się wyspać? Zakładając, że Raw skończyło się około, nie wiem, północy…

Obudził tym samym Tarę i chyba tylko ją. Dziewczyna jednak szybko powróciła do krainy snów pomimo chrapania Becky, która w tamtym momencie aż prosiła się, by udusić ją poduszką. – Skoro tylko Tara zbudziła się dosłownie na chwilę, bo Hunter łaził po busie, ale momentalnie znów zasnęła, to kto niby w tamtym momencie chciał skazać Becky? Narrator?

Rano, gdy autobus pruł już w najlepsze stanowymi drogami, Reigns wytłumaczył jej i Eve przy śniadaniu, (złożonym z ohydnego, zdrowego musli, bo Seth i Dean zjedli wszystkie czekoladowe chrupki wcześniej) że autobusy zazwyczaj jeżdżą w nocy, lub, tak jak w tym przypadku, kiedy droga nie jest daleka, z samego rana. – O której było to rano? Serio, chcesz mi wmówić, że oni wszyscy chodzili tam spać przed czwartą, a budzili się pełni sił o, nie wiem, ósmej?

Ku małemu rozczarowaniu Tary, rano klimat w ich autobusie mocno zmienił się w stosunku do wczorajszego wieczora. – Chyba raczej od wczorajszej nocy, biorąc pod uwagę, że awantura Setha i Deana o koszulkę miała miejsce jakoś przed drugą.
Sleepko, ale naprawdę… Piszesz to opowiadanie, prawda? To ty wymyślasz fabułę. Więc czemu nic się nie lepi? Nic kompletnie?

(...) Tara wraz z Eveline szła teraz w stronę hotelu, wraz ze swoim skromnym bagażem w postaci sportowej torby. Becky miała iść z nimi, lecz ostatecznie zniknęła gdzieś z Natalyą i TJ'em. – Nie wiem, kim jest Natalya i TJ, chyba nigdy wcześniej o nich nie wspominałaś, a wprowadzasz ich tak, jakbyś była przekonana, że wiem, o kim piszesz.

Eveline poszła na siłownię. Zamiast się przebrać, ogarnąć, ochłonąć po ciężkiej nocy i po tym zajściu na Raw… Wczoraj często o tym myślała, a teraz, gdy mogła zostać na chwilę w pokoju i odpocząć… poszła na pracować nad tężyzną. Prędzej spodziewałam się tego po Tarze.
Jeszcze na początku opowiadania dziewczyny nie były do siebie podobne, ba!, nawet chwaliłam cię za odmienne charaktery i widoczne różnice. Ale po pierwszej notce wszystko się pokićkało. Jakbyś nie potrafiła opisywać konsekwentnie postaci i wkładać ich w sceny, które podkreślałyby jeden, zgodny charakter. Wiem, że nic nie jest w życiu albo czarne, albo białe, ale kiedy czytelnik czyta książkę czy opowiadanie, cokolwiek, za wszelką cenę stara się wywnioskować z tekstu, z jakimi postaciami ma do czynienia. U ciebie nie ma szans zrozumieć postaci, a co za tym idzie, przewidywać ich reakcji czy działań, spodziewać się czegoś. A jest to ważne, bo w każdej historii nadchodzi jakiś dla postaci punkt kulminacyjny, w którym postać mogłaby czytelnika czymś zaskoczyć. U ciebie wszystko jest bez sensu, nie ma logicznych pobudek, żadnego podparcia, silnego podłoża. Dziewczyny zachowują się tak, jak podoba ci się akurat w danym momencie i stąd same sprzeczności. To dlatego tak trudno wczuć się w bohaterki. Są… byle jakie, byle były. U ciebie to sceny budują ich charakter tu i teraz, a powinno być odwrotnie – bo to sceny dopasowuje się zwykle do postaci. Trudno, żeby ktoś był jednocześnie zamyślonym introwertykiem, lekko przerażonym nową sytuacją i… nie potrzebował czasu dla siebie, w spokoju, tylko szedł tam, gdzie pewnie zaraz zbierze się większa część właściwie nadal obcego towarzystwa.

Pierwsza wypowiedź Deana była nawet śmieszna, ale potem dialog zaczął przypominać sprzeczkę rodem z gimnazjum:
- Jestem zabawny. Ale to poczucie humoru dla inteligentnych, więc nie dziwię się, że tego nie rozumiesz. (...) W każdym razie, mogłabyś być nieco milsza.
- Jakbyś nie był taki głupi, to rozważyłabym tą propozycję - odpyskowała chłopakowi Tara, ciesząc się, że ma go już z głowy.
- Wiesz co? Jesteś wredna, nie lubię cię.
Myśl, co chcesz, ale tak. Nie brzmią. Dorośli. Mężczyźni.


- Sportowym degeneratem, wyrzutkiem stworzonym po to, by zarabiać na mordobiciu? Taką chcesz mieć przyszłość? - zapytała ostro matka (...)
- To nie tak. Nie wiesz, jak tutaj jest. Nie wiesz, na czym to polega... to moja pasja. Chcę się w życiu spełniać. – Problem w tym, że akurat, jeżeli brać pod uwagę twoją wersję wrestlingu bez kayfabe’u, to mama Tary ma rację i wrestling jest zwyczajnym mordobiciem. Dodatkowo słowa Tary nie są przekonujące; mnie, jako czytelniczce będącej świadkiem tego, co działo się na Raw, nadal bliżej przemyśleniami do matki Tary. Ja też nie wiem, jak tutaj jest ani na czym to polega… Mimo że opowiadanie czytam od początku i niczego nie pomijam.
Okej. Rodzice Tary weszli, powiedzieli dwa zdania, że być lekarzem to prestiż i że jak Tara nie wróci, to ją wydziedziczą, po czym wyszli. Kiedy przeczytałam, że są na korytarzu, spodziewałam się czegoś bardziej… przejmującego. Tara wcześniej myślała o tym, aby pójść do domu i wszystko wytłumaczyć, a teraz rozmowa trwała może minutę, że Tary matce nie opłacało się nawet siadać.
Z twoim opowiadaniem mam taki problem, że generalnie fabuła, którą przedstawiasz, jest ciekawa. Wątek Setha, który czuje się jak kozioł ofiarny, albo wątek tajemnicy pomalowanego autobusu, albo wątek właśnie rodziców Tary… Sądziłam, że skoro wcześniej pisałaś o tym, że młoda McTudy nie odbiera od nich telefonów, pociągniesz trochę ten niepokój lub chociaż ważna scena – jeżeli już się pojawiła – wniesie coś więcej. A wniosła tyle, że Tara nie gada z Eve, bo okazało się, że to ta druga poinformowała rodziców, gdzie jest ich córka.
Dlaczego to zrobiła? Nie spodziewałam się tego po Eve. Wydawało mi się, że przyjaciółka była na tyle rozsądna, by najpierw pogadać o tym pomyśle z Tarą. Eve nie chciała na pewno, by Tara została wydziedziczona i nie chciała ich kłótni, którą przewidziałoby nawet dziecko. Nieraz też wspominałaś, że przyjaciółki znają się od małego i wątpię, by Eve nagle, tak z dupy jeża, postawiła snobistycznych starszych nad przyjaźń i ich marzenia nad marzenia Tary. Bo Eve powinna też wiedzieć, że Tara nigdy nie zgodzi się powrót do domu, zresztą Eve nie chciałaby na pewno zostać sama w WWE. Czego ona się właściwie spodziewała? Że rodzice Tary przyjdą na kawę? Przecież nie zna sytuacji od wczoraj. Tak postąpić mogłaby jakaś wścibska drugoplanowa postać, a nie wielka przyjaciółka, która sama zgodziła się na ucieczkę Tary z domu i podobno wspierała dziewczynę całym sercem!
Eve znowu wyszła na głupią. Jej zachowanie jest tak nieprzemyślane, że aż przykro. Kolejny raz zrobiła coś, co nie pasuje do charakteru, który pokazywałaś mi na początku.

Ta kłótnia wyssała jej niemal wszystkie soki (...). – Frazeologizm z sokami brzmi: wycisnąć z kogoś ostatnie soki/siódme poty. Wysysanie soków przez kłótnię brzmi wręcz śmiesznie.
Bardzo zdziwił mnie nagły przeskok czasowy; kolejna część rozdziału przedstawia wydarzenia dwa dni później. Do tej pory wszystko działo się dzień po dniu, sceny dość ściśle były powiązane czasem, a tu nagle takie zaburzenie. To mnie trochę skonsternowało.
Okazuje się, że kłótnia z Eve mija ot tak, bo Vince wreszcie podpisał z dziewczynami umowę i pogroził im, że dostaną wycisk, ponieważ muszą udowodnić swoją wartość w WWE.

Tarę zalało przerażenie (...) obróciła się na pięcie i błagając, by nie spanikować, wyszła z gabinetu. – Kogo błagała? Samą siebie? Nie wynika to z kontekstu. Poza tym naprawdę dziwię się aż tak przesadzonej reakcji akurat z jej strony. Do tej pory wydawała się tą silniejszą, bardziej pewną siebie i zaradną. Cholera, ten świstek był jej marzeniem, a ona robi w gacie pod siebie, zamiast obiecać sobie, że da radę? Nie pasuje mi to do niej. Cały czas mam wrażenie, że bawisz się tymi charakterami. Że to, co powinno być cechą Eve, nagle zmienia bez przyczyny właściciela, aby, nie wiem, zbudować jednozdaniową dramę?
Samo pogodzenie dziewczyn też jest średnie. Jeden z naprawdę ciekawszych wątków zaczął się w tym rozdziale, rozwinął i... skończył. Myślałam, że może to trochę pociągniesz, podkreślając wagę kłótni i podsycając napięcie między bohaterkami, ale cała sytuacja okazała się wcale nie aż tak przejmująca i straciła na wartości. Spłyciłaś ją maksymalnie.


010. Harm and betrayal.
Jako że nie śledzę walk w wrestlingu, nie wiem, czy początkowa ekspozycja dotyczy tego, co dopiero się stanie, czy tego, co miało już miejsce. Przykładowy fragment:
Musisz wygrać ten mecz, rozumiesz? Z tej areny masz wyjść jako mistrzyni. Rozkazała jej ostrym tonem Steph (...).
I za tym idą trzy niemałe akapity o trudnościach Becky i żalenie się na Sashę; mam wrażenie, że Becky martwi się tym, co dopiero się stanie, chociaż niektóre półsłówka świadczą o czymś innym (np.: nie podołała zadaniu). I całość przez to jest okropnie pomieszana. Właściwie denerwuję się, bo nie wiem, gdzie jestem, gdzie jest teraz Becky, dlaczego rozmyśla akurat o tym… Dużo ważniejsze w opowiadaniach od retrospekcji czy streszczeń są zawsze sceny bieżące. Na dodatek przez to, że nie znam się aż tak przesadnie na walkach i galach, zwycięstwach i przegranych (a takiej wiedzy wymaga ode mnie historia, aby była zrozumiała), ekspozycja jest dla mnie nudna jeszcze bardziej niż zwykle.
Po tych trzech akapitach dostaję jednak coś takiego:
Niestety, wszystko poszło nie tak. Wygrała Charlotte. Mistrzyni niezależna. Tym samym narażając Becky na wściekłość McMahonòwny i WWE na ciągłe wojny dzieciakòw Vince'a. – Czyli jednak dopiero wtedy upewniam się w stu procentach, że to, o czym mówi narrator i co tak bardzo przeżywa Becky, miało miejsce już wcześniej. Nareszcie jakiś punkt zaczepienia; lepiej późno niż wcale.
Ten tekst w żaden sposób na mnie nie działa, no może poza tym, że wywołuje srogą konsternację. Jeżeli Becky wcześniej tylko wspomina, muszę to czuć w jej przemyśleniach, muszę mieć skąd to wywnioskować. Tymczasem narrator streszcza przeszłość, ale nie oddziela tego w żaden sposób od wydarzeń bieżących. Jak ktokolwiek poza tobą miałby się w tym odnaleźć, powiedz mi? Na stworzenie rozdziału trzeba mieć plan – plan na układ, na pojawiające się sceny, na wykorzystaną narrację i perspektywę. A ty, mam wrażenie, mieszasz, jak ci się podoba, nie bacząc na to, że czytelnik szybko się pogubi w twojej pisaninie.

Dodatkowo wcześniej mieliśmy rozdziały z perspektywy Eve i Tary. Potem doszedł wątek Setha, a następnie wątek pomalowanego busa, potem wróciliśmy do OCC i ich podpisanego kontraktu… Tamto wszystko się jeszcze nie skończyło, nawet się nie rozwiązuje gdzieś w tle, a ja już mam perspektywę Becky (i przy okazji stylizację jej mowy pozornie zależnej, która nie różni się od wszystkich innych). Zaczynasz niebezpiecznie gromadzić materiał, ale nie widzę, do czego dążysz. Boję się, że zaczniesz mi za chwilę przedstawiać perspektywy wszystkich bohaterów z zakładki – po kolei, jak leci: kto ma jakie problemy w grupie – a jest ich całkiem sporo. Nie ogarnę, uwierz mi. Tego będzie za dużo.

Gdyby Natalya nie wzięła Becky do tag teamu (...). – Nie wiem, co to jest tag team.
Jeżeli masz problem z naturalnym definiowaniem pojęć w narracji, może stwórz jakiś słowniczek na blogu? Nie powinnaś pozwolić, bym – zamiast cię płynnie czytać i nie opuszczać co chwilę bloga – myszkowała samodzielnie po sieci w poszukiwaniu odpowiedzi.
A spójrz, jak dałoby się to ładnie rozwiązać:
Gdyby Natalya nie wzięła Becky do tag teamu, aby walczyć z nią w parze, Becky dalej odstawiałaby jedynie żałosne walki na tygodniòwkach. Tag teamy pozwalały jednak pokazać się dwóm zawodnikom. To zawsze bardziej pobudzało publikę i budowało renomę nazwiska.
Definiowanie nie jest wcale takie trudne, prawda?

- Możesz przestać się wierzgać? - zapytała poddenerwowana fryzjerka, Patricia. – Okej. Po pierwsze, minęła już strona rozdziału, a ja dopiero dowiaduję się, że bohaterka jest u fryzjera. Za dużo ekspozycji, za mało konkretów, więc wyobraźnia nie działa.
Po drugie, wśród tylu imion i nazwisk wrestlerów, pośród nagromadzenia nowych informacji, które dość trudno mi jest segregować w głowie (zakładka o bohaterach czasem pomaga), czy naprawdę nawet fryzjerka musi mieć imię? Nie mogła to być po prostu fryzjerka? Zapychasz mi głowę zbyt wieloma danymi. Podziel je na istotne oraz te, które powinny znaleźć się w koszu, bo nic nie wnoszą. Nie każda postać, nawet epizodyczna, musi mieć imię. Imię to dowód wyjątkowości, ono wyciąga postać z tła. Ale wrestlerzy na pewno obracają się w szerokim gronie menadżerów, kostuimowców, charakteryzatorów, kosmetyków, gości z cateringu… Niech oni lepiej pozostaną wszyscy tłem, tak dla dobra czytelnika.
No dobrze, przeczytałam następne akapity i wiesz co? Przerosło mnie to.
Już nie chodzi tylko o kompletnie nieznaną mi Natalyę albo fryzjerkę Patrycję. W rozdziale pojawiają się tylko z imion i nazwisk jeszcze (pomijając tych, których już znam): Tyler Breeze, jacyś Jojo i Corey, Chris Jericho, jakiś Sheamus, Brie i Daniel, Nikki i Renee, Dolph Ziggler, Lana, Rusev, Summer, Vicky Guererro, nadal nieznany TJ, jakiś John... Część przewinęła się jako ktoś wspomniany w dialogu, druga część robiła za tło. Ty pewnie widzisz pełnokrwiste postaci, a ja… nic. Jakieś manekiny o nieznajomych twarzach?
Dopiero potem skojarzyłam też, że Becky ma na nazwisko Lynch i to o nią ci chodzi, gdy używasz nazwiska. Zupełnie o tym zapomniałam, musiałam zajrzeć do zakładki.


Przez ten natłok właściwie musiałam ominąć cały dialog. Nie miałam pojęcia, co czytam, Becky chyba wspominała jakieś wesele i z czegoś się podśmiewywała, ale nie dość, że było to masakrycznie nudne, bo nic nie wniosło do fabuły, to jeszcze ukazało grubą niezgodność, bo rozdział zaczynasz zmartwieniami Becky, a potem ona po prostu fajnie się bawi na ploteczkach, z których NIC NIE WYNIKA.
Pierwsza część rozdziału przegadana, niestrawna.
Zobaczmy, jak będzie z drugą.   

Setphanie była dla niej prawdziwym krzyżem pańskim, niczym dla połowy rosteru. – I znów powiedzenie, tym razem nie nawiązuje do mitologii, ale religii chrześcijańskiej. Ten twój narrator jest strasznie mozaikowaty; niby o wielu stylizacjach, a jednocześnie przeciętny, wciąż lubujący się w jakichś pospolitych powiedzonkach.

Becky już zdążyła przyswoić do siebie fakt, że brunetka jest delikatna jak papier ścierny. – O, i powtarzalny, no bo to z papierem też już gdzieś było wcześniej, pamiętam.

Xavier był bardzo dobrym aktorem i wypełnionego pozytywną mocą umiał grać na scenie. – Toporny szyk.
Zaraz, moment. To Xavier gra na scenie, tak? Ale gra tylko wypełnionego pozytywną energią, a naprawdę ma słaby humor, czy udaje wesołego, bo nakazuje mu to scenariusz jego postaci? Jego gimmick? To jest jednak w opowiadaniu co grać i istnieje ten z góry ustalony kayfabe czy nie?

Becky uwielbiała wchodzić na ring. Widziała wtedy setki świateł wokół niej, okalającą ją niczym aureolę. Czuła energię tysięcy krzyczących na trybunach ludzi. Twarze roześmianych dzieci, ludzi w koszulkach ze swoimi ulubieńcami, z ekscytacją to wszystko przeżywający. – Fleksja ci kuleje, ale tu nie o tym.
Sam opis nie jest zły, chociaż przypomniał mi o Eve i jej przemyśleniach na temat introwertyzmu. Wtedy zauważyłam, że wrestling raczej nie jest sportem dla takich ludzi. Teraz to udowadniasz, mimo że Eve za kulisami z zapałem ogląda scenerię i razem z Tarą nie mogą się doczekać swoich przyszłych występów. Ten introwertyzm wcześniej, to był chyba tylko taki z braku laku, aby zrobić jedną scenę.

Od kiedy tylko pierwszy raz latając po kanałach trafiła na powtórkę Wrestlemanii XX, wiedziała, że to jest właśnie to, co chce robić w życiu.Latając po kanałach to ostry kolokwializm, który nie pasuje narratorowi. A na pewno nie takiemu, który używa powiedzeń z krzyżami pańskimi.
Musisz się w końcu zdecydować na jeden styl narracyjny. Kolokwializmy raz na jakiś czas sprawiają, że mam wrażenie, że wszystko ci jedno i nie starasz się dobrze prowadzić tej historii, nie przykładasz wagi do prezentacji tekstu.

Nie lubiła tej maty. Była stanowczo zbyt... hmm... Ruda po prostu czasem miała wrażenie w czasie walki, że skacze [kto? mata?] po trampolinie. – Może się czepiam, ale wcześniej Becky nie miała problemów z nazywaniem prostych rzeczy. Sprężysta – tego jej brakowało. To nie jest jakieś supertrudne słowo.

W dziewczynie chyba zapłonął ogień walki, bowiem rzuciła się na Danę tak mocno, że ta aż uciekła na przeciwną stronę ringu, zasłaniając w popłochu twarz. – No i znów zabawa z narracją, tym razem używasz strupieszałego bowiem, tak pasującego do opowiadania o wrestlingu, że wcale.

Wklejam cały fragment dla jasności przekazu:
Natalya jeszcze trochę pomęczyła jej słodką buźkę, aż Brooke zdołała dowlec się do ringu i zrobić tag dla niezbyt zadowolonej z sytuacji Charotte. Natalya wykorzystała okazję i gdy już przejęła kontrolę nad Char, wykonała tag do Becky.
Becky pełna wigoru wyskoczyła na ring i w ramach akcji drużynowej, wraz z Natalyą, zdetronizowały mistrzynię. Potem niestety Natalya zmuszona była zostawić Becky sam na sam w ringu.
- Tak jest kochanie! - wrzasnęła do szczęśliwej Nattie.
Właściwie nie wiem, co się stało. Charlotte została sama na ringu i rzuciły się na nią Natalya i Becky, detronizując ją? Co to znaczy? W moim odczuciu to brzmi, jakby już z nią skończyły walkę i wygrały (dlaczego Nat była jeszcze na ringu? Sądziłam, że trzeba zejść z ringu zaraz po tagu). Potem jednak okazuje się, że Nattie schodzi, a Becky dalej walczy z Char. Nie rozumiem, co czytam.

Wtem jednak na ring ku zdziwieniu Becky wpadła Dana, chcąc ratować swą Boginie. Boginia wielką literą? Dlaczego? Poza tym strasznie nie podoba mi się to, że sytuację opisuje wszystkowiedzący, ale nie jest obiektywny, jak być powinien, tylko kibicuje swoim. Gdyby to jeszcze były myśli bohaterów, jakaś mowa pozornie zależna, to miałoby sens, ale to jednak wszystkowiedzący, bo dziewczyny są zbyt zajęte przeżywaniem walki. Zapamiętaj: narrator nie może narzucać czytelnikowi opinii. Tę powinnam wyrobić sobie sama.
Niestety dalej też tak działasz:
Na szczęście dziewczyny odpowiednio szybko się zorientowały i nim Dana zdążyła zreflektować się, co się dzieje, leżała już na macie.Na szczęście narzuca mi to, jak mam reagować na wydarzenia. Ej, ale chyba sama powinnam zdecydować, które postaci lubię mniej lub bardziej i komu będę kibicować, tak? Rolą autora (a co za tym idzie – narratora) jest pisać tak, by czytelnik sam wnioskował. A żeby tekst był interesujący, jedyną rozrywką nie może być przyswajanie informacji. Powinnam też ruszyć głową, zacząć sobie wyobrażać scenę i decydować, co myślę o danych postaciach. Ty mi to odbierasz.

Zupełnie samą z Becky,  której ognisty temperament zaczął działać właśnie teraz. Ten temperament zadziałał już dawno. Gdy Becky wchodziła na ring, a potem gdy kibicowała przyjaciółce, no i wreszcie podczas walki. Przez cały czas mocno podkreślałaś jej emocje, jej poświęcenie, jej miłość do tego sportu i energię. Więc to nie jest tak, że dopiero teraz jej temperament zaczął działać. To nie pasuje. Kolejny raz zaprzeczasz czemuś, co sama stworzyłaś.

Natalya tym razem szybko przeszła do rzeczy, wykonując sharpshooter. Dźwignia ta, w której to podnosiło się nogi przeciwnika i kucało na jego plecach, była wizytówką Hartów. I była iście piekielna. To była chyba najbardziej bolesna dźwignia, jaką kiedykolwiek, ktokolwiek założył Becky. Teraz jednak, to Charlotte leżała w tym okrutnym, hartowym uścisku, a wydobywający się z jej ust krzyk, mówił wszystko o jej sytuacji. – Podoba mi się, że wreszcie opisałaś cios, ale… wyobrażam sobie tę dźwignię i Charlottę, która krzyczy z bólu. Automatycznie zrobiło mi się jej żal (Charlotty, nie dźwigni). Może i trochę na złość narratorowi, który do tej pory mi narzucał, że Charlotte to ta, której nie powinnam lubić, chociaż nie tylko dlatego. W prawdziwym wrestlingu Char tylko udawałaby albo przynajmniej dźwignia bolałaby nieco mniej, a ty katujesz tę bohaterkę, bo twój wrestling to nie wrestling tylko jakieś mordobicie (o, dawno nie używałam tego słowa; stęskniłam się). Strasznie mnie to irytuje; całe WWE staje się czymś na wzór jakiegoś podziemnego kręgu, gdzie trzeba jak najefektywniej i – przy okazji – najefektowniej zrobić komuś krzywdę.
Co na to jakiś Komitet Praw Człowieka czy coś w tym stylu?

Pod rozdziałem zobaczyłam komentarz głoszący: Niestety nie było mi dane oglądać tej walki, ale jestem pewna, że doskonale ją odwzorowałaś. Mam rozumieć, że rozdział opisuje dokładnie relację walki, która naprawdę miała miejsce? W takim razie jaki jest sens tworzenia opowiadania, którego fabuła nie zaskakuje i wyniki poszczególnych starć da się sprawdzić w sieci – ba! – pewnie i obejrzeć na jakimś kanale?


011. Losing own rules.
Nawet od tak delikatnego uderzenia jego niemal bezwładna głowa zsunęła się ze sztywnej poduszki na pełen wystających sprężyn materac. Roman miał wczoraj iść do busa magazynowego wymienić ten materac, ale jakoś nie miał do tego głowy. – Wczoraj nie miał głowy, która dzisiaj była niemal bezwładna… Wiem, że to tylko powtórzenie, a jednak wyszło dość zabawnie.
Informacja o busie magazynowym nie ma żadnej przyszłości w tekście, pada tylko po to, aby… no właśnie nie wiem po co. Narrator usprawiedliwia Romana? No dobra, ale to dalej bez sensu fabularnego. Materac jest taki a nie inny, aby czytelnik mógł podziałać z wyobraźnią, a streszczenie o tym, co się nie wydarzyło, nie pobudza tej wyobraźni. Nie ma sensu.
Tym bardziej że w następnym akapicie mam coś zdecydowanie innego, ważniejszego niż materac. Mam galę. A raczej jej streszczenie. Dużo ciekawsza byłaby chociażby najkrótsza scena nokautowania Setha walizką. Zobacz, jak to w ogóle fajnie brzmi: Nokaut walizką! Dlaczego nie mogę tego zobaczyć oczami wyobraźni? Dlaczego nie mogę tego zrozumieć? Czy bohater ma walizkę (z czym? z pieniędzmi?) w ręce i wali nią po przeciwniku? O CO CHODZI? Wydaje się ciekawe, nie sądzisz? To czemu mi tego nie dasz, tylko okrajasz do minimalnego opisu, który i tak nic nie tłumaczy?

Gdy przegrał na wczorajszej gali z Sethem, zawalił mu się świat. Roman nie afiszował się z nienawiścią do Setha, ale przegrana z kimś takim była po prostu nożem w jego serce. Ta cała rywalizacja była tylko po to, by ją teraz przegrać? Pokazał wszystkim, że jest od niego gorszy. Że Seth pomimo całego zła jakie wyrządził jemu i Deanowi, wciąż wypływał na wierzch. A Reigns nie był w stanie go pokonać.(...) A gdy Dean znokautował Setha walizką i zabrał mu pas, śmiał się już otwarcie. – Skoro coś jest powodem do zapisania aż czterech sporych akapitów ekspozycji i streszczenia, wydaje się dość ważne dla historii. A skoro jest ważne dla historii, czytelnik na pewno wolałby móc to zobaczyć, uczestniczyć w tym, chciałby samemu prześledzić przebieg wydarzeń, a nie dostać tylko suchą informację o tym, jak skończyła się gala. Fakt, że teraz przynajmniej przedstawiasz to z perspektywy Romana i piszesz o jego uczuciach, ale nadal lepiej byłoby to przedstawić na gorąco, a nie po czasie. Na dodatek ten nudny i pozbawiony emocji wywód wstawiasz zaraz po tym, gdy Roman otworzył oczy, na samym początku rozdziału. Jeszcze nie zdążyłaś się rozkręcić, a już zduszasz akcję, spowalniasz tempo. Zniechęcasz.

Głowa bolała go tak niemiłosiernie, że zaczął się zastanawiać, czy zgorzkniały swą przegraną Rollins nie wbił mu siekiery w łeb. – Zaraz po ekspozycji dowiadujemy się, że ten cały wywód to jednak nie były myśli Romana, bo tego bolała głowa i myślał o czymś innym.
Narrator wciska do opowiadania ścianę tekstu, która w tym momencie absolutnie nie dotyczy bohatera. Gdyby wcześniejsze akapity były tym, o czym faktycznie myślał Roman, dałoby się to jeszcze od biedy podpiąć pod wystylizowane wspomnienia. Ale nie… To tylko narrator robi, nie wiem, przerwę w fabule? Zatrzymuje czas akcji, aby wtrącić coś od siebie – najwyraźniej.
Musisz zdać sobie sprawę z tego, że większość czytelników zwykle omija takie wymuszone akapity będące przegadanymi relacjami, suchymi podsumowaniami z fabuły, która tak naprawdę nie miała miejsca w opowiadaniu. Jak autor przynudza, to chwytają za myszkę i scrollują do pierwszego dialogu, bo to właśnie akcja jest interesująca, a nie narracja sama w sobie.

Spojrzał niewyraźnym wzrokiem obok na łóżko Ambrose'a. (...) Leżał niemal bez ruchu, z butelką wody pionowo przyłożoną do ust, opróżniając jej zawartość.
- Deeeean...- jęknął Roman ku przyjacielowi, by zaakcentować, że już nie śpi. - Masz picie? – No przecież widział butelkę, więc to strasznie głupie pytanie.

- Już nie...- odparł, odrzucając kolejną pustą butelkę na podłogę. Roman miał w tym momencie ochotę go tą butelką zabić. Wypił wszystko sam! Co za bezczelność! – Nie. Nie miał ochoty, ponieważ gdyby miał ochotę, to by wstał i coś zrobił. Tak samo jeżeli chciało mu się pić tak strasznie, jak podkreśla narrator, to zrobiłby to, co dorosły pełnosprawny człowiek – po prostu wstałby i ruszył dupę do wodopoju.

Nie dało się mu wytłumaczyć, że jądra nie są głównym nośnikiem testosteronu. – Technicznie rzecz biorąc, może to i dobrze, że się nie dało, bo Dean miał rację. Testosteron jest przecież produkowany przez komórki śródmiąższowe Leydiga w jądrach, pod wpływem hormonu luteinizującego.

- Jestem champem. A potem przyniosłeś wódkę. Tyle pamiętam - odparł ledwie żywy Ambrose. – Chwilę wcześniej pisałaś, że: Był tak szczęśliwy, gdy Dean zdobył mistrzostwo, że na barana, z butelką najdroższego whiskey w buzi i dwóch półlitrówkach w dłoniach Deana zaniósł go do busa. – A więc technicznie to Dean przyniósł wódkę, a Roman whisky.
Autorko! Piszesz to opowiadanie! I naprawdę nie pamiętasz, jaki obraz wykreowałaś zaledwie stronę wcześniej?

(...) gdyby ktoś nie znał zasad Straight Edge, wyznawanych przez Punka, mógłby pomyśleć, iż chłopak pił razem z nimi (...). – CM Punk ma 35 lat.
Sądzisz, że o kimś, kto tak wygląda, wciąż mówi się chłopak?:


(...) by potem dzielnie zwalczać w sobie amoralnego kaca (...) – co to jest amoralny kac?
Amoralny [źródło]:
1. «nieodróżniający dobra od zła»
2. «niezgodny z normami moralnymi lub zupełnie ich pozbawiony»
Mówi się o kacu moralnym, tzw. moralniaku, gdy ktoś ma wyrzuty sumienia spowodowane wcześniejszym zachowaniem (i zwykle nie chodzi o picie alkoholu). Nie ma jak tego odwrócić w znaczeniu, z przedrostkiem a. To bez sensu.

Wypowiedź Punka była tak pokrętna, a mózg Romana tak prosty i dziś nieobecny, że nie zrozumiał niemal nic. A po uśmieszku Punka zrozumiał, że ta zawiła odpowiedź została wycelowana niczym strzał z snajperki w bezbronnego. Maił po prostu do końca rozwalić mu mózg. – Był prosty i nieobecny, dlatego nie zrozumiał? Ale potem zrozumiał zawiłą odpowiedź i chciał rozwalić kolegę.
Widzisz, co niedobrego stało się w tym zdaniu? Zgubiłaś Romana jako podmiot, więc wszystkie orzeczenia przypisane są jego mózgowi.

Wciąż nie zrezygnowałaś też z ekspozycji w dopisku narracyjnym przy dialogu. Najpierw, przykładowo, mamy bardzo długą wypowiedź AJ, a zaraz po niej stwierdzenie: - AJ podobnie jak jej mąż, lubił zalewać rozmówcę potokiem słów, zamiast, jak jej przyjaciółka Tamina, raczej mówić tyle ile to konieczne. No przecież przeczytałam ten potok słów. Widziałam długie, pokrętne zdanie i bez trudu wyobraziłam je sobie jako zdanie wypowiedziane na jednym wdechu. Dziękuję więc, Kapitanie Oczywisty!

Poczęstowałaś mnie retrospekcją wydarzeń sprzed… czterech lat. Zastanawiam się po co. To (chyba?) rozpoczynanie kolejnego wątku, tym razem dotyczącego Romana. A mamy już wątki OCC, mamy Becky i jej zemstę, mamy niezrozumianego Setha i żałosne próby wymuszania szacunku do siebie. A teraz Roman? Tego jest za dużo!  
W czasie streszczenia pojawiły się kolejne imiona/nazwiska/pseudonimy ludzi, których nie znam, więc tekst wydaje się jeszcze mniej zachęcający. I czytając, wciąż zastanawiam się, czy to jest ważne fabularnie, że do tego wracasz? Chociaż miło jest przeczytać o czasach, kiedy Seth jeszcze lubił się z Deanem i chłopaki sobie nie dogryzali, a przynajmniej nie w nienawistny sposób. Jednak jako że nie jestem wielką fanką wrestlingu i nie są dla mnie na porządku dziennym układy i układziki, relacje między zawodnikami oraz chociażby nie znam dokładnie członków poszczególnych stajni, takie zdania są dla mnie kompletnie niezrozumiałe:
Na swojej pierwszej walce od razu rzucono ich na głęboką wodę, bukując im walkę z mistrzami Team Hell No i Rybackiem.
Nadal, po jedenastu rozdziałach, stwierdzam z przykrością, że nie piszesz tego opowiadania dla wszystkich. Boję się, że nie piszesz ich nawet dla tych, którzy znają wrestling ogólnie. To wygląda wręcz tak, jakbyś pisała to tylko i wyłącznie dla jakichś psychofanów, którzy wszystkie fakty łączą w mig i kojarzą całe rozgrywki.

Doszło też do tego, że praktycznie każdy dialog kończony jest tłumaczeniem, co mówiący miał na myśli. Czuję się jak jakiś przygłup. Do tej pory takie rzeczy zdarzały się raz czy dwa na rozdział, ale w tym to już przegięcie. Np.:
- Bo to ja jestem mózgiem tej grupy, Lunatyk. Beze mnie byście zginęli. - Skromność Setha porażała dziś cały backstage…

Nie rozumiem też za bardzo, co czytam. Roman uśmiecha się, gdy widzi naburmuszoną AJ, potem wspomina noc, gdy dał jej kosza. Następnie mamy powrót do aktualnej sceny. Tyle że… (chyba?) nie wracamy już do perspektywy Romana. Tylko kogoś nieznajomego.
Po retrospekcji dostaję coś takiego:
I znalazła. Dolpha Zigglera. Od tego czasu bał się i unikał AJ jak ognia piekielnego. A końcu gdyby Punk dowiedział się o tym, starałby go pewnie zabić by wyeliminować konkurencję. Ale na miejscu Punka zrobiłby to samo. Tyle, że on był sam. Choć zaczynało mu już to doskwierać. – Kim jest Dolph i dlaczego dowiaduję się o nim tego wszystkiego, skoro gościa nie ma w scenie? Czy może jednak jest? Wszedł dopiero? Albo są to wciąż przemyślenia Romana i chodziło ci o to, że to właśnie Roman zrobiłby to samo z Dolphem na miejscu Punka?
NIE WIEM.
Roman nie jest tu podmiotem. Wygląda to tak, jakby się zamyślił i wspominał, a potem nic z tego wspomnienia nie wynikło, bo po tym wszystkim mam dostaję jakby nigdy nic kontynuację dialogu AJ i Punka.

- A w ryj chcesz? - jęknął z dolnego łóżka Dean, ale brzmiało to, przez jego opłakany stan niemal tak niebezpiecznie jak: "Chodźmy do parku". – Dean teraz jęczy i jest w opłakanym stanie, ale jeszcze przed retrospekcją wypowiadał takie sążniste zdanka okraszone wykrzyknikami. Na to siły miał:
- Przestań pierdolić i mów jak człowiek! Myślisz, że nie wiem, że robisz to specjalnie? W Cincinnatti panuje prawo pięści, nie szarych komórek i mowy literackiej. Mogę ci to zaprezentować, jak tylko zaleczę kaca.
Robisz z niego wygadanego śmieszka, żeby zaraz zrobić z niego ofiarę. Kolejny raz: bez sensu.

Małżeństwo Brooksów można by porównać do Wezuwiusza i Pompejów (...). – O! Wracamy teraz do porównań z okresu Cesarstwa Rzymskiego? Nie tęskniłam.

Punk w roli rodziciela byłby totalną katastrofą, a jego dziecko, gdy tylko nauczyłoby się chodzić i mówić, doprowadziłoby wszystkich do ostatecznego nerwowego załamania. – Czy ty mi chcesz wmówić, że oni wszyscy wzięli pod uwagę fakt, że gdyby AJ urodziła Punkowi dziecko, to nadal cała rodzinka brałaby udział w WWE, podróżując z resztą wrestlerów i niemowlakiem? Może jeszcze to dziecko AJ urodziłaby w tym autobusie, co?
Borze zielony, co za naiwność. Co za głupoty ty mi próbujesz wcisnąć… aż trudno w to uwierzyć.
I serio, rozmowa o metodzie antykoncepcji między małżonkami, w busie pełnym wczorajszych mężczyzn…? I że niby mąż nie wie, że żona stosuje tabletki i jest oburzony, bo: od pół roku próbuję zrobić ci dziecko! Myślisz, że to jest śmieszne? Głowa mnie zaczyna boleć od takich farmazonów. Przecież, Sleepko, bohaterowie to dorośli ludzie! SZANUJ ICH CHOCIAŻ TROCHĘ!
Chyba jednak najbardziej żałosny jest fragment, w którym AJ najpierw zarzuca Punkowi, że nie jest dojrzały, więc niby jak miałaby z nim założyć rodzinę, a za chwilę oznajmia, że zabezpiecza się, bo… nie chce być gruba przez ciążę.
Nie wiem, kto jest głupszy. Ona czy on?


- Au! Ambrose, ty debilu! - wrzasnął parę metrów od nich Miz, gdy Dean nieumyślnie wycelował pustą butelkę w używaną przez niego bieżnię i Mike prawie wybił sobie zęby. – Jak można w coś wycelować nieumyślnie? Sam proces celowania kojarzy się ze skupieniem, obraniem celu… Nie da się tego zrobić nieumyślnie.
A, no i nie wiem, kim jest Miz. Jak wygląda, co robi. Po co jest w scenie. Nic.

Dean już nie raz udowodnił jak spaczone ma patrzenie na świat, ale bez niego, byłoby po prostu nudno w federacji. Jakiś wariat musi tam być. – Tam każdy jest wariatem, serio. Dean się w ogóle nie wyróżnia. Wręcz przeciwnie, wychodzi ci dokładnie taki sam, jak cała reszta. Nie ma swoistych cech charakteru ani nie ma przypisanej stylizacji językowej.
To taki typowy ktokolwiek z WWE, niestety.
I jego, i Romana, który ma w twojej historii 27 lat, nadal nazywasz chłopakami. To strasznie upierdliwe. Czuję się, jakbym czytała opowiadanie o nastolatkach. Naprawdę. Dotyczy to i narracji, i poziomu wypowiedzi bohaterów, i ich niskiego IQ.

No, nie. Znów się zaczyna...Pomyślał ze zrezygnowaniem brunet”. – No nie, znowu się zaczyna. Znowu nazywasz bohaterów kolorem włosów, a ja nawet nie potrafię zapamiętać, kto jakie ma, żeby domyślić się teraz, kto w tym momencie wyraził myśl.

Czy przydługa rozmowa o tym, że Dean jest/nie jest rudy, wnosi coś do opowiadania?
Nie.
Więc po co ma w ogóle miejsce? Żeby rozbawić, tak?
No to nie da się już rozpisać scen tak, aby były jednocześnie i zabawne, i coś wnosiły do historii? Rozwijały fabułę? Istnieje taka zasada, by zawiązywać treść tylko zdaniami, które spełniają jedną z dwóch funkcji (lub obie naraz): rozwijanie akcji albo ukazywanie charakteru postaci. Tutaj, w dwudziestu linijkach kłótni o kolor włosów, ukazujesz tylko, że wszyscy sobie śmieszkują akurat z Deana. Nie wiem, czy śledzisz nasze oceny, ale… to jest ten etap, kiedy zaczynam czuć się, jakbym czytała opowiadanie pisane przez Moryę i jakby wrestlerów zastąpiła świta z legendarnego już Boso po mokrej trawie.

- Co zamierzasz zrobić? - zapytał znacząco Roman. Jego brwi podjechały niemal do szczytu czoła.
Coś mu nie pasowało w tych badaniach. Był niemal pewien, że stoi za tym Stephanie.

- Wiesz dobrze, że gdybym nie wygrał ladder matchu, nigdy nie dostałbym title shoota. – Nie ma czegoś takiego jak title shoot. Jest title shot, więc nie dostałby title shota. A jeszcze lepiej byłoby, gdybyś wyjaśniła przy okazji pojęcie.

Kolejna scena przedstawia moment przed pierwszym występem Tary i Eve. Ta pierwsza przekomarza się z Sethem, a druga nie może się temu nadziwić, bo tak przyćmiła ją kariera, że nie dostrzegła, że w ogóle rozwija się relacja tamtej dwójki. Eve nazywa przy tym Tarę mentalną siostrą, co jest bzdurą, bo mentalna siostra nie sprowadziłaby przyjaciółce rodziców i nie byłaby przyczyną jej wydziedziczenia.
Ostatnia scena z dziewczynami miała miejsce, gdy podpisywały kontrakt i bały się szefa. Zarzekały wtedy, że będą się starać i dadzą z siebie wszystko na treningu, wydawałoby się, że był to więc wstęp do ukazania tych trudów. Ale znów… nie. Nie był to żaden wstęp, bo dziewczyny w ogóle się nie napracowały. Dostały kostiumy i zaczynają pierwszy występ. Nie wyglądają na zdenerwowane ani nic z tych rzeczy, po prostu żartują sobie przed wejściem na scenę i tyle. Nie czuję, by to, co się teraz działo w opowiadaniu, było wyjątkowe dla bohaterek. Jest nudnie, bo to, co wydawało się ważne, okazało się mniej istotne niż sugestie romansu, który rozwija się za naszymi plecami. W opowiadaniu nie pojawiły się sceny ukazujące rozwój relacji Tara-Seth. Trudno mi więc teraz w ten rozwój uwierzyć. Nie mam do tego podstaw i jestem rozczarowana. Nie dostałam wyjątkowej chwili w stylu pierwszego występu, ani sceny nad basenem.
Druga relacja – Eve i Romana – oczywiście musi być wspominana zaraz po Tarze i Seth’cie. Przy czym jeżeli tamci wcześniejsi prowadzeni są za plecami czytelnika, poza kadrem, tak ci drudzy są zbyt… niesubtelni. Roman za każdym razem, gdy widzi Eve, zastanawia się nad jej urokiem i nie jest to ani trochę delikatne, nie jest sugestywną wskazówką, takim wink wink do czytelnika, tylko chamskim wpychaniem uczuć bohatera mi do gardła… bo co? Bo kiedyś Eve obłożyła mu guza cytryną? Natomiast w aktualnej scenie to Eve wyjątkowo dostrzega niebieskie oczy Romana i zauważa – jakby nagle oświecona, jakby wcale nie mieszkała z nim w jednym busie – że są bardzo ładne. To jest bardziej niż kiczowate.
Nie rozumiem, dlaczego nie możesz po prostu dać się tym relacjom rozwijać naturalnie, lekko, tak po ludzku, tylko udziwniasz albo w jedną, albo w druga stronę.

- A skąd to pytanie? - Eve nie odpowiedziała od razu na jego pytanie. – No niemożliwe. Nie może być. Kto by pomyślał, że pytanie nie jest odpowiedzią?

Wzrok Romana niemal natychmiast nachmurzył się. Jego oczy straciły blask. – Dopiero teraz? Bo co? Bo dziewczyna, którą niedawno poznał, nie odpowiedziała mu na pytanie? Gdzie był nachmurzony wzrok Romana, gdy przyjaciel opowiedział Reignsowi zdenerwowany, że może wylecieć z grupy za dragi, a tak poza tym, to obwinia go za swoje porażki? Przecież to się stało zaledwie scenę wcześniej! A ty mi nagle chcesz wmówić, że Roman chmurzy się dopiero teraz?
Poza tym z tego, co wywnioskowałam z poprzedniej sceny, Roman podobno obmyślił plan, by Dean mógł zabłysnąć w WWE. Czy odejście z grupy miałoby to ułatwić? Nie sądzę. Nie wiem, skąd takie a nie inne pytanie Reignsa. Nie potrafię się w niego wczuć, nie wiem, co go motywuje.

Znali się jakieś trzy tygodnie, a pomimo tego, już wytworzyła się pomiędzy nimi jakaś więź. Spędzali razem bardzo dużo czasu. Chodzili razem na siłownie, oglądali NBA, jedli lunche. (...) Oboje uwielbiali filmy Scorsese i podziwiali Magica Johnsona. Oboje nie lubili indyjskiej kuchni i pochodzili z wielodzietnych rodzin. Z Reignsem Eve nigdy się nie nudziła. A ostatnio zauważyła nawet, jak przystojną i męską twarz. Choć upominała się, by nie myśleć o nim za dużo, nie przynosiło to pożądanego skutku.
Nudne streszczenie.
Mam wrażenie, że fabułę wymyślasz na bieżąco – nie planowałaś uprzednio scen pokazujących rozwój relacji Eve i Romana – nie było o parce słychać, dopóki akurat teraz nie nadarzyła się okazja do rozmowy. Nagle okazuje się, że bohaterowie są na etapie szybko rozwijającej się przyjaźni, ale czytelnik, z niezłym midfuckiem na twarzy, o tym nie wie. Co więc robisz? Pewnie pomyślałaś sobie, że musisz zalepić dziurę fabularną jakimś tłumaczeniem na szybko. Przez to lepisz dziurę, przy okazji spłycając historię. Zamiast wziąć czynny udział w ŻYWYM rozwoju relacji Eve-Roman i Tara-Seth, ostatecznie dostaję ochłapy w postaci streszczeń – tylko dlatego, że nie przemyślałaś struktury opowiadania od początku do końca i tego, jaka informacja i jaka scena w jakim momencie powinna się pojawić.
Pisanie opowiadania bez planu w większości przypadków kończy się katastrofą fabularną i tak też jest w tym przypadku. Sorry, Winnetou. Porządne opowiadania nie biorą się z powietrza.

Eve marzyła o tym, żeby ten tłum szantował tak kiedyś jej imię.


Skandował – na pewno o to ci chodziło.
A przy okazji faktycznie z tej Eve introwertyczka, nie ma co…
Od tej pory nie będę się już czepiać niezgodności postaci z tą cechą charakteru; będę traktować tamtą scenę jako omyłkę.

Ich muzyka wejściowa również się Tarze nie podobała. Była jej zdaniem za mało ostra. Ale brunetka powinna pamiętać, że były face'ami, nie heelami i miały wzbudzać sympatię u ludzi. Co nie było tak trudne, po tym jak skopały Charlotte tyłek. – Dalej piszesz jednak, że dziewczyny nie zrobiły żadnego szumu swoim wejściem, bo ludzie zdążyli zapomnieć sytuację z Raw. Znowu sama sobie przeczysz.
Czym są podkreślone hasła? Jeżeli dziewczyny dostały polecenie pełnić jakąś konkretną rolę i dać się lubić publice, to znaczy, że jakiś scenariusz jednak obowiązuje, prawda?
No i nazywanie bohaterów kolorami włosów… nadal taniocha.

Nie rozumiem starcia Tary z Paige. Eve miała nie brać udziału, więc stała niedaleko i przyglądała się walce, aż nagle… została skopana jakby nigdy nic przez Charlottę i Danę, które nie wiadomo skąd się wzięły i nikt nie zareagował na ich obecność. Dwie na jedną? Czy w ogóle istnieje coś takiego jak regulamin w tej twojej wersji sportu?
W opisie używasz niewytłumaczonych nazw, nieobrazujących nic ciosów, które muszę wklepywać w Google, żeby zrozumieć, co się dzieje na ringu.

Walka Setha i Romana jest… śmieszna. Wydaje się nieprawdopodobnie niebezpieczna, a że nie jest zaplanowana i faceci naparzają się naprawdę, żałuję, że któryś nie umarł. Tak po prostu, wiesz? Aby opowiadanie stało się realistyczne, a bohaterowie ludzcy. Chyba zapominasz, że ludzie jednak są śmiertelni… Kilka zdań-perełek dla potwierdzenia:
Rollins oberwał tak mocno, że aż obrócił się w locie i upadł karkiem na matę. – Co tam, że kręgi szyjne takie delikatne… Co tam paraliż.

Seth natychmiastowo to wykorzystał, zakładając Romanowi dźwignię na plecy. Szarpnął nim tak mocno, że jego białka oczne niemal wypłynęły na wierzch. – Lol.

Resztkami sił podniósł się, podnosząc tym samym Setha i upadł na plecy z impetem, przygniatając swoim ciałem chłopaka. (...) Roman z dziką satysfakcją, czując, że odgrywa się za wczorajszą noc zaczął kopać go po brzuchu. – Wcześniej robił coś resztkami sił. Potem, po kilku akapitach, nadal prowadzi go dzika satysfakcja.

(...)  W ostatnim momencie, ostatnimi resztkami sił udało mu się oderwać łopatki od maty na dwa. – Kolejne resztki sił? Nie wierzę...

Roman wstał i uniknął kolejnego clothesline'u i w byka wjechał Sethowi w brzuch. – Co to znaczy w byka?

Dalej dzieje się jednak coś, co rozbroiło mnie do tej pory chyba najbardziej w całej tej historii. Roman uważa, że nie przegrał, bo nigdy nie klepie w matę, by się poddać. I... cytuję:
Widział na ekranie, jak okropnie wygięło się jego ciało pod wpływem dźwigni Rollinsa, widział, z jakim wysiłkiem Seth trzymał dźwignię, ale on sam wciąż nie odklepywał. I wtedy ktoś znienacka wtargnął na ring, nokautując sędziego kopniakiem w głowę. Ktoś przebrany w strój sędziego. I zaczął klepać ręką Romana o matę. I gdy odwrócił się, by obwieścić koniec meczu, Roman zobaczył jego twarz.
To był jego własny kuzyn- The Rock.
CHCESZ MI NAIWNIE WMÓWIĆ, ŻE DWAYNE JOHNSON PRZEBRANY ZA SĘDZIEGO POKONAŁ GO, WBIEGŁ NA RING, ODKLEPAŁ ZA ROMANA, OBWIEŚCIŁ KONIEC MECZU I… ORGANIZATORZY TO ŁYKNĘLI? Na powtórce widać, jak sędzia dostaje wpieprz i mimo to wynik walki jest aktualny?


Czy to nie jest przypadkiem tak, że ponad czterdziestoletni The Rock od 2014 roku wrestlerem jest tylko okazjonalnie i jego nagłe pojawienie się i rozwalenie sędziego powinno wywołać niemały… skandal? Chociażby wśród publiki?
[Update: to rozczarowujące, że do tego wątku już nie wracamy].

Zrobiłam tam w końcu porządek i teraz możecie być pewni, że są tam tylko ludzie, którzy będą REALNIE tu występować. – Realni ludzie realnie występować w opowiadaniu fanowskim RPF. No… nie. Istnieje wiele słów, których mogłaś użyć, np. są tam tylko bohaterowie ważni fabularnie, czy coś… Ale realnie w odniesieniu do RPF? Litości.


012. And live goes further.
Przytłacza mnie długość rozdziałów. Są coraz dłuższe, coraz więcej w nich ekspozycji, a wykorzystane sceny mają coraz mniejsze znaczenie fabularne.

I Dean znów byłby szczęśliwy.
W czasie kiedy Roman i Seth znaleźli swoje miejsce i znów byli szczęśliwy w swoich małych światkach,  Dean wciąż żył w cieniu martwej frakcji.
Kolejny rozdział zaczynasz nudnym wstępem pozbawionym dynamiki. Chyba stało się to twoim nawykiem.

Dziwne, Roman wcześniej nie zauważył, jakie są długie. – Kontynuujesz romans i znów wyszło tanio. Roman przygląda się Eve od dawna, pisałaś o tym, że bohaterowie przyjaźnią się od trzech tygodni, a on dopiero teraz zauważa, że dziewczyna ma długie włosy? Proszę, miej litość w sprzedawaniu tak naiwnych faktów.
Eve mnie strasznie zirytowała w scenie z Romanem. Taka z niej przyjaciółka, a zamiast bliską osobę jakoś wesprzeć w trudnej chwili, to ona zaczyna… matkować. Serio, laska nie ma żadnego wyczucia sytuacji. Tak naprawdę zna trzy tygodnie mężczyznę, który od lat siedzi w WWE, i tłumaczy mu, że sterydy są złe i myślałam, że jesteś inny, zawiodłam się na tobie. A przyszła smutna, bo Roman wyjeżdża. Wspaniałe pocieszenie, Eve. Dobra robota! Ty to wiesz, jak to być prawdziwą przyjaciółką!

Eveline wyrwała się z uścisku Romana i z impetem wymierzyła chłopakowi policzek. – DOROSŁEMU MĘŻCZYŹNIE.

- Nie będę cię pòźniej składał do kupy, Rom. - Dean wśliznął się do pokoju, rzucając Romanowi bandaż, w odpowiedzi na jego krwawiące kłykcie. – A ten skąd wiedział, że Roman krwawi? Nie było go w pokoju, dopiero co wszedł. Co to za chodząca przepowiednia?

- To, że chyba już zapomniałeś, co było, kiedy Sarah z tobą zerwała. Nie chcę znowu szukać cię po całych Stanach. - Ambrose niepotrzebnie wywoływał wspomnienia Sarah. – Czy ja mogłabym łaskawie sama oceniać, co bohater powiedział potrzebnie, a co mógłby sobie darować?
Straszna jest te twoje wmuszanie swoich odczuć czytelnikowi. Wciskasz je na siłę, czasem mam aż wrażenie, że mnie tresujesz, przygotowujesz, jak mam podchodzić do tekstu. Zabijasz tym radość z czytania, sens w ogóle przebywania wśród twoich bohaterów. Nie mogę żadnego wniosku wyciągnąć samodzielnie. Kiedy bohaterowie coś robią, automatycznie ocenia ich narrator. A powinnam ja.

- Żaden ze mnie przyjaciel - odparł Roman ze zrezygnowaniem. Docenił mimo wszystko gest Deana, że zdecydował się tutaj w ogóle przyjść. – Jak docenił? Co zrobił? Po czym to można było poznać?

- Ej, to już jedenasta, muszę się zbierać. Na trzynastą mam samolot na Samoa, a w tym głupim Queen City są straszne korki. – Wiesz, że odprawa na lotnisku trochę trwa i należy być przynajmniej dwie godziny przed odlotem w kolejce do bramek, prawda? To nie jest jakaś tajemna wiedza w XXI wieku, naprawdę.
I wiesz też na pewno, że w Stanach Zjednoczonych obowiązuje dwunastogodzinny system zegarowy, więc oni nie mogą mówić trzynasta. Powiedz mi, że wiesz… Daj mi trochę pocieszenia…

Choć miała miliony teorii na ten temat, starała się trzymać wersji, że Eve po prostu tęski za rodziną. – Oto prawdziwa przyjaciółka! Widzi, że coś jest nie tak, ale zgaduje, zamiast zatroszczyć się i zapytać. Dalej jednak w przemyśleniach Tary pojawia się zdanie, że Tara wie, o co chodzi z Romanem. Więc… dlaczego coś sobie wmawia? Po co?

Roman jest konkurencją dla ich przyjaźni. Tara dalej pamiętała, że w czasie związku z Joelem ich przyjaźń prawie wygasła, bo Eveline potrafiła zaciągnąć biednego chłopaka ze sobą i Tarą nawet do kosmetyczki. – Jezusieńku, dziewczyny są już pełnoletnie, mają wspólną pracę, ich życiowa sytuacja mocno uległa zmianie, a Tara nadal zachowuje się jak rozkapryszona piętnastka. Nie pomogę przyjaciółce w jej problemach uczuciowych, bo jestem zazdrosna, mimo że sama spędzam poza anteną czas z Sethem i Eve nic o tym nie wie… Hipokryzja level hard.

- Eve, jesteś pewna, że nic ci nie jest? Zachowujesz się... dziwnie - odezwała się McTudy, udając, że nie zna powodów takiego zachowania Eveline. Ciężka sztanga założona na ramiona niemal ją przeważyła, a widząc dziwne dziwne miny, w jakie wysiłek wpędzał jej twarz czuła się głupio. – Chcesz mi powiedzieć, że ona wypowiedziała takie naturalne zdanie z wyższą od siebie sztangą na ramionach? Zamiast, nie wiem, liczyć sobie podniesienia? I od kiedy sztanga wpędza w wysiłek… twarz? Strasznie niezgrabne sformułowanie.
Podkreślenie jest, noo… kolejną. Straszną. Oczywistością.

I bardzo niezgrabnie, zważając na to, że parę metrów obok, elegancko i z gracją ze sztangą radzili sobie Paige i jej chłopak Alberto. Po ostatniej porażce Tara wciąż nie mogła się zmusić, by spojrzeć na Paige. – Tara czuje się niezgrabnie, bo obok lepiej ze sztangą radzi sobie Paige, ale Tara o tym nie wie, bo właściwie na nią nie patrzy… Nie wydaje ci się, że coś tu ewidentnie nie gra?

- Nie. Skąd - fuknęła wściekle Derry, a jej ton zabrzmiał tak nieprzyjemnie, że Becky aż upuściła z łoskotem ciężar z maszyny na plecy.
- Przecież widzę, że coś się dzeje - wychrypiała ledwo łapiąc oddech pod ciężarem. – Ale kto wychrypiał? Becky czy Tara? I skąd ogóle tam Becky? Przed chwilą sztangę trzymała ta druga… Czyżbyś myliła swoje postaci?
No i jak można upuścić z łoskotem ciężar z maszyny na plecy? Właściwie nie rozumiem, co chciałaś mi przez to powiedzieć. Z łoskotem to raczej na ziemię...

- Nie, Tara. Ile mam ci powtarzać, że nic mi nie jest?! - Ryk Eve był tak głośny, że tym razem nawet Roman by się tego nie powstydził. – Dlaczego Roman miałby narazić się na wstyd przez krzyk Eve? Co miałaś na myśli tym zdaniem?

- Chyba nie trudno zgadnąć, co jej jest, hę? - Jakby znikąd pojawił się obok nich Rollins opierając się o maszynę wdzięcznie nazywaną przez Tarę "ginekologiem". – Spodziewałam się, że po tym określeniu wytłumaczysz, jaką maszynę Tara miała na myśli i dlaczego nazywała ją tak, a nie inaczej, ale… nie. Dalej pojawia się ekspozycja dotycząca ubioru Setha przechodząca w ekspozycję na temat relacji Tara-Seth. Och, c’mon! To jest nudne!

Nasz kochany Romuś. (...) Brak jej Romka. – Spolszczenie imienia wygląda śmiesznie. Jakby tu nie chodziło o zagranicznego Romana, tylko polskiego. Cokolwiek zdrobniałe, pieszczotliwe po angielsku wyglądałoby lepiej, np.: Rommie. Zaskakujące jest to, że wyrazy, które mają polskie odpowiedniki, zapisujesz uparcie po angielsku (np. event albo backstage), a tam, gdzie ewidentnie polski psuje klimat, próbujesz go wcisnąć. Brak ci wyczucia w tej kwestii.

- A śmiem nawet twierdzić, po tym co się między nimi działo, że brakuje im Romka i jego... hmm... - Seth uśmiechnął się szelmowsko - Dzidy (Od autorki: Spear, finiszer Romana tłumaczony na polski znaczy dzida). – Problem w tym, że ja nie wiem, co to jest finiszer. Nawet tłumaczenie w nawiasie jest przez to dla mnie niezrozumiałe, chociaż łapię ogólny kontekst. A w zakładkach o bohaterach piszesz o finisherach... Nagle zaczęłaś sobie wybierać, które nazwy spolszczać fonetycznie, które całkowicie tłumaczyć. Nie ma w tym żadnej konsekwencji, robisz sobie, jak ci się podoba i kiedy chcesz, bez jakiejkolwiek systematyczności w odniesieniu do całego opowiadania.
Aczkolwiek tłumaczenie z dzidą wyszło całkiem zabawnie. Na plus. Sugeruję jedynie nawias przenieść na sam dół strony, jako odnośnik (możesz oznaczyć go gwiazdką). Wtedy ten, kto nie złapie kontekstu sam, będzie mógł podejrzeć; nawias przy dialogu wygląda nieestetycznie.

- Ej, ja jestem po prostu szczery, okej? - bronił w się w ten swój zadufany sposób.


- ...I największego dupka w federacji - dokończyła za niego Becky, stając z drugiej strony Rollinsa. Teraz Seth został otoczony przez waleczne hetery. – Co? Naprawdę miałaś na myśli hetery? [źródło]: prostytutki w hist. starożytnej Grecji/kobiety złośliwe?
Dlaczego narrator obraża bohaterki? Co tu się właściwie dzieje?

Ciekawy dialog przerwałaś streszczeniem. Nie rozumiem, co cię powstrzymuje od prowadzenia chronologicznej akcji…
Ach, brak planu. Wyjście ewakuacyjne. Łatanie dziursk fabularnych. No tak.

Tara chciała wyżyć się tym wyzwaniem na Rollinsie, jednak nie wiedząc czemu, od tamtego czasu, Rollinsowi wydawało się, że pociąga Tarę. Co miało z prawdą tyle wspólnego, co nic. W ich autobusie tylko jedna osoba była względnie w guście Tary. – Od tamtego czasu, czyli aż niecałe dwadzieścia cztery godziny? Trochę słabo; określenie brzmi, jakby chodziło o dużo dłuższy okres.
Poza tym w ostatniej notce pisałaś:
- Umowa jest umowa, Seth. Ja bezpodstawnie się nad tobą nie znęcałam - odparła McTudy uśmiechając się wrednie. Seth chyba nie mógł uwierzyć w to, co słyszał,
- Ale miałaś z tego równie dziką satysfakcję. (...)   
– Mi to brzmiało wtedy jak ewidentny flirt i w takim wydźwięku napisana jest tamta scena. Nie widać w niej tej chęci wyżycia się i negatywnego stosunku Tary do Setha, dopiero teraz okazuje się, że to była faktyczna niechęć, a nie zaczepka.
Dziwna wydaje mi się też reakcja Becky, mocno nad wyraz. Wcześniej pisałaś o tym, że dziewczyny łączy przyjaźń, że w trójkę stworzyły fajną, dogadującą się grupę, na dodatek Becky dzieliła pokój w busie z Tarą i Eve, a nagle… Becky ma problem z uwierzeniem Tarze, że między nią a Sethem niczego nie było? Becky nie zachowuje się jak dorosła, racjonalnie myśląca kobieta, ale małolata, która jest w stanie podważyć słowo przyjaciółki na rzecz dupka, którego zna nie od dziś, więc powinna się po nim spodziewać niedojrzałych oszczerstw i głupich tekścików...

- Bezczelny jesteś! Myślisz, że mógłbyś mnie pociągać seksualnie? - Tara z wściekłością cisnęła w Setha butelką. – Skąd ona wzięła butelkę? Miała sztangę w ręce, a o butelce nie było ani słowa w scenie. W ogóle rzucanie butelkami też już było wcześniej, i to nie raz...

Czemu Bóg tak karał ją towarzystwem debili? – Słowa debil nałogowo używali Rollins i Ambrose. Czy wszyscy bohaterowie w tej historii wypowiadają się tak samo? Na dodatek wcześniej Tara nie wydawała się przesadnie wierząca; w pierwszym rozdziale to Eve pytała Boga, dlaczego ten pokarał ją apodyktycznym ojcem i Tarą...
Jednolitość charakterów i stylizacji językowych twoich postaci mocno spłyca historię.

Tara jednocześnie podkreśla cały czas, że jest przyjaciółką Eve (np.: a czwarty jest sterydowcem, który próbuje ukraść jej przyjaciółkę), ale gdy kolejny raz przychodzi co do czego, to dziewczyna nie idzie pocieszyć mentalnej siostry, tylko – kiedy tamta ucieka – McTudy wdaje się w strasznie płytką dyskusję z wrestlerami.

- Wypraszam sobie! - wrzasnęła Tara, coraz bardziej niezadowolona z przebiegu tej rozmowy. – Coraz bardziej niezadowolona? Jak dla mnie to mocny eufemizm; faceci dyskutują o tym, czy w czasie seksu nie zakneblować małolaty, a ona jest niezadowolona z przebiegu rozmowy?! Czy ona nie ma do siebie szacunku?

- Dość tego, Ambrose!- Seth zaczął niebezpiecznie do Ambrose'a, (...). – Zaczął niebezpiecznie co? Zresztą nieważne, w ogóle powinnaś pominąć taką logiczność.

- Och, nie ma ich tu? I co teraz zrobi nasz mały Sethie? Poleci do Stephanie na skargę? - Dean prowokował Setha jak tylko mógł, sprawdzając, ile chłopak wytrzyma. – Napisz mi coś, czego nie wiem.
Zdałam sobie właśnie sprawę, że ta dyskusja między facetami jest długo za długa. Nic z niej nie wynika, poza przepychankami słownymi. Wiem, że Dean i Seth za sobą nie przepadają, ale dałoby się to pokazać w bardziej ścisły sposób, ty natomiast wydłużasz potem scenę jakby już na siłę.

A brązowowłosy widać już powoli wyzbywał się cierpliwości. – Po czym to widać? Daj mi coś więcej, niż zdanie-ekspozycję okraszoną kolorem włosów zamiast imienia.

Becky patrzyła na to wszystko z zapartym tchem, wyraźnie bojąc się wtrącić. A patrząc tak na Setha i Deana, Tara pożałowała pozycji, w jakiej się znalazła. – Ale ona nie znalazła się w tej pozycji tak z przypadku, tylko sama, w pełni świadomie i dobrowolnie, wlazła pomiędzy dwóch rosłych gości. Nie wiadomo po co, skoro nijak nie reaguje, nic z tym nie robi.
Ta scena nie ma odpowiedniego tempa. Wypowiedzi zamiast wypadać jedna po drugiej, ukazując konkretny i płynny dialog, są rozwleczone przez oczywistości, ekspozycje emocji, dziwne przemyślenia.

- Par de Tarados - rzucił po hiszpańsku Alberto zanim upewnił się jeszcze, że Seth jest już daleko i wrócił do swoich zajęć. – A może jakieś tłumaczenie?

Z jednej strony, jej prawe udo pulsowało bólem, a ze stopy chyba sączyło się nawet trochę krwi (...). – Tara przewróciła się o sztangę i upadła, a hantel spadł jej na udo. Skąd krew w stopie? Musiałaby ją czymś przeciąć. Od obicia nie leci krew. Poza tym jak widać tę krew, skąd o niej wiadomo? Ile jej było, że przesiąknęła już przez skarpetę i but?

Nie potrzebowała rycerza w lśniącej zbroi. Sama doskonale dawała sobie radę. – I dlatego leżała do tej pory na ziemi, dopóki walka się nie skończyła, czekając na jakiegoś samca, aby zwrócił na nią uwagę… Bo tak to właśnie wygląda. Gdyby było inaczej, Tara po prostu wstałaby.

- Tak. - odpowiedziała, jednak, gdy próbowała wstać, jej stopę przeszył okrutny ból, przez co dziewczyna upadła prosto na Ambrose'a, któremu w ostatnim momencie udało się ją złapać. – To jak ona wcześniej upadła? Co ona zrobiła z tą stopą? I czy gdyby to było coś poważniejszego, Tara miałaby za chwilę czas i ochotę, by zastanawiać się nad tym, że Dean ładnie pachnie? No nie. Więc nic jej nie jest.

- Proszę cię, Ambrose, nie wmawiaj mi tu, że nie chciałeś go zabić wcześniej - zaśmiała się Tara. Jak to się stało, że po treningu dalej tak ładnie pachnie? Usz, Tara, idź ty głupia cholero! O czym ty myślisz. Szybko... emm... Dean jest dupkiem, podgląda cię pod prysznicem! O dziwo, nietuzinkowy sposób Tary na odepchnięcie od siebie pozytywnych myśli na temat Ambrose'a podziałał i dziewczyna znów widziała w nim idiotę. Uff.. jak dobrze!
Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chcesz udowodnić czytelnikowi, że Tara jest głupia. Pusta. Niepełnosprytna. I nic ją nie boli aż tak.

Ominę moment ze zdjemowaniem buta, co bardzo podobno bolało i krwawiło (naprawdę?). Rozbroiło mnie jednak, że Tara, która dała się wnieść Deanowi do szatni, pyta o to, czy będzie mogła jeszcze dziś walczyć. Krwawi ze stropy, nie potrafi chodzić, ma problem ze zdjęciem buta, ale pyta o możliwość starcia na ringu…? No to jednak boli mocno czy nie i zaraz przestanie?
I w ogóle od kiedy Eve jest ortopedą, żeby stwierdzić, czy coś nie jest przypadkiem złamane? Wiesz, to jest przeważnie tak, że kiedy nie umiesz stanąć na stopie i potrzebujesz mężczyzny obok, żeby się przemieszczać, to to nie jest raczej zwykłe obicie, które wymaga plasterka na otarcie. I pięć kilo, które z wysokości spada ci na udo, też nie jest czymś, o czym się zapomina po kilku minutach, a Tara kompletnie nie zwraca na to uwagi… Nic.

- Nie walczy dziś - odpowiedziała. - Noga jeszcze się nie zaleczyła. – Bo tak zadecydowała zawołana lekarka Eveline, a nie ortopeda i menadżer. Yup!

Przez cały fragment z Deanem i Becky nie wiem, gdzie się właściwie znajduję (Dean siedzi na jednej z kanap, ale gdzie? W busie? Za kulisami?). Dopiero w połowie sceny okazuje się, że: Raw się rozpoczęło. Dean nie znał jego planu i muzyka wejściowa, jaka rozbrzmiała, uderzyła go silną mocą szoku.
Po pierwsze nie wiem, kogo masz na myśli, pisząc jego. Deana? No to nie znał swojego planu. Setha? Ale ten podmiot nie pojawia się od nowego akapitu… Może planu samego Raw? Tak, chyba tak, ale wtedy zaimek jest zbędny, bo mylący – wystarczy samego planu albo planu imprezy. To rozwieje wątpilwości. Uderzyć silną mocą szoku też brzmi kulawo. Nie mogłaś napisać, że Deana zszokowała muzyka? (Właściwie dlaczego go zszokowała?).
No i bardzo, ale to bardzo, bardzo brakuje mi opisu miejsca akcji.
Jeszcze na początku historii, w pierwszych rozdziałach dbałaś o nie: opisywałaś busa, opisywałaś pokoje, opisywałaś ring i ogólną atmosferę, ale teraz w ogóle z tego zrezygnowałaś. Zakładam jednak, że na Raw zmieniają się miasta, a więc i stadiony (?), sceny, ringi… Nie pobudzasz mojej wyobraźni; jeżeli już coś opisujesz, jest to przeważnie wnętrze bohatera, zamiast to, co go otacza. Wolisz wspomnieć, jak się ktoś czuje, niż co robi i gdzie, abym mogła wnioskować sama z jego działań i rozwinąć skrzydła fantazji.
Dwunasty rozdział i właściwie dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego ogromnego regresu, jaki zaliczyłaś. Kiedyś tworzyłaś odrębne akapity, aby podkreślić, gdzie znajduje się Tara i Eve, a że wtedy były to nowe dla nich miejsca, nie burzyłam się, że opisy wyglądają bardzo stereotypowo: coś leżało tu, coś znajdywało się tam. Teraz, gdy świat WWE stał się bliski dziewczynom, nie opisujesz już kompletnie nic. Jakbyś uznała, że nie musisz, bo przecież, nie wiem, każdy czytelnik może sobie sam włączyć walkę na YouTubie? Jakby zjadła cię rutyna i ważne stały się tylko dialogi, w których bohaterowie się przekomarzają jak nastolatkowie, oraz akapity uczuć, które strasznie nudzą. Ale opowiadanie to nie tylko dialogi i ekspozycje!

Dean jest oburzony czyjąś (The Rocka? I czemu nie przetłumaczysz akurat tego na Skałę?) obecnością na Raw, ale jest tak bardzo zdenerwowany, wkurzony, w szoku i fogle, że… gdy obok przechodzi jego ex o ładnych nogach, Dean zapomina o swoim oburzeniu. Szkoda, że zamiast ładnej sceny i jakiejś jednej, realnej myśli bohatera, która unaturalniłaby scenę i zainteresowała czytelnika, dostaję znów ekspozycję-streszczenie o tym, co łączyło Deana z Renee.
Poza tym ta dwójka pobrała się 9 kwietnia 2017 r., a wcześniej faktycznie długo tworzyli parę. Więc twoja wersja wydarzeń, w której Renee to była Deana, aby ten mógł być najwyraźniej z Tarą, w żaden sposób nie pokrywa się z prawdą.

Dean czuł, co się święci.
- W końcu The Rock wrócił do WWE! - krzyknął swoim śpiewnym głosem, a publika wręcz oszalała. To był pop nocy. Nie dość, że to był The Rock, czempion publiczności, to jeszcze był to człowiek, który dopiekł znienawidzonemu Reignsowi. – Sądziłam, że scena jest pisana z pełnej perspektywy Deana – wspomnienie o jego byłej kobiecie, potem wrażenia ze zbliżającego się starcia – aż nagle pojawia się chyba wszystkowiedzący i określa głos The Rocka jako śpiewny (wątpię, by Dean tak go określił sam od siebie). Ale w tym samym zdaniu ten sam narrator określa, że The Rock dopiekł znienawidzonemu Reiginsowi. Znienawidzonemu przez kogo? Narratora? Deana? The Rocka? Nic ci się nie klei! Cały czas piszesz tak, że nie da się wywnioskować, co jest czym, co się do czego odnosi, praktycznie czytam to opowiadanie, ale większości elementów nie rozumiem. Tak zwyczajnie. I nie dlatego, że jestem do tyłu, jeżeli chodzi o wiedzę o wrestlingu, bo robię samodzielny research, ale dlatego, że piszesz, nie zwracając uwagi na nic, tylko wylewasz z siebie poszczególne zdania, jakby pod natchnieniem. Potem nie segregujesz akapitów, nie dopracowujesz narracji, nie oddzielasz jej grubą linią od mowy pozornie zależnej. Nie używasz zaimków, tylko mnożysz podmioty i ich synonimy (np. kolory włosów) albo – najgorzej! – w ogóle gubisz podmioty, a potem nie wiadomo, czyje są ruchy, czyje słowa i czyje myśli i oceny, i wnioski, które przewijają się przez tekst.
Naprawdę dziwi mnie, że ponad czterdziestoletni Dwayne Johnson miesza się aż tak i nikt nie jest zaskoczony, że wrócił, że nagle się pojawił. Sądziłam, że to akurat będzie wrestler, którego oszczędzisz w tej historii, ale i na nim nie zostawiasz suchej nitki. Lubię gościa jako aktora, kojarzę go jako celebrytę i ciężko mi strawić, że to on mógł przebrać się i zaatakować sędziego oraz teraz tak się puszyć, jakby nie był tylko gościem od wielkiego dzwonu. Zastanawiam się, co na to jego menadżer. Co na to też jego zdrowie...
Przerywasz całkiem fajną scenę (dialog The Rocka i Setha) na rzecz ekspozycji będącej wspomnieniem starych czasów (np. To było coś, co zastanawiało Deana i Romana jeszcze za czasów Tarczy. Seth był tym, który próbował każde show uczynić swoim. Zabrać na siebie wszystkie flesze i reflektory…). Po tej ekspozycji brutalnie każesz mi znowu uczestniczyć w dialogu. Wiesz, jak to wygląda w moim  odczuciu? Seth wchodzi na ring i rozmawia z The Rockiem, po chwili wszystko się zatrzymuje, narrator coś opowiada, przynudza, postaci zamierają w bezruchu, by nagle znów ożyć. Nie ma w tym naturalności, lekkości, po prostu ekspozycja zabija tempo, dynamikę, płynność, niweluje moje zainteresowanie sceną. I to nie wraca nawet wtedy, gdy do działania wkracza Dean. A nie musi tak być. Opisy i dialogi nie powinny istnieć w tekście osobno, a powinny tworzyć go płynnie, przeplatać się subtelnie, lekko.

Widownia oszalała na widok Ambrose'a. Dean przywykł do tych rekcji. Pomimo obrzydliwego charakteru jakim dysponował w realnym życiu, tu, w WWE, na arenie był topowym face'em. Czyli Dean grał swoją jakąś rolę, postępował zgodnie z narzuconym odgórnie kayfabe’em, które w twoim opowiadaniu przecież nie… a zresztą, nie chce mi się do tego wracać.

W kółko mężczyźni powtarzają tylko main eventowy to, main eventowy tamto… Naprawdę nie ma żadnej polskiej alternatywy dla tego określenia?

Dean stał tuż za The Rockiem, tylko czekając, aż brunet się obróci. Gdy to zrobił, zareagował natychmiastowo [kto?]. – Dean jest rudy, a Dwayne Johnson łysy. Kogo miałaś na myśli?

Blondyn kopnął The Rocka w brzuch i objął ramieniem jego kark [kark brzucha?]. – I kogo masz na myśli, pisząc blondyn? Setha? To już nie możesz użyć imienia? Przecież nigdzie wcześniej się nie pojawiło, nie musisz na siłę szukać zamiennika!
Poza tym, serio, kilka zafarbowanych końcówek nie czyni od razu blondyna:


Podoba mi się lekkie zakończenie sceny, chociaż trochę zdziwiło mnie, że The Rock padł po jednym ciosie (skoro nawet walki amatorek takich jak Tara i Eve potrafiły trwać dłużej i być bardziej brutalne), a po drugim padł Dean.

Och, dalej okazuje się, że Tara wodzi wzrokiem za Deanem, co w mojej głowie objawia się strasznie tanim romansem. Kolejnym! Serio, facet tylko zaprowadził ją do szatni po jej wypadku, wcześniej nie był dla niej wybitnie miły ani nic… A ona… już, tak od razu… To strasznie słabe, wierz mi. Wciskasz mi to na siłę, zamiast ładnie i zdrowo rozwinąć wątek, zbudować go jakoś logicznie, od podstaw, aby nie był taką rzucaną w twarz kliszą.
Tara wodziła wzrokiem za Ambrose'em, za każdym razem, gdy ten pojawiał się w zasięgu jej wzroku (...) – o, o tym właśnie mówię. Ile minęło od wypadku? Kilka godzin, prawda? I już? Tara nie może spokojnie żyć, kiedy tylko Dean pojawia się w zasięgu wzroku? Ta Tara, która nie potrzebowała rycerza, była silna i pyskata, zawsze radziła sobie sama, bla, bla, bla… Kolejną kreację postaci i jej jednolity charakter trafił szlag.
Żeby bohaterka mogła się zmienić, rozwijać fabularnie, potrzebny jest czas. Potrzebne są sceny ukazujące zmianę. Tego tu nie ma. Tu jest bohaterka o charakterze twardej babeczki, by za chwilę przewrócić się, niespodziewanie zakochać i… już. Oszaleć na punkcie typa, którego nawet wcześniej nie lubiła.
Jasne, zdarza się coś takiego jak nagłe uczucia, miłość od pierwszego wejrzenia czy coś w podobnym stylu, ale w opowiadaniach opisywanie czegoś tak płaskiego jest nieciekawe. To wątek, który po prostu się zaczął, bo tak (imperatyw narracyjny). Nie ma w nim niczego, czego czytelnik mógłby sam doświadczyć, poznać, odkryć. To nie jest takie: hmm, Tara coś się coraz częściej kręci wokół Deana, no, no, no… Ciekawe, jak to się rozkręci. Nie. To jest nudne, suche stwierdzenie w stylu: O, narrator właśnie mi powiedział, że Tara zakochała się w Deanie. Aha.
Widzisz różnicę, Sleepko?

Siedziała w szatni, masując obolałą stopę, tuż obok przebierającej się blondynki. – A to nie jest tak, że jak coś krwawiło, a teraz wciąż jeszcze boli, to masaż nie bardzo pomoże? Masowałaś sobie kiedyś otarcia? Może Tara by chociaż jakąś maść wmasowywała?
(W kolejnej scenie Tara wychodzi w obcasach na scenę, a potem ma ochotę kopać wrestlerkę. A więc jednak uraz stopy to tylko jednosceniczna drama speszyl for Dean, żeby rycerz mógł uratować ofiarę i żebyś ty mogła rozwinąć romans, huh?).

Walka Eve i Sashy jest dużo bardziej brutalna i dokładna niż walka Deana, Setha i The Rocka. Sasha krzyczy z bólu, a Eve dostaje od niej pięściami po twarzy i… nic. Zrzuca Sashę z siebie, robiąc coraz dziwniejsze i coraz bardziej brutalne akrobacje. Gdyby to był kayfabe, byłabym spokojniejsza, ale jeżeli to wszystko dzieje się naprawdę i laski tłuką się, niczego nie markując, opisy wydają się odrealnione, przesadzone, mega sztuczne. Któraś tam dawno powinna stracić przytomność. I zęby. Czy dostałaś kiedyś, autorko, z pięści w twarz? Tak porządnie, naprawdę? Z całej siły? Jednego czy dwóch uderzeń nie wytrzymałabyś, wierz mi, a co dopiero całej serii.
Męczę się, czytając takie naciągane niedorzeczności jak, przykładowo, te:
Tymczasem Sasha skorzystała z zamieszania i gdy Eve schylała się, by do niej iść, złapała blondynkę za włosy i z całej siły ciągnęła, wbijając szyję Eveline na środkową linę. Eve krzyczała tak głośno, że niemal nie słychać było odliczającego do czterech sędziego.

Eveline próbowała niepozornie wstać, lecz wtedy Sasha rzuciła się na jej plecy, rzucając ją na brzuch. Banks Statement! Tylko nie to! Sasha wykonała Eveline Banks Statement. Dziewczyna nie mała dokąd iść [która?]! Eveline podniosła rękę już jakby chcąc odklepać, ale wtedy nagle wykręciła się pod dziwnym kątem, wyzwalając się z uchwytu. Na twarzy Sashy wykwitło niezadowolenia połączone z szokiem. Mało komu udało się wydostać z jej uchwytu. – Obejrzałam sobie bank (nie banks!) statement na youtube [źródło]. I wiesz co…? To nie wygląda, jakby dało się z tego wyrwać, wykręcając się pod dziwnym kątem. Chyba że wyrwanie byłoby zaplanowane i Sasha poluzowałaby ścisk. Ty jednak rzucasz ogólnik, nie tłumaczysz dokładnie, co zrobiła Eve. Jak mam to sobie wyobrazić? Opis nie działa! Poza tym jest zbyt flegmatyczny, za długi, nie ma w nim napięcia.

Tara chciała podbiec do niej i ją kopnąć, ale gdy już brała zamach sędzia zorientował się i zatrzymał dziewczynę. Cholera jasna! Wrzasnęła w myślach Tara, bojąc się, że jeśli cokolwiek zrobi, Sasha wygra dyskwalifikacją. – No to jak to jest? Tara boi się teraz sędziego, a wcześniej, kiedy Charlotte zaatakowała dziewczyny niespodziewanie, to nic się nie stało, nikt nikogo nie zdyskwalifikował? Albo kiedy The Rock skopał sędziego i się pod niego podmienił, też nie było mowy o żadnych konsekwencjach! Co ty próbujesz mi wmawiać nagle! Że tam jest jakiś regulamin?!


013. All because of weed.
I znów na dzień dobry streszczenie:
Wczoraj wieczorem tu dojechali, a Stephanie poinformowała ich, że zakwaterowanie na cały tydzień mają w hotelu Caliptus. (...) Gdy tylko zobaczył puszysty materac, legł na niego ja długi i w trzy minuty zasnął.
Rano, gdy tylko zorientował się, że oprócz darmowego dostępu do barku z Bourbonem, mają również darmowy dostęp do piwnicznego, oświetlanego neonami basenu, wyciągnął Punka z łóżka i zaciągnął wraz z nim na basen, mimo głośnych sprzeciwów Brooksa.

Daj mi scenę!
W poprzednim rozdziale, a właściwie w posłowiu zaznaczałaś, że sama się sobie dziwisz, że rozdziały mają po szesnaście stron, a nic się w nich nie dzieje. No to już masz odpowiedź – streszczasz, zamiast zawierać w opowiadaniu konkrety, a opis tego, jak Dean znalazł się na basenie, zajął ci dwanaście linijek.

Z całego wstępu bardzo podoba mi się to zdanie:
Jeśli twoim jedynym przyjacielem był studwudziestokilogramowy, znienawidzony przez całą publikę, piekielnie niebezpieczny i nieporadny uczuciowo Samoańczyk, to znaczy, że coś złego dzieje się z twoim życiem.
Tylko jeszcze konsekwencja jednego czasu – pamiętaj, to ważne.
Generalnie twoje opowiadanie wywołuje bardzo mieszane uczucia. No bo niby nic się nie klei, wszystko, co się da, zastępujesz ekspozycjami, a walki są odrealnione, ale jednak gdzieś w tym wszystkim widać przebłyski lekkiego, luźnego stylu narracyjnego. Szkoda tylko, że w opowiadaniu tak samo wypowiadają się i narrator, i bohaterowie (całość jest, mam wrażenie, napisana tak, jak mówisz, czyli chaotycznie i z błędami w podmiotach; w słowie mówionym te błędy nie są widoczne).
Co jeszcze nie tak z samym wstępem? Kiedy na basen przychodzi Punk, dostajemy w twarz za długą ekspozycją o tym, że to nowy przyjaciel Deana, bo lepszy taki niż żaden, kiedy Roman został zawieszony. I to byłoby nawet zjadliwe, gdyby w ostatniej chwili nie okazało się wtrętem narratora zamiast smutnymi przemyśleniami Deana. Okazuje się, że Dean nie myśli o przyjaźni, w ogóle ignoruje Punka:
- Uważaj, bo się podniecę - odparł bez entuzjazmu Punk, spoglądając na siedzącego na krawędzi basenu, z nogami w wodzie Deana.
Dean nie zwracał jednak na niego w ogóle uwagi.
Widzisz? Narrator wciska mi coś, o czym bohater w ogóle nie myśli. Dean zainteresowany jest Tarą, więc przemyślenia tu i teraz powinny dotyczyć ewentualnie jej, a nie kolegi wrestlera. Narrator jest tym, który zawiązuje fabułę, łączy sceny, opisuje tło. A twój niczego nie scala, tylko wpieprza się tam, gdzie nie jest mile widziany. Gdzie nie ma to sensu fabularnego.

Naprawę to zrobiłaś? Zamiast opisać strój kąpielowy Tary, podałaś źródło do zdjęcia? To bez sensu, okropne pójście na łatwiznę.

Może jej krzykliwy charakter. Może skłonności do brawury. Mało kobiece, brutalne podejście do sprawy. Zbytnia nerwowość. – Do jakiej sprawy?

Było węzłem wiążącym wciąż jego i WWE w jednym. – Chcesz mi powiedzieć, że kilkutygodniowa obecność jakiejś amatorki była węzłem wiążącym w jedno starego wyjadacza w WWE i… samo WWE? To naprawdę mocne słowa. Ciężko mi uwierzyć, że ktoś taki jak Dean, kto przed chwilą stwierdził, że Tara ma fajne ciało, ale paskudny charakterek, jednocześnie rzuca tak górnolotne, głębokie wyznania.

- Odwal się, ty masz AJ - odparł Dean, kiwając głową w stronę rozćwierkotanej AJ, mączącej się w Jacuzzi wraz z Paige i Taminą. Ambrose przyuważył, że już od dawna nie miała tak dobrego humoru. – Która nie miała dobrego humoru? AJ? Muszę pytać, bo nie jestem pewna. Nie wiem w ogóle, dlaczego Dean miałby do niej nawiązywać. I w ogóle na co jest jego odpowiedź do Punka, skoro ten nie odezwał się ani słowem? Wcześniej mówił tylko coś o podnieceniu, ale też nie wiadomo, z czym łączyło się to zdanie, do czego bohater pił.

 - A no mam - Punk uśmiechnął się znacząco. [opis na 398 znaków bez spacji] - A ty masz prawą rękę. – Po wspominanym, za długim opisie w ogóle nie pamiętam już, czego dotyczy komentarz o ręce. W ogóle cały dialog między bohaterami – przerywany jak nie ekspozycją albo streszczeniem, to dopiskiem narratora w wypowiedzi – jest flegmatyczny, nie trzyma tempa. Ciężko się w nim rozeznać, bo wtrącasz jakieś duperele, zamiast pociągnąć dialog.

Nazywasz Deana mizoginem, a ja mam wrażenie, że w ogóle nie wiesz, co to słowo oznacza. Gdyby Dean był mizoginem, nie interesowałby się raczej Tarą, prawda? A ty piszesz, że typ jest mizoginem, a za chwilę wspominasz o jego byłym związku – że się nie udał, bo partnerzy nie zaangażowali się tak mocno. To brzmi nieco nostalgicznie, jakby Dean czegoś żałował. Nie, tak nie żałują mizogini.

Może w końcu da mi syna! - ekscytował się Punk, aż rozchlapując wodę na wyjątkowo z tego niezadowolonych Fandango i Tylera Breeza, zemszczących Brooksa za zniszczenie ich idealnych fryzur. – Strasznie nienaturalnie prowadzisz tę scenę. Od początku wydawało mi się, że Dean był na basenie sam i nagle przyszedł do niego Punk, a potem Tara i dopiero dziewczyny weszły do jacuzzi. Teraz nagle okazuje się, że tam jest więcej ludzi. I jeszcze piszesz o nich tak, jakbym ich znała i mogła ich sobie wyobrazić.
No a nie mogę. Nie pamiętam typów. Kim oni są?

Dopiero teraz zorientował się, że w otoczeniu Tary nikogo nie było. Eveline widać wciąż była nie w sosie. – Ale dlaczego Eveline miałaby być nie w sosie? Przecież wygrała walkę z Sashą…? Coś pominęłam?

Dlaczego robisz z Punka… debila? I to takiego jawnego? Myślisz, że to jest śmieszne?:
- Może w końcu da mi syna! - ekscytował się Punk (...)
- A sprawdziłeś, czy brała tabletki? - spytał ze sceptyzmem w głosie Ambrose (...).
- Nosz kurde! - Punk uderzył się otwartą dłoniącw czoło z głośnym plaskiem. - Wiedziałem, że o czymś zapomniałem!
- Jesteś debilem. (...)
- Lecę się jej zapytać! - Punk szybko wynurzył się z wody i pobiegł w stronę jacuzzi. Dean wywinął teatralnie oczyma.

Nie. To jest żałosne. Żałośnie słabe.

- Mam nadzieję, że nie mówisz o mnie. - Czyjś cień pojawił się przed nim. Uniósł głowę powoli do góry. – Ten cień uniósł głowę? Nie? To czemu piszesz takie bzdurki?

- Może w końcu da mi syna! - ekscytował się Punk, aż rozchlapując [rozchlapał] wodę na wyjątkowo z tego niezadowolonych Fandango i Tylera Breeza, zemszczących Brooksa za zniszczenie ich idealnych fryzur. – Nie wiem, o kim mowa. Nie znam chyba tych panów. Na dodatek: mszczących się Brooksie? W tym samym czasie zostali ochlapani i zemścili się? Jak? Nie określiłaś.
Poza tym to i tak bez sensu. Przecież bohaterowie byli na basenie; to chyba logiczne, że zmoczą sobie włosy, nie?

Dalej ma miejsce ekspozycja słabnącej relacji Tara-Eveline:
W sumie jeszcze pamiętał, jak przed debiutem dziewczyny były ze sobą zżyte. Teraz już nie były. Dean zauważył to już kilka dni temu. Eveline coraz mniej czasu spędzała z Tarą. Znalazła wspólny język z Becky. – To tylko jej zalążek. (Żeby nie było, że narzekam na krótkie fragmenty. Gdy piszę o ekspozycji, to znaczy, że poleciałaś z akapitami o niczym ważnym. Inne, mniej znaczące ekspozycje od dawna pomijam).
Dlaczego Dean o tym myśli? Co tak w ogóle go to obchodzi, bądźmy szczere? Ano nic, kompletnie. Po prostu potrzebujesz punktu zaczepienia, by pchać pairing Dera do przodu.
Poza tym fabuła wcale nie pokazuje zmiany, którą dostrzegają bohaterowie. Dziewczyny były i jednocześnie nie były ze sobą blisko nawet na początku opowiadania (sytuacja w barze, gdy Eve była trzeźwa i miała gdzieś pijaną w sztok przyjaciółkę). W ostatnim rozdziale Tara sama mówiła, że dobrze, że Eve jest sobą, bo przecież opatrzyła McTudy stopę… W czasie walki też wydawały się sobie bliskie. To jak to w końcu jest? Dajesz mi sprzeczne informacje! I to jeszcze za pomocą bohatera, który nie powinien w ogóle być w temacie!

Nie kumam za bardzo tej sceny nad basenem. Nie ma żadnej podstawy logicznej; Tara przychodzi do Deana, on jej dogryza, ale łapie ją za… kostkę, ona odpycha jego rękę, odgryza się i sobie idzie. A Dean, trochę jak apodyktyczny ojciec, pyta ją gdzie. Nic się tam nie dzieje, poza sygnalizowaniem, że bohaterowie coś do siebie mają, ale sami nie do końca wiedzą co. Tylko że ten wniosek był już niesubtelnie nakreślany w zdaniach, że Dean nie mógł oderwać wzroku od Tary, a Tara szukała Deana wzrokiem po jego walce. Gdyby tamtych zdań nie było, teraz scena nad basenem miałaby jakikolwiek sens. A tak to tylko sztuczny zapychacz.

Dean był mizogonem, ale tylko w sensie psychicznym. – Okej, wytłumaczmy coś sobie. [źródło]. Mizoginizm to słowo, które wywodzi się z języka greckiego („misos” oznacza nienawiść, a „gyne” – kobietę). Mizogin jest więc uprzedzony do kobiet, a wręcz cechuje go patologiczny do nich wstręt. Mizogin uważa kobiety za gorsze od mężczyzn i chciałby, by były one im poddane, twierdzi, że są one winne całemu złu świata. Jeżeli chcesz mieć bohatera mizogina, nie ma w tym nic złego, ale niech on zachowuje się jak mizogin i wypowiada się jak mizogin. Inaczej to bez sensu jak introwertyzm Eve.
Dean powinien więc unikać towarzystwa kobiet, być w ich obecności wycofany i nieśmiały albo traktować je jak powietrze. Mógłby rzucać kąśliwe uwagi o kobietach, przewracać oczami lub wzdychać, gdy te coś mówią. Mógłby w rozmowach np. z MC Punkiem rozgłaszać, że mężczyźni w związkach mogą o wiele więcej, mógłby np. burzyć się, że AJ nie chce Punkowi dać (koniecznie!) syna. Jakie to by było ciekawe, gdyby Dean był mizoginem i, dopiero poznając Tarę i jej silny charakter, bardzo powoli się do niej przekonywał? Najpierw traktując z mocną rezerwą, potem iść raz czy dwa na piwo, jak z kolegą... Jakby ona leczyła go poniekąd z jego podejścia! Wiesz, jaki to byłby silny drugoplanowy walor historii o wrestlingu? Chyba nawet nie widzisz potencjału, do którego sama sobie otworzyłaś drzwi, nazywając Deana mizoginem.
No właśnie… bo ty tylko nazywasz go mizoginem i na tym się kończy ta jego mizoginia.

- Eee...- Tara chyba przez chwilę zastanawiała się, czy to było do niej. I czy Dean się nie pomylił. Perspektywa Ambrose'a, chcącego się z nią gdzieś wybrać była równie dziwna co... przerażająca. Dean doskonale wiedział, co brunetka o nim myśli. Nie było trudno do tego dojść. Myślała o nim to, co myśleli wszyscy. Sądziła, że jest zwykłym lunatykiem. Nienormalną, egoistyczną świnią. W sumie wiele się nie myliła, ale mimo to, trochę Deana denerwowało to, że tak sądziła. Choć wiedział, że sam sobie swoim zachowaniem na tę opinię zapracował. - Do sauny. – Paskudny head-hopping. W jednym akapicie masz perspektywy dwóch bohaterów; czytelnik skacze z jednej głowy do drugiej, nie ma punktu zaczepienia. Czerwony fragment to przemyślenia Tary, a fioletowy to przemyślenia Deana. Ten drugi nie powinien się pojawić; nie tylko w wypowiedzi Tary, gdyż to do niej i tylko do niej należy ta część dialogu, ale przede wszystkim dlatego, że w jednym akapicie przeskakujesz z umysłu jednej postaci do drugiej. Nie powinnaś tego robić nawet w obrębie jednego passusu, ba!, nawet i całej sceny. Jak to więc powinno wyglądać? Ustalmy najpierw, czy trzymamy się perspektywy Tary, czy Deana. Zacznijmy do czerwonej Tary:

– Eee… – Tara przez chwilę zastanawiała się, czy to było do niej. I czy Dean się czasem nie pomylił? Perspektywa Ambrose'a chcącego się z nią gdzieś wybrać, była równie dziwna, co... przerażająca. – Do sauny.
Czy Dean wiedział, co Tara o nim myśli? Pewnie tak, nie chowała się z tym; myślała to, co myśleli wszyscy. Że jest zwykłym lunatykiem, egoistyczną świnią. Podejrzewała, że mogło go to zdenerwować, ale przecież sam sobie zapracował na tę opinię swoim zachowaniem.

Zauważ, że całość jest pisana narratorem personalnym, jakby schowanym za plecami Tary i wypowiadającym się z jej perspektywy. Tara nie jest pewna myśli Deana, więc jedynie podejrzewa, gdyba. Aczkolwiek po tym, jak Dean zaniósł ją do szatni, chyba nie powinna myśleć o nim, że zapracował sobie swoim zachowaniem na opinię świni. O wiele lepiej byłoby więc całą scenę na basenie pisać z perspektywy Deana, tym bardziej że to właśnie od niego zaczynasz – to McTudy podchodzi do Ambrose’a, więc z automatu przez całą scenę narrator powinien stać za jego plecami i opowiadać z jego perspektywy, naturalną dla bohatera stylizacją. I tak powinnaś zapisać CAŁĄ SCENĘ. Przykład:

– Eee…
Usłyszał jej wahanie. Wyglądała, jakby zastanawiała się, czy mówił do niej. Perspektywa, że mógłby chcieć się z nią gdzieś wybrać pewnie była dla niej równie dziwna, co... przerażająca.
– Do sauny – sprecyzowała Tara.
Dean domyślał się, co o nim myślała. Pewnie to, co wszyscy; że jest zwykłym lunatykiem,  egoistyczną świnią. W sumie wiele się nie myliła, ale mimo to trochę... bolało. Wiedział jednak, że sam sobie zapracował na tę opinię.

To, że zwracam dopiero teraz uwagę na head-hopping, nie znaczy, że nie popełniałaś go wcześniej. Praktycznie w każdym rozdziale znajdują się fragmenty z pomieszaną perspektywą i to też w jakimś stopniu sprawia, że tekst jest nieczytelny, niezrozumiały. Autorzy przeważnie nie widzą, nie czują, że popełniają head-hopping, bo mają obraz sceny w głowie, ich wyobraźnia działa, a scena pisana jest jakby pod natchnieniem; widać, że nie czytasz po czasie rozdziałów, nie analizujesz struktury własnego tekstu. Z góry pewnie zakładasz, że jest czytelny.


Od teraz nie będę już zwracać uwagi na head-hoppingi. Musisz pod tym względem przejrzeć wszystkie rozdziały (poza, bodajże, pierwszym – on cały napisany był z perspektywy Eve, z tego co pamiętam).

(...) aż nie mógł się opanować, gdy myślał o wyprowadzaniu McTudy z równowagi. Nie rozumiem, dlaczego Dean chce tak usilnie wyprowadzać Tarę z równowagi zaraz po tym, gdy myślał o niej, że tylko ona wiązała go z WWE i zastanawiał się, co ona mogła o nim myśleć [mizogin, że hej!]. Na siłę pokazujesz, że Dean chce Tarze dopiec i jednocześnie się nią interesuje. Ja wiem, że kto się czubi, ten się lubi, ale w przypadku tej relacji jest to przesadnie pomieszane. Jeżeli Dean poważnie myśli o Tarze, to automatycznie nie powinien myśleć o jej dokuczaniu; to mogłoby wychodzić w jego zachowaniu, czytelnik domyśliłby się, że Dean nie radzi sobie z okazywaniem uczuć, że zachowuje się jak niedojrzały emocjonalnie, ale próbuje, szuka kontaktu nawet na siłę, dokuczając, bo nie potrafi inaczej. Wtedy Dean mógłby być na siebie w myślach zły, że mu nie wychodzi, że znowu jest dupkiem. Tymczasem my mamy dobrego Deana, który ratuje Tarę z opresji, zanosi ją do szatni, wyznaje jej, że robi to dla niej, myśli o niej za dużo, zastanawia się nad jej przyjaźnią, nad jej samotnością (bo Eve nie ma), myśli o jej walorach fizycznych, o jej charakterze, ale gdy przychodzi co do czego, to on chce tylko jej dopiec, a narrator tłumaczy, że Dean jest mizoginem… TO NIE MA SENSU! Jaki w końcu jest ten bohater naprawdę? Co ma w środku i co wychodzi na zewnątrz? Jaki ma charakter?! Musi mieć jakiś konkretny, abym się miała czego chwycić, wiedzieć, w co mam uwierzyć!

- Nie przeszkadza mi to - odpowiedział wrednie Dean, a perspektywa wspólnego pobytu w saunie z nagą McTudy działała stymulująco na niektóre części jego ciała. Popatrzeć zawsze można, szkoda tylko, że psychicznie wciąż jest zwykłą, beznadziejną, kobietą. Jak każda. Wszystkie są tak samo do niczego. Tak samo jak te całe miłości. Kto to kupuje? Tania bajeczka…
O! Nagle raz, z dupy jeża, włączył się Deanowi ten jego psychiczny mizoginizm. Problem w tym, że… mam (co najmniej!) dwa fragmenty przedstawiające, że Dean szanuje jednak kobiety nie tylko za to, że są ładne.
Pierwszy fragment, gdy Dean ratował Tarę:
- Dziewczyn się nie szarpię, nie popycha, ani nie biję i już. No, chyba, że to twoja siostra, wtedy można - odparł jej Dean (...). To trochę dziwnie zabrzmi, ale... broniłem cię.
Drugi fragment dotyczy byłej Deana, Renee:
Dean wiedział, że ich związek nie był najlepszy i raczej nie będą już przyjaciółmi, ale nie spodziewał się, że Renee postanowi działać wraz z Dyrekcją przeciwko niemu. Tak się nie robi. Dean nigdy nie sądził, że Renee byłaby w stanie tak postąpić. Nie była przecież mściwa.
Wychodzi na to, że kiedy Dean chce, to wierzy w kobiety, ma do nich szacunek, potrafi im zaufać i się z nimi przyjaźnić, a czasem, gdy potrzebne jest to do JEDNEJ SCENY, Dean nagle nazywa kobiety beznadziejnymi, zwykłymi i do niczego. Widzisz, jak bardzo niespójny charakter tworzysz?

Dean wiedział, że ich związek nie był najlepszy i raczej nie będą już przyjaciółmi, Były raczej... neutralne. – Rozdział wcześniej: Ale przyjaciółmi na pewno nigdy nie będą. I ty się potem dziwisz, że rozdział ma szesnaście stron, skoro powtarzasz się, jak tylko możesz…

Renee pomimo wszystko zawsze była kobietą z klasą. Powabną, elegancką. Takie zachowanie do niej nie pasowało. – I te myśli należą do kogo, no kogo? Oczywiście, że Deana – Pierwszego Mizogina Opcia! Na dodatek Dean rozmawia z Renee na bardzo ważny, wręcz wydaje się, że priorytetowy temat, ale robi to przy okazji, gdy widzi kobietę na basenie. Sprawa dotyczyła jednak zawieszenia Romana. Dlaczego Dean nie poszedł do Renee wcześniej, nie zależało mu bardziej, tylko siedział sobie na basenie i w głowie miał Tarę? Przecież kwestia Reiginsa powinna być w tym momencie kluczowa!
I to nie jest tak, że chcę na siłę zmieniać opowiadanie, bo fabuła taka i siaka byłaby lepsza. Nie. Chodzi tylko o to, że bohaterowie przez cały czas narracją zakładają, że coś jest dla nich bardzo ważne, a potem, gdy przychodzi co do czego, po ich zachowaniu wcale tego nie widać. Co chwilę, w każdym rozdziale, praktycznie w każdej scenie, narracja przeczy scenom.

Że przeszłaś na złą stronę mocy? – Pełne nawiązanie do Gwiezdnych Wojen powinno brzmieć: ciemną stronę Mocy.

Streszczenie zapisane kursywą jest nudne, rozwleczone, pozbawione emocji. To tylko sucha narracja, nie ma w niej żadnego dramatu, mimo że niewątpliwie opisałaś tam wydarzenia właśnie dramatyczne: pobicie człowieka, kradzież, morderstwo. To wszystko brzmi nieemocjonująco, jakbym czytała rozpiskę o tym, co leci za chwilę w TV. Dlaczego? Bo, cholera, to jest tylko pusty opis, nie żadna scena, kiedy ktoś faktycznie napada na człowieka albo zabija kobietę. To nie są urywki retrospekcji w postaci scen-migawek, tylko relacja. Nie robi żadnego wrażenia, a mogłaby. Dopiero przy dialogu z Lully robi się ciekawie. Za to plus.

Nie rozumiem AJ. Piszesz o niej, że to kobieta, która nie przepada za przyjaciółmi męża, że wspiera go w jego kultywowaniu Straight Edge (i ostatnio karciła go nawet za papierosy) i jednocześnie, kobieta prosi kolegę męża, by ten dowiedział się, czy Punk jej nie zdradza. I daje Ambrose’owi… zioło. To jak w końcu jest z tym Straight Edge, huh? Bo znowu dostaję sprzeczne informacje.
Dean się zgadza (a przynajmniej nie przeczy), co jest dziwne, bo przecież wrestlerzy są  badani pod kątem narkotyków. Dean właśnie dowiedział się też, że jego była brała udział w spisku przeciwko Romanowi, którego zawieszono za dragi. Dean nie powinien się zgadzać. Ale nie tylko dlatego. PRZEDE WSZYSTKIM DLATEGO, ŻE JEST MIZOGINEM – PODOBNO. Nie powinien stawiać żony kumpla nad kumplem, to chyba logiczne.
Poza tym dlaczego AJ wybrała akurat Deana? Dean bliżej zadaje się z Punkiem dopiero od kilku dni, wcześniej pisałaś, że faceci nie byli aż tak zżyci. Tam jest kupa innych wrestlerów! Nie wszystko musi się kręcić dookoła akurat Ambrose’a. To dopiero imperatyw, jak nic…
W kolejnej scenie Punk jara zioło. Spodziewałam się chociaż jakiegoś wstępu albo sceny, w której Dean będzie przekonywał kumpla, że to nic takiego. Jednak nie trzeba było; Punk do jointa podchodzi ochoczo jak policjant do rowerzysty przy -11 stopnia [źródło]. Jego Straight Edge, które miało wykluczać jedynie papierosy, to też było wprowadzone wcześniej tak o, na jedną scenę? Jak mizoginizm Deana i introwertyzm Eve?
Piszesz o tym, że po dwóch-trzech sztachnięciach oczy konesera trawki stają się mętne. To jest straszna bzdura. Dalej, że: wszystko było takie ociężałe. A świat taki kolorowy i piękny... – Z tym pierwszym jeszcze można się zgodzić, ale drugie zdanie w ogóle nie pasuje do stanu upalenia. Bardziej do psychodelików typu LSD. W scenie piszesz też, że bohaterowie się śmieją, ale tego nie czuć. Informuje o tym narracja, lecz wypowiedzi dialogowe to pełne, ładne zdania.
Strasznie się spieszysz. Miz dopiero wszedł i wziął cztery buchy, a od razu szpera po szafkach za słodyczami. To tak nie działa, easy! Daj czas, THC też go wymaga – gastrofaza to efekt następujący po sążnym paleniu. Zapominasz się zupełnie, jak z kwestią siniaków wychodzących od razu po uderzeniu.

- Chcesz ty mówić, że ona jest puszczalska? - spytał, podchodząc z wielkim trudem do Mizanina, kładąc mu rękę na ramieniu. - Ale to twoja żona wygląda... jakby przyjechała z Tajlandii. – Tajlandia to główny ośrodek seksturystyki na świecie, spójnik ale w ogóle nie pasuje do kontekstu. Tobie chyba chodziło o Turcję, może Tunezję… Emiraty Arabskie…Chyba że Punk aż tak się upalił. Tylko że w ogóle nie czuć, że pomylił się bohater, raczej że pomyliłaś się ty.
Scena upalenia jest zabawna, ale kompletnie daremna, bezsensowna. Ambrose miał wypytać Punka, czy ten nie zdradza żony, ale zapomniał telefonu na basenie i… zniknął na całą scenę. Dlaczego wykonał zadanie AJ tylko połowicznie, dając kumplowi trawkę? Chyba że on nie poszedł na basen  po swój telefon, tylko, nie wiem, przejrzeć komórkę Punka albo jego szafki? Tylko czy on przypadkiem nie dzieli pokoju z Punkiem? No i skoro Dean był zupełnie normalny i trzeźwiutki, to czy chcesz mi powiedzieć, że skręcił blanta, ale potem go nie rozpalił, tylko oddał od razu Punkowi? A co z Prawem Pascala (kto kręci, ten rozpala)? Skoro zioło było taaaakie mocne, to chyba Ambrose też powinien to odczuć, nie?

Becky była niemal jej lustrzanym odbiciem, no, może trochę bardziej energicznym. A odpoczynek od wiecznych kłopotów związanych z Tarą należał jej się już dawno. – Becky zna Tarę od kilku tygodni. Tobie pewnie chodziło o Eve…

Eve i ekspozycja o jej przemyśleniach odnośnie Tary podkreślają, że Tara odstrasza swoim zachowaniem nowopoznanych ludzi, ale tak nie jest. We wszystkich scenach McTudy świetnie się ze wszystkimi dogaduje, nawet poszła z Paige do sauny, więc ma jednak jakieś koleżanki. Po co teraz nagle temu przeczyć?
Poza tym drażnią mnie te ekspozycje. Gdy Tara myśli o Eve, to ewidentnie za nią tęskni, bywała też zazdrosna o Romana, ale nic z tym nie zrobiła. Za to gdy Eve myśli o Tarze, zachowuje się podobnie – tylko rozmyśla i ma sobie za złe, że się oddala od przyjaciółki. Dlaczego one po prostu, kurde, nie porozmawiają ze sobą? Skoro są takimi przyjaciółkami i mieszkają ze sobą w pokoju?! Pomijając, że ten wątek to problem pierwszego świata, który dałoby się rozwiązać jednym dialogiem... tego oddalenia nie widać w scenach. Niedawno dziewczyny rozmawiały ze sobą, wyszły razem na ring… To się działo zaledwie rozdział temu! Potrzebujesz czasu, aby to wymazać, odjąć temu wartości! Nie mam sklerozy, a ty piszesz tak, jakbyś liczyła po cichu na to, że jednak nie pamiętam, o czym czytałam ledwo wczoraj!

Choć nie można było powiedzieć, że Tara totalnie zamykała się na świat. Co może się wydać dziwne, przez ten tydzień w hotelu bardzo wiele wolnego czasu spędzała wraz z Enzo i Cassem, lecz pomimo ich ekstrawertyczności i chęci poznawania coraz to nowych ludzi, ona raczej trzymała się z tyłu. – Miałam ich wypisywać coraz mniej, ale niektórych po prostu nie mogę, nie potrafię pominąć; nędzne streszczenie. Brak dowodu w postaci sceny.

Tara stanowczo bardziej przeżywała ich noc w hotelu z chłopakami, może też dlatego, że sama nic nie pamiętała, w przeciwieństwie do Eve. Jednak teraz jakby już zapomniała o tym wszystkich, traktując Enzo i Cassa jak zwykłych kumpli. A Eve nawet nie wiedziała, czy słusznie. W końcu to, co wydarzyło się wtedy pomiędzy nią a Enzo w hotelu wciąż pozostawało tajemnicą i nią pozostanie. – Bo potencjalny gwałt jest taki nieistotny… Nic, tylko wzruszyć ramionami.

- Co ty wyrabiasz?
[tutaj jest równe 700 znaków bez spacji]
- Wyjaśniam pewną sprawę - odparła Tara.
[tutaj jest 920 znaków bez spacji]
- Słucham, panno Apocalypse? – Nie ma co się dziwić, że nie pamiętam, czego dotyczą druga i trzecia odpowiedź, i muszę cofać się w tekście. Brak płynności.

Och, relację Eve i Romana też streszczasz:
Do tego dochodził Roman. Pisał do niej. Często. A ona mu nie odpisywała. Uparcie trzymała swe palce daleko od klawiatury, gdy widziała wiadomości od niego. – Nagle dowiaduję się, że oni wymieniają jakieś wiadomości przez sieć. Dlaczego więc nie dałaś mi ani jednej sceny, w której Eve ślęczy przed komputerem czy telefonem? Zamiast tego pokazujesz mi chociażby upalonego bez sensu Punka!
Zastanawia mnie, jak selekcjonujesz sceny. Na jakiej zasadzie coś wydaje ci się na tyle istotne, by opisać to sceną, a coś wydaje się na tyle nieistotne, poboczne, by tylko wrzucić to gdzieś, tak przy okazji? Tak naprawdę jeżeli coś jest streszczone, nie jest ważne wcale. Te puste zdania powinny wylądować w koszu, nie mają żadnej wartości.
Opowiadanie powinno się składać głównie ze scen. Gdyby chodziło o jedno czy dwa streszczenia, pewnie w ogóle nie zwróciłabym na to uwagi, ale u ciebie streszczeń jest tyle samo, co scen. I wszystkie wątki są główne, nie istnieje podział na plan pierwszy i drugi, czy nawet trzeci. Na początku sądziłam, że przyjaźń Eve i Tary to wątek pierwszoplanowy, a reszta będzie tłem, ale tak nie jest. Jednocześnie ważne jest wszystko i nic; przykładowo: naraz dostaję wstęp do relacji Eve-Roman w postaci sceny (wątek więc się zaczyna, jest ważny) oraz rozwinięcie w postaci streszczeń (o tym, że bohaterowie spędzali ze sobą czas, dużo rozmawiali, a teraz piszą), co odrzuca cały wątek gdzieś na bok, umniejszając jego wartość. Tak się zwyczajnie nie robi. Czytelnik nie wie, czego ma się chwytać, co jest punktem zaczepienia tego opowiadania.

Zaskakuje mnie ostry ton Tary do Shane’a. Od ich ostatniej rozmowy (czyli od monologu Shane’a o losie dziewczyn, bo tym nagle zabrakło języka w gardle) minęło kilka rozdziałów; nie przedstawiłaś żadnej sceny zaaklimatyzowania się, rozwijania relacji z szefostwem, nic. Tara, która zna pracodawcę kilka tygodni, traktuje go jak jakiegoś kumpla, a dzieli ich prawie trzydzieści lat różnicy wiekowej.

Shane spojrzał na zegar, jakby odliczając minuty do nadejścia pomocy ze strony kogokolwiek. Osaczony przez Tarę, zdążył zreflektować się już, że zbycie osoby takiej, jak Tara jest niemożliwe. Eve widząc jego błagalny wzrok próbowała odciągnąć Tarę, jednak nie zdołała tego zrobić. – Błagam cię. Typ przewodzi WWE od niepamiętnych czasów, jest byłym wrestlerem i aktualnym mniejszościowym właścicielem firmy. Nie utrzymałby swojej pozycji i jako wiceprezes (a wcześniej i dyrektor naczelny) nie pociągnąłby YOU On Demand na wyżyny rynku chińskiego, tak trudnego do zdobycia. Jakby tego było mało, facet jest jeszcze członkiem rady dyrektorów w International Sports Management. Niejedno widział, wierz mi, i niejedne rozmowy odbywał. Myślisz, że ktoś taki boi się małej gówniary? I patrzy na drugą taką błagalnie? Co ty robisz z tym gościem! Pokazujesz jego całkiem w porządku charakter już samym tym, że nie wygonił dziewczyn, ale poświęcił im czas i wytłumaczył, że sytuacją zarządzała jego siostra. To powinno wystarczyć bohaterkom, a przesadne emocjonowanie się ich przyjściem to kolejna brzydka przesada.

Zza jednej z długich zasłon wyszła jednak Sasha. Biały, skórzany płaszcz odsłaniał jej ciekawego kroju stanik w galaktyczny wzór (...). – zza jakiej zasłony? Co ona tam robiła? Myła okno w płaszczu i staniku?


Opisujesz strój Tary między słowami w dialogu, ale właściwie nie wiem po co. Dziewczyna zdążyła się nastać w tym gabinecie już trochę… Ten opis wygląda jak wepchnięty na siłę, jakbyś sobie przypomniała, że hej, właściwie zapomniałam wcześniej! I jakbyś nie do końca ogarnęła, że można go jeszcze przerzucić gdzieś wyżej…
Po Tarze przychodzi czas na strój Eveline:
Eveline za to miała niepowtarzalną okazję pochwalić się swoją nową, klasyczną sukienką w kroju baby doll o pełnej, fioletowej barwie na której majaczyły kwiatowe wzory. W połączeniu z białymi, pięciocentymetrowymi szpileczkami, dawało to efekt nieziemsko długich nóg, czyli jedynego atutu, jaki, swoim zdaniem, Eveline posiadała. – Tak naprawdę czytelnik nie potrzebuje takich detali zaraz przed tym, jak dziewczyny wyjdą z gabinetu i zmieni się scena…

- Banks gestykulowała żywo, wymachując swoimi długimi palcami tuż przed twarzą Tary. To musi się źle skończyć. Ten dzień już nawet zaczął się nie tak jak powinien. W końcu widok Punka i Miza, rozpaczających sobie nawzajem na temat swoich okrutnych żon, to widok wyjątkowo niecodzienny. – Zaraz, moment. Miz i Punk rozpaczali najarani w pokoju Deana. Skąd Tara o tym wie? (Albo Banks, bo właściwie znów headhopping – nie wiadomo, z czyjej perspektywy piszesz...).

- A no właśnie Sasha, doznałaś kontuzji. - Jak zawsze Eveline jako pierwsze zauważyła bogato zdobiony płaszcz Charlotte, a dopiero potem samą mistrzynię. - Na Extreme Rules cię  z n i s z c z y ł a m. Nie podołałaś, kochanie. Tak samo nie zasługujesz na walkę ze mną na Battleground, jak te dwie znajdy.
- Nie zasługuję? To ja zabrałam ci pas mistrzyni kobiet NXT i zrobię to znów! - Banks rzuciła mistrzyni prowokujące spojrzenie.
- Znajdy?! Ja ci dam znajdy! – Z dialogu wynika, że Tara odpowiada Sashy, ale tekst ze znajdami należy do Eveline. O co chodzi? Co tu się dzieje? Kto co mówi?!
No i jaki płaszcz Charlotte? Ona też tam była? Kiedy weszła? Do tej pory nie było jej w scenie! Skąd przyszła? Zza drugiej zasłony w drugim oknie?

Strasznie mnie irytuje, że pannice dyskutują sobie o swoich zatargach, nie szczędząc w słowach, a wiceprezes nie ma nic lepszego do roboty; jak pantofel tylko grzecznie przytakuje. Po chwili Sasha bierze sobie jakby nigdy nic jego pilota do TV i włącza odbiornik AKURAT na urywku starcia z Eve. Okazuje się, że Tara szarpała za liny, by Eve mogła wygrać. Nie było to fair play zagranie, ale… dowiaduję się o tym dopiero teraz, a to znaczy, że wynik został zatwierdzony. Nie rozumiem tylko, dlaczego Tara wcześniej powstrzymywała się przed skopaniem zawodniczki, bojąc się dyskwalifikacji, a potem szarpała za liny? Nagle już zapomniała o konsekwencjach? (Pomijając już, że konsekwencje w twoim wrestlerze nie istnieją, sędziowie są tam chyba na pokaz).
Dopiero na końcu sceny okazuje się, że dziewczyny cały czas były z Shane’em za kulisami. Nie wiem, skąd moje podejrzenie, że akcja działa się w gabinecie wiceprezesa, ale gdybyś nie szczędziła opisów miejsc, coś takiego nie miałoby… miejsca.

- Przepraszam, panno Flair - Shane postanowił, że jest teraz potrzebny w dyskusji. - Problem w tym, że ja nie wiem, nie pamiętam, czyje to było nazwisko. Podejrzewam, że Charlotty, ale nie jestem pewna. Na to też musisz zwrócić uwagę. Kiedy długo nie używasz jakiegoś podmiotu, a w opowiadaniu jest ich od groma, musisz częściej go zaznaczać, wprowadzać w tekst.

Shane podejmuje ważne decyzje z marszu, pod naciskiem grupki zawodniczek. Nie powinien się z kimś skonsultować? Przemyśleć całą sytuację na chłodno? Sądzisz, że to tak właśnie wygląda, że dyrektor za kulisami wymyśla sobie z głowy przebieg kolejnych walk? Bo ja nie.

Nie rozumiem, dlaczego niektóre słowa zapisujesz uparcie wielkimi literami: Jacuzzi, Dyrekcja, Boss, Architekt, Bogini... Dlaczego?

Chwila moment. Kolejna scena to (chyba) pokój Setha, wyraźnie mam napisane, że Sasha siedzi na kanapie obok, a bohater postanawia otworzyć erotycznego e-maila od fanki nieco później, gdy zostanie sam. Nagle okazuje się, że narrator streszcza, co stało się paręnaście minut wcześniej (po co? nie dało się stworzyć scen poukładanych chronologicznie?) i nie wiem właściwie, kiedy kończy się streszczenie, a zaczyna tu i teraz. Nie zaznaczasz momentu,  w którym Seth wstaje gotowy do walki i idzie na ring:
Jeszcze paręnaście minut temu, The New Day otworzyli show swoją walką z okolicznymi wrestlerami, by potem związkiem przyczynowo-skutkowym, przejść do brawlu z The Wyatt Family (...). Gdy tylko walka się skończy, przyjdzie czas antenowy Setha. Czas szoków. (...) Jak zawsze dostał niesamowity pop. Sam nie wiedział, czy powinien być z tego zadowolony. Był heelem, postacią negatywną i tak miała go odbierać publika.

Scena z Deanem i Tarą  na ringu świetna! Po raz pierwszy od trzynastu rozdziałów przeczytałam fragment, nie przerywając go żadnym komentarzem, nie kopiując nawet jakichś pojedynczych literówek czy błędów interpunkcyjnych. Bardzo sprawnie, w dynamicznym tempie i nareszcie interesująco. W końcu wydarzyło się w tej historii coś naprawdę, naprawdę ciekawego. A biorąc pod uwagę jeszcze niedoszły romans Deana i Tary… no, no, no.
Mam tylko jedno zastrzeżenie. No dobra, dwa. Pisałaś o tym, że to jakiś R-Truth był informatorem-detektywem, pierwszym szpiegiem:
Gdy ktoś chciał się dowiedzieć jakichś nowinek ze świata swoich kolegów z pracy- szedł do niego. Truthie całodobowo robił za kamerę, obserwując uważnie wszystko co się działo. Wiele osób dziwiło się, jak to możliwe że wie nawet o sytuacjach dziejących się w dwóch różnych miejscach w tych samych momentach. Nikt jednak tego nie dociekał, bo większości było to na rękę.

1. Informacja pojawiła się w tym samym rozdziale, w którym AJ szukała kogoś, kto mógłby odkryć zdrady jej męża. Dlaczego AJ nie poszła do R-Trutha? Dlaczego z dupy wybrała Deana?
2. Wymyśliłaś funkcję R-Trutha na poczekaniu; był ci potrzebny akurat teraz, aby wytłumaczyć, skąd Seth miał zdjęcie (wcześniej postać nie brała udziału w historii). Wspomniane zdjęcie było zrobione ładnych kilka rozdziałów temu! Wystarczyłoby już tam przedstawić bohatera, który siedzi na kanapie w hotelowym lobby i cyka fotki wszystkim, którzy się ruszają. Teraz wprowadziłaś go ekspozycją, a mogłaś już wtedy stworzyć scenę, gdy bohater uśmiecha się do wszystkich i nikogo nie dziwi, że facet nie rozstaje się z kamerą. Bo teraz wygląda to tak, jakbyś tego nie zaplanowała. Jakbyś wymyśliła to zaraz przed fajną sceną. Przez to wyeksponowany R-Truth jest sztuczny.

W posłowiu pytasz, czy nie za bardzo eksponujesz pairing Dera. Mojej odpowiedzi pewnie się domyślasz… Oczywiście, że za bardzo! Nie ma w nim żadnej subtelności, żadnego logicznego rozwoju, wątkowi brakuje scen będących podłożem do budowania tej relacji.

Zapewniam was, że ta sytuacja z Mizem, nie była zapychaczem i wątek Miza i Punka będzie kontynuowany w dalszych rozdziałach. – Może i z tej perspektywy wątek nie był zapychaczem, ale tak to właśnie wygląda, kiedy Dean, który miał realizować plan, wyszedł sobie z pokoju po telefon. Nie ma nic złego w rozwijaniu przyjaźni Punka i Miza, ale złe jest tworzenie wątków po to, aby ich nie prowadzić.

Co ja tu jeszcze mogę powiedzieć... strasznie nie podoba mi się ten rozdział.Wydaje mi się, że strasznie chaotycznie jest napisany. Masakra. Następnym razem bardziej się postaram, obiecuję. – Nie wystarczyłoby go po prostu poukładać? Albo oddać becie? Zadbać o to, by na blogu nie wisiało coś, z czego nie jesteś zadowolona? Tekst jest twoją wizytówką! Takie uwagi wyglądają na typowe żebranie o podnoszące na duchu komcie. Wybacz, ale za długo siedzę w blogosferze, aby to robiło na mnie inne niż negatywne wrażenie. Kiedy coś mi się nie podoba, nie publikuję, dopóki nie zacznie być przyzwoite. Proste.

Dałam wam tu trochę inną twarz Setha. No, bądź co bądź, zrobiłam tu z niego konkretnego skurwiela, gdy zorientowałam się, że brakuje w tym opku dobrego heela. – O! A to mi się właśnie podoba. Seth jest bardzo dobrym antagonistą. Aż się prosi, żeby go nie lubić, ale nie dlatego, że narrator nas do tego zmusza, decydując za czytelników, ale dlatego, że facet sam zachowuje się i wypowiada jak dupek. Seth wyszedł ci jak mało kto. To chyba najlepiej, bo najspójniej wykreowana postać…
Chociaż też nie do końca; w rozdziałach na jego temat – wtedy z wątkiem o pomalowanym busie, który też się bodajże urwał? – raczej było mi go żal, pamiętam, że miałam go za ofiarę, a Deana za buca. Trzeba byłoby w tamtych rozdziałach Setha trochę zaostrzyć, uwydatnić, zamiast się nad nim rozczulać w ekspozycji i będzie dobrze. Jak na razie scena w siłowni i akcja ze zdjęciem to bardzo ładne obrazowanie charakteru Setha. I o to chodzi! Na tym właśnie polega pisanie. Nie wiem, dlaczego z innymi bohaterami tak ci nie wychodzi – by nie eksponować, a udowadniać.


014. Apocarose is a sawft.
Właściwie Apocarose brzmi lepiej niż Dera.

Here I am, Your Rocket Queen! Usłyszał chyba każdy w promieniu paru kilometrów. – Znowu popadasz w przesadyzm… To nie jest fajne. Chodzi o budzik z telefonu, do licha!

Prędkość była zawrotna, ale amerykańskie drogi tak dobre, a zawieszenie w autobusach idealne, że niemal nie było tego czuć. – Wyjaśnijmy sobie kolejną rzecz. Nie żyjemy w cudownym świecie, gdzie kierowcy służbowi nie są odpowiedzialnymi pracownikami i mogą sobie bezkarnie zapierdzielać, nawet po autostradzie. Autobusy mają coś takiego jak prawne zaniżone ograniczenie prędkości. Maksymalna dozwolona prędkość na tzw. freeways w USA to najczęściej dla autobusów czy ciężarówek to ok. 65-75mph [źródło] (do 120km/h). Praca kierowcy jest nadzorowana, ograniczona przez przepisy ruchu drogowego, szczegółowe przepisy dotyczące transportu osób i mienia.
A co w prędkości 120 km/h jest zawrotnego?
Nic a nic.

Ale, na Boga, była szósta rano! Kto ustawia budzik tak wcześnie? – Tym razem Becky okazuje się tą wierzącą. A mogłaś to zostawić tylko dla Eve...

Seth ma fioła na punkcie tego całego crossfitu i ćwiczy nawet w autobusie, zamęczając mnie przy tym przebojami typu: Moc, energia, amfetamina ewentualnie: Nie spać, zwiedzać, za-pier-dalać! – Ale… to… są… polskie… piosenki…

Ekspozycja – nagła, z tyłka – o rodzicach Tary i wspomnienie rozmowy z sąsiadką nie mają sensu. Nie w tym miejscu i czasie. Mogłaś z tego zrobić scenę, gdy Tara faktycznie tęskni, martwi się i przez telefon rozmawia z sąsiadką. Wtedy byłoby to ciekawe. Teraz nie jest.

Och nie! Znowu biorę udział w tej dziwnej scenie, kiedy CM Punk krzyczy, że podmienił żonie tabletki antykoncepcyjne na witaminki. Za pierwszym razem myślałam (miałam nadzieję), że jednorazowo żartujesz, ale ty zrobiłaś z tego pełnowartościowy wątek (szczęście w nieszczęściu, że chociaż jeden, jedyny jest wcale niestreszczany!):
- I naprawdę jesteś tak głupi, by nie pomyśleć, że AJ się zorientuje, że łyka witaminki zamiast środków antykoncepcyjnych? (,...)
- Po całym potopie wcześniej popełnionych błędów, postanowiłem nie narażać się na kolejne i zrobić to  d o b r z e. Zamieniłem je tak, że nawet ja miałem wątpliwości, które są które... - wybraniał swój intelekt i spryt Punk.
- Bo przecież jesteś specem od tego typu pigułek... - tym razem to Eve wysiliła się na sarkazm.
- Mam dość, wy jesteście wredne, idę sobie - odparł Punk, po czym obrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.
W pokoju znów zapanował względny spokój.
Zauważ, że podkreślone części zdania wciąż, jak w poprzednich rozdziałach, opisują dokładnie to, co wynika z samej wypowiedzi. Punk wybrania swój intelekt wypowiedzianym słowem, a Eve sili się na sarkazm za pomocą sarkastycznej odpowiedzi właśnie! Po co mi to tłumaczysz? Nie możesz użyć chociaż raz zwyczajnego: – powiedział Punk/stwierdziła Eve? CHOCIAŻ RAZ?!

- No chodźże, Tara! Nie możesz leżeć tu cały dzień! – To dość charakterystyczne słówko, pamiętam, że w poprzednim rozdziale użyła go Tara w stosunku do Paige. Ty naprawdę nie masz pojęcia o stylizacji językowej bohaterów.

Takie dziwne napady typu branie jej na ręce, oglądanie jej szuflady na bieliznę i sprawdzanie rozmiaru stanika czy łaskotanie dziewczyny na ręce było już codziennością. Tarze ten stan rzeczy totalnie nie odpowiadał. – Szkoda, że to nie są krótkie, zabawne scenki, tylko suche, ogólnikowe streszczenie. Znając te trochę zalatujące gimbazą dialogi, byłoby nawet śmiesznie. Ale po co? Lepiej jest ci najwyraźniej pisać szkic opowiadania niż opowiadanie samo w sobie.

Seth mógłby sprawdzić pochodzenie nieznajomego numeru w sieci. Pierwsza cyfra to pewnie numer kierunkowy, a druga – krajowy lub międzynarodowy. Swoją drogą popełniłaś kolejny błąd rzeczowy; nie istnieje numer kierunkowy +21, nie istnieją też numery telefonu dwudziestotrzycyfrowe!

Ale tego nie rozumiał. To było trochę tak, jakby ktoś chciał zwrócić ich uwagę. – Jakich ich? Podejrzane połączenia dostawał tylko Seth. Już niech nie przesadza. Skąd w ogóle przeczucie, że to ma uderzać w jakiś sposób w całą stajnię?

Chociaż teraz, gdy do wrogiego obozu rebelii doszedł jeszcze Shane (...). – Kontekst ogólny jest znany. Wystarczyłoby napisać do wrogiego obozu/do obozu rebelii. Dwa określenia naraz to rozrzutność.

Ekspozycja o Seth’cie i jego wspomnienia o krześle są zwyczajnie nudne. Ominę komentowanie tego, lećmy dalej.

Jej zacięta mina i waleczna postawa w połączeniu z ołówkową, kremową sukienką nadawały jej wygląd prawdziwej walkirii. – Och, a teraz nagle od czapy bawimy się mitologię nordycką? Naprawdę? [źródło]
Walkirie (norw. i duń. Valkyrie, szw. Valkyria) – w mitologii nordyckiej pomniejsze boginie, córki Odyna, zwykle przedstawiane jako piękne dziewice-wojowniczki ujeżdżające skrzydlate konie (czasem wilki), uzbrojone we włócznie i tarcze.
Powiedz mi, co z całej kreacji Stephanie, poza wrogą miną – którą ma zawsze, więc to nic nowego – jest zgodne z charakterystyką prawdziwej walkirii? Steph jest dziewicą i chodzi wszędzie z włócznią?

- O co chodzi?! Czy ty wiesz, coś ty narobił, pokazując ludziom te zdjęcia Ambrose'a i Apocalypse na ostatnim Raw?! - Steph wciąż wrzeszczała, jakby tym razem niesubordynacja jej podwładnego naprawdę sięgnęła szczytu. – To jej pierwsza wypowiedź w tym rozdziale. Wciąż jest mocno nad wyraz.

(...) że nie chce w ogóle widzieć się z resztą świata poza swoim pokojem. – Widzenie się ze swoim pokojem brzmi tak samo głupio jak prowadzenie zakupów do domu z rozdziału bodajże trzeciego.

Apocalypse wystąpiła na zaledwie trzech w porywach czterech tygodniówkach, ale to w pełni wystarczyło, by Apocarose dorobiła się nawet swoich własnych fan filmików z dziką, lub romantyczną muzyką w tle. Następnie Steph pokazała Sethowi parę nowo utworzonych fanfiction o Apocarose, grup facebookowych o zasnych nazwach Apocarose Forever lub Apocarose is my life. Na dokładkę Steph dorzuciła jeszcze Sethowi parę komentarzy z zeszłotygodniowego Raw, z których większość tyczyła się właśnie Apocarose i brzmiała mniej więcej tak: OMG! Proszę, sprawcie, by to była prawda!, Od dziś to mój ship życia!
- Widzisz? - Steph wyłączyła ekran i z brutalnością odrzuciła pilot z powrotem na kanapę. - Stworzyłeś jakiś chory kult! To już niemal religia! (...) O co się wściekam?! Nie rozumiesz?! Chodzi o popularność! To cholerne Apocarose w tydzień powaliło na głowę Seshę Ballins, a nawet cholernego Ambrollinsa! - Setphanie  d o s ł o w n i e  rwała sobie włosy z głowy. – Tak naprawdę nie rozumiem głównego motywu tej sceny, jej podstawy. Skąd tak naprawdę taka reakcja ludzi? Jasne, że mogą istnieć fanki Deana, ale w twojej odsłonie to wygląda tak, jakby… inni wrestlerzy nie istnieli? Wszyscy nagle zaczęli się jarać tylko tym? Na wielkim Raw nie działo się nic więcej, nie ma tam fanów innych zawodników? Chcesz mi powiedzieć, że ludzie rzucili się na pairing Deana i jakiejś nieznanej laski, że aż nazywa się to kultem? Jeszcze mogłabym uznać, że Stephanie dmucha na zimne i przesadza, ale pokazała przecież slajdy.
Po prostu ciężko mi uwierzyć w realność takiej reakcji ludzi. Jasne, może być, że Dean ma kilka grup fanowskich, jest popularny i ciężko go zepchnąć (jak to powiedziała Steph), ale to nadal nie działa tak, że nagle wszystkie interesantki wrestlingiem zaczęły patrzeć tylko na niego i jakąś obcą, niszową amatorkę, która wystąpiła w kilku walkach, jeszcze nieregularnie, bo miała uraz nogi. Ludzie jej nawet nie kojarzą, a afera, którą przedstawiasz, jest na skalę rozpowszechniona tak, jak, nie wiem, rozwód Brandżeliny. Gdyby jeszcze gdyby Tara była bardziej popularna… No przecież półświatek wrestlerów pełen jest podobnych afer, pairingów, tam wypływa takie coś co chwilę… Nie dajmy się zwariować, czytelnicy ci nie uwierzą.
Dla mnie to śmierdzi imperatywem, i to tak dość ostro. Po prostu pchasz fabułę bez umiaru; jakbyś sądziła, że napompowane dramą i przesadyzmem sceny są lepsze niż takie realne, w której Steph faktycznie robi problem Sethowi, bo ten podniósł Deanowi popularność, ale nie aż na taką skalę.
I co to znaczy, że Steph dosłownie rwała włosy z głowy? Naprawdę robiła coś takiego?


Przecież to tylko takie powiedzenie... Czy Steph jest normalna?

Mimo dzielącej wspólnie między sobą niechęci, oni byli jakby... połączeni jakąś dziwną, magnetyczną energią. – Pamiętasz nieco zgryźliwy komentarz o Fionie ze Shreka i jej magicznej aurze? Znów pasuje idealnie.

Smród, jaki dopadł go od progu był wręcz niewyobrażalny. Nie zrozumcie go źle- w tej części Cincinnatti zapach alkoholu i rzygowiny panował wszędzie, aczkolwiek smród jego [czyjego? zapachu?] mieszkania był specyficzny. – Dlaczego narrator pierwszy raz od samego początku historii zwraca się do jakiegoś nieokreślonego grona? Tak się nie robi nagle, jednorazowo, po czternastu notkach. Właśnie o to chodzi w opowiadaniach współczesnych z tego gatunku, by narrator był ukryty, aby czytało się, zapominając, że ktoś zwraca się do czytelnika. Wykorzystany tu zabieg nie pozwala wczuć się w tekst. Przypomina, że jest to zwykłe opko, a nie wciągająca historia. Wyrywa mnie to ze sceny, przeszkadza się skupić.

Za każdym razem, gdy spoglądał na odrapaną tapetę, odpadający od ścian tynk (...). – A nie od sufitu? Na ścianach miał przecież tapetę…

(...) na swoją zachlaną i do granic możliwości zachlaną matkę (...) – wystarczyłoby raz, naprawdę. Ewentualnie dla podkreślenia mocy zdania: (...) na matkę tylko zachlaną i zachlaną – aż do granic możliwości. Czy coś w tym stylu.

Nie rozczulam się przesadnie nad retrospekcją Jonathana. Tak narzeka i narzeka na ten smród, fekalia, i rzygowiny, ale jakoś specjalnie za sprzątanie się nie wziął. Inna sprawa, że bohater ma matkę alkoholiczkę i to już jest poważny zarzut. Tylko czy… jest to twoja fikcja fabularna? Najwyraźniej tak, ponieważ na stronie internetowej [źródło] czytam:
He was born in Cincinnati, Ohio on 7th December 1985. His father worked far away from where he lived and thus Dean hardly ever met him. On the contrary, his mother worked round the clock to provide for him and his sister. (...) He is grateful to his mother for striving all her life to provide for him and has always made his family his first priority.
Inne źródła podają, że [źródło]: But somehow I feel the need to answer this question because people already tend to romanticize over Dean Ambrose’s poor youth. (...) He didn’t lose his mother when he was 16. He talked about her briefly in his “Stories from the Streets” interview from 2011 when he still didn’t have to be cautious about stalking fangirls. He actually said that at the time in 2011 he was fine with her again, good relationship and definitely not dead. He doesn’t talk about his father, so I won’t do so as well.
Mając tyle danych, jest to dla mnie gorzej niż niesmaczne przypisywać matce Jonathana skrajny alkoholizm i pobicie syna. Kobieta najwyraźniej dawała z siebie wszystko, by wychować dzieci i wrestler ma z nią dobre relacje, co sam potwierdza, a ty ją tak piękne zgnoiłaś, przypisując jej okaleczanie syna i życie we własnym gównie. Nie do wiary.

Ale, nie zrozumcie jej źle. – O nie, znowu! Proszę, przestań. Nie wiem, skąd wzięłaś tę manierę zwracania się do czytelnika, ale to głupie. Źle się czyta. Siedzę przed monitorem sama, nie ma dookoła mnie żywej duszy, a zwracasz się do mnie w l. mnogiej.
W sumie nawet gdybyś zwracała się w pojedynczej, nadal byłoby to głupie, ale już nie aż tak bardzo. Jakbym czytała posłowie, a nie rozdział…

Może i ostatnio ich relacje stanowczo się napięły, a wręcz opierały się na samych kłótniach, ale teraz... Coś się zmieniło dziś rano. AJ nie miała pojęcia, co, ale różnica była diametralna. Z samego rana był tak szczęśliwy i pobudzony, że AJ żadnym sposobem nie potrafiła sobie tego wyjaśnić. Och! Jakże on był pobudzony! Przy okazji, AJ w pełni upewniła się, że Punk jej nie zdradza, do czego doszła rozmawiając z Deanem, który na każde jej pytanie odpowiadał: Jesteś głupia. – To Dean nie mógł jej tego powiedzieć, zanim wziął od niej zioło? Ciężko mi uwierzyć, że zaczęłaś nawet ciekawy wątek poniekąd nawet trochę detektywistyczny (Detektyw Dean, he-he), aby wyjaśnić go tak mimochodem, rzucić rozwiązanie między akapity nudnej ekspozycji o początku miłości AJ do Punka a relacją z Mizem i Maryse. Tak się nie robi. Nie zapowiada się czytelnikowi wątku, aby go nie rozwijać!
Przede wszystkim nie widziałam, aby sytuacja między Punkiem a AJ była kiedykolwiek napięta; bohaterowie tylko kłócili się wśród znajomych o dziecko, ale brzmiało to bardziej zabawnie i jakby specjalnie, by wywołać uśmiechy, niż faktycznie się kłócić. Skoro sytuacja ani razu nie była napięta, nie było też momentu zmiany. Piszesz o czymś, co nie miało miejsca w tekście, nie wydarzyło się fabularnie. Nie wiem, czy ja i narrator uczestniczymy w tej samej historii? Bo mam wrażenie czasami, że czytam coś innego niż on. Że wmawia mi na siłę coś, czego przecież nie ma w opku.

Na backu zadzwonił dzwonek, wyrywając AJ z letargu. – Zaledwie chwilkę temu AJ rozmawiała z innymi bohaterami. Ten letarg to tak na dziesięć sekund, huh? [źródło]

To, co podoba mi się w rozdziale, to rozmowa między AJ a Maryse. Słowa Maryse, które czasem akcentujesz jakimś francuskim wtrętem, brzmią naturalnie w jej ustach, poza tym mówi dość dojrzale, co pasuje do charakteru, który określiła u niej AJ:
Poza tym, AJ miała wygląd piętnastolatki, czego w sobie szczerze nienawidziła. Maryse za to aż tryskała kobiecą dojrzałością i wyrachowaniem. (...)
- Ach, mon petit, sukcesy męża zależą zawsze od żony - powiedziała z wyższością (...). - To my ich popychamy do przodu, AJ. To my im mówimy, jacy są cudowni.
W końcu postać żeńska z jakimś charakterem! Mam nadzieję, że jej tego za chwilę nie odbierzesz, jak wcześniej Tarze czy Eve.

Nie bardzo podoba mi się podkreślanie strachu Miza i Punka, wyciąganie go na zewnątrz. Patrzy na nich publika, ich twarze są na zbliżeniu w kamerach. Jasne, mogą się bać Big Showa i jego towarzysza, ale wątpię, by to afiszowali. Mają lata doświadczenia w samym paradowaniu na ringu, nie tylko w walce. Zdania typu: (...)  a na twarz Miza i Punka wstąpił strach są w moim odczuciu trochę za mocne. A kiedy przesadzasz, to nie budujesz atmosfery, ale przerysowujesz ją.

Wciąż nie czuła się zbyt swobodnie po ostatniej akcji Setha, a listy i maile od ludzi przysyłających jej fanarty Apocarose jeszcze bardziej ją mierzwiły. – Zastanawia mnie, skąd ludzie po kilku jej tygodniach w Raw mają jej dane teleadresowe, aby cokolwiek jej wysyłać? I gdzie w tym rola menadżera?
Widzisz, wrestling to bardzo fajny i obszerny temat. Miałaś wielkie pole do popisu, wprowadzając nowe dziewczyny w świat WWE. Pierwsze kontrakty, przedstawienie portfolio, tworzenie, nie wiem, profilu wrestlera w sieci, rozmowy z menadżerem o wizerunku scenicznym… Dla czytelnika to byłaby wielka gratka, poznać ten półświatek. Mam jednak wrażenie, że albo dla ciebie ważniejsze były od razu romanse i walki, albo nie znasz się na zasadach panujących w WWE, jeżeli chodzi o zatrudnianie wrestlerów; nie znasz tego świata od kuchni. Albo jedno i drugie jednocześnie. Pierwsze to kwestia lenistwa i chęć pisania, za przeproszeniem, byle jak i byle tylko o tym, co ciekawi jedynie ciebie, a drugie to wymówka. W dzisiejszej dobie Internetu robienie researchu jest proste. Jeżeli coś cię interesuje, nie musisz biegać po bibliotekach. Możesz odpalić kilka stron internetowych i rozwiązanie masz na dłoni. Trzeba tylko chcieć.

Sam seks z nim to zadanie dla prawdziwej ryzykantki. Nigdy nie wiadomo, na co taki idiota może wpaść, a co gorsza, znając jego porywczość, to ta ryzykantka miałaby większe szanse by wpaść. – Nie rozumiem, jak porywczość partnera seksualnego ma się do wpadki. Czy jeżeli ktoś jest z charakteru bardziej flegmatyczny, to prawdopodobieństwo ciąży jest mniejsze? Nie, to głupie. Leniwy seks to nadal seks!

Przecież jej to nie obchodziło. Strefa seksualna Ambrose'a i jej strefa seksualna były od siebie tak oddalone jak Merkury od Plutona i nie było żadnej możliwości, by kiedykolwiek miały się do siebie zbliżyć. – Na tym etapie historii – zamiast interesować się naturalnymi, niewymuszonymi przemyśleniami Tary – zaczynam zastanawiać się, za ile rozdziałów będę mogła wypomnieć jej te przemyślenia. Romans cuchnie od kilku notek. Wisi w powietrzu jak benzen nad moim miastem [źródło].

- Nic nie szkodzi - odparła Tara, nieco zła za tak mocne wyrwanie jej z przyjemnych przemyśleń. Jakich?! Wypluj to słowo! Tak naprawdę była zła na tę niezdarę Cathy, ale wolała i tak nie pogarszać swojej beznadziejnej społecznej sytuacji w pracy. – Jeszcze kilka rozdziałów temu siliłaś się chociaż na tyle, by myśli bohaterów zapisywać kursywą, jakoś je oddzielać od narracji głównej. Teraz już nawet takiej drobnostki nie robisz.
No i powtórzenie myśli… Masło maślane.

Kamera przesunęła się na Tarę, robiąc jej zbliżenie, a tłum zaczął głośno się cieszyć. Nie cieszyliby się tak, gdyby nie zrobili z ciebie pani Ambrose'owej. – Zaraz. Do kogo należy to ostatnie zdanie? Wygląda jak narratorskie wtrącenie. Tylko że narrator nie powinien sobie pozwalać na takie oceny!

Nie rozumiem jednej rzeczy. Na ringu to już normalka, że każdy każdemu wchodzi w zdanie i się wpieprza. Na przykład The Rock Deanowi i Sethowi albo Big Show i ten drugi, którego imienia nie potrafiłam zapamiętać (prawdopodobnie nigdy wcześniej o nim nie wspominałaś), w czasie segmentu Punka i Miza. Ten drugi wtręt miał miejsce w tym rozdziale, a chwilę później w wywiad dziennikarki z Tarą wpieprza się Dana Brooke. Szczerze? Jestem zmęczona tą monotematycznością. Dwa podobne zagrania na przestrzeni jednego rozdziału? Kilka podobnych sytuacji w dwóch-trzech? Naprawdę słabo się to czyta.

Następna scena to narracyjna ekspozycja sytuacji Sashy, kiedy bohaterka się… rozciąga. Kolejny raz wieje nudą. Mam wrażenie, że przeczytałam cztery wielkie akapity o niczym. Coś w stylu:  Poza tym, pozytywna władza, taka jak Shane na pewno lepiej będzie przyciągała widzów, niż okropna, jędzowata Stephanie i jej mąż o niepełnej liczbie hromosomów i ich głupia Dyrekcja. Sasha zdawała sobie sprawę, że jeśli dostałaby się do wymarzonych czerwonych, nie byłoby jej tam łatwo, głównie przez to, że jeszcze na WrestleManii, była człowiekiem Shane'a, którego Steph darzy szczerą pogardą.
A jeżeli chodzi o żart z Downem, to osoba z tą chorobą ma jeden chromosom więcej niż normalny człowiek, a nie mniej.

Piąty akapit to streszczenie:
Seth odwiedził ją dziś po południu. W wiadomych intencjach. Jak zawsze był zły. Sasha też go nawiedziła, kiedy to przegrała z tą całą Zoey w jej debiucie, choć nie było to czyste zwycięstwo. W każdym razie, był strasznie brutalny, co mu się zazwyczaj nie zdarzało. Jakiś poddenerwowany. Ale nie chciał nic Sashy zdradzić.
Dlaczego uznałaś, że rozciąganie się Sashy i ekspozycja są ciekawsze niż scena z Sethem? Po tej drugiej mogłabym sama wywnioskować, jaki humor ma Seth i jak Sasha próbowała wyciągnąć z niego jakieś informacje. Streszczenia są złe, streszczenia do śmieci.

Sasha ustała na środku ringu, gotowa do walki, myśląc jeszcze raz nad strategią, w czasie kiedy Jillian Garcia wzięła się za przedstawianie ich widowni. – Pisałam już, nie każdy bohater epizodyczny musi mieć imię. Tym razem nadajesz je zapowiadającej? Sędzinie? Nie wiem. Z góry zakładasz jednak, że wiem, bo… mogę sobie sprawdzić w sieci. Przecież to RPF… – Tak właśnie wygląda twoje podejście do sprawy. Niczego nie wyjaśniasz, nie opisujesz. Znów mam scenę, gdy ktoś staje do walki i… nie widzę ringu, nie słyszę publiki ani muzyki. Mam za to następne zdanka o wnętrzu bohaterki. Za dużo ekspozycji, a za mało opisów miejsc akcji: Sasha musiała przyznać, że trochę rozleniwiła się przez tą ułatwioną rywalizację z Charlotte i musiała przypomnieć sobie szybko, jak to było w ciągu feudu z Bayley, gdzie o atencję widzów naprawdę mocno trzeba było zabiegać.

Sasha przez chwilę zastnawiała się, czy nie odpuścić, by dziewczynie nie stała się krzywda, jednak szybko uznała, że jeśli miałoby jej się coś stać, odklepałaby. – C...co? Czy ja właśnie przeczytałam, że Sasha boi się o swoją przeciwniczkę? Wow, pierwszy raz. To dość miłe zaskoczenie. W opowiadaniu, w którym bohaterowie walczą naprawdę, jest to miła odskocznia. Za coś takiego można polubić Sashę. Jest to jednak trochę mylące, bo zaledwie chwilę wcześniej czytam:
(...) Tara krzyczała w ramionach Sashy, z potwornego bólu, jaki zadawała jej Sasha.
To jak to w końcu jest? Laska martwi się, że robi dziewczynie krzywdę i jednocześnie zadaje jej potworny ból? No nie… To niezbyt ma sens. Nie wiem, w co wierzyć.
Nie rozumiem, czemu dziewczyny walczą dwie na jedną. To po prostu niesprawiedliwe. Na dobrą sprawę wystarczyło, by Eve ją zmęczyła, a Tara dobiła. Przez całą scenę mam wrażenie, że ma mocno przeciągasz. Sasha broni się jak opętana i pokonuje obie amatorki, chociaż te miały chwile odpoczynku w walce, bo walczyły z Sashą zamiennie. To trwa i trwa, a wcale nie powinno.

Dziewczyny bardzo często łapią się za włosy i rzucają po kątach ringu. Generalnie, kiedy jest to markowane, osoba szarpana pomaga osobie szarpiącej, robiąc, np. małe kroczki w stronę miejsca, do którego ma planowo trafić po odrzucie. Wygląda to z daleka, jakby chciała się bronić, ale tak naprawdę sprawia, że włosy nie są naciągane i szarpane, a ledwo trzymane. Wrestlerki jakby idą razem, wspólnie. U ciebie natomiast te szarpania nie są markowane; bohaterki cały czas, praktycznie w każdej walce, są łapane za włosy i mocno za nie pociągane. Przede wszystkim unieść kobietę za włosy drugiej kobiecie jest ciężko, jest to praktycznie niewykonalne, by z lekkością godną baletnicy odrzucić kogoś na drugi koniec ringu. No i jako że przeciwnik zawsze chce wygrać, to będzie szarpać – logiczne – z całej siły. To jest ogromny ból i może się skończyć kalectwem, bo szarpane osoby nadwyrężają kręgi szyjne, broniąc się przed ciągnięciem. Nie wiem, może aby się zabezpieczyć przed takimi sytuacjami, dziewczyny powinny wiązać włosy, a nie walczyć w rozpuszczonych? Podobno to profesjonalistki i za wszelką cenę chcą wygrać, więc wypadałoby, by zadbały o swoją przewagę… W prawdziwym WWE walczy się w rozpuszczonych, ponieważ ciągnięcie się za włosy jest efektowne dla widza, poza tym latające przed kamerą włosy często mogą coś ukryć, zatuszować. U ciebie nie. Dla mnie, jako dla osoby, która nie walczy w ringu, logiczne byłoby, by przed walką zapleść warkocz, jakoś je włosy spiąć. A co dopiero dla profesjonalistki! Bokserki tak robią, dla przykładu. Widziałaś kiedyś bokserkę walczącą w rozpuszczonych włosach? Nie.

Kolejny raz też przy walce nadużywasz dramy. Piszesz, że np. (...) Eveline, która piekielnie mocno kopnęła ją kolanem w brzuch, a następnie w twarz. Sasha potrzebowała chwili, by dojść do siebie po tych silnych uderzeniach, jednak nie dane jej to było. Wiesz, kopniaki w twarz mogą skończyć się i utratą świadomości, pomijając krwotok z nosa, którego trudno w takiej sytuacji uniknąć. Jeżeli teraz twarz Sashy nie zalała się krwią, na pewno powinno stać się po tym: Eveline zmiażdżyła twarz Sashy o stół, a dziewczyna osunęła się na podłogę, ciężko dysząc. U ciebie jednak to nic nie znaczy. Sasha i tak wygrywa, mimo że były momenty, kiedy obrywała bardzo mocno. Nie wiem, Sleepko… Nie rozumiesz, co znaczą słowa, których używasz? Nie wiesz, co znaczy zmiażdżyć? To ja ci napiszę:
1. «zgnieść coś lub kogoś na miazgę». Po takim czymś się po prostu nie wstaje i nie wygrywa. Po prostu nie.
Sędzia też nie reaguje, nie mogę sobie przypomnieć jakiejś jego ingerencji w mecz. A brakuje go tu, niektóre ciosy są katorżnicze.

Triple w końcu ma teraz swoje NXT, a po śmierci Vince'a zapewne razem ze Stephanie razem odziedziczą całą federację. A wtedy świeć panie nad naszymi duszami. – Nagle Dean też taki wierzący? I to drugie zdanie… Cały rozdział pełen jest podobnych wtrętów, niby narracyjnych, bo bez kursywy, ale jednak pochodzących raczej od bohatera.


Apocarose cieszyło się taką popularnością, że czuł, że wątek ten będzie mocno naciskany w następnych tygodniówkach. Nie spodziewał się jednak, że będzie AŻ TAK źle. Choć jak wsześniej wspomniał, nie robiło to na nim wrażenia. – Okej, ale czytanie kolejny raz tego, co tak mocno podkreślasz przez cały rozdział, też jest męczące...

Był pewien swojego zwycięstwa nad The Rockiem, bo przejrzał już jego styl gry tydzień temu. – The Rock nie jest świeżakiem, żeby przewidywać w tydzień jego styl gry. Koleś zajmuje się tym sportem od ponad dwudziestu lat. Ze zdania wynika jednak, jakby z Deanem miał zatarg po raz pierwszy, a Dean potrafi już przewidzieć jego walkę, co chyba miało być powodem do dumy…?

Jednak fakt, że The Rock odrzucił jego propozycję był wręcz miażdżący. – Znów coś miażdżącego… Proszę cię! Bądź trochę bardziej… oryginalna może, co? Na przestrzeni jednego rozdziału powtarzasz podobne frazesy, wyrażenia, pojedyncze słowa. Wciąż rządzi niemal, które w tym rozdziale pojawiło się aż dziesięciokrotnie, z czego większość to tylko usilne podkreślanie wartości, co kończy się przesadyzmem.
To się czuje.

I przepraszam... przepraszam, że ten rozdział jest tak beznadziejny. Serio, jest megadługi, bo pewnie z piętnaście stron wam znów dowaliłam, ale jest po prostu beznadziejny. Chyba wychodzę z formy, bo co rozdział, to mi się wydaję, że gorszy. – Wina ekspozycji i streszczeń. Zaczynają być coraz widoczniejsze błędy wynikające z braku pomysłu nad formą. Nie panujesz nad wątkami, zalewasz tekst, za przeproszeniem, byle czym, zamiast pisać konkretnie, według jakiegoś planu.
Plan nie jest zły. Zwykle tym, którzy czują wenę na początku i postanawiają napisać coś pierwszy raz w życiu (napisać z wielką pompą, bo jest pomysł ogólny, a reszta wychodzi w praniu) wydaje się, że planowanie zabija wenę, że to jest nudne i odbiera chęci pisania. Ale tak nie jest. Bo kiedy pierwszy strzał weny mija, plan zostaje. Tym bardziej, kiedy masz w historii wielu bohaterów. Nie ogarniesz ich wszystkich bez planu. Dlatego właśnie piszesz o wszystkim naraz.


015. Egoism tear us apart.
To się jakoś... rozeszło. Tara zaczęła odsuwać się od Eve, gdy zdała sobie sprawę, że dziewczyna potrzebuje trochę przestrzeni, by samej pocierpieć trochę po zawieszeniu Romana. (...) Przez te dwa tygodnie jedynie trzy razy uprawiała z Becky i Eve jogging i raz poszła z nimi na zakupy.– Kilka akapitów ekspozycji na dzień dobry. To dzięki nim dowiaduję się, że Tara źle znosi przegrywanie, że dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że rzadko spędza czas z Eve i że obraziła się, bo Eve poświęca czas Romanowi. Tylko że o tym mówi narrator. Nie myśli o tym Tara. Tara jest wściekła. Parują z niej emocje, uczestniczę w kłótni, którą co rusz przerywa nudzący opowiadacz.
Nagle okazuje się, że akcja ze stopą miała miejsce dwa tygodnie temu. Mam problem z upływem czasu w twoim opowiadaniu, nie czuję go. Wiem, że opisujesz ważne wydarzenia dla wrestlerów, np. rozmowy na ringu i same walki, i domyślam się, że one nie następują dzień po dniu. Ale pomiędzy nimi mogłabyś też udokumentować jakoś subtelniej, że coś dzieje się w życiu gwiazd sportu. Co robią w czasie wolnym? Co robili przez dwa tygodnie? Chodzili tylko między basenem a siłownią? I cały czas spędzali w jednym mieście? Mimo że czytam opowiadanie o wrestlerach, nie znam ich życia, nie wiem, jak wyglądają kulisy sławy. Zajmujesz się pierdołowatymi wątkami o niczym (np. ujaranie Punka i Miza), a nie wspominasz, co robią wrestlerzy, gdy nie walczą. Gdybyś to podkreślała chociażby w streszczeniach, nawet te streszczenia nabrałyby wartości. Mogłabym się dowiedzieć, że w czasie dwóch tygodni miała miejsce np. konferencja prasowa albo ktoś wziął udział w reklamie, nie wiem, pasty do butów. Masz naprawdę szerokie pole do popisu i w ogóle z niego nie korzystasz.
Piszesz o joggingu i zakupach. Tara podobno jest bardzo sławna przez Apocarose, a Becky też nie jest wrestlerką od wczoraj. Na zakupach nikt ich nie zaczepił?

A może zazdrościłaś mi Mickey'a, co?! Co ty myślisz, że ja nie wiem, że ty się w nim kochałaś przez ten cały czas, kiedy był ze mną?! Gwałciłaś go [wzrokiem] za każdym razem, kiedy go widziałaś!  Pod imieniem bohatera podlinkowałaś profil z Instagrama. To tak samo głupie rozwiązanie, jak wklejanie odnośnika do stroju kąpielowego Tary. Tak się po prostu nie robi.


Czy czytając jakąś książkę, masz jakikolwiek odnośnik w stylu: czytelniku, zajrzyj sobie tu, bo nie chce mi się opisywać tego, co mam w tekście? Nie. Jak czytelnik miałby cię traktować poważnie po czymś takim?

Eve poznała Mickey'a pierwsza. Chodziła z nim na lekcje translacji, francuskiego i historii Ameryki w liceum i urzekł ją już od pierwszego wejrzenia. – Streszczenie akurat o poznaniu Mickeya, kiedy dziewczyny o nim rozmawiają. To kolejny dowód na brak planu. Strasznie rzucają się w oczy podobne imperatywy. Narrator wspomina coś w tekście, bo akurat jest to potrzebne fabularnie. Tak się nie robi, ponieważ wychodzi tanio.

Dopiero znajomość z Becky i Romanem w pełni uświadomiła jej, że z tą znajomością, coś jest nie tak. – W opowiadaniu te znajomości praktycznie nie istnieją. Mamy dziewiętnaście rozdziałów, te ostatnie sięgają długością nawet szesnastu stron, a scen między Eveline a Romanem było ile? Dwie? Trzy? A Eveline i Becky? Tylko scena na siłowni, ewentualnie ta, gdzie dziewczyny do rana plotkowały w busie. Ale wtedy między Eve a Tarą było jeszcze dobrze. POKAŻ MI, że Eveline już wcześniej myślała o tym, że nie układa jej się z Tarą, że już wcześniej podejrzewała, że Tara jest egoistyczną świnią, a nie żadną przyjaciółką. DAJ MI TE MYŚLI. NIE DAWAJ MI NARRATORA!

Ostatniego zdania Tara nie wykrzyczała. Ostatnie zdanie Tara wyrzuciła z siebie tak, jakby te słowa były zatrute. A najgorsza była porcja jadu, jaki w to wrzuciła.
(...)
Eveline nie była wredną osobą. Nie była opryskliwą osobą. Nie była też pamiętliwą osobą, ale... ale w te słowa wlała tyle jadu, że aż sama skrzywiła się pod jego wpływem. – Na przestrzeni niewielkiej ilości tekstu dwa razy pojawia się jad. To rzuca się w oczy. Język polski jest na tyle obszerny, że nie trzeba się powtarzać.

Jutro jest draft. Wtedy wszystko się wyjaśni. Może wtedy zrzucę martwy ciężar z siebie - odparła Tara, po czym wyszła z autobusu, trzaskając głośno drzwiami. – No nareszcie dowiaduję się, gdzie bohaterowie się znajdują. Wiesz, po ilu akapitach? Po ilu znakach? Dziesięć akapitów za mną i prawie siedem tysięcy znaków. Scena się kończy, a dopiero teraz zaczyna działać wyobraźnia. To niedorzeczne!

Najpierw pokazujesz mi mega wkurzoną Tarę, a za chwilę laska odzywa się tak:
- Pierwsze, nie mamy okresu. Obie powinnyśmy go mieć za dwa tygodnie, nie martw się o to. Drugie, rzeczywiście, jesteś takim niewinnym barankiem! Co to by było, jakbyś ucierpiał? I trzecie, palisz?
Serio, Tara teraz będzie pełnymi, ładnymi zdankami opowiadać o swoim i Eve okresie? I to jeszcze komu jak komu, ale… Sethowi? Temu, który sprowadził na nią kłopoty w postaci Apocarose? Tego, przez którego nie wychodziła ostatnio z pokoju? I w końcu tego, któremu ostatnie, co powiedziała to nienawistne:
- Kiedyś się zemszczę, Rollins. Jeszcze nie teraz, nie dziś, nie w tym miesiącu, może nie w tym roku, ale pożałujesz tego. Przysięgam.
Za chwilę Tara siada obok niego  i palą wspólnie e-papierosa. Jak starzy dobrzy znajomi:
Daj mi to gówno - rzuciła, po czym wyrwała e-papierosa z dłoni Rollinsa, po czym mocno się nim zaciągnęła.

Jej doświadczenie z paleniem kończyło się na trawce w szkolnych kiblach z Mickey'em, albo paru innymi kolegami z dojo. Papierosów nigdy jednak nie próbowała, bo, cóż, ich zapach ją po prostu obrzydzał. – Ale wiesz, że trawkę, szczególnie okazyjnie, a nie regularnie, miesza się z tytoniem, który nadal śmierdzi? I wiesz, że marihuana też ma specyficzny zapach, czasem trącący papierosami? I jej zapach utrzymuje się na ciuchach, rękach i we włosach tak samo. Wiesz to, prawda? Powiedz, że wiesz...

Zwierzenia Setha w kierunku Tary o jego przyjaźni są słabe. Dlaczego wielki antagonista opka się tak pieści z Tarą, zamiast odpowiadać krótko, na temat? Zwierza się, jakby się z nią przyjaźnił, a miał być taaaki niedobry. Poza tym helloł! Seth wywołał dramę z Apocarose! Ledwo dwa rozdziały temu! I sam się potem zastanawiał, czy Tara i Dean to tak na poważnie… A Deana przecież Seth nie lubi, tak? Liczyłam, że cytat kończący przedostatnią notkę, ten mocy, który zacytowałam wyżej, o nienawiści Tary i jej pożałujesz tego rozpocznie nowy ostry wątek, że coś w tym kierunku będzie rozwijane, a po charakterze Tary, że babeczka nie rzuca słów na wiatr. No ale jednak nie.
Mega rozczarowanie.
Cieszę się, że ta scena szybko się kończy i następna jest Becky. Chociaż i do niej też mam wiele uwag. Przede wszystkim znów, kolejny raz wieje nudą. To jest okropne, jak bardzo potrafisz zabijać własne opowiadanie, odbierać tempo historii, wstrzymywać akcję. Brakuje dynamiki. Eksponujesz i streszczasz jednocześnie, a ja wiem, że gdzieś tam pod koniec sceny Becky będzie miała wypadek. I tylko na to czekam, bo to właśnie zapowiedziałaś pod koniec poprzedniej sceny. A teraz zamiast dać mi to, ewentualnie budować napięcie, to ty tylko zapychasz tekst mało interesującymi informacjami takimi jak np. grafik. Fajnie, ale o tym Becky mogła pomyśleć sama, rzucić myśl. Nie musisz pisać na ten temat dwóch akapitów.

Przed Wrestlemanią, jej grafik był tak zapchany, że dziewczyna prawie nie miała czasu na sen. Becky Balboa była wszędzie i chciała być obecna wszędzie. Ale po Największej Gali W Roku, jej forma znacząco spadła (...) – nie wiem, co to za gala. Która, jaka, co się tam wydarzyło. W następnych zdaniach już do tego nie wracasz, tylko idziesz dalej. Cały czas podtrzymuję, że to opowiadanie jest czytelne chyba tylko dla ciebie samej.

Wyczerpanie, jakie czuła w czasie całej Drogi do Wrestlemanii w końcu zaczęło dawać jej się we znaki. Dziewczyna czuła się zbyt wyczerpana, nie dawała z siebie wszystkiego w czasie meczy, a jej segmenty wychodziły po prostu słabo. – Dlaczego stale wzbraniasz się przed nazywaniem bohaterki kobietą? W dwóch akapitach, dość krótkich, użyłaś określenia dziewczyna aż pięć razy.
I, jakby tego było mało, podajesz dwie takie same informacje jedna po drugiej. Jak gdybyś zapominała, co napisałaś ledwie zdanie temu!

Zaraz po tej romowie, Becky niemal od razu zadzwoniła do Bayley. Musiała powiedzieć o wszystkim przyjaciółce. Jeszcze za czasów NXT, Bayley i Becky miały ze sobą o wiele lepszy kontakt, teraz jednak, gdy Lynch ruszyła na przód, a Bayley została w miejscu, wiele nie można było z tą znajomością zrobić, więc kończyła się ona na coraz rzadszych rozmowach telefonicznych.
DAJ MI SCENĘ! Tu nie ma wielkiej filozofii, nie wymaga to przeogromnego wysiłku, aby rozruszać historię. Pierwszy-lepszy przykład:
– Hej Bayley! – powiedziała radośnie, gdy tylko usłyszała, że ktoś odebrał połączenie.
– Hej, Becky. Wiesz… Dobrze cię słyszeć. Dawno nie rozmawiałyśmy. – Głos Bayley wydawał się stłumiony, nieco wycofany.
– Masz mi to za złe? Przepraszam, ostatnio ciężko pracuję.
– Nie, nie. Tylko ostatnio urywa nam się kontakt. Co u ciebie?
TO NIE JEST TRUDNE!

Bayley została w miejscu, wiele nie można było z tą znajomością zrobić, więc kończyła się ona na coraz rzadszych rozmowach telefonicznych.
Po korytarzu nieznośnie roznosił się dźwięk uderzającej o podłogę skakanki i odbijających się od niej trampek. Poza tym, nie było słychać nic.
Przez długaśną ekspozycję o pracy, grafiku, przyjaźni z Bayley w ogóle zapomniałam, że Becky sobie skacze na skakance za kulisami. Przypomniałaś mi o tym dopiero po prawie dwóch tysiącach znaków. Nie ma mowy o jakiejkolwiek płynności. Czytelnik ma przez to prawo się zgubić i nie piszę tego, żeby zrobić ci na złość. Podkreślam ewidentny problem.

Becky była pewna, że nie zapuściła się aż tak daleko w czeluścia backstage'u – piszesz o tych kulisach, jakby to był niekończący się korytarz. Czarna dziura za ringiem, takie mam wrażenie. Otóż nie. Gale odbywają się w zamkniętych pomieszczeniach, jest jedna wielka arena, a za kulisami co? Kilka pomieszczeń gospodarskich, jakieś biura, szatnia i łazienka. Zresztą możesz to sobie zobaczyć na makiecie tradycyjnego backstage’u na filmiku: [źródło]. Dodatkowo możesz obejrzeć jakiś film przedstawiający, jak wyglądają kulisy sławy wrestlerów np. Zapaśnika. Zwykle jest jakaś siłownia, szatnia i prysznice, jedno pomieszczenie, gdzie siedzą wszyscy razem i rozmawiają o tym, jak przygotować się do walki, jakie ciosy będą markowane.

Kiedyś spotykała się z pewnym gościem z obsługi technicznej Superstars i tam przekonała się, że nawet przy tak malutkim show roboty jest multum. Nabierała coraz większego respektu do McMahonów, gdy myślała o tym, że muszą oni panować nie tylko nad niezrównoważonymi, non stop wymykającymi się spod kontroli zawodnikami, ale i nad tymi wszystkim technicznymi sprawami show. – Naprawdę trzeba się spotykać z technikiem, żeby wiedzieć, że wrestling wymaga nakładu pracy na wielu płaszczyznach? Czasami przemyślenia twoich bohaterów są tak płytkie, a dla zwykłych ludzi normalne, że zastanawiam się, czy żeby być wrestlerem (przynajmniej w twoim opku), to trzeba być debilem. Becky w 2016 roku zajmowała się wrestlingiem już czternaście lat. I dopiero teraz wpadła na coś takiego? Przy teatrzyku szkolnym jest sporo roboty organizacyjnej dla dyrekcji, a co dopiero w WWE, litości.

Becky tak zamyśliła się na temat tych wszystkich obowiązków, jakie spoczywały na barkach McMahonów, że nawet nie zauważyła, jak wcisnęła się na plan zdjęciowy Ruseva i Lany.
- Ej, Lynch, co ty wyprawiasz? - zdziwił się pozujący u boku Lany ze swoim pasem Rusev. - Czemu włazisz nam na plan zdjęciowy?
- Ojej, przepraszam - uśmiechnęła się Becky, uciekając przed przerażającym wzrokiem Bułgarskiego Brutala.
Odwróciła się na pięcie i szybko uskoczyła za następny zakręt. – Dlaczego Becky nie rozgrzewa się jak normalny człowiek, skacząc w miejscu? W miejscu do tego przeznaczonym, czyli na siłowni? Skoro się rozgrzewa to wiadomo, że jest przed występem – tak podejrzewam. A jeżeli skacze rekreacyjnie, to przecież nie jest w więzieniu, mogła pójść sobie np. do parku. Jeżeli piszesz, że backstage to długi i niebezpieczny, tajemniczy korytarz, to logiczne jest, że laska ze skakanką będzie przeszkadzała technikom albo wrestlerom przygotowującym się do walki. Ludziom, którzy tamtędy przechodzą.
Mało tego. Przedstawiasz mi nowych bohaterów i łączące ich relacje tylko dlatego, że Lynch weszła do pomieszczenia, w którym oni byli. Nie mogłaś napisać, że weszła, zobaczyła, że się pomyliła, i wyszła? Po co mi informacja, kto jest czyim mężem i że jest zazdrosny o żonę, skoro prawdopodobnie nigdy już nie wystąpi w żadnej scenie? Zapychasz opko niczym ważnym fabularnie. To nie jest interesujące dla czytelnika. Musisz znać umiar. Ja o tych ludziach za chwilę zapomnę. Sceny muszą być obarczone sensem. Twoje wyglądają, jakbyś na nie wpadała podczas pisania, nie wiadomo po co.

W retrospekcji w końcu pojawia się opis ataku na Becky, gdy zgasły światła. Opis ten pojawia się za późno, poprzedzają go bzdury, a czytelnik tylko czeka, aż coś się stanie. Można wydłużyć scenę na potrzebę budowania napięcia – byłoby to nawet wskazane – ale tutaj to się nie dzieje, o napięciu mowa dopiero, gdy gaśnie światło. A prawda jest taka, że wystarczyłoby mi ledwie kilka zdań o tym, że Becky rozgrzewa się, myśląc, co jeszcze znajduje się za kulisami, bo nie zna wszystkich pomieszczeń i z ciekawości skacze sobie przez korytarz i... Tyle. Nawet fragment z pomyleniem drzwi nic nie wnosi, nic nie przedstawia. Nie wiem, co chciałaś nim przekazać po za tym, żeby namnożyć tekstu.
Dodatkowo wszędzie na backstage’u są kamery. Nawet gdy zgasło światło, napastnik musiał być w środku, kamera zarejestrowałaby, że ktoś bawi się włącznikiem.
I właściwie dlaczego Becky nie wezwała pomocy? Nie krzyczała w czasie ataku? To dość intuicyjne zachowanie, odruch ludzki, dzieje się raczej automatycznie. Backstage nie jest opustoszały – z tego, co da się wywnioskować po twoim minimalnym opisie, zakładam, że po korytarzu rozniosłoby się echo. Niedaleko trwały próby filmowe, za kulisami pracują też oświetleniowcy, magazynierowi, są biura i gabinety, jest na pewno szatnia, łazienka. Pisałaś wcześniej, że na korytarzu słychać było dźwięk skakanki, a tak to panowała cisza. Krzyk byłby słyszalny.
Piszesz też o bólu, a wcześniej dowiedziałam się już, że Becky wyląduje w szpitalu. Po pobiciu jednak narrator znów przynudza. Przepraszam że tak często używam tego słowa, no ale taki jest fakt – przynudza strasznie. Becky po ataku np. myśli o tym, że: dokuczało jej poczucie otaczającej ją nienawiści. Kto tak myśli, gdy coś boli? Gdy ma się prawdopodobnie wstrząśnienie mózgu i przeżywa horror w totalnej ciemnicy? Becky powinna raczej myśleć o bólu, próbować się ratować, krzyczeć, prosić, by ktoś zapalił światło, nie wiem, może próbować się ruszyć. Co konkretnie ją bolało? Nie dowiaduję się o tym, co ciekawe i istotne, co zbudowałoby scenę i podniosło napięcie, dynamikę, akcję. Dowiaduję się za to, że Becky jest smutna, bo znaleźli się tacy, którzy pałali do niej nienawiścią. To nie brzmi traumatycznie, nie brzmi tak, by scena była interesująca. To brzmi tak, że chce się ziewać.

Ból już odpłynął z jej ciała, mimo to, nie była w stanie wstać. – Nie bardzo rozumiem. Dlaczego ból zniknął? Zwykle dzieje się to przez adrenalinę, ale tu już emocje opadły. Wcześniej narrator wspominał, że Becky bardzo coś bolało: Leżała tam, owładnięta bólem. Pomijając, że nie wiem, co ją właściwie boli, a dramatyczne ogólniki nie pobudzają wyobraźni, to ból nie powinien ot tak sobie mijać. Ewentualnie mogłoby być odwrotnie: ból pojawiłby się wtedy dopiero teraz, gdy emocje Becky opadły.

Becky rozchyliła powieki, gdy pulchna, ciemnowłosa pielęgniarka- Charity weszła do jej sali.
Spała już wystarczająco długo. – Nie każda postać musi mieć imię. Pielęgniarka jest epizodyczna, już nigdy pewnie o niej nie przeczytam. To nie jest ważna postać. Poza tym znów zgubiłaś podmiot i całość brzmi, jakby spała właśnie… Charity.

Czuła się dobrze, była tylko trochę poobijana, a to przecież niewiele. Po każdej gali była taka poobijana i osobiście nie widziała w tym nic złego. Lekarze jednak próbowali jej mówić o jakimś głupim prawdopodobieństwie wstrząsu. Tsa, na pewno. – Nie ma czegoś takiego jak wstrząs mózgu. Jest wstrząśnienie.
Poza tym, serio? Becky to wrestlerka, na dodatek u ciebie napieprza się w ringu bez markowania ciosów. I kiedy w czasie walki na ringu dostała w głowę mocniej, to nic jej nie było. Przykładowo rozdział 10.: Dziewczyny boleśnie zderzyły się głowami, a wstrząśnięta bólem tego uderzenia Becky, zsunęła się bez sił z ringu. Leżała pod ringiem niczym jak ogłuszona (...). Ale teraz, gdy Becky tylko się przewróciła i zaryła głową w podłogę, nawet nie tracąc świadomości ani nic, trafiła do szpitala. Coś nie gra w tej historii z progiem odporności twoich bohaterów. Nieraz przyjmują takie ciosy, że głowa mała, a raz dostają z pięści i z kopniaka i od razu szpital.

Ciągle kończyła jako ofiara. Nigdy nie potrafiła sama być agresorem, przez co kończyła właśnie tak. – Napisz może jeszcze raz, że tak kończyła… No weź, trzeci raz też na pewno nie zaszkodzi…

"Ty głupia suko...". – W tym rozdziale suki użyła już Tara. To się rzuca w oczy, a naprawdę język polski ma dość bogaty zasób słów.

Nagle usłyszała ciche pukanie do drzwi izolatki. – Dlaczego Becky leży w izolatce? Cierpi na coś zakaźnie?

Becky odwiedzają jacyś przyjaciele. Więc jednak nie siedzi w izolatce, bo o to chodzi w izolatkach, by pacjenta… izolować. Odwiedzający to dla mnie zupełnie nowi bohaterowie. Szkoda, że nie opisujesz ich wcale albo robisz to po łebkach, np. kolorem włosów. Dlaczego nie możesz wykorzystać tego grona, które już zdążyłam poznać? Mało masz postaci do ogarnięcia? Z tamtymi sobie nie radzisz, a co dopiero będzie, gdy ich namnożysz… Utrudniasz nie tylko mi, ale i samej sobie. Rozwijasz tekst bez końca. Nie dziwię się więc, że opowiadanie zawiesiłaś na dziewiętnastym rozdziale. Za dużo wsadziłaś sobie na głowę i straciłaś panowanie nad historią, powiedzmy to sobie szczerze.

- Przynieśliśmy ci jednorożca - odparł Xavier, jeszcze szerzej się uśmiechając, wyciągając zza pleców dużego, pluszowego, różowego jednorożca. – Może to już skrajne czepialstwo, ale zastanawiają mnie te odwiedziny. W świecie wrestlingu bez markowania ciosów praktycznie każdy wrestler powinien po walce trafiać do szpitala. Oni robią sobie prawdziwą krzywdę i nie szczędzą siły na przeciwnikach. Przyjaciele wrestlerów do końca życia nie wypłacą się na prezenty dla tych, których odwiedzają. To poniekąd przykre.

- Ale ona mieszka w Phoenix, na litość boską! - zauważyła Becky. – Chyba dotarłam do źródła tej materii. Prawdopodobnie chcesz podkreślić, że wrestlerzy wszyscy, jak jeden mąż, są zorganizowaną grupą katolików. W tym samym rozdziale Eve mową pozornie zależną stwierdziła, że Tara karze Bogu ducha winnych ludzi w swoim otoczeniu, a Kalisto, widząc Becky na podłodze, krzyknął: O Boże!
W komentarzu do rozdziału sama od siebie napisałaś, że: O BOŻE, CZYTA MNIE MÓZG LENIWCA! Śmiem więc podejrzewać, że wkładasz wszystkim bohaterom w usta słowa, które wypowiadałabyś sama w podobnych sytuacjach. Lub myśli, które sama pomyślałabyś. To może się sprawdzić, gdybyś jedną wybraną postać stylizowała. Ale przy wszystkich? Wtedy wszyscy są tacy sami, bez swojego charakteru, stylizacji językowej. Na jedno kopyto. To słabo wygląda szczególnie w tekście, w którym naliczyłam z dwudziestu bohaterów biorących udział w scenach.

Zwykli ludzie nie byli w stanie trwać w związku, kiedy ich druga połówka prowadziła koczowniczy tryb życia, dodatkowo jeszcze była sławna i kochana przez całą Amerykę. – Naprawdę wątpię, by jakikolwiek wrestler był kochany przez CAŁĄ Amerykę. To nie brzmi wiarygodnie. Poza tym w twoim uniwersum wszyscy fani wrestlingu kochają teraz pairing Apocarose.
A właśnie... Ciekawi mnie los tego pairingu po porażce The Bloody Violence. Mam nadzieję na kontynuowanie tego wątku. Proszę, nie rozczaruj mnie. Nie zakończ tego streszczeniem, że już wszystko dobrze i ludzie się uspokoili.

Cholerne szpitale publiczne. – Twoje opowiadanie przekonuje mnie, że cała Ameryka interesuje się wrestlingiem, a jednocześnie że nikt nie spotyka albo nie reaguje na gwiazdy wrestlingu np. w szpitalu publicznym, na zakupach, na joggingu. To się wyklucza.
Dodatkowo o placówce powinny decydować ubezpieczenie i podpisany kontrakt. To wcale nie musiał być publiczny szpital. Szczerze, to nawet wątpię, by był.

Właściwie nie rozumiem, po co Tara i Eve pojechały do Becky razem, skoro mogły osobno? A skoro już przyjechały, to czemu wchodzą do sali nachmurzone, że tak łatwo jest wyczytać z nich, że coś jest między nimi nie tak? Robią łaskę, że przyjechały? Mogłyby się trochę poświęcić, jak już razem odwiedzają koleżankę w szpitalu.

Becky bardzo lubiła Eveline, ale mimo to bała się na razie nazywać ją przyjaciółką. Była nieufna do ludzi. – Pokazuj, nie opisuj. Dlaczego nie dasz mi np. myśli Becky odnośnie Eve?
Problem Becky polega na tym – w ogóle jest to problem bohaterów opka – że tu się ludzie albo przyjaźnią, albo nienawidzą. Nie ma osób neutralnych albo kolegów, chyba nawet nigdy nie użyłaś tego słowa. Eve, Becky i Tara zaprzyjaźniły się od razu, gdy amatorki pojawiły się w świecie WWE. Z marszu zaczęły albo ze wszystkimi się przyjaźnić, żartować, pozwalać sobie na więcej w dyskusjach nawet z szefostwem, albo naraz po jakichś sytuacjach przestały darzyć kogoś sympatią. Becky, ale nie tylko ona (np. Seth w ostatnim dialogu z Tarą) wybiera między przyjaźnią a od razu brakiem zaufania i dystansem. Jakby pojęcie koleżeństwa lub zwykłej znajomości nie istniało. A przecież relacje ludzkie nie są tylko czarno-białe.

Nie, nic poważnego. Lekarze mówią, że wypuszczą mnie najpóźniej za trzy dni. - Becky zaczerpnęła duży łyk przywiezionego przez Eveline soku pomidorowego. – W scenie nie było mowy o soku, gdy Eve  weszła do sali. Mam go sobie nagle dorysować w wyobraźni? To tak nie działa. Eve powinna go przynieść i podać Becky.

- Oczywiście, że damy. Daj spokój, Sasha nie wygra z nami drugi raz - Tara znów wykazała bardziej pewną siebie postawę.
Ekhm.
„– Sleepko, proszę. Przestań mi wykładać, co bohaterowie przed chwilą powiedzieli – poprosiła Skoia, prosząc o to, by autorka przestała jej tłumaczyć oczywistości w dopisku narracyjnym”.

Dziewczyny, muszę wam coś powiedzieć - zaczęła, wiedząc, że z przyjemnej rozmowy nici, i musi przejść szybko do rzeczy. Tara i Eve nachyliły się do niej. - Nikt nie może się dowiedzieć, że za trzy dni mnie wypuszczają, szczególnie Natalya.
- Ale... dlaczego? - zdziwiła się Eve.
- To Natalya. Nikomu o tym nie mówiłam, bo nie mam stuprocentowej pewności, ale to ona musiała mnie zaatakować. Chcę, żeby myślała, że udało jej się wygrać, żeby...
ALE PRZED CHWILĄ BECKY SAMA STWIERDZIŁA, ŻE JEST NIEUFNA DO LUDZI I NIE BĘDZIE SIĘ ZWIERZAĆ EVE, BO JEJ NIE UFA!
To się wydarzyło ile? Akapit temu? Dwa?


Tak przy okazji.
Mam propozycję. Wcześniej streszczałaś, że Becky w chwilach zwątpienia dzwoni do swojej przyjaciółki, ale definitywnie brakowało ci tam sceny. Pobyt w szpitalu to idealny moment, by pokazać relację łączącą kobiety. Chyba że nie jest to ważne fabularnie i nie ma potrzeby, by wprowadzać postać Bayley w tekst. Po tylu rozdziałach nadal trudno określić mi, co jest ci potrzebne, a co nie. Trudno mi się odnaleźć między tyloma wątkami.
Tak naprawdę cały tekst – wszędzie, gdzie nie spojrzę – składa się głównie z ekspozycji i streszczeń, które prowadzisz przed dialogami i po nich. Otaczasz tymi dwoma elementami krótkie sceny i tak prowadzisz calutkie opowiadanie. Okazji do rozwijania wątków jest multum, praktycznie każdą ekspozycję da się zastąpić sceną – da się ją pokazać, wpleść w tekst – a jeśli nie, to znaczy, że informacja nie jest czytelnikowi potrzebna. Nie pasuje do treści, nie lepi się, więc można ją wyciąć. Musisz podzielić sobie tekst na wątki i uznać, co jest ważne, a co nie. Co można rozwijać, a co gdzieś skończyć. Każdy wątek powinien mieć początek, rozwinięcie z punktem kulminacyjnym i zakończenie. Przyjaźń z Bayley też, na przykład początek jako scena telefonu gdzieś w początkowych rozdziałach (czytelnik dowiedziałby się, że laski się kiedyś przyjaźniły, ale teraz życie prywatne Becky trochę pokomplikowało sprawę). Rozwinięciem byłby wypadek Becky i kontakt z Bayley, która mogłaby przyjechać do szpitala w krytycznym momencie przyjaźni i pokazać, że jej jeszcze zależy na przyjaciółce. I zakończenie jako stała obecność Bayley w życiu Becky i naprawiona relacja między nimi. To tylko przykład, ale wpadł mi do głowy. Widzisz? Każdy wątek da się poprowadzić. Ale pokazując go czytelnikowi, a nie wkładając jako suchą ścianę tekstu, bez żadnego podparcia dowodem w postaci sceny.

Plan zrobiony przez architekta zawsze działa. Miał zamiar osłabić [kto? plan?] The Authority w taki sposób, jakiego się nie spodziewali, jednak z tym nie podzielił się nawet z Sashą. – To brzmi, jakby Seth zwykle dzielił się z Sashą informacjami, a przecież scena, kiedy się z nią przespał i opieprzył ją, że się wtrąciła, mocno temu przeczy.

Na swoim przykładzie wiedział, jacy ludzie są zdradliwi, a gdyby ktoś niepożądany się o tym dowiedział, miałoby to poważne konsekwencje dla kariery Setha, która, bądź co bądź, była dla niego najważniejsza.
Tak, najważniejsza. Seth był stuprocentowym karierowiczem i cała jego uwaga skupiała się tylko na pracy. – Zgadnij, od kiedy ja to wszystko mniej-więcej wiem... Od sceny, kiedy pierwszy raz poznałam Setha, hmm... jakieś dziesięć rozdziałów temu. Odkąd brałam udział w scenie, gdy przespał się z Sashą po raz pierwszy (i ostatni) oraz kiedy wcześniej rozmawiał z przełożonymi o swojej pozycji i zastanawiał się nad swoją karierą. Potem każda scena z Sethem tylko potwierdzała ten jego charakterek, np. jego plan Apocarose i wściekłość po rozmowie ze Steph. To po prostu widać, że jest egoistą-pracoholikiem i skupia się tylko na pracy. Znów czuję się, jakbyś miała mnie za głupią. Strasznie mi przykro z tego powodu.

Plan zrobiony przez architekta zawsze działa (...) – bzdura. Ostatnio nie zadziałał. Plan Setha zniszczenia kariery Deana i stworzenia pairingu Apocarose skończył się katastrofą dla samego Rollinsa. Myślisz, że zapomniałam, o czym czytałam kilka rozdziałów temu?
Zastanawia mnie twój brak konsekwencji. Może masz problemy z pamięcią albo nagle chcesz odwracać fakty i nie zdajesz sobie sprawy, że żeby to działało, to poprzednie sceny też wymagają korekty?

Ciekawi mnie, skąd wytrzasnęłaś informację o rodzicach Setha. Nie są podane dokładnie w sieci, tyle tylko, że Seth miał ojczyma. Na dodatek piszesz, że:
Seth do teraz pamiętał, jaka była na niego wściekła, kiedy to po czterech latach narzeczeństwa, jego romans z Zaharą doprowadził do rozstania z Leighlą Schulz. – A to nie było przypadkiem tak, że Leighla opublikowała nagie zdjęcia Setha na portalu społecznościowym? O to matka nie była wściekła? Poza tym para była razem podobno sześć lat, a narzeczeństwem trochę ponad rok (biorąc pod uwagę, że fabuła twojego opowiadania dzieje się w 2016 roku): [źródło] FabWags.com reported that Leighla Schultz and Seth Rollins (real name Colby Lopez) were together for six years. Rollins proposed to Schultz in May of 2014 and had been engaged up until the news of these nude pics leaked. – Fotki wypłynęły w październiku 2015.

Pan Lopez, jako już kompletnie zdominowany przez żonę mężczyzna starał się nie wdawać w żadne takie niesnaski, siedząc w salonie i po raz czwarty tego samego dnia czytając Poranny Dziennik. – Zwykle podawałaś angielskie nazwy. Co tu po tylu rozdziałach robi polski Poranny Dziennik?

Seth czuł, jak krople potu spływają mu po czole, a ból mięśni rozrywa łydki. Ale musiał dać radę jeszcze przez chwilę. Jego kolano było w pełni zdrowe. Musiał cały czas to sobie powtarzać. Przy każdym przysiadzie, czy biegu, miał wrażenie, że zaraz znów mu ono pęknie, tak jak miało to miejsce parę miesięcy temu, a on znów będzie musiał pożegnać się z ringiem. Miał jednak zapewnienie od lekarzy, że jest ono w stu procentach sprawne. Mimo to, siła autosugestii jego umysłu była wielka. – Łejt e minet. Chcesz mi powiedzieć, że Seth przez całą scenę, od początku, myślał o kolanie i trenował w bólu, a narrator zamiast tylko to pokazywać, to opowiada bez powodu o rodzicach Setha i relacji matki z Zaharą? PO CO?! Skoro akurat teraz Seth nawet nie ma tego w głowie?

W fanfiku w posłowiu zmienia ci się interlinia.
Pozwolisz, że nie będę go oceniać? Już po Vincencie McCebuli i Adolphie Żygleru widzę, że to nie jest nic dobrego (naprawdę nie wiem, co śmiesznego jest w nawiązywaniu do zbrodniarza wojennego, takie żarciki były zabawne może pod koniec podstawówki, gdy człowiek jeszcze nie wiedział właściwie, z czego się podśmiechuje).

Wpadła mi w oko jeszcze jedna wypowiedź z komentarzy:
Ogólnie powinno się mówić wrestlerki, ale to brzmi tak głupio. – Eee... Dlaczego? Nie rozumiem, co w tym głupiego. Głupie, to było nucenie nie spać, zwiedzać, zapierdalać przez twoich stanowych bohaterów.


016. Un-fuckin-believable.
W retrospekcji zmienił ci się font.
Zaczynasz akapitem o smrodzie miejsca, w którym dorastał Dean. Powtarzasz to, bo dobrze pamiętam relację Ambrose’a ze swojego życia z ostatniego takiego wpisu. Tam też było o zapachach, chyba nawet też od nich zaczęłaś wtedy. Spróbuj może ugryźć za drugim razem temat młodości Deana od innej strony. Że było szaro na ulicach? Padał deszcz? Wszystko go przytłaczało?

Nie liczyło się, czy masz jedną rękę, czy trzy. – Raczej czy dwie. Przesadyzm nie jest mile widziany. a już na pewno nie wtedy, gdy masz scenę opisującą szarą rzeczywistość.

W końcu Jonathan zaczął zauważać zbliżający się w jego stronę ludzki kształt. Obok niego [obok tego kształtu?] pojawił się brudny, obdarty chłopak, o kolanach tak kościstych, że blondyna aż ścisnęło w żołądku na ten widok. W jego [czyich? blondyna czy chłopaka?] oczach czaił się niepokój. Dobrze wiedział, kim jest Jonathan i dla kogo pracuje.
- Andy, Andy, Andy... znów się spotykamy... – Bohaterowie się znają. Nie ma szans, by usprawiedliwić nazywanie postaci kolorem włosów. Ciężko będzie wyplenić ci takie przyzwyczajenie, oj ciężko. Tak samo, jak ciężko będzie ci przypilnować podmiotów. W takiej formie, jaka wisi teraz na blogu, fragment jest praktycznie niezrozumiały.

Jonathan czuł, że chłopak mówi mu prawdę. Takie rzeczy szło wyczuć. – Brzydki kolokwializm. Poza tym czuć to okropnie nieplastyczny czasownik. Nic nie mówi. Lepiej byłoby, gdybyś skupiła się na opisie, po czym Jonathan wnioskował. Widział strach w oczach Andy’ego? Podejrzewał, że dzieciak nie kłamał, bo znał go od dawna i znał jego sytuację rodzinną? Znał jego chorą siostrę, której trzeba było kupić leki? Bo jak na razie wmawiasz mi kolejny raz, że Dean to wróżbita. Tak jak wtedy, gdy wszedł z chusteczkami do Romana, nie wiedząc wcześniej o jego wypadku.

Scena sama w sobie byłaby naprawdę niezła. Dean stoi i czeka, aż Andy podejdzie, i chce zdjąć z niego dług. Bawi się scyzorykiem, wypowiada naturalnie brzmiące wypowiedzi. Nie przerywasz akcji ekspozycją, nie wnikasz przesadnie w psychikę, bardziej skupiłaś się na opisie miejsca, pojawił się nawet detal w postaci dachowca w koszu na śmieci. Tak, w końcu! Dziękuję! Scena praktycznie pozbawiona ekspozycji. Krótkie zdania: Już po kilku sekundach zrozumiał, że Andy nie strzeli. Widać to było w jego twarzy. Nie byłby w stanie z zimną krwią zabić człowieka. Gazela. – Tego się trzymaj w scenach dynamicznych. Nie kombinuj już bardziej.
Szkoda, że podobnych scen – właśnie dynamicznych, nastawionych na akcję, a nie ekspozycję – było do tej pory tak mało. Zdarzało się, że nawet walki w ringu uzupełniałaś opisami uczuć i przemyśleń wewnętrznych…
A jednak kiedy chcesz, to potrafisz.

Pokażę ci sztuczkę:
Wtedy nagle zza pleców Andy'ego wychyliła czyjaś szybka ręka, wbijając chłopcu sztylet w ramię aż po rękojeść. Andy krzyknął w spaźmie bólu i niemal natychmiast upuścił pistolet, osuwając się na kolana. – Usuń pogrubione słowa i przeczytaj zdanie.
I co? Bardzo źle brzmi? No nie. Czytelnik automatycznie wie, że zdania tworzą spójną całość, przedstawiają zachowania bohaterów w sposób chronologiczny. Wiadomo, że ręka wychyliła się wtedy, nie tydzień wcześniej czy dwa dni później. Wiadomo też, że gdy ktoś dostaje kosą w ramię, to upuszcza broń od razu, a nie po dziesięciu minutach. Daruj sobie oczywistości, a zdania staną się bardziej konkretne, płynne, lżejsze. I podkręcą ci dynamizm, z którym masz zwykle problem.
A tak poza tym, to szybka ręka brzmi głupio. Samo ręka wystarczy. Czytelnik i tak będzie wystarczająco zaskoczony sceną. Nie przesadzaj z przysłówkami. One często dopowiadają logiczności, podkreślają za dużo.

Nie bardzo rozumiem, czemu pseudonimy niektórych bohaterów (np. The Rock) pozostawiasz w oryginalne, a niektórych (np. Gruby, Szczur) spolszczasz. Musisz być konsekwentna. Albo Skała, Gruby i Szczur, albo The Rock, Fat Man i Rat.

(...) twoja siostra nie jest w moim typie, ale jak będę musiał, to się zmuszę - złapał się ostentacyjnie za krocze, dając upust swym zamiarom. – Czyli co? Zrobił sobie dobrze przez spodnie?
Nie można dawać upustu zamiarom, ponieważ dawać upust oznacza konkretny czyn. Można – na przykład – dać upust negatywnym emocjom (np. poprzez płacz) albo zachciankom (np. poprzez zrobienie sobie dobrze ręką, jak to właśnie zasugerował Gruby).  

(...) spoglądając ku ujściu ślepej uliczki zobaczył JĄ. – Nie dało się bardziej… subtelnie? Ja wiem, że chcesz ukazać zachwyt Deana, ale nie musisz przy okazji walić czytelnika cegłą po głowie. Wystarczą małe litery, a w kolejnym zdaniu opis, co tak zachwyciło Deana. Starczy, naprawdę.

Jona nie zwracając uwagi na Grubego rzucił się biegiem za dziewczyną. Miał dobrą kondycje, a uciekanie przed gliniarzami sprawiło, że był bardzo szybki, dogonił więc dziewczynę już w kilka minut. – Zobaczył bohaterkę na końcu alejki. Zakładam, że kobieta nie była sprinterką. Kilka minut to gruba przesada. Na sześćdziesiąt metrów ludzie biegają kilkanaście sekund.

Eveline siedziała znudzona na backu. Dzisiaj była wieka noc draftu. (...)  Eveline cieszyła perspektywa draftu, gdy myślała o tej walce. – No to cieszyła się czy była znudzona? Bo dwie informacje w jednym akapicie na temat jednej nocy wykluczają się tak dość ostro.
Poza tym piszesz, że Eve jest znudzona, ale narrator w czasie jej znudzenia opisuje mi jej wrażenia odnośnie walk, a potem o piekle w busie, które rozpęta się, gdy Seth wygra. Nie klei się to.
Później nagle przychodzi do Eve jakiś Zack. Próbuję sobie przypomnieć, czy już go poznałam, czy jeszcze nie. Zack, Zack, Zack… Nie, nic mi nie mówi kompletnie. Nie wiem, kto to jest i czy już brał udział w historii. Zawsze możesz zwalić winę na mnie i powiedzieć, że się nie skupiam w czasie czytania, ale spróbuj postawić się na moim miejscu. Wyobraź sobie, że czytasz opowiadanie, na przykład moje, o fanfiku Tomb Raider – i bez litości dla czytelnika tworzę akapity, w których piszę, że np. Joachim Karel wszedł do pokoju. Tylko że piszę o tym praktycznie w przedostatnim rozdziale, a o typie nie było mowy od początku bloga. Nie przedstawiam go w żaden sposób, tylko tyle, że sobie wszedł i coś powiedział. Przecież to fanfik, zawsze możesz sobie wygooglować, kim koleś jest, prawda?
Ano nie.
Bo czytelnik jest od tego, aby przeczytać jasne, ciekawe opowiadanie. Aby autor zachęcał do poznania uniwersum; w moim przypadku: gry, a w twoim – wrestlingu.

Eve nie bała się uzewnętrzniać przed ludźmi. Była ekstrawertykiem i okazywanie uczuć nie sprawiało jej żadnego problemu. – Czy naprawdę muszę szukać tego cytatu, kiedy narrator nazwał Eve introwertyczką? A potem pisał, że trudno jej się odnaleźć w nowym towarzystwie?
Podaruję to sobie, pozwól. Przejdźmy dalej.

W czasie przemyśleń Eve pojawia się myśl, że Shane lubi Eveline, a Steph poluje na Tarę. Jednak… Dlaczego? Dziewczyny w większej mierze – z tego co pamiętam – przegrywały. Zrobiły niezłe zamieszanie, pokonując czempionki, ale tak generalnie, to zwykle powiewały raczej amatorszczyzną. Tara nie występowała przez pewien czas, bo miała uszkodzoną nogę, a gdy ostatnio dziewczyny weszły razem, to znokautowały same siebie. Mało co im wychodzi w WWE. Co jest dobre, bo nie robisz z nich wielkich merysujek, o co je podejrzewałam, gdy pokonały czempionki, ale jednocześnie po tylu tygodniach nie widać, że dziewczyny zasługują na obecność w ekipie seniorów.
I tu nasuwa się kolejna myśl: mało mi wrestlingu w opowiadaniu o wrestlingu. Fakt, że prawie każde zdanie wypychasz informacjami o organizacji, rozpisujesz walki, dobierasz imprezy, używasz ciężkiego słownictwa typowego dla WWE, którego jeszcze nie rozumiem tak do końca, ale… Nie o to mi chodzi. Spodziewałam się na początku, że historia skupi się na karierze Eveline i Tary. Że opiszesz mi świat WWE przez pryzmat osób, które dopiero w niego wchodzą; pokażesz, jak dziewczyny próbują ze wszystkich sił się pokazać, by być częścią tej organizacji. A one tak po prostu już są, należą, przywykły i się pokłóciły. Mają miejsca spiski, podejrzenia romansów i wszystko dzieje się na tle ringu czy kulis, ale nie ma miejsca na rozwój fabularny dziewczyn w WWE. One po prostu przyszły i jakoś są. Czasem coś walczą, ale niewiele, a ze streszczeń dowiaduję się, że czasem robią zakupy lub trenują, ewentualnie Eve rozmawia z Romanem.
O! À propos! Co z nim? Miało go nie być miesiąc, a tu już chyba ładnych parę tygodni minęło…

Tak naprawdę wstyd jej było to przyznać, ale to Tara była cały ten czas jej motywacją. – Dziewczyny pokłóciły się zaledwie rozdział temu! Znów zaczynasz wątek i zaraz go kończysz, umniejszasz. Nie potrafisz chociaż przez chwilę potrzymać czytelnika w napięciu? Tylko wszystko zaczynasz i za chwilę rozwiązujesz…

A jednak, po kilku sekundach to się naprawdę wydarzyło. Zza ścianki wyszedł On. Jego ciemne włosy jak zawsze rozpuszczone, leżały w artystycznym nieładzie na okrytym kamizelką, umięśnionym torsie. – Fajnie, że Roman wrócił. Autentycznie się za nim  stęskniłam; polubiłam tego bohatera, bo wydawał mi się taki… normalny. Jednak pisanie o nim On nie jest subtelne ani nie robi jakiegoś superwrażenia. Przesadzasz, Roman to nie Bóg, szczególnie kiedy piszesz o nim z perspektywy wierzącej Eve, często używającej imienia Pana Boga nadaremno.

- Hej, hej, hej! Ja jeszcze nie przyjąłem tego wyzwania! - The Rock wyskoczył zza backstage'u z mikrofonem w ręce. - (...) Dajecie mi ćpuna powracającego z zawieszenia? Za kogo Triple H w ogóle się uważa? Nie zamierzam walczyć z tym ucieleśnieniem klęski życiowej na niedzielnej gali, zrozumiałeś? – To, co uważałam do tej pory za charakterystyczne dla The Rocka, to właśnie była jego stylizacja w czasie wypowiedzi na ringu. Zawsze mówił o sobie w trzeciej osobie, a tu nagle przestał. Szkoda, bo psujesz tym jego kreację. Niewiele jest postaci w tej historii, którym jakąś kreację stworzyłaś lub podtrzymałaś ją (być może The Rock wypowiada się w 3.os naprawdę na ringu, ale nie znam go jako wrestlera, więc nie wiem).

Brie Bella na SD, możnaby się tego spodziewać. Bryan nie zostawiłby żony samej. – Mam problem z tym fragmentem. W scenie podkreślasz, że Eve jakby jednym okiem zerka co chwilę na ekran i śledzi przebieg roszady w klubach, ocenia je mową pozornie zależną. A jednocześnie w tym samym czasie włączył się jej instynkt Matki Teresy i pomaga Danie oraz dyskutuje z Char. Wypowiadając słowa, jednocześnie nie ma takiej możliwości, by Eve w tym samym czasie myślała o Brie Belli. Dopiero gdy dochodzi do Romana, wtedy mogłaby przestać interesować się kobietami obok. To miałoby sens, bo Roman jest ważniejszy od kłótni z Char, ale jednocześnie Brie nie była ważniejsza od udzielenia pomocy Danie. Mam nadzieję, że rozumiesz mój tok rozumowania.

- Eee... no, pogadać chciałem... - odparował szybko, drapiąc się po głowie. - Wiesz... chciałem cię przeprosić, za to co wtedy między nami zaszło, kiedy wyjeżdżałem… – O ile jak najbardziej popieram, by przepraszać się twarzą w twarz, tak nie rozumiem, dlaczego cała rozmowa z Eve jest taka… pompatyczna. Dramatyczna. Eve też przeprasza Romana i za chwile sugeruje, że to może ja już sobie pójdę… Ale przecież w tekście pojawiały się wcześniej streszczenia, które mówiły, że Roman i Eve mieli stały kontakt, wymieniali się wiadomościami tak intensywnie, że aż Tara była zazdrosna. A teraz wychodzi na to, że oni nie gadali wcale. Nie ma naturalności, tęsknoty, radości ze wspólnego powitania. Powinni się przytulić jak starzy znajomi i, nie wiem, pójść na kawę? To by miało sens w obliczu tego, jak zapewniałaś mnie, że ich kontakt nawet online kwitnie. Jeszcze gdyby Eve była introwertyczką, to rozumiałabym, skąd jej lęk, wycofanie, może zawstydzenie, bo przez sieć łatwiej. Ale podobno teraz jest już ekstrawertyczką, a nie widać tego po niej. Zawstydza się i daje nogę, bo przyjaciel wrócił do zespołu i chciał się z nią przywitać. Nie rozumiem tej Eve.
To chyba najbardziej nieogarnięta osoba tej historii. Zmienia się co scenę i nie wiadomo, o co jej w życiu chodzi. Była konsekwentna w charakterze przez pierwsze dwa albo trzy rozdziały, a potem pisałaś o niej to, co ci przyszło do głowy.

Gdy ich wargi spotkały się, Eveline czuła się, jakby serce przestało już tańczyć kankana, a za to namówiło wszystkie inne narządy do wspólnego pogowania w jej wnętrzu. – Chyba nie mogłaś bardziej zepsuć romantycznego nastroju. Kankan jest śmieszny. Zabiłaś cały nastrój.
Poza tym opis pocałunku zawarłaś w stu siedemdziesięciu wyrazach. To chyba rekord. Tak go przeciągnęłaś, że aż przesadziłaś i znudziłaś.

Nie rozumiem, dlaczego Roman chce robić za niańkę Setha. Może Deana – tak, to miałoby sens. Ale Setha? I co tak właściwie tam się stało? Tara jeszcze niedawno siedziała z Sethem i paliła z nim e-papierosa. Seth zwierzył jej się nawet, a teraz… Ough. Takie skakanie – dobrze-źle-dobrze-źle, jak góra-dół-góra-dół na rollercoasterze – jest przesadzone. Czy naprawdę każdy rozdział musi jakby wykluczać swojego poprzednika? Co notkę sytuacje między bohaterami zmieniają się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie potrafisz utrzymać jednej relacji nawet przez dwa rozdziały. Mieszasz wszystko i wszystkich.

Miał szybki metabolizm, sam nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł coś zdrowego, a wciąż był chudy. – Na upartego dałoby się to pokazać kilkoma scenami, kiedy Dean niczym Dean z Supernatural żre burgery na potęgę i przy okazji omija siłownię. No ale najwyraźniej nadal wolisz pisać wypracowania szkolne niż opowiadania. A szkoda, bo rozdział tak dobrze się zaczął.

Enzo siedzący okrakiem na jednej z drabin jeszcze nie uporał się ze swoim burrito, ale Dean złożył sobie przysięgę, że jeśli nie zrobi tego w najbliższe pięć minut, sam mu to zje. – Albo gdybym chociaż dostała myśl Deana zapisaną kursywą… To już zrobiłoby lepszy efekt niż suche sprawozdanie...

Niepotrzebnie zapychasz scenę narzekaniami Enzo na romans jego kuzynki i przyjaciela. To nic nie wnosi. Chcesz stworzyć nowy wątek? Podejrzewam, że nie, po prostu nie miałaś pomysłu, jak zacząć scenę.
Jest taka reguła, by zaczynać scenę jak najbliżej jej… końca. Im bliżej konkretów, tym jest ciekawiej, zaufaj mi. Pozbywaj się wszystkiego, co nieistotne, miałkie. Może wystarczyłby dialog między Deanem i Enzo. Scena mogłaby się zacząć tym, że Dean marudzi: – Stary, żryj to, albo sam ci to zeżrę. Od godziny pierdolisz o tej swojej kuzynce, jakbyś sam chciał z nią…
I tyle. Po tym przechodzisz od razu do tego, że Enzo mówi: puknąłem Tarcię. Czytelnik nie marnuje wtedy czasu na czytanie o pierdołach. Dostaje od razu to, co jest ciekawe, trzeba tylko zadbać o odpowiednie wprowadzenie. Tanie wstępy ekspozycyjne, do których jesteś przyzwyczajona, strasznie męczą.

- Oj, no weź się tak, stary, nie spinaj. Po pijaku, nawet nie wiedziałem wtedy, jak się nazywa. To się prawie nie liczy (...). – To, co mi się podoba, to rozwiązanie tego wątku. W końcu dowiedziałam się, jak to było tamtej nocy… I świetnie, że pokazałaś to w rozmowie Enzo i Deana. Nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Szczerze? Sądziłam, że już do tego nie wrócisz.
Plus!


Oj, bo zaraz napiszę, że to najlepiej wykreowany rozdział do tej pory…
Tylko przemyślenia Deana o Tarze w trakcie rozmowy zabiły fajność sceny. No cóż:
- No podobno ty ją teraz obracasz - odpowiedział Amore.
[163 wyrazy ekspozycji]
- Nie dymam jej, ok?

- Tak, tak, moja ty droga amebo umysłowa. Roman zamienił wasze próbki spermy, żeby wynik pozytywny na substancje zabronione wyszedł u niego i żeby tobie nie zabrali pasa. – Ale… dlaczego spermy? Do badań narkotycznych oddaje się krew i mocz, nie spermę! Co oni mieliby w niej niby znaleźć?!
Borze, co za absurd.
To jak niby robiłoby się narkotesty kobietom, huh? Na śluzie?

A używki zostają w organizmie nawet do miesiąca. – Kolejna bzdura. Używki typu amfetamina, kokaina, LSD czy (w najgorszym wypadku) heroina w moczu wykrywalne są do czterech dni. Marihuana do miesiąca, ale – powiedzmy sobie szczerze – w niektórych stanach jest ona legalna i to nie przez nią wylatuje się z WWE. Ty piszesz ogólnie o używkach – nie dość, że nie potrafisz zdecydować się na jakąś konkretną, to jeszcze nie robisz researchu. Do miesiąca, to ciężkie narkotyki utrzymują się we… włosach.
A tak cię przed chwilą chwaliłam za progres…

Ja jestem ciekawa, skąd Miz wiedział o podstępie. W sensie no pewnie od tego gościa, który jest największym plotkarzem, ale którego imię zdążyłam zapomnieć przez te wszystkie sceny, ale… Skąd ten plotkarz by wiedział? Zrobił zdjęcie, jak Rollins wykrada i podmienia kubeczki ze spermą? Jak w ogóle to zrobił? Włamał się do laboratorium? Pobił pielęgniarza? Bo wątpię, że gdy podejrzewa się kogoś o narkotyki, to zostawia się go z kubeczkiem sam na sam i mówi: przynieś go, jak będzie pełny. Nie. Narkotesty robi się w obecności lekarza, aby nie dopuszczać do tego typu sytuacji. I ludzie zlecający testy dobrze o tym wiedzą, szczególnie w sporcie.
To strasznie głupie. Mogłaś to obmyślić jakoś sensowniej.

No i też zastanawiam się, dlaczego Dean uwierzył Sethowi? Bo Seth wytłumaczył, że on nie wydaje własnych wtyczek (a właściwie wszyscy wiedzą, że w całym rosterze wtyczka jest tylko jedna…). Więc nie ma dowodów? To tylko słowa. Nie ma powodu, by w nie od razu wierzyć (i to jeszcze komu jak komu, ale Sethowi…). Tymczasem Dean się nawet nie zastanawia w następnym akapicie nad realnością tej hipotezy, tylko od razu zakłada, że dobry Roman poświęcił się dla niego. Brakuje tu jakiegoś przebłysku, może wspomnienia ostatniej rozmowy, gdy Dean wypomniał Romanowi, że zawsze czuł się trochę pokrzywdzony… Wtedy widzielibyśmy, jak Ambrose analizuje sytuację. A on tego nie robi, tylko od razu jest pewny, że Seth mówi prawdę.

Będzie wyglądał jak naleśnik... matko boska... A jeśli połamie mu nogę, tak jak zrobił to kiedyś Henry'emu? – No mówiłam, że zorganizowana grupa katolików… Ach, ci wrestlerzy. Kto by pomyślał, że akurat oni… Aczkolwiek myśl o naleśniku bardzo obrazowa. Na plus.

Nie będę już komentować streszczenia o tym, co miało miejsce cztery lata temu w życiu Punka, bo to nie ma sensu. Akcja powinna być wartka, konkretna – Punk i Miz obserwują dwóch dryblasów i podobno robią pod siebie (niedosłownie, oczywiście). Nie wyjeżdżaj mi tu teraz z jakimś przerywnikiem. To całkowicie psuje efekt. Nagle okazuje się, że Punk widzi żonę na scenie, która znów na ringu opiewa zajebistość swojego męża. Podoba mi się ta scena. Naprawdę fajnie, że AJ wzięła sobie do serca rady Maryse. Problem w tym, że Punk od razu, gdy widzi swoją małżonkę, to zwraca jej uwagę i… wątek się kończy. Kolejny – ledwo się zaczął, a już po jednej scenie został rozwiązany. Tak naprawdę trwał trzy sceny: Rozmowę AJ z Maryse, wpadkę AJ na ringu i teraz rozmowę AJ i Punka. Trochę krótko. Brakuje tu napięcia, może sceny jednej czy dwóch, kiedy AJ podnosi Punkowi morale, mówi do niego jakoś ładnie i zachowuje się podejrzanie jak nigdy… Ty znów wprowadziłaś ciekawy wątek i od razu go skończyłaś w kolejnej odsłonie. Nie wykorzystujesz potencjału tej historii. Napisałaś 19 rozdziałów. Wykorzystaj to.

- A ty wolałbyś, żebym nią była? - spytała smutno. Punk odpowiedział automatycznie.
- Czasem tak. Przynajmniej nie pakowałabyś mnie ciągle w kłopoty. – Chwila, moment. Przed sekundą Punk dowiedział się, że AJ postępuje dziwacznie, bo zachowuje się jak głupia Maryse. Cytuję:
- Ale... Maryse mówiła, że kobieta musi wspierać swojego mężczyznę. Że... że faceta trzeba popchnąć do wielkich rzeczy! - odparła płaczliwym tonem.
Punk uderzył się otwartą dłonią w czoło. Maryse... i wszystko jasne. AJ słuchała tej głupiej Maryse!
Więc dlaczego teraz, gdy to wyszło na jaw, Punk przyznaje, że jednak chciałby, by jego żona była taka sama? Skoro właśnie przez to Punk ma same problemy? Przecież to się wyklucza! To właśnie naśladownictwo jego żony wpakowało go w kłopoty!

Och, żałuję, że nie pokazałaś walki Deana i Setha. Tego braku skupienia u pierwszego i radości z wygranej u drugiego. Podkreśliłabyś tym charaktery obu mężczyzn. Podoba mi się jednak zakończenie. Okazuje się, że kłótnia Tary i Setha to ta sama sytuacja, która kończyła scenę między Eve a Romanem. Problem w tym, że strasznie mieszasz i tekst staje się chaotyczny. Potem już nie wiem, co dzieje się wcześniej, co później. Automatycznie wyobrażam sobie sceny chronologicznie – jedna po drugiej – a potem nagle okazuje się, że coś wydarzyło się szybciej, coś później. Wiem, że zabieg ten ma wprowadzić trochę tajemnicy. I raz czy dwa to ma sens, dodatkowo wcześniej używałaś kursywy, jak np. przy wspomnieniu wypadku Becky. Teraz tej kursywy brakło. Kiedy wprowadzasz retrospekcje za często i bez kursywy, trudno się połapać.
Podoba mi się natomiast, że rozdzieliłaś dziewczyny. Na dobre im to wyjdzie. Niech trochę za sobą zatęsknią, to może docenią swoją przyjaźń. Mam tylko nadzieję, że nie zmienisz sytuacji za rozdział czy dwa. Pociągnij trochę ten wątek, staraj się być bardziej konsekwentna.

Ktoś w komentarzu napisał, że już prawie nic nie zgadza się z realiami. To… nie powinien być komplement. Przynajmniej ja nie odebrałabym tak tego, gdyby ktoś zostawił u mnie taki komentarz przy okazji zwykłego farfocla, a co dopiero RPF-a.


017. Battleground.
Początek średnio ciekawy, ale chyba jeszcze o tym nie mówiłam, więc wspomnę. Bardzo podoba mi się, że w całą fabułę wplotłaś wątek Setha, Deana, Romana i tego nieszczęsnego krzesła. Dobrze, że Roman powraca dość często do przykrego wydarzenia myślami, bo to pokazuje, jak bardzo dotknęła go tamta sytuacja. To też odróżnia Reignsa od Setha, który ma w dupie wszystko poza samym sobą, i Deana, który pozoruje się na dużego dzieciaka. Pokazujesz dojrzałość Romana w jego przemyśleniach, ale… to, o co jeszcze musisz zadbać, to to, aby te przemyślenia faktycznie były jego, a nie narratora. A ty w tym momencie robisz, co zawsze: piszesz, że Roman jest zajęty, krząta się za kulisami, otacza go chaos, a narrator prowadzi zupełnie niepasującą do tego ekspozycję. Chcesz pokazywać Romana przejętego przeszłością? Możesz, nikt ci nie broni. Ale znajdź na to czas i miejsce, a nie wpychaj tego wtedy, gdy atmosfera sceny przedstawia zupełnie coś innego.

Moment, który skradł moje serce:
- Ej, Dolph, nie wiesz, gdzie jest moja garderoba? - spytał szybko, widząc przebiegającego obok Dolpha w swoich nieodłącznych, różowych legginsach.
 - Roman, nie mam czasu. Jericho ukradł mi fryzjerkę – rzucił krótko Dolph (...).
 Do tej pory chyba w całym opowiadaniu nie pojawił się bardziej zabawny moment. Naprawdę!

Wtem jednak wszystkie jego frasunki odeszły na bok, gdy zza drzwi do garderoby Lynch wyszła roześmiana Eveline. – Nie. Słowo frasunki nie pasuje do całościowej stylizacji tekstu. Nie w opowiadaniu o laniu się po mordach. Z drugiej strony powtarzane non stop frazesy o Bogu też nie pasują, ale używasz ich częściej niż archaizmów, więc do tych pierwszych zdążyłam się już przyzwyczaić. Do frasunków niestety nie mogę.

Po krótkiej wymianie zdań z Eveline Roman dalej szuka swojej garderoby, a narrator opowiada o zmianach po podziałach na brandy, co jest ważne, ale cholernie nudne. Mogłaś to pokazać sceną spotkania, kiedy Steph przychodzi i rozdaje każdemu rozpiskę nowych zasad i rozdziela ludzi po busach. Albo wpleść w jakąś rozmowę między bohaterami, którzy są zaniepokojeni takim stanem rzeczy. Miałaś tyle możliwości, a znów wybrałaś streszczenie. Po stu stronach oceny samej treści już mnie to nie boli aż tak, właściwie z początkiem każdego rozdziału wiem już, że poleci ekspozycjo-streszczenie, bo najwyraźniej inaczej jeszcze nie potrafisz. Ale proszę cię, spróbuj kiedyś stworzyć rozdział napisany tylko scenami. Chociaż raz, na próbę. Sama się przekonasz, że i tobie będzie się lżej pisało, da ci to więcej frajdy, bo będziesz się musiała nakombinować, pograć w Simsy na papierze, a i czytelnik połknie tekst sprawniej i więcej z niego wyniesie.
Kiedy piszesz ekspozycjami, nie zapamiętuję tych wszystkich informacji, które podajesz. One przelatują jak przez palce, nie zostają w głowie. Dużo lepiej pamiętam sceny, kiedy bohater zrobił coś konkretnego, np. gdy Roman kłócił się z Eve tuż przed swoim wyjazdem, niż ekspozycje, np. gdy narrator myślał za Romana, że szkoda sytuacji z krzesłem. Wiem, że takie myśli miały miejsce, ale nie jestem w stanie ich chociażby sparafrazować, nawet umieścić w jakichś ramach czasowych, powiązać z jakąś sceną. Ale słowa Eve w dialogu – które brzmiały w stylu: myślałam, że jesteś inny – pamiętam idealnie i wiem, kiedy miały miejsce, potrafię je dopasować do czasu fabularnego.
Nie bardzo rozumiem napiętą atmosferę w garderobie Romana. To znaczy wiem, czemu Dean ma taki humor, ale nie wiem, dlaczego Reigns zwraca się do niego tak byle jak. Przecież to przyjaciele, nic się nie zmieniło. Gdy Roman odchodził, żegnali się w przyjemnej atmosferze, prawda? Fakt, że końcówka sceny jest bardzo przyjemna i rozwiewa wątpliwości, ale sam początek je wzbudza. No i sądziłam, że chłopaki w jakiś sposób poruszą temat odkrycia Deana o narkotestach, ale nie. Nie czuję jednak, by Dean np. próbował podjąć temat, w ostateczności się wycofując i udając, że nic się nie stało, że nic nie wie. Trochę mi tego brakło, skoro rozmowa – dość ważna fabularnie – nie miała miejsca.

Miał wrażenie, że związkiem z Eveline złapał Boga za nogi. – Och, Roman. Serio...? Nawet ty?

A propos związków, Roman aktywnie żył w internetowej społeczności na czas zawieszenia, więc zjawisko Apocarose nie było mu nowe. – Mogłaś to pokazać dialogiem, gdy Roman zagaduje Deana o Tarę. Cokolwiek, naprawdę. Czytelnik nie jest wymagający; wszystko lepsze niż streszczenie.

- Dobra, Dean, skończ już z tym swoim mizoginizmem. – O! Dopiero teraz przypomniałam sobie, że Dean to mizogin. Dawno nic nie było w tym temacie.

Pisałaś wcześniej, że walka Romana miała się zacząć za ponad godzinę, ale nie czuć, by to była prawda. Czas ten spowalniają właśnie ekspozycje, przez co rozdział trochę się wlecze – spotkanie Eve, poszukiwanie garderoby, poważna rozmowa z Deanem. gdzie czas na przygotowania – przebranie się, przemyślenie jakiejś taktyki, jakiś stresik? Gdzie czas na zdrowotną rozgrzewkę, by nie nabawić się kontuzji? Nie czuję tego. Spokojnie mogłaś napisać, że czasu do walki jest znacznie więcej.

Był przekonany o swojej wygranej, tak samo jak zapewne cała widownia. – Jedno zdanie w środku akapitu o The Rocku i taki brzydki headhopping. Cały rozdział pisany był do tej pory z perspektywy Romana. Bohater mógłby stwierdzić, że The Rock wygląda na pewnego siebie, bo zachowuje się tak czy siak. Narrator jednak wypowiada się wprost, że Dwayne jest przekonany o wygranej. Jakby wchodzi mu do głowy na jedno zdanie. To nie powinno mieć miejsca w tekście.

Jestem zaskoczona poprawnością opisu walki, nawet opisy myśli wyszły naturalnie. Całość jest dokładna, zrozumiała i nieprzesadzona, czego się nie spodziewałam – miło mnie zaskoczyłaś. Jedyne, czego brakuje, to dynamika. Zdania są długie, mocno szczegółowe. Poza opisami ciosów, skupiasz się na uczuciach bohaterów. Niektórymi zadaniami eksponujesz, np.:
Rock okazał się jednak silnym przeciwnikiem i utrzymał równowagę, a nawet oddał Romanowi, który prawie przegryzł sobie język. – Podkreśloną część mogłabyś spokojnie wywalić, bo skoro Rock utrzymał równowagę po silnym ciosie, to już samo w sobie jest dowodem na jego wytrzymałość. W czasie walk skupiaj się na działaniach. Wywalaj jeż wszystkie wyznaczniki czasu, np. po chwili albo natychmiast. Zdania staną się bardziej konkretne, a tekst odda żywiołowość postaci w ringu.

Plecy Romana wybuchły gwałtownym bólem, a chłopak wypuścił natychmiastowo całe powietrze z płuc. – Mężczyzna.

Podoba mi się też zakończenie rozdziału. Kończysz w momencie, w którym napięcie czytelnika nie spada, aż chce się więcej. Co oznacza zdanie, że stary dobry Roman zniknął? Można się tylko domyślać, ale to dobrze. Lubię takie sztuczki.

Odnośnie posłowia:
Trochę głupio było mi opisywać tę walkę, bo po tym jak zaczęłam mieć prawdziwe sparingi parę miesięcy temu, to wiem, ja te walki są strasznie nierealne. – I tak jest lepiej, niż było. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, byś zaczęła kolejne walki kreować na bardziej realne, a poprzednie poprawić. Nie było ich aż tak przesadnie wiele.


018. Two bodies.
Piszesz o tym, że Tara dawno nie reagowała brutalnie na zaczepki Deana, ale to tylko puste słowa bez znaczenia fabularnego. Scen konfrontacji Deana i Tary, pokazujących te zaczepki, było zbyt wiele, by wierzyć narratorowi.
Zdziwiła mnie odpowiedź Setha. Jego konspiracja z Mizem chyba nie powinna wyjść na jaw, a ten mówi o tym Eveline wprost, jakby brał pod uwagę, że może jej zaufać.
Rozczarowało mnie streszczenie sytuacji Eve i Romana. Cholera, no! To dość ważne w opowiadaniu, w którym jednym z głównych wątków jest rozwijanie relacji między nimi, a mimo to rozdział zaczynasz ledwo ogólnikowym wspomnieniem rozmowy po przegranym meczu Romana. Aż chce się pytać: dlaczego robisz to własnym czytelnikom? Dlaczego traktujesz ich tak po macoszemu, częstując ochłapem?

Jest coś, co mnie rozwaliło doszczętnie. Aż zacytuję, bo trudno mi w to uwierzyć:
Po powrotcie z wywiadu, musiała iść się przewietrzyć, po drodze zauważając Setha, nasypującego proszek z orzechów do butów Big Showa, wtedy wiedziała, że już nic jej dziś nie zdziwi. (...)  Big Show właśnie padł na swoje cztery litery z łoskotem i mocno zaczął drapać się po łydkach, wręcz zdzierając sobie skórę swoimi grubymi palcami. Czyżby uczulenie na orzechy?
Otóż pewnie cię zaskoczę, ale… UCZULENIE NA ORZECHY TO ALERGIA POKARMOWA.
Sama nazwa wskazuje, że żeby pojawiły się efekty alergiczne, trzeba ZJEŚĆ ALERGEN. Albo, nie wiem, używać kosmetyków zawierających go. Uwierz mi, że założenie buta, do którego ktoś nasypał orzeszków, nie zadziała, tym bardziej że Big Show nie ubiera butów na gołą stopę. Sugerujesz, że proszek ze zmielonych orzeszków zadziała cudownie przez skarpetkę?


W retrospekcji kompletnie nie czuję zachowania Deana. Najpierw nie chce, aby Tara u niego spała, potem chce. Zmienia zdanie, gdy dziewczyna podchodzi do drzwi, ale ot tak, bez powodu. Nie wiadomo, co nim kieruje. Jeszcze gdyby spojrzał na nią jakoś tak specyficznie: albo np. zainteresowany jej ciałem, albo chociażby zasmucony jej samotnością… Ale nie. I to jeszcze gdyby pozwolił jej spać na innym łóżku… A Dean najpierw się wzbrania, a za chwilę proponuje z grubej rury, by się razem rozluźnić. Nie kupuję tego, brzmi jak imperatyw. Jakbyś nie wiedziała, jak ich razem wsadzić do łóżka i stąd taki tani sposób. Mówi się, że z braku laku i kit dobry, ale zasada nie działa w przypadku kreowania sensownego opowiadania.

W opisie walki nadal używasz niewytłumaczonych, niewprowadzonych w tekst pojęć np. ciosów:
Atakując Eveline mocnym clothesline'em z wysokoku niemal od razu wbiła blondynkę w ziemię. – O ile tobie może to nie robić różnicy, w komentarzach do wcześniejszych rozdziałów widać było zainteresowanie tekstem osób, które nie związane były z wrestlingiem i chciały dopiero zobaczyć, z czym to się je. Opisując ciosy, a nie tylko nazywając je, wychodzisz takim czytelnikom naprzeciw.
Używasz też zdecydowanie za długich zdań; znów. Są wielokrotnie złożone i wykorzystujesz w nich jakieś udziwnione metafory albo dodatki, które psują i tak znikomą atmosferę. Przykład:
Dźwignię, którą Lita musiała już znać, bowiem bardzo szybko udało jej się z niej wydostać, oddając Eveline pięknym za nadobne, czyli kopniakiem w twarz. – Podkreślenia są bardziej niż zbędne.
Dodatkowo w przykładzie znać/wydostać/twarz… Trochę się rymuje, źle to brzmi przy czytaniu na głos.

Zdania w opisie walk masz też powypychane imiesłowami współczesnymi, w większości niepoprawnie. Dlaczego niepoprawnie? Ponieważ bohaterki jednocześnie np. rzucają się i upadają, a przecież czynności te następują po sobie, nie naraz. Wiem, że to kwestia poprawności, więc powinnam o niej pisać w osobnym punkcie, ale i tutaj warto o tym też wspomnieć chociaż raz – takie błędy naruszają logikę niektórych konfrontacji. Przykład:
Wbiegła na ring, szybko przerywając dźwignię, tym samym ratując swoją przyjaciółkę. – Sam wbieg nie przerwał dźwigni, a właśnie to wynika ze zdania. Dźwignię przerwała akcja dziejąca się dopiero po wbiegu; Eve musiała jakoś podejść do The Boss – dalej piszesz o kopniaku, więc to on dopiero przerwał dźwignię. Nie zrobiło tego samo wejście na ring.


No i kolejny też raz piszesz o resztkach sił Eve, jednak później bohaterka wykonuje dalsze czynności szybko, nie zważając w ogóle na swoje zmęczenie.

Szczerze? Walka wydała mi się za długa. Poprzednia, gdy chodziło o Romana, była krótsza, ale bardziej napięta i dynamiczna (mimo również użycia zdań wielokrotnie złożonych). Tutaj w połowie już czytałam z podejściem byle do końca. Ciężko mi było wyobrazić sobie chaos, być może wynika to z faktu, że walczących było więcej niż dwie. Mam wrażenie, że czasem zapominasz, że nie musisz opisywać całości – czasami, aby postawić na dynamikę i konkretną akcję, warto zacząć od momentu, w którym walka już trwa i tylko doprowadzić ją do końca. Ty natomiast każdą walkę opisujesz podobnie. Jeżeli już, to całą i dokładnie. A to nie jest przecież żaden wymóg. Nikt nigdy nie stworzył złotej reguły, by pisać wszystko o wszystkich. Istnieje natomiast fundamentalna reguła w świecie osób piszących, aby… nie nudzić. Kto zaczyna nudzić, ten przegrywa z kretesem.
A niestety to opowiadanie nudzi za często.

Jeszcze jedno nie ma sensu w twoich walkach. Istnienie finiszerów. To popisowe ciosy kończące walkę i zwykle każdy wrestler ma jakiś swój przypisany sztych. I ma to logiczne podłoże wtedy, gdy walki są ustawione. Wiadomo, że fajnie, gdy wygrywa ten dobry i używa do tego swojego popisowego numeru, wtedy publika się bardziej cieszy. No i każdy wrestler zna raczej finiszer przeciwnika, wie, czego się spodziewać – finiszery są nawet opisywane w sieci, to nie jest jakaś wielka tajemnica.
No więc czy wyobrażasz sobie sytuację, kiedy walczy się na serio i wie się, jak będzie chciał/próbował zakończyć starcie przeciwnik? Co wtedy zrobiłabyś? Nie dopuściła do tego, logiczne. Jeżeli wiesz, że przeciwnik jest lotnikiem, za wszelką cenę nie pozwalasz mu wejść na liny, choćbyś i ciągnęła go za nogę po całym ringu. Jeżeli zakłada dźwignie, ćwiczysz przed walką techniki uwolnienia się, tak w razie „w”. Coś w tym stylu.
Z drugiej strony w prawdziwych walkach ciężko coś przewidzieć/zaplanować z góry, raczej walczący dostosowuje się do sytuacji. Wtedy liczy się wykończenie przeciwnika jakkolwiek, ciężko tak poprowadzić walkę, by zakończyć ją akurat finiszerem. To powinno być jakoś wysoce dodatkowo punktowane, uznawane za coś trudnego i wyjątkowego. Twoje walki są pod tym względem nierzeczywiste, bo bohaterowie nie myślą w starciach, nie analizują sytuacji, które da się przewidzieć, gdy widać, że przeciwnik przymierza się do użycia swojego finiszera. Dodatkowo wrestlerzy popisują się finiszerami dość często, jakby to było na porządku dziennym; łatwa sztuka.


019. Future stars now.
Po tytule domyślałam się, że będzie chodziło o Romana (szczególnie po zdaniu kończącym rozdział 17), ale okazuje się, że rozdział dotyczy Deana. Rozpoczynasz go jednak ekspozycją (znowu…). Ambrose jest zazdrosny o Romana tak samo, jak wcześniej Tara była zazdrosna o Eve. Nie wiem, czy jest to celowy zabieg porównawczy, czy też po prostu nie miałaś lepszego pomysłu na przemyślenia Deana – mimo wszystko nie widzę celu we wkładaniu jednej cechy w dwie postaci, obrazując tę samą sytuację. Tym bardziej w obecnej wersji, kiedy przez większą część opowiadania bohaterowie praktycznie się od siebie nie różnią. Nie jest to nic odkrywczego. Nic, czego czytelnik by się nie spodziewał.
Opis busa taki sam, jak wszystkie opisy miejsc do tej pory – coś było takie i stało tam, a coś takie i leżało gdzieś indziej. A jednak lepszy taki opis niż żaden. W opowiadaniu, w którym opisy nie występują prawie wcale, każdy jest na wagę złota.


Jestem też pozytywnie zaskoczona, bo w rozdziale słowo niemal pojawia się tylko raz. Dla porównania – w poprzednim sześć (ale niektóre blisko siebie, więc rzucało się to mocno w oczy), w szesnastym dziewięć, a w jedenastym aż… dwadzieścia. Fakt, że tamten rozdział był dłuższy, nie jest jakimś specjalną wymówką. Zdarzało się, że niemal zalewałaś rozdziały tym słowem.

Potem przechodzimy do wspomnień Deana o Lulu. Myślałam, że – jak ostatnio w takiej retrospekcji – dostanę ciekawą scenę, ale trzy pierwsze spore akapity to nic innego jak… zresztą, sama wiesz co. Podoba mi się jednak wykorzystany motyw odejścia. Wyszło tak po ludzku, naturalnie; reakcja Deana wcale nie była przesadzona. Nawet zrobiło mi się go żal, więc końcówka na plus. No i podoba mi się, że wspomnienie stricte nawiązało do wcześniejszych zdań o strachu przed samotnością. Ładnie to polepiłaś i dzięki temu cały rozdział do końca retrospekcji utrzymywał się w jednej, dość ciężkiej, poważnej atmosferze. Nie pamiętam, by wcześniejsze sceny, które miały być poważne, oddziaływały aż tak. Zwykle przerysowywałaś, przesadzałaś, więc wielkie dramy nie działały. Tutaj wyszło naprawdę dobrze.

A tak był tylko Deanem Ambrosem, rudym mizoginem. – Nope. Gdyby nim był, nie chciałby się wiązać ani z Lulu, ani z Renee, ani z Tarą.

Nie spieszyło mu się, bo do jego walki zostało mu jeszcze jakieś pół godziny. – Naprawdę irytuje mnie fakt, że profesjonalni wrestlerzy, mając godzinę czy pół do walki, w ogóle się tym nie przejmują, nie robią nic, co świadczyłoby o ich poważnym traktowaniu tego sportu. Podobno sama walczysz, więc wiesz, jak ważne jest chociażby rozgrzanie mięśni przed jakimkolwiek wysiłkiem sportowym? I czym grozi brak takiej rozgrzewki? A tymczasem Dean, mając pół godziny do walki, dotarł dopiero do swojego busa i pierwszy raz się po nim rozejrzał. Kiedy on ma zamiar się przebrać? Spotkać z organizatorami wydarzenia na backstage’u? Jeszcze żeby był zestresowany, że ma mało czasu i się spieszy… ale on wszystko traktuje lajtowo, jeszcze ma dłuższą chwilę na wspominanie przeszłości.

Jestem też zaskoczona, że przed retrospekcją Dean znajdował się w busie, a po retrospekcji już za kulisami obserwuje innych wrestlerów: Zauważył jednak sporą grupkę osób siedzącą na ogromnym wzmacniaczu dźwięku.
To jest strasznie sztuczne i  mylące. Retrospekcja (odejmując ekspozycję) była krótką scenką, zaledwie jednym niewielkim dialogiem, więc z automatu wspomnienie trwało bardzo krótko w głowie Deana. On tymczasem w tak krótkim odstępie czasowym zdążył przejść z busa na backstage, pewnie się przebrać i przygotować. Lol.

 - No nie wierzę! Jak to się mogło w ogóle stać?! Jak się pytam: JAK?! - wrzeszczała wciąż Becky. - Dałam z siebie dwieście procent moich możliwości i wszystko na nic?! Jak ja teraz wyglądam w oczach tych wszystkich szych? Cholera jasna, tak to jest, jak się człowiek stara. – Becky już walczyła? Niedawno była w szpitalu; nawet nie uraczyłaś czytelnika sceną jej powrotu do WWE, a już odpisujesz, że przegrała jakąś walkę? Słaby pomysł. To w takim razie po co był wątek z jej wypadkiem? Sądziłam, że skupisz się na tym, że Becky, wróciwszy do ekipy, chwilę sobie odpocznie, może będzie raczej starała się wybadać sprawę swojego wypadku, upewni się, że za jego sprawą stała Nat... Becky jakby nigdy nic chyba zapomniała o swoim misternym planie i poszła sobie na ring, a mnie zostawiła w stanie kompletnie mindfuckowym. Dlaczego, Sleepko, otwierasz sobie jakieś fabularne drzwi, a potem zamiast przejść przez cały wątek i go porządnie zamknąć, po prostu wychodzisz tylnym wyjściem, udając, że wcześniejsza sytuacja nie miała miejsca?

Do czasu, kiedy obok niego nie pojawiła się Tara. Brew Ambrose'a podjechała do góry. Co tu się wyprawiało? Momentalnie odwrócił się w ich stronę, wyostrzając wzrok. Co Tara mogła robić przy Sethie? Przecież nie znosiła go równie mocno, co Deana. – Chcesz mi powiedzieć, że Dean sądzi, że Tara go nie lubi? A po czym wnioskuje? Bo chyba nie po tym, że w ostatnim rozdziale spali razem w łóżku? Czy Dean może sugeruje, że Tara mogłaby również sypiać z Sethem? Tym Sethem, który nakręcił aferę z Apocarose?
Albo twoje postaci mają zaawansowanego alzheimera, albo cała fabuła jest zbiorową halucynacją. Ewentualnie po prostu masz gdzieś to, co pisałaś chwilę wcześniej i… no tak. Wychodzisz z wątku tylnym wyjściem, udając, że wcześniejsze sytuacje nie miały nigdy miejsca. Bo tak to właśnie wygląda. Tu się kompletnie nic ze sobą nie łączy, bohaterowie nie są w żaden sposób konsekwentni, postępują zupełnie nielogicznie i tak samo myślą.

Przy dialogu Tary z Sethem między ich rozmowę wplatasz chyba przemyślenia Deana, przez co nie wiem po chwili, co kto mówi, do kogo należą poszczególne kwestie. Dodatkowo w jednym akapicie dialogowym potrafisz podać np. wypowiedź Setha, komentarz narracyjny o zachowaniu Tary, znów słowa Setha i jego zachowanie, a potem padają – cały czas w tym samym akapicie – słowa skierowane do Deana. Ciężko się nie pogubić:
- W sumie racja. - Tara delikatnie połechtała męską dumę Setha, co sprawiło, że Rollins poczuł się jak w niebie. - A teraz wybacz, ale muszę już iść. - Skierował wzrok na Deana. - Widzimy się w ringu, Ambrose.


O co chodzi właściwie?

I w ogóle dlaczego Tara kibicuje Sethowi, a nie komuś, u kogo spędza noc, bo boi się spać sama i kto jej ładnie pachnie?

Nagle też w jego podejściu do Tary coś się zmieniło. Przestał widzieć w niej głupią, nieodpowiedzialną dziewczynę, a zaczął widzieć prawdziwą kobietę. – Historia o tym, jak stary dobry Dean-pseudomizogin zaczyna doceniać dziewczyno-kobietę tylko dlatego, bo imperatyw tak chciał. Fabularnie nic nie wydarzyło się  takiego (poza wspólnym snem, który był chwilę temu, więc wcale nie tak nagle), co by mogło zbliżyć tę dwójkę jakoś specjalnie.

Nareszcie opis walki na poziomie! Bez taniego wstępu i za długich zdań. Czasowniki przejęły kontrolę, było nieco chaotycznie, szybko, nie o wszystkim. Z perspektywy wrestlera, który nie jest w stanie opisać wszystkich swoich ruchów, część to tylko migawki, jakieś pojedyncze kadry:
Dean widział pięść Setha zmierzającą w kierunku jego twarzy i po chwili leżał już na macie. Ciężar Setha go przygniatał, twarz pulsowała bólem. Ale nie, udało mu się go z siebie zrzucić. szamotanina, wszędzie dookoła Seth. Dean nie mógł dojść z tym do ładu. Jedno uderzenie, drugie, nawet nie patrzył już, kto uderza w kogo.
Powerbomb, skok z lin, głośny śmiech JBL'a. Wszystko mieszało się dziwnie, sprawiając, że Ambrose'owi robiło się niedobrze. Miał kontrolę nad Sethem, on rządził tym meczem. Budziły się w nim stare instynkty. Czuł to.
Porównując z poprzednimi walkami, ten opis jest naprawdę dobry. Tego powinnaś się trzymać. Widać, że się wyrabiasz. Brawo.


I… koniec!
Jako że Blogspot odmówił posłuszeństwa i nie chce zmieścić całej ocenki w jednym poście, jej kontynuacja znajduje się tutaj: KLIK. Znajdziesz tam podsumowanie treści, kwestię poprawności, ramki oraz ocenę końcową.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Aktualności

Teksty zgłoszone w 2017: 3
Stan poczekalni: 13/27
Czekamy na twoje zgłoszenie!
Szablon stworzony przez Agatę
Zgłoś tekst i spróbuj swoich sił!
21.03.2019 najlepsi autorzy
otrzymają nagrody! – [KLIK]

Ankieta

Ankieta ewaluacyjna WS

Archiwum

Oceniający

© Design by Agata from Król Trefl & WioskaSzablonów
Script ScrollToTop | Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY.