...zajmuje się ocenianiem literatury w sieci.
Stukasz w klawiaturę i chcesz porozmawiać o swoich wypocinach?
A może wolisz poszukać znajomych adresów w archiwum?
Czuj się jak u siebie i baw się dobrze!

POZNAJ NAS

Aktualności



Oceniający


Jest nas wielu i różnimy się od siebie jak tylko można, więc na pewno znajdziesz w naszym gronie osobę, która bez trudności oceni twój materiał.
wybierz



Zgłoszenia

Chciałbyś zgłosić swój tekst do oceny? Wystarczy umieścić swoje zgłoszenie w księdze zgłoszeń. Pamiętaj, aby przedtem przeczytać regulamin.
księga zgłoszeń

[100] ocena bloga: musivum.pl

28 grudnia 2016

Adres: Musivum
Autorka: Ome
Tematyka: psychologia; humanistyka; LGBT – zbiór tekstów autorskich
Oceniające: Elektrownia, Forfeit i Skoiastel, z pomocą Leny


Musivium to przyjemny kącik literacki dla każdego i nie ma tu mowy o jakichkolwiek problemach technicznych czy logistycznych; szablon jest estetyczny, wszystko znajduje się na swoim miejscu, a psuć odbiór może jedynie niewyjustowany tekst w prawej kolumnie (szczególnie: „Ome”, „Ostrzeżenia/zachęcenia” i „Inspiracje”). Czasem justowanie w kolumnie informacyjnej nie wygląda dobrze, bo przerwy między wyrazami wydłużają się przesadnie, ale warto poświęcić tym wersom kilka minut i dostosować tekst – chociażby zmienić wykorzystane słowa na inne, które długością równomiernie wypełnią ramkę.
Gadżet „Ome” w ogóle wydaje się zbędny, gdyż opisałaś siebie w jednej z podstron. Archiwum też jest niepotrzebne, skoro masz etykiety oraz dużo wygodniejszy spis treści, w którym porządkujesz posty według serii i daty publikacji.

Jeżeli mowa o pierwszym wrażeniu, to zdecydowanie psuje je za mała interlinia w postach i na podstronach. Część oceniających nie czytała na blogu, a kopiowała notki do Worda, tam ułatwiając sobie pracę inną czcionką i szerszą interlinią. Wpisy masz długie, więc taka za bardzo zbita ściana tekstu negatywnie wpływa na odbiór całości. No i sama szerokość miejsca na posty… Wzrok pokonuje daleką drogę od lewej do prawej, do czego też nie jest przyzwyczajony. Zacytuję Agatę z Wioski Szablonów:
W tym przypadku najlepiej byłoby zejść do 50% szerokości ekranu. Plus czcionka jest szeryfowa oraz interlinia jest za mała w stosunku do wielkości i grubości fontu. Należałoby zmniejszyć nieco szerokość tekstu, dodać większą interlinię, ale i tak największą wadą jest krój czcionki. Wydaje się być bardzo „tłusty” i niemiły dla oka, momentami ma się wrażenie, że to jedna wielka, tłusta linia, a nie litery. Specjalnie daję pogląd tekstu ze zwiększoną interlinią, zmniejszoną szerokością tekstu + jeden akapit w kroju bezszeryfowym:


W foncie bezszeryfowym tekst wygląda o wiele czytelniej. Szczególnie jeśli spędza się na blogu całe dnie i czyta wszystko – niektóre notki masz porażająco długie.

Tło w Inspiracjach – wygląda trochę jak pierwsze kroki początkującego twórcy szablonów, który ustawia powielanie niepasującego do siebie tła. Wystarczyłby jeden cudzysłów, który rozpoczynałby się na górze ramki i kończył na dole, bo różna długość cytatów sprawia, że całość wygląda niechlujnie. Tam również tekst powinien być justowany.
Tagi – masz ich sporo, nie lepiej by było usunąć odstępy pomiędzy nimi i umieścić wszystko ciągiem? Jeżeli przeszkadzałby Ci taki zabieg w bocznej kolumnie, to równie dobrze można całość umieścić pod oknem tekstu (patrz u nas). Aktualnie tagi tylko niepotrzebnie wydłużają menu, a niektórzy w ogóle ich nie używają, skoro mają normalny spis treści.

Banner z konkursem na Blog Roku 2015 wydaje się być przedawniony, nie sądzisz? Informacja z września również. Dodatkowo masz już zakładkę o sobie jako autorce, więc po co Ci taki gadżet na głównej? Trochę ją zagraciłaś.

Ze spisem treści wszystko w porządku. Wyjaśniłaś swoje zamierzenia związane z publikacją, teksty poukładałaś, żadne literówki się nie napatoczyły. Musivum, czyli mozaika robi pozytywne wrażenie nie tylko wyczerpaniem tematu i wyjaśnieniem motywu przewodniego bloga. Jesteś superpoprawna! Jezu, jak się cieszę! – chciałoby się przyśpiewać.

Do dziesiątego lutego 2013 roku „Musivum” istniało się na LiveJournalu – się?


Kilka słów o autorce to wcale nie kilka słów, ale nie czuję się okłamana. Widać, że lubisz się rozpisywać, sadzić długie zdania i opisywać wszystko od podszewki, skupiać się na detalach, lecz w tym wszystkim nie lejesz wody. Cholernie przyjemnie się to czyta, a przecież to dopiero swego rodzaju zapowiedź. Jakoś brakło mi tu takiego rzucenia wprost, że bohaterowie wykorzystani w tekście istnieją naprawdę/nie istnieją. Wszak publikujesz ich wypowiedzi na Twój temat, ale ta kwestia nadal wydaje mi się niedopowiedziana. Swoją drogą te wypowiedzi mają naprawdę zbliżoną do siebie stylistykę językową. Z jednej strony jestem w stanie to zrozumieć – jedno środowisko tworzy swojego rodzaju wspólnotę, jednak aż tak podobne frazy? Czytało się to przyjemnie, lekko, ale przy okazji tak, jak gdyby wszystko napisała jedna osoba.
Natomiast Notatnik Autorski to świetna sprawa, takie Musivum od kuchni. Łatwo wciąga, uwydatnia ewolucję twojego tworzenia i na pewno wspomaga realizację wszystkich założeń dotyczących Musivum 2016. Dla pasjonatów Twojej pisaniny – wielka gratka.
Ale hola, hola! Od trzynastego stycznia minęło dość sporo czasu, więc poczuwam się do odpowiedzialności zmotywować Cię do zaktualizowania tematu na podstronie; poszerz ją o nowy wpis z nieco świeższą datą. Co nowego u Ciebie? Przecież w pół roku na pewno już zdążyło trochę się wydarzyć. Skoro już masz taką zakładkę, zdecydowanie zasługuje ona na update.

TEKSTY GŁÓWNE

00. PRIAMEL
Notkę przeczytałam z zapartym tchem, podziwiając wykorzystanie i wyczerpanie prostego motywu – przeprowadzka to idealny moment na wrzucenie nieznanego bohatera w nowy świat, a dodatkowo zatrudnienie przyjaciół do pomocy pozwala poznać jednocześnie główne postaci. Szczegółowość sceny również wypada pozytywnie. Wzmianki o zachowaniu postaci w czasie dialogu subtelnie opisują bohaterów, czym odpowiednio poruszają wyobraźnię, ożywiają postacie. Doceniam również naturalność wypowiedzi i stylistykę – czasy współczesne często wymuszają wśród autorów nadmiar kolokwializmów, u Ciebie narracja jest leciutka jak piórko, język wypada naturalnie i ciężko odejść od monitora, póki nie skończy się czytać.
Hermetyczność Twojego tekstu – literackie, mocno humanistyczne środowisko, w którym obracają się twoi bohaterowie – jest jednocześnie wadą i zaletą. Musisz mieć świadomość, że Priamel (jako tekst rozpoczynający Musivum) może nie zachęcić szerszego grona czytelników, jeżeli zaskoczysz taką ilością tytułów i autorów, natomiast przekona i zabawi humanistów. Odniosłam również wrażenie, że przy takiej ilości wprowadzonych postaci łatwiej będzie się pogubić i zaraz zmierzę się z chaosem, a jednak dałaś radę za pomocą… prostego tła, o którym też już wspomniałam. Jedność czasu i miejsca to w tym momencie duże ułatwienie i dzięki Ci za nie. Wyszłaś obronną ręką – Twoje charaktery do mnie trafiły, po czasie okazały się indywidualne i charakterystyczne pod każdym względem. Wprowadzałaś je naturalnie, z biegiem fabularnym, poprzez mowę pozornie zależną głównej bohaterki.
Całość przypomniała mi stylistykę, którą posługiwała się Krystyna Siesicka. A że jestem wielką fanką Zapałki na zakręcie czy Beethovena i dżinsów, świetnie się czuję, gdy mierzę się z Twoją pisaniną. Jeżeli mam tę notkę traktować jako wstęp do historii, to spełniła ona swoją rolę w stu procentach. I, co ciekawe, nie mam żadnych zastrzeżeń odnośnie poprawności językowej. Raj w blogosferze! To się zdarza bardzo rzadko.

We fragmencie Oli, który nawiązuje do tytułu (przy okazji wielki plus za to nawiązanie), poczułam przesyt, aż na chwilę musiałam odejść od monitora, zapalić papierosa, zrobić sobie coś ciepłego do picia. Łolaboga, jakbym czytała Słownik terminów literackich. Jestem zagorzałą fanką takiej pisaniny, ale tutaj to było już dla mnie za dużo na raz. Tym bardziej, że tekst wcale nie należy do najkrótszych – cieszę się, że Julek  przerwał, zanim Olka zdążyła wydusić cokolwiek dalej:


Najdłuższe zdanie, jakie widziałam kiedykolwiek i gdziekolwiek – przebiłaś Bieńczyka i Hrabala. Olga jest świetnym obserwatorem, więc każdemu z jej znajomych można było się chociaż trochę przyjrzeć – fajno, fajno… Ale litości! To jedno zdanie składające się z dwustu osiemdziesięciu jednen wyrazów utopiło mnie w morzu ekspozycji. Rozumiem mowę pozornie zależną i ciągnącą się myśl, ale w tym czasie po pierwsze: bardzo umarło tło. Dlaczego, Juleczku, nie przerwałeś i tym razem?
Po drugie: czy nie dałoby się tych charakterów trochę subtelniej przedstawić? Kiedy byłam przy Michale (po którymś już z kolei „którym”) nie pamiętałam co najmniej połowy z jakichś dziesięciu wymienionych ciągiem cech Juliana. Cały fragment, żeby przyswoić większość informacji, musiałam czytać z trzy-cztery razy, a i tak nie wszystko dotarło; cholernie rozbolała mnie głowa. Uwielbiam charakterystyczne postaci. Twoje na pewno do papierowych nie należą i jeszcze będę miała mnóstwo okazji do poznania ich lepiej, więc tym bardziej nie widzę sensu w tej ekspozycji. Spodziewam się odpowiedzi, że długie zdanie to nic innego jak środek stylistyczny. Okej. Ale wiedz, że dla mnie (i innych oceniających, bo pokazałam ten fragment i część nie dała rady doczytać go do końca) zabójczy.

Julian, o którym nie umiała myśleć inaczej niż „chłopak”, choć był od niej  młodszy raptem o dwa lata (...) – podwójna spacja.

Nie rozumiem zabiegu, w którym ekipa podejmuje temat orientacji seksualnej Olki. W sensie… to jej dobrzy przyjaciele. Znają się – co widać po relacjach – jak łyse konie, a zdarza się, że mówią o sobie i także sobie się tłumaczą, jakby się pierwszy raz widzieli na oczy. Zapewne chciałaś taką ekspozycją przybliżyć czytelnikom bohaterkę, ale wyszło trochę sztucznie i na siłę.
Do sześcianu… najpierw wypowiadał te słowa Michał, potem Sebastian (ale do Michała, więc pomyślałam, że celowo wybrał taki zwrot) i znów Michał. I przyszło mi do głowy, że z tego czegoś do sześcianu można zrobić właśnie taką Michałową wypowiedź, której potem nie trzeba byłoby wieńczyć dopiskiem, kto ją wyraził. Na razie bez tych dopisków pogubiłabym się bardzo szybko.
Nie przekonał mnie również dialog o kolczyku. Naprawdę nietrudno jest odróżnić nos od podbródka. Sebastian zapamiętał ubiór, gestykulację, posturę, farbowane włosy Jarka, więc mocno połyskujący (jak zaznaczył) kolczyk w nosie raczej by zapamiętał. Nie wiem, skąd wzięło mu się to przeinaczenie.
Nastawiłam się na całość mega pozytywnie, ale coś się stało, bo im bliżej byłam końca, tym bardziej mi się ziewało. Cholernie długie to to – jak na priamel. I trochę mnie znudziło, bo chociaż od początku pisałam o tekście stricte dla literatów, to teraz uważam, że to muszą być naprawdę pasjonaci wśród pasjonatów. Osobiście gdzieś od momentu wyciągnięcia butelki wina nie potrafiłam się odnaleźć. Pojawiło się dużo pojęć, które wyjaśniają bohaterowie, ale nie czuję się nauczona, a lekko zmęczona. Tekst stał się niebywale trudny przez te wstawki. Wydaje mi się, że to wina długości samej notki. Jako że jest to początek, to powinien wprowadzać i spełnia tę rolę, ale ciągnie się też niemiłosiernie, a z każdą kolejną linijką – coraz bardziej nastawia na specjalistyczne zagadnienia. Może i wstyd przyznać, ale niektórych dzieł nawet nie kojarzę, więc nawiązania do nich nie działają na mnie aż tak; tym bardziej widać, że młodzi mogą gadać o tym i gadać, i chyba nigdy nie wyczerpią tematu…
A przy pytaniu o narrację – znów wydaje mi się, że Ola na siłę mówi o zamiłowaniach do dialogów, bo przecież w tak hermetycznym gronie ci ludzie powinni to wiedzieć. Ciekawiej się natomiast zrobiło przy pytaniu o doktorat, a potem przy powrocie do układania. I dalej już coraz luźniej, znów – coraz przyjemniej.
Nie wierzę we wstawienie się Julka. Towarzystwo miało jedną butelkę wina i wcale nie wyobraziłam sobie litrowej baryłki jakiejś dwudziestoprocentowej pryty. Przy okazji rozdzielili tę butelkę na kilka osób pijących, a tempo fabularne (kiedy trzeba było przejść przez tę bardziej męczącą część chociażby o nouveau roman) dość się rozwlekło. Tym bardziej wątpię, że biedny Julek narąbał się, by poniosło go aż tak.

— Połóż się i prześpij, my trochę poukładamy i potem cię obudzimy zadecydował  Sieniecki. – Podwójna spacja.

— Ola. — Jego głos wyrwał ją nagle z rozważań, czy stawianie Salustiusza obok Cycerona nie jest pewnym faux pas, biorąc pod uwagę stosunek tego pierwszego do drugiego. – Hej! Przecież bohaterka przez sześć ostatnich akapitów rozmyślała mową pozornie zależną o sprawach uczuciowych Olka, a nie o książkach.

No i ostatecznie rozumiem zamiłowanie Oli do wszelakich tomiszczy. Nie, nie zamiłowanie. Ukochanie tak silne, że gdyby ktoś zniszczyłby chociażby najcieńszą nowelkę, to byłaby w stanie zabić w afekcie. Przesadzam? Być może, ale zmierzam do tego, że nie wyobrażam sobie mieszkania, w którym kilku mężczyzn przez pół doby wypakowuje z kartonów i układa na półkach książki. Setki książek, na które wciąż brakuje miejsca… Pada idea, by zapółkować okna. To śmierdzi absurdem do tego stopnia, że sama ta sytuacja jest już na granicy dobrego smaku i zaraz wpadnie w otchłań parodii. No a chłopaki? W dużej mierze się przedrzeźniają, dokuczają sobie. Ja wiem, że to wszystko bazuje na prześmiewczych i niedotkliwych zaczepkach, które udowadniają tylko, że bohaterowie dobrze się znają, ale z drugiej strony – czy w gronie przyjaciół głównie chodzi o to, by sobie dopieprzać?

— W każdym razie — podjął Olek — wysłałem ją, żeby zapłaciła, zatankowałem, wszedłem do sklepu, żeby jeszcze wziąć coś do jedzenia, staję niedaleko kasy i słyszę piękną wymianę zdań między Olką, na którą właśnie przyszła kolei, a kasjerem. Olka mówi, że chce zapłacić za benzynę, kasjer pyta, za które stanowisko. Olka oczywiście nie wie, bo to poniżej jej godności, patrzeć na numer stanowiska, więc macha ręką w kierunku okna i mówi: „To ten srebrny ford”. Kasjer patrzy na samochód, na Olkę, na samochód, na Olkę, znów na samochód i znów na Olkę, po czym mówi: „Proszę pani, ale to diesel”, na co Olka, takim pełnym uprzejmego zdziwienia tonem: „Nie, to combi”.

No i jak tu się gniewać, jeśli – koniec końców – uwielbiam twoich bohaterów i ich historie. Mimo wszystko zdziwiła mnie ignorancja Oli. Co ona, to swoje prawo jazdy na targu kupiła? Byłam święcie przekonana, że jeśli ktoś ma ten kawałek plastiku, to odróżnia typy nadwozi i paliw.

Są samochody na pchanie przez pasażera, jak nie przymierzając pewien fioletowy kaszlak. – Coś mi w tym zdaniu nie gra. Osobiście zrobiłabym z podkreślonego fragmentu wtrącenie; myślniki nadałyby lepszy wydźwięk, wskazując miejsca na pauzy.  
Zaczęłam odczuwać mocne emocje w stosunku do Olka. I Oli. Cholernie polubiłam całą ekipę i równie mocno chciałabym poznać ich dalsze losy. Jednak po tak długim Primelu nie jestem w stanie w ogóle odpalić kolejnej notki tego samego dnia, gdyż chwilami tekst był naprawdę wymagający i męczący. Czuję się – jak Ola – odrobinę znużona i życzliwie uśmiechnęłam się do monitora, gdy przeczytałam ostatnie zdanie posta.



01. BO TO TWÓJ DOBRY KUMPEL
Zaraz po przyniesieniu do stolika zamówień wyjąłeś słomkę i zdjąłeś pokrywkę napoju. – Bohaterzy są w McDonaldzie, a z moich doświadczeń wynika, że w owym przybytku nigdy napoje nie są podawane z włożoną słomką (chociaż skoro obmacują nam burgery, to nie ma to wybitnego znaczenia).

WF był ostatni, nudny, a na dworze od rana było tak cholernie ciepło i fajnie, porządna majowa pogoda, to naprawdę chore, żeby pod sam koniec trzeciej klasy, gdy człowiek już wysiedzieć w ławce nie może, była taka pogoda; najchętniej zwiałbyś ze wszystkich lekcji, zgodziłeś się więc na urwanie się chociaż z tej jednej. – Powiedz mi szczerze: nie męczy Cię czytanie tego zdania? Na pewno przed to przydałaby się kropka, przed najchętniej również. Zdanie jest tak długie, że sama się w nim pogubiłaś, co widać po powtórzeniach. Nie wiem, czy zależy Ci na pisaniu realistycznie, może chcesz ubrać w słowa wszystkie myśli towarzyszące bohaterce, ale tego nie czyta się dobrze, przykro mi.

Michał, jak oświadczył, patrząc w okno, koło którego staliście, chciał pogadać. – Uważam, że to zdanie można było rozbić lub sformułować tak, by przecinek nie pojawiał się co dwa słowa. Dla mnie ten znak oznacza pauzę oddechową, przeczytanie tego fragmentu na głos jest wręcz karkołomne.

(...) a na kolację opycha się dziewicami z sąsiedztwa, które właśnie mu się skończyły, więc musi się zorientować w zawartości twojego sąsiedztwa. – Skoro już się nie opycha, bo ich nie ma, to opychał.

Niemiłosiernie męczy mnie sposób, w jaki piszesz dialogi. Powszechnie przyjęło się, że po kwestii bohatera wpisuje się po myślniku informacje dotyczące jego wypowiedzi, a resztę należy zacząć od nowego akapitu. U Ciebie wszystko jest pomieszane. Najpierw piszesz kto, co i w jaki sposób powiedział, potem pięćset różnych informacji, dalej znowu bohater mówi jakby nigdy nic. Rozumiem, że człowiek myśli o wielu rzeczach jednocześnie, ale w tekście należałoby to jakoś uporządkować, by wszystko było zjadliwe i czytelne, bo piszesz poprawnie, a mimo to fabułę trawi się ciężko.

Tylko że to tak naprawdę nie jest istotne. — Patrzy przed siebie, nie wiesz, czy na gołębie, czy na nadjeżdżający od Rodła tramwaj. – Na przykład tutaj. Przydałby się enter przed patrzy, nie uważasz?

(...) gdy przesuwa językiem po trochę wąskich wargach. Nie mogę wyobrazić sobie trochę wąskich warg. Trochę tak a trochę nie? Zwężają się od prawej do lewej czy na odwrót?

(...) oparł się prawym łokciem o boczną poręcz ławki (...) – [Poręcz].

Bardzo duży plus za tekst o kocie. Nie sądziłam, że można w ten sposób zinterpretować stwierdzenie śpij z kim chcesz. Uwielbiam takie małe rzeczy, które budują klimat i cieszę się, że w ogromie tekstu na Twoim blogu, gdzie przeważają sformułowania przyszedł, zrobił, wyszedł itd., znaleźć można takie perełki. Przecinek przed z.

Ty patrzysz na niego, rozpierasz się wygodnie na ławce i patrzysz na ten jego rudy łeb (...).

Zastanawiasz się przez dość długą chwilę nad tym, czy będziesz umiał sobie z tym poradzić. – Pierwsze „nad tym” zbędne, bo masz drugie. Zdarzają Ci się co jakiś czas takie sformułowania.

Co do niektórych, wiesz, że będzie źle; co do innych, podejrzewasz, że może nie najgorzej; co do jeszcze innych, zwyczajnie nie masz pojęcia. – Lepiej by się czytało, gdybyś zamiast przecinków użyła myślników. Widoczne byłyby dłuższa pauza oddechowa i rozróżnienie typów reakcji.

Bardzo podoba mi się stwierdzenie o byciu wyczerpanym dorosłością. Kryje się w tym zdaniu wiele uczuć, które odkrywa w sobie człowiek dopiero po przekroczeniu pewnej granicy, gdzie kończy się dzieciństwo. Do czasów młodości nie da się już wrócić i trzeba przywyknąć do odpowiedzialności, jaką niesie za sobą bycie dojrzałym. Cały ten post porusza właśnie temat wydarzenia, przez które bohater musi zmierzyć się z dorosłymi problemami i zacząć podejmować rozsądne decyzje. Rzadko spotykam się z opowiadaniami, które tak dobitnie pokazują życiowe rozterki.

— Mięczak — mówisz Michałowi, który właśnie położył się na trawie i w odpowiedzi unosi tylko zaciśniętą pięść z wystawionym środkowym palcem. – Wydaje mi się, że wiem, co miałaś na myśli, ale taki natłok różnych czasów w jednym zdaniu wygląda karykaturalnie.

Jeździłeś tu kiedyś, gdy twój kuzyn tu mieszkał (...).

Spoglądasz w kierunku jeziora, bo to chyba Dąbskie, nie pamiętasz. — Brak związku przyczynowo-skutkowego, żeby użyć bo. Jakby nie było Dąbskie, to już nie ma prawa być jeziorem?

Woda nie jest jeszcze zbyt ciepła i nieco odżywasz. Potem chyba przysypiasz, bo gdy się budzisz (...) – Piszesz, że bohater odżywa, by sekundę później poinformować nas, że jednak nie, bo momentalnie poszedł spać. Do tego jak można chyba przysnąć? Obudził się już nie chyba, więc to raczej oczywiste, nie tylko prawdopodobne, że spał.

Kot spogląda na ciebie tak jak zawsze, jakby nie mógł się zdecydować, czy cię wyniośle olać, czy brutalnie ofuknąć.
— Lubię na to patrzeć, jak się budzę — wyjaśnia.
– Że na kota? Bo chyba miałaś na myśli ścianę, tylko zgubiłaś podmiot.

Michał wyciąga nogi przed siebie, poprawiając podwiniętą nogawkę luźnych szarych spodni (...) – Przecinek przed szarych.

Impreza obejmie trzyosobowe urodziny: Michała, twoje i Mateusza, bo Michał miał pod koniec maja, ty miałeś pod koniec czerwca, a Mateusz ma na początku sierpnia, więc jak zrobicie za dwa tygodnie, w połowie lipca, to będzie sprawiedliwie. – Czyli półtora miesiąca po urodzinach Michała, pół po urodzinach Pawła i pół przed Mateusza. Gdzie tu sprawiedliwość? Wiem, że tego czasu nie da się podzielić po równo, jednak to nie sprawia, że to wtrącenie nabierze sensu.

— Ja cię podziwiam — mówi Michał, gdy po krótkim wyskoczeniu do kuchni wraca z dwiema szklankami z zimnym sokiem i z miską ciastek. – Lepiej: z dwiema szklankami zimnego soku i z miską ciastek.

Na szczęście rodzice nocują u dziadków, więc smarkacz przestanie zajeżdżać piwem, zanim wrócą. – Made my day <3 Razem z:
Radkowi co prawda zapowiedziałeś, że jak wyskoczy z czymś głupim pod adresem Michała czy jego faceta, to mu wszystkie ukochane gry komputerowe przerobisz na trumnę, ale na Mateusza czy innych wielkiego wpływu nie masz.

Bardzo podobał mi się monolog Michała o studiach. Widać w nim podekscytowanie chłopaka, jego zaangażowanie, graniczące wręcz z obsesją, wszystkie uczucia, które mogą towarzyszyć człowiekowi, który odkrył swój cel w życiu. Pisałaś wcześniej, iż Michał podjął decyzję o robieniu tylko tego, co kocha i teraz, gdy mu się to udało, czytelnik cieszy się razem z nim.

Michał odstawia szklankę i patrz na ciebie uważnie.Patrzy.

Brakuje mi nieco dokładniejszego opisu rozstania Pawła i Moniki. Zdążyłam zauważyć, że rozpisujesz się nawet o rzeczach nieistotnych, gdy widzisz w tym jakiś sens, a tu z grubej rury informujesz, że związek skończył się w październiku. Napomknęłaś jedynie, że chłopak miał problem ze zbyt małym zainteresowaniem ze strony partnerki, ale liczyłam na jakąś pełną emocji i akcji scenę. Muszę przyznać, że nieco się zawiodłam.

Michał jest chyba jedyną osobą, której potrafiłeś przekazać kluczyki wynajętego na swoje nazwisko i w razie problemów obciążającego kosztami tylko ciebie mikrobusu. – Zwykle jest u Ciebie dużo przecinków, jednak tutaj brakuje mi znaków przestankowych, bo ciężko przyswoić zdanie za pierwszym razem. Polecam zmienić nieco konstrukcję.

— Bardzo — odpowiada, przerzucając biegi. – Biorąc pod uwagę ich środek transportu (mikrobus) i fakt bytności na niemieckiej autostradzie już jakiś czas (również nigdzie nie zjeżdżają), to po co ta wzmianka o biegach? Monika przecież redukować raczej nie musiała, bo taki busik jest  przeważnie jednostką wyprzedzaną, nie wyprzedzającą.

Magda przez szybę pstryka zdjęcia. Michał opuszcza szybę po swojej stronie i mruczy, że jest pięknie.

Monika przymierza naturalnej wielkości holenderskie chodaki, drewniane i pięknie malowane (...) – Widziałaś kiedyś chodaki nienaturalnej wielkości?

(...) znów macha ci ręką i znika na odnóżu placu Żołnierza Polskiego (...)W odnóżu.

Notka porusza powszechnie wszystkim znane problemy trzeciego świata. Ponad czterdzieści stron pisaniny o detalach, uczuciach i… pierdołach. Muszę Ci przyznać, że bardzo dobrze opisujesz reakcje poszczególnych bohaterów, wszystko wygląda realistycznie, nawet scena w fast foodzie. Nie zmienia to jednak faktu, że taka ilość tekstu na temat problemów z orientacją seksualną przyjaciela to trochę za dużo. Czytało mi się ciężko, na wiele rat. Pomysł był dobry, wykonanie bardzo dokładne i szczegółowe, ale nie znalazłam tu tego czegoś, co by mnie trzymało przy Twoim tekście. Szkoda, bo widać, że masz talent do pisania, w całym poście czuć lekkość, z jaką przychodzi Ci tworzenie kolejnych wydarzeń, ale brakuje konkretów.

Zakończenie uważam za średnio udane, chociaż życiowe. Znajomość zatarła się, Michał osiągnął, co chciał, Paweł też, Monika również. I wszyscy żyli długo i szczęśliwe. Strasznie to mdłe. 


02. OD STRONY PIERWSZEJ DO OSTATNIEJ
Rozdział 1: Strony pierwsze
Pisarstwo wymusza wydobycie siebie w tekście (...) – Wydobywać można coś lub z czegoś, nie w czymś.

(...) że zaledwie przed chwilą miał myśli wypełnione jakimś słowem, jakiś spojrzeniem, jakimś dotknięciem. – Jakimś.

Określenie „onanizm” miało w sobie coś obłego i oślizgłego, było niczym trzy samogłoski potykające się o spółgłoski nosowe, z jednym „z” pod koniec, wyglądającym jak stojące na sztorc „n”.  – Bardzo podoba mi się to zdanie. Stworzone z pomysłem, widać w nim Twoją płynność w posługiwaniu się językiem polskim.

Radził sobie wręcz świetnie — jego język był jak jego praca: efektem odcięcia, samotności i unikania zaangażowania; (...) – Nieco mi się to gryzie. Odpowiedź na pytanie jaki nasuwa się sama, skoro używasz był jak, a stwierdzenie efektem odcięcia (...) nijak nie pasuje mi jako kontynuacja myśli. Może spróbuj inaczej to zapisać? Jego język był, jak jego praca, efektem odcięcia...

Ale prawdziwe rozbicie, prawdziwe zniszczenie spokoju, prawdziwe wzburzenie i zburzenie całego porządku nastąpiło w przeciągu ostatnich dwóch minionych dni — tak (sugestywnie) szybko — i (namiętnie) nagle — i (męsko) mocno. – Jak to jest sugestywnie szybko? Reszty epitetów też nie rozumiem. Mam wrażenie, że nie pojęłam całego przesłania tego zdania.

(...) obserwował w milczeniu pozostałych, wylegujących się równie leniwie w swoich „zapadankach”, jak je określiła chyba Olga, „zapadankach” ustawionych dookoła niedużego, prostokątnego, drewnianego stołu (...)

Olek, którego przez pół dnia męczył jeden z referatów, snuł właśnie dalej rozpoczętą jeszcze przy obiedzie refleksję na temat imitatio. – Skoro używasz specjalistycznych słów, to lepiej by wyglądało, gdybyś wyjaśniła ich znaczenia.

Tapeta została pomalowana na ciemnoniebiesko (...) – Maluje się ściany, tapetę można nakleić.

Na dalszą metę, jak później stwierdził (...) – Na dłuższą metę.

Co go obchodzi, dlaczego to jest, skoro jest, no to trudno. – Skoro piszesz pytanie, to na końcu powinien stać znać zapytania. Lepiej by wyglądało, gdybyś umieściła go przed skoro, dzieląc całość na dwa zdania.

Wystarczało, tak samo jak szafa i komoda, w których zmieściły się wszystkie ubrania, jak jedna para kapci, i tak nieużywana, jak jedna szczoteczka do zębów w łazience. – Chodziło Ci chyba o to, że kapcie są nieużywane, a w pierwszym momencie można zrozumieć, że bohater ma awersję do biednej szczoteczki. Zamiast przecinkami, oddzieliłabym to wtrącenie myślnikami i… już. Po sprawie.

Wiktor zdawał sobie sprawę z faktu, że był wzrokowcem, i to bardzo silnym wzrokowcem: jeżeli nie widział, nie czuł w pełni, nie słyszał w pełni, nie rozumiał w pełni. – Zastąpiłabym przecinek po widział myślnikiem. Chyba nie bardzo lubisz te myślniki. Zrobiły Ci coś kiedyś?

(...) ale wtedy musiałby zadzwonić jeszcze raz lub ona by zadzwoniła, choć na mocy niepisanej umowy od dawna ograniczali się do telefonów od niego, nie od niej lub ojca. – Strasznie pomieszane podmioty.

A potem szybkie, bardzo ciche małżeństwo i wylądowali w mieszkaniu, które wychodził dziadek (...) – Ale że jak wychodził? Zużył jak kapcie?

(...) bo gdyby nie był żonaty, uwiązany żoną i dzieciakiem, to on by dokazał tylu rzeczy…Dokonał.

W pewnym momencie trochę się pogubiłam. Mam niekrótki fragment o tym, jak Wiktor traci Panią Lusię, a chwilę później ta znowu przytula go do piersi i pociesza. Zagubiła Ci się nieco chronologia.

(...) a pieprzyk po lewej stronie górnej wargi nadawał nietypowy urok. – A istnieje jakiś typowy urok?

(...) więc małe wylądowało żłobku (...)W żłobku.

Pomysł oddania mu swoich zabawek z dzieciństwa, pomysł podsunięty przez matkę, a raczej uważany przez nią za oczywisty, przecież podzielisz się z młodszym braciszkiem, prawda?, Wiktorowi się nie spodobał. – Zaznaczony fragment lepiej byłoby wskazać kursywą lub cudzysłowem.

Myślał wtedy, że matka nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią, ale on tak; dopiero później naszła go refleksja, że jeżeli radził, to dzięki obecności Magdy. – Radzić można komuś, tu by bardziej pasowało radził sobie.

Zauroczył mnie w tym poście wątek Magdy i Wojtka. Związek z dziewczyną jest opisany idealnie, tak właśnie wyglądałaby przykładowa relacja geja, który nie jest jeszcze świadom swojej orientacji, ale stara się dostosować do panujących zasad, pogodzić z rzeczywistością. Nie wie jeszcze, czym jest prawdziwa miłość, jedynie wydaje mu się, że ją znalazł. Bardzo dobrze udało Ci się nakreślić wszystkie towarzyszące mu uczucia, jak również koniec przyjaźni.
Sytuacja z Wojtkiem to zupełne przeciwieństwo chwil z Magdą, które Wiktor odbiera jako spokojne i szczęśliwe. Śmierć kogoś tak bliskiego zostawiła na psychice chłopaka potężny ślad. Potrafiłaś wywlec wszystkie żale, które dręczyły go nawet kilka lat później – brak chęci kontaktu z bratem, odrzucenie, wręcz nienawiść, gdy ten jeszcze żył. Nie wiem, czy tak dokładnie wyglądają rozterki osoby postawionej w takiej sytuacji, gdyż sama czegoś podobnego nigdy nie odczułam, ale opis brzmi bardzo realistycznie.

Rozdział 2:
Ostatni punkt wynagradzał sobie w księgarniach, w sklepach muzycznych i w szperaniu w Internecie, który rodzice założyli po jego naleganiach i który sam opłacał. – Nie da się założyć Internetu. On jest, już istnieje. Można go podpiąć czy podciągnąć lub zacząć mieć do niego dostęp, wykupić abonament.

Po kilkukrotnym zaciągnięciu się uznał, że ten Anaksagoras z Anaksymenesem nie są jednak takim kretyństwem, jak mu się przed chwilą wydawało. A nie, Anaksymander, nie Anaksagoras. Też ładnie. – Uwielbiam Cię za ten fragment.

Przez krótką chwilę poczuł tak mocne przerażenie, że zrobiło mu się niedobrze — a potem była już tylko niechęć, do siebie, że potrzebował tamtego wieczornego, do Anity, że nie była w stanie tego w nim zdusić, i do wszystkiego dookoła, po prostu za to, że było nie tak. – Czego potrzebował?

Udało się uciec przed zagrożeniem, jakie niosły tamte słowa, tamta sytuacja — przed koniecznością stawania twarzą w twarz z niechcianymi faktami, które wcale nie były faktami, jeśli się na nie nie zgadzało. – Duży plus za ten krótki fragment. Udaje Ci się bezbłędnie opisywać uczucia, które często trudno wypowiedzieć i skonstruować, a jednak są częścią naszego codziennego życia. Tak samo jak następne: — To chyba taka radziecka zasada, nie? — Krzysiek wytknął mu to wyjątkowo  perfidnie, jakby przewidując i złośliwie antycypując linię obrony. — Że dopóki się nie powie, że jest problem, to problem nie istnieje.

(...) po krótkim spacerze Wiktor   z ławek znajdujących się za lewym pawilonem przy tarasie widokowym. – Zabrakło na i aż trzy spacje się namnożyły.

Odra była, jak Szczecin — chimeryczna. – Zbędny przecinek.

Dzień przed wyjazdem odbył z Anitą pożegnalną wędrówkę po Gdańsku; czuł dziwny ucisk w żołądku na myśl, że już jutro go tu nie będzie i już więcej w ogóle go tu nie będzie, ucisk jednocześnie przykry i podniecający (...) – Trochę ciężko jest mówić coś takiego, gdy jest się dwudziestoparolatkiem.

(...) nie cierpiał wind, a do tej w swoim bloku nie wsiadłby już nigdy (...) i chwilę później: Do tego cholerstwa stającego między piętrami nigdy więcej nie wsiadł. Zdecyduj się na jedną formę – przypuszczaj lub stwierdzaj, bo nieco się gryzą te dwa fragmenty w jednym akapicie, gdy mówisz o konkretnej windzie.

Drugi raz napotykam się na niemalże identyczny fragment o Sylwestrze i Agnieszce. Powtarzasz się na temat drzwi, kolorów ścian i umeblowaniu mieszkania. Jeden raz w zupełności mi wystarczył, naprawdę.

(...) i uznał, że wreszcie doszedł do tego punktu, w którym z całą stanowczością może powiedzieć: tak, jest szczęśliwy. – Skoro używasz dwukropka, to jest to myśl/stwierdzenie Wiktora. Niestety podmiotem stwierdzenia sugerujesz, że mężczyzna mówi o kimś innym.

(...) dokończył wesoło u uniósł filiżankę z herbatą obiema dłońmi. – I.

(...) za tamtym barkiem męczących kontaktów. – Brakiem.

Kiedy sobie poszedł, Olek spytał mnie z taką biednie zagubioną miną: „Ola, ale on próbował wyrwać ciebie czy mnie?”, a gdy mu wyjaśniłam, że i ciebie, i mnie, to się oburzył. – Słowa skierowane są do Wiktora, więc znowu pomylony zaimek.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, gdy czytam całość utworu, to pomieszanych tytułów. Pierwszy rozdział to Strony pierwsze, jednak opisujesz w nim głównie teraźniejszość, podczas gdy w Stronach środkowych na pierwszym planie jest przeszłość. Rozumiem, że aktualne zdarzenia są ściśle powiązane z tym, co działo się wcześniej i nie chciałaś mi wszystkiego od razu wykładać na tacy, pozostawiając nutkę tajemnicy (to się chwali), jednak te tytuły nie pasują do treści poszczególnych postów.

Druga rzecz – nagminne zbaczanie z tematu. Potwornie mnie to męczyło przez całość lektury. Wiktor siedzi nad brzegiem Odry i myśli nad czymś usilnie, jednak co chwila pojawiają się kilkustronicowe retrospekcje, które mają mało wspólnego z głównym wątkiem i, choć ciekawe, wytrącają mnie z rytmu. Tych dodatków jest za dużo. Widać, że jesteś idealistką, chciałabyś mieć wszystko dopracowane, wyjaśnione i jasne jak słońce, jednak nagromadzenie niezwiązanych ze sobą wydarzeń jedno koło drugiego działa wprost przeciwnie.

Bardzo brakuje mi w opowiadaniu Olgi. Jest to osoba ważna zarówno dla Wiktora, jak i dla Olka i to dzięki niej mężczyźni w ogóle się poznali. Na chwilę obecną to chyba najważniejsza kobieta w życiu tłumacza i najczęściej się z nią widuje, a zepchnęłaś ją na sam margines opowiadania i więcej czasu poświęciłaś dawno minionym próbom budowania związku, przez co odczuwam duży niedosyt. I wciąż został Ci ostatni post do opublikowania, mam nadzieję, że wykorzystasz potencjał Oli.

Bardzo podoba mi się wykreowanie postaci Wiktora. Niby tylko tłumacz schowany przed światem, zamknięty przez większość czasu we własnym mieszkaniu, którego pochłania literatura i jego małe problemy. Całość jednak opisana jest bardzo realistycznie, zwykłe ludzkie rozterki urosły do problemów wagi państwowej (jednak w dobrym znaczeniu), pozwalasz mi się wczuć w Wiktora, którego mogę przez całość lektury poznawać z każdym akapitem na nowo. Brawo.

03. KIEDY ZAPOMINAM, ŻE WIDZĘ INNEGO
— No wiesz, właściwie liceum to jeszcze taki czas zupełnej bezkształtności, „bezsiebiewości”, człowiek z reguły nie tylko nie wie, co chciałby w życiu robić, ale nawet nie wie, jakie ma silne i mocne strony. Nienawidzę tego licealnego okresu – ta wypowiedź jest kontynuacją pierwszych słów tej notki, ale znajduje się w połowie długiego akapitu. Bezpieczniej byłoby przenieść ją do nowej linijki.

(...) krojącą pizzę, nalewającą komuś wódki, podającą chusteczki higieniczne, pożyczającą lusterko Goście, której rzęsa wpadła do oka – Gośce.

Przyzwyczaiłam się do dojrzałych relacji bohaterów z Priamela, więc Eulalia zabiła mi ćwieka. Kiedy nadchodzi moment rozmowy z Michałem przy bigosie, to praktycznie nie do zniesienia jest ta jej infantylność, prostota myśli. Stylistyka, składnia – wszystko to jest strasznie płytkie. W wypowiedziach zawarłaś chociażby całą masę powtórzeń:
No a te jego studia w ogóle bardzo ciekawie wyglądały. Ciekawe, kim Michał będzie w przyszłości, bo mówi tak ciekawie i przyjemnie, że można by go słuchać jak na wykładzie.

Lecz nie odbierz tego źle – to w żaden sposób nie wada – ludzie są różni. Zmierzam do tego, że kreowanie jednostek (niekoniecznie tylko zbitej masy humanistów) dobrze Ci wychodzi. Każdy bohater ma coś swojego, jest inny. Coraz bardziej charakterystyczny. Ten tekst nie jest tak hermetyczny jak Priamel. Pokazuje relacje na zupełnie innej stopie. Na przykładzie kogoś, kto wchodzi dopiero do pewnej ekipy, próbuje się w nią wkupić – każdy szuka przecież akceptacji. I mam w tym tekście Michała, który uczy się nie naklejać etykiet zbyt szybko, nie przypisywać za szybko pewnych cech, nie wyciągać za szybko wniosków o drugiej, świeżo poznanej osobie. Ten sam Michał zastanawia się nad tym, co on właściwie zrobił sobie i swojemu humanizmowi, i feminizmowi, o które tak walczy i które tak bardzo propaguje. Tak mocno, że czasem się zapomina. A nie chce już zapominać. Szczególnie uderza w to fragment:

I to, co ja robiłem z Lalą, to jak pojechanie do Indii i oglądanie, opisywanie, pozorne poznawanie indyjskiej kultury przez pryzmat „jedynej właściwej” kultury europejskiej. Staję przed Lalą, tą moją Inną, i staję przed nią z nastawieniem „ja, ten właściwy, ten nie-Inny, ten lepszy”, który ją ocenia, opisuje i pozornie poznaje wyłącznie przez pryzmat tego, co dla mnie znane, swojskie, akceptowalne. Staję przed Lalą ja, mający wielkie pretensje do bycia humanistą, postmodernistą, kulturoznawcą — staję przed nią jak najzwyklejszy kolonizator, który przybywa ze swoją, „lepszą”, kulturą do ludów „prymitywnych”.Rany boskie, co ja robię? Nie, już nawet nie Lali jako Lali i nie Lali jako człowiekowi, ale co ja robię temu mojemu humanizmowi, o który niby tak zawsze walczę, co ja robię tej mojej humanistyce, która mnie wbija w taką dumę, co ja robię samemu sobie jako temu, który ponoć chce dotrzeć jak najgłębiej, zrozumieć jak najlepiej, poznać możliwie od cudzej strony, wyzwolić się z ograniczeń własnej perspektywy i nie dać się zamknąć w żadnym monolicie?

Dużo moralistyki można wynieść z Twoich tekstów. Ale to nie jest takie perorowane moralizatorstwo przesiąknięte do szpiku natręctwem w prawieniu morałów. To zupełnie inna jego odmiana – subtelna, sympatyczna, bardzo ludzka. Uargumentowana najprostszym językiem na najprostszym życiowym przykładzie. Michał musiał się wydostać z pewnego szablonu, który nie wiadomo nawet gdzie i kiedy sobie stworzył – szablonu o Lali, ale też ogólnie, o innych. Jednocześnie cofnąć się do prostych prawd moralnych, które gdzieś mu po drodze humanisty umknęły, i rozwinąć się w temacie Innego. Lala też na przestrzeni tekstu przekształciła swoje myślenie, dużo „nowości” do siebie dopuszcza. To sprawia, że czytelnik zmienia o niej zdanie wraz z upływem tekstu. Rozwój bohaterów intryguje, więc notka automatycznie przyciąga i trzyma czytelnika do końca.
Wciąż jestem też pod wrażeniem tego, jak płynnie, lekko i poprawnie piszesz.

No a skoro jednak nie jest normalny, ze względu na to, że woli chłopaków, no to... to chyba coś jest nie tak z samym tym słowem „normalny”. – Usunęłabym pierwszy przecinek, gdyż Lala przez większą część nawiązuje do orientacji Michała. Ta przerwa oddzielająca od siebie normalność i „ze względu” odbiera lekkość tej myśli.

Nikt nie jest. Każdy dla pozostałych jest w jakimś stopniu tym Inny, czy to będzie orientacja, czy płeć, czy religia – tym Innym, ten Inny.


04. W CO SIĘ BAWIŁY MAŁE DZIEWCZYNKI?
Całość tekstu jest napisana na podstawie nagrania Agaty i jej koleżanek. Niezły mam ubaw, czytając te rozmowy. Stylizujesz tu język na młodzieżowy, ale przeplatany z dorosłym, co powoduje zakłopotanie, gdyż ciężko mi oszacować prawdopodobny wiek bohaterek (podczas dalszej lektury zauważyłam, że piszesz o zawartym związku małżeńskim, co musi oznaczać, że przynajmniej są pełnoletnie i wspominają tylko młodzieńcze lata). Kleisz zdania tak, że czytelnik może wyraźnie zauważyć naturalność rozmów i realizm wydarzeń.
Bohaterki rozmyślają o trudnych tematach, o których nie myślały, będąc dziećmi. Rozmawiają o książkach. Dorośli rzadko kiedy wracają pamięcią do lektur szkolnych – o tym, czy są polskie i z której epoki pochodzą, o płci głównego bohatera – ale w tym gronie widać, że nie jest to obcy temat. Czytelnik musi uruchomić swoją pamięć lub zapoznać się z niektórymi dziełami (na pewno wszystkie wymienione pozycje nie są znane wszystkim czytelnikom), aby zastanowić się choć przez chwilę nad wnioskami bohaterek.
Ciekawie opisujesz też powrót studiujących kobiet do ich młodzieńczych lat, kiedy opowiadają, w co się bawiły (co wskazuje sam tytuł opowiadania). Wchodzisz w głąb psychiki nie tylko bohaterek, ale każdego człowieka, zwłaszcza będącego jeszcze dzieckiem. Bardzo przyjemnie czytało mi się tę historię – jak z życia wziętą. Dzięki temu pojawiło się wiele przemyśleń w mojej głowie, a także poznałam kilka tytułów książek, które mnie zaintrygowały.

05. WŁÓCZYKIJ POLSKI
Rozdział 1: Czas Wielkiej Ucieczki
Pierwsze akapity to czyste wymienianie. Forma po dłuższym czasie może wydawać się pójściem na łatwiznę, ale ma też swoje zalety – sytuację nakreślasz konkretnie i plastycznie. Enumeracje, polisyndetony i powtórzenia. Twoja stylistyka jest niebanalna, często stosujesz elipsy (szczególnie w zdaniach z zastosowaniem pauzy), by ominąć to, co logiczne, i iść dalej z tekstem. Bo z Twoim tekstem się płynie. Nigdy nie byłam w Szczecinie i nazwy takie jak plac Grunwaldzki czy plac Sprzymierzonych niewiele mi powiedzą, ale wokół tych tajemniczych szyldów pojawia się dokładny opis – środków komunikacji, parków, blokowisk, ulic – no dosłownie wszystkiego, co wystarczająco poruszy wyobraźnię czytelnika i sprawi, że wczuję się w statystyczną szczeciniankę. Ale też nie odczułam w żaden sposób, abyś przesadziła z tym opisem.

Źle się kojarzyło —  z jednej strony z wydumanymi histeriami, z drugiej z głęboką chorobą psychiczną, którą należałoby leczyć, bo w końcu choroby umysłu zasługiwały na troskę, leczenie i uszanowanie równie mocno, jak choroby ciała, jeżeli nie mocniej. – Wiem, że troska, leczenie i uszanowanie to różne kwestie, ale mam wrażenie, że często zdarza Ci się takim poszukiwaniem określeń i wypełnieniem nimi zdań po brzegi już nie tylko ładnie obrazować, lecz też zwyczajnie przesadzać. Czytelnik zrozumie, co chcesz przekazać, i bez takiej troski nad dopieszczonymi i wymuskanymi zdaniami.
Uwielbiasz ciągnąć, przez co ładnie płynie się z tekstem, ale czasem mam też wrażenie, że lejesz wodę, zamiast nadawać konkretne tempo przemyśleniom:
Może był w tym pewien sens — skoro urodziny przypadały na maj, to miesiące je poprzedzające stanowiły podsumowanie tego, co zeszłe, oddzielenie tego, co odchodziło w przeszłość od tego, co miało pozostać, swoiste pożegnanie, po którym mogło nastąpić powitanie?
Pogrubiony wyraz poprzedziłabym jednak kropką. Ostatnie zdania takich ciągłych myśli zwykle są podsumowaniem i znacznie lepiej prezentują się jako osobne, wieńczące cały akapit kredo. Pewnie dużą rolę odgrywają tu gusta i guściki. Dla jednych Twój tekst będzie superultrastylistyczną poezją, a dla innych – nudą, bo ciągniesz. Na przykład w tym zdaniu:
Starał się więc wyjaśnić swoje marce, starał się mimo obaw, że Sebastian nie zrozumie, zbagatelizuje albo wyśmieje, a rysujące się coraz wyraźniej przyjaźń, porozumienie oraz zaufanie wezmą w łeb. – W tym zdaniu przed drugim „starał się” postawiłabym jednak średnik zamiast przecinka. Lub kropkę.
Czy istnieje przyjaźń bez zaufania i nici porozumienia? Wydaje mi się, że PRZYJAŹŃ to już jest to wszystko samym w sobie, pomijając oczywiście definicję współczesnej przyjaźni zza oceanu, skróconej do zlepku liter BBF, której młodzież nie bierze na poważnie. Bo raczej też nie o takiej płyciźnie piszesz.

Kolejne akapity to kolejne wyliczenia i powtórzenia – nieraz i całych fraz, a innym razem jedynie pojedynczych orzeczeń czy spójników. I znów końcówka: Powinien przed obecnym wyjazdem powiedzieć, jak bardzo to docenia. Powie, przy pożegnaniu powie.
Osobiście uważam, że: „Powie. Przy pożegnaniu powiezrobiłoby dużo lepszy efekt.

To była taka namiastka ucieczki, oderwania się, odcięcia, odseparowania. – Czytelnik już po oderwaniu się czy ucieczce zrozumie, o co chodzi. Reszta to wyrazy bliskoznaczne. Na dłuższą metę męczące, a przede mną jest jeszcze tyle tekstu.

Marzec był czasem podróży, wędrówki, ucieczki — koniecznej, niezbędnej, przymusowej, która musiała się odbyć bez względu na wszystko, bez względu na wszystkich. – No dobrze. Ale ta myśl przewinęła się już tyle razy w tym tekście, że jak jeszcze raz mi ją podasz, to uznam, że masz mnie za kretynkę.

Grunt, że teren zewnętrzny został przygotowany i można było się zabrać za teren wewnętrzny. – Przed tym zdaniem pojawia się opis tego, jak Michał poradził sobie z planowaniem wolnego na marzec. I po nim spodziewałam się już raczej przemyśleń wewnętrznych i przekroczenia progu. Właśnie z wnętrzem Michała skojarzyło mi się to zdanie. A tu przecież trzeba jeszcze ogarnąć mieszkanie, spakować się… No i okazało się, że chodziło o wnętrze jego domu. Coś mnie tu zmyliło.

Na rzucone przez małe „Dobry!” nie miał co odpowiadać — dziewczynki już dawno go zgubiły, zostawiły, zapomniały, zajęte swoim bliźniaczym pędem do szkoły. – Ależ jesteś wytrwała w tym sadzeniu bliskoznacznych. Jednocześnie podziwiam i wzdycham, bo czasem to się przydaje i buduje klimat. A czasem jest zbędne, bo te dziewczynki nie zagrały praktycznie żadnej roli, poza inspiracją do opowiadania, o którym napisałaś może z pół linijki. Minęły go to minęły. Na cha drążyć.

I Sebastian — dodał z komiczną męką w głosie — jakby ci znowu komputer nawalił czy coś, to ja cię proszę, nie miej tych swoich skrupułów (...) – przy zwrocie do Sebastiana postawiłabym przecinek.

— Myśl trochę, zanim coś zrobisz — pouczył jeszcze. Michał kątem oka zerknął na wiszący nad regałem owalny zegar. – Jako że zdanie o Michale nie należy już do części wypowiedzi Sebastiana, warto byłoby je przenieść do następnej linijki i zacząć wcięciem.

Na pewno siedzą jak trusia w sali i czekają, aż wielki i jaśnie oświecony pan doktor zechce im łaskawie objaśnić (...) – trusie.

Nie dawało się od uciec od oznaczeń (...).

Szukał jakiegoś pociągu regionalnego, ostatecznie TLK-a, tak by na trasie mieć małe stacje, z których łatwiej ruszyć w odludzie. – Usunęłabym „tak”. Samo TLK wystarczy.

(…) część uwalniająca od wiedzy, oznaczeń i konkretów, zaczynała się dopiero wtedy, gdy zaczynała się wędrówka pieszo. W końcu Michał machnął ręką i zaczął wybierać pociągi tradycyjnie (...) – o ile pierwsze powtórzenie można uznać za celowe, tak drugie już mi się gryzie.

Zresztą, żeby być szczerym — przecież podczas wędrówek i tak nie uwalniał się w zupełności od oznaczeń, tablic informacyjnych, pewnego osadzenia na mapie. Trudno, widocznie niemożliwe było stuprocentowe odcięcie się od tego wszystkiego. Nie w tym świecie. Nie, gdy się chciało kiedyś powrócić. – Troszkę nad wyraz, bo gdyby Michał nie chciał powrócić, to co? Nagle uwolniłby się od tablic informacyjnych i osadzenia na mapie? Zaraz, zaraz… Mam nadzieję, że odniesienie do śmierci jako drodze bez powrotu to tylko moja nadinterpretacja. Jeśli nie, to informuję, że ono zupełnie nie pasuje do klimatu.

Wyczerpałaś temat do końca. Opisałaś Szczecin, który się kocha i Szczecin, z którego się ucieka takim i takim pociągiem stojącym na takim i takim peronie z widokiem z okna na takich i takich ludzi. Opisałaś dosłownie wszystko, a czasami – mam wrażenie – nawet i nadmiar, ale to tylko przez za dużą liczbę bliskoznacznych. Gdzieniegdzie, bo w większości była to część cudownej stylistyki, która pozwoliła mi spędzić wraz z Michałem ten dzień. Było melancholijnie i spokojnie. Mam nadzieję, że następna notka odbije troszeczkę od tego klimatu i wraz ze zmianą miejsca pobytu – zmienią się styl i sama atmosfera tekstu. Nie liczę przy tym na wielkie suspensy, ale trzymam kciuki, by ucieczka Michała i wszystko to, co się w jej czasie wydarzyło, było warta klejenia kolejnych zdań. Zatęskniłam już za fabułą, bo tutaj poza opisami, które okazały się kwintesencją pomysłu, właśnie jej brakowało. Ale na plus, bo przecież to były tylko przygotowania do Czasu Wielkiej Ucieczki.

Rozdział 2: Na lądzie, w wodzie i w powietrzu
Forma zbliżona do tej z poprzedniego rozdziału. Zaczynasz podobnie – tak jak poznawaliśmy Szczecin, tak i teraz poznajemy miejsce, w którym znalazł się Michał. Osobiście żałuję, że nie podałaś nazwy stacji, na której wysiadł, choć można uznać, że to bardzo pasuje do bohatera.
Las. Ścieżki, drzewa, chmury na niebie – postać wszystko obserwuje, biegnąc przed siebie z muzyką w słuchawkach. Niewiele się zmieniło, bo podobne środki stosujesz i tym razem. Wymieniasz, powtarzasz, szczególny nacisk kładziesz na impuls jako nieodzowną część marcowej ucieczki, którym rozpoczynasz akapit aż trzykrotnie.
To zawsze był impuls. Naraz — gdy już odetchnął pełną piersią — zaczynał biec (...) – wychodzi na to, że impuls biegnie. Jako że to początek nowego akapitu, zabrakło podmiotu w drugim zdaniu.

Później następuje wewnętrzne wyciszenie: zupełne odepchnięcie od siebie jakiejkolwiek myśli, wręcz bolesne uspokojenie – w jakim sensie bolesne?

(...) cisza lasu, niepowtarzalna cisza pełna różnorodnej muzyki, brzmiała najwspanialej wówczas, gdy skupiało się jedynie na słuchaniu (...) – cisza pełna muzyki? To się wyklucza; nie piszesz poezji, nie sądzę więc, by takie metafory trafiały do czytelnika w tak przedobrzonym tekście. Usunęłabym też drugi przecinek.

Lubił też stawać przy pniu i wdychać jego specyficzny zapach (...) – po tylu linijkach tekstu o ciszy warto byłoby przypomnieć podmiot.

(...) rozgryziony pęd zabawnie wsuwał się między zęby. Inne źdźbła skręcał w dłoniach (...) – zapominasz o podmiocie. Dość często w tej notce, a wcześniej nie zwróciłam uwagi, byś miała z tym problem. Wiem, że domyślnie chodzi o Michała, ale takie sytuacje potrafią zabrzmieć dość zabawnie w czasie czytania tekstu na głos. Weź to pod uwagę.

Lubił spać na polanach, po uprzednim sprawdzeniu, czy nie kładzie koca na mrowisku, z unoszącym się dookoła zapachem drzew, z szumem gałęzi zmieszanym z muzyką z empetrójki, z trawami łaskoczącymi w twarz, ze smakiem rosy na ustach z samego rana, z widokiem na pobliskie pnie, sięgające ku rozjaśniającemu się niebu na powitanie nowego dnia. – Mam wrażenie, że kręcę się w kółko. O zapachu drzew było, szum gałęzi i dźwięki empetrójki – były, trawa łaskocząca w twarz – również zaliczona wcześniej. Jakbyś bała się przejść do konkretów, przesadnie rozczulając się nad tym, co dla czytelnika dość oczywiste i z czym już się zmierzył, co wywnioskował z poprzednich akapitów. Niańczysz ten las, Michała w nim i wymuskałaś scenę aż do przesady. Tak czuję.

Dopiero teraz dociera do mnie, że podzieliłaś sobie tekst na trzy części. Najpierw pisałaś o lesie ogólnie i Michale w nim, potem o wodzie – ogólnikowo – i zachowaniu bohatera, i właśnie mierzę się z częścią o powietrzu. Bardzo zmyślny manewr, aczkolwiek osobiście uważam, że przegadany strasznie. Często to, co można wywnioskować ze zdań, w których Michał nie występuje, pokrywa się z fragmentami o nim i mam wrażenie, że dłużej stoję w miejscu, niż idę w przód. W poprzedniej notce liczyłam na to, że w tej zadzieje się więcej, bo tamta była przygotowaniami do Wielkiej Ucieczki. Zapowiedzią czegoś szczególnego. A na razie minęła jedna trzecia tekstu, a ja jestem w lesie. Dziwię się, że w takim tempie zmieściłaś się w czterech notkach.
Aczkolwiek tytuł jest adekwatny mocno do tego, o czym czytam.

(...) po czym szedł dalej, odprężony i rozbawiony. – Usunęłabym ten przecinek. Mam wrażenie, że odbiera lekkość narracyjną. W ogóle lubisz gromadzić przecinki przed dopowiedzeniami, wymuszając w ten sposób na czytelniku pauzę oddechową. To spowalnia tempo. Mam wrażenie, że pełnię w tym tekście rolę jakiegoś ślimaka, który dorównuje Michałowi w czasie wędrówki. Nawet w części o wietrze i biegu rozmieniasz się na drobne. Sądzę, że akurat tam przydałoby się przyspieszyć. Wykorzystać zdania proste, by fragment nie był zbyt rozlazły. W końcu to wiatr! Ten, którego nic nie ogranicza, nie da się go powstrzymać!

Mnożysz czasowniki i nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Właściwie nie wiem, co o tym sądzić. Jest to część wystylizowania narracji, ale dość męcząca, jeśli nie towarzyszy jej nic innego. Zapewne bardzo dużo w tej kwestii zależy tak właściwie od gustu czytelnika – mnie akurat taka forma odpowiada, dopóki nie przekroczy się pewnej granicy dobrego smaku, jeśli nie ma się z tą formą do czynienia już któryś raz z kolei, a odległość między takimi elementami jest niewielka.

(...) i iść, iść dalej, iść wytrwale, iść zawzięcie, jakby na złość wszystkiemu, jakby pokazując, że i tak się postawi na swoim, jakby forsując tym własną wolę wbrew jakimkolwiek trudnościom (...) – zmęczenie tą formą objawia się u mnie tym, że mam ochotę pisać, iż przecież samo „iść wytrwale i zawzięcie” wystarczy, tłumaczy wszystko i niczego więcej nie trzeba dopowiadać.
Och! I jeszcze można się tym zarazić!

Był zatem jakiś dzień: ciepły, więc Michał mógł schować szalik do plecaka i zdjąć kurtkę, cichy, więc wyłączył na razie empetrójkę i wsłuchiwał się w dźwięki dookoła, jasny i spokojny, więc wędrował przed siebie opuszczoną przez cywilizację ścieżką — po lewej polana przechodząca w las, po prawej mały strumyk, dalej krzewy i drzewa, pod stopami piasek i kamyki, przed oczami dalsza droga, stapiająca się gdzieś na horyzoncie z gałęziami i skrawkami jasnoniebieskiego nieba.
Nie. To jest dla mnie zdecydowanie jedno z tych zdań do pocięcia. Niektóre przecinki wymuszają tutaj krótszą pauzę oddechową, inne dłuższą, np.: „ciepły [krótka] więc Michał mógł schować szalik do plecaka i zdjąć kurtkę [długa] cichy [krótka] więc wyłączył na razie empetrójkę” itd. Te przecinki są po prostu różne, a zapisane tak samo. Zdecydowanie lepiej brzmiałoby mi kombinowanie ze średnikami i myślnikami, ale przy tak długim zdaniu wyglądałoby to nieestetycznie. W takiej formie natomiast źle się czyta (jak tu uargumentować ten argument?). Mózg... hmm... naturalnie stara się patrzeć na nie jako na całość. Szuka tej kropki. Kiedy zdanie jest takie długie, to przykłada się mniejszą wagę do tego, co przekazuje, bo czytelnik stara się połapać w konstrukcji zdania (i doczekać kropki). Myli. Gubi. Nie wiem, jak to lepiej przekazać.

Był więc jakiś dzień; Michał szedł od dłuższego czasu, od dość dawna, już długo – czasami mam wrażenie, że czytam Lokomotywę. Męczę się, bo jest to upierdliwa forma. Przyjęłam, że mamy jakiś dzień, Michał idzie od dłuższego czasu. Jak gdzieś w tekście napotkam to raz jeszcze, to uznam, że posądzasz swoich czytelników o znikome umiejętności czytania ze zrozumieniem i właśnie dlatego popełniasz grafomanię. Zabawa słowem to jedno, ale trzebamieć jakieś poczucie smaku i estetyki. Znać umiar.

(...) lekki skurcz w żołądku przypominał o ochocie na zjedzenie czegoś. Niekiedy przesuwał językiem po suchych ustach (...) – nie ten podmiot.

Fragmenty tłumaczące dobór literatury, a potem tłumaczące jeszcze jej przekaz – czuć, że skupiłaś się na tych elementach, wdrażając się dość mocno, jednak dla mnie to tylko zapychacz:
(...) zachwycił się niepokojącą atmosferą „Opowiadań z Doliny Muminków” i melancholią wywołaną przez mijający czas w „Pamiętnikach Tatusia Muminka”; pokochał wreszcie pełnię rozczarowań i zaczynania od nowa w „Tatusiu Muminka i morzu” oraz beckettowski charakter „Doliny Muminków w listopadzie”. Co jakiś czas powracał — do całości, do poszczególnych tomów, do wybranych fragmentów; te ostatnie wbijały mu się w pamięć niczym drzazgi, drażniące, ale potrzebne, sprawiające niekiedy ból, kiedy indziej zaś przyjemność, może czasem trochę przewrotną, przemieszaną. – Chociażby ten fragment nic mi nie mówi, bo nie czytałam wspomnianych książek. Samo podanie tytułu nie zachęci mnie też do przeczytania, bo gdybym miała kierować się tą zasadą – zamiast oceniać, musiałabym przeczytać wszystkie teksty, które wymieniłaś w Priamelu, a to już zabawa na (minimum!) pół roku. Cieszę się, że masz rozległą wiedzę i dzielisz się nią, ale akurat ten sposób zdaje się na nic – według mnie – bo nie mam żadnego punktu odniesienia. Nie wiem, dlaczego atmosfera Opowiadań z Doliny Muminków jest niepokojąca i co w tym zachwycającego. Jednocześnie przy takich sążnistych fragmentach (ten tutaj to, sama wiesz, zaledwie ułamek) nadal mamy od groma tautologii i problemów więcej niż korzyści, bo jak niby mam wyobrazić sobie „przyjemność przewrotną”? Twoje opisy to parabola. Albo zbyt plastyczne (i przesadzone), albo wcale.

Samotna wędrówka, wywołująca ten niewypowiedziany zachwyt, że można wędrować (...) – pierwszy przecinek wygląda mi na zbędny. Wędrówka/można wędrować – to naprawdę brzmi płytko.

Dopiero przy fragmencie muzycznym poruszyłam się mocniej, bo twórczość tych wszystkich artystów znam, a ta znajomość dała mi konkretny wgląd na muzyczny gust Michała. Śmiało mogę określić bohatera mianem kogoś, kto słucha muzyki, a nie gatunku, więc na coś te wymienianie poszczególnych zespołów i wokalistów jednak się zdało. Gdyby jednak znalazł się czytelnik, który części artystów nie skojarzy, to dla niego ten długi akapit też będzie na swój sposób zapychaczem. Dużo lepiej sprawdziłaby się metoda, gdy Michał słuchałby w takiej i takiej chwili takiego i takiego artysty. Dla tych, którzy znaliby muzykę, byłby to ciekawy smaczek, a tym, którzy nie ogarnęliby muzycznego klimatu – pomógłby klimat sceny i opis (na przykład) dźwięków skrzypiec wkomponowanych w szum drzew. Natomiast sama cholernie sucha lista nic nie wnosi.

I nawet nieważne, jakie rozwiązanie, czego rozwiązanie i po co rozwiązanie. Jeszcze nieważne. Jeszcze — póki trwał marzec. A marzec jeszcze trwał. – Tak, trwał, bo przed nami jeszcze dwie notki o Wielkiej Ucieczce, a Michał wciąż wędruje. Te ostatnie zdanie jest dość irytujące w swojej logiczności. Widać, że wkładasz w tekst mnóstwo serca, ale przesadzasz i ocierasz się o grafomanię. Chcesz stworzyć coś wyjątkowego, lecz to jest jak pisanie o niczym. Jak taki Paulo Coelho level hard.

W gruncie rzeczy lubił deszcz w czasie wędrówki, więc szybko wrócił mu dobry humor; poczuł się nawet nieco zawiedziony, gdy przestało padać, ale dzięki temu przynajmniej mógł zdjąć z głowy kaptur, za którym nie przepadał. – Czyli pokomplikowałaś zwyczajne: „Mógł zdjąć kaptur, którego nie lubił, w czasie deszczu, który lubił” – to była pierwsza myśl, która wpadła mi do głowy po przeczytaniu tego zdania.

Fragment o żabie wyborny i szkoda, że takich scen jak kot napłakał w tej notce. Naprawdę… ileż można czytać o chodzeniu po lesie? Nie chcę, abyś mnie źle odebrała. To nie jest tak, że nie doceniam tekstu przepełnionego poetycką finezją, ale dla mnie to za dużo. Michał spaceruje lasem, unikając ludzi – omija ich, gdy pojawiają się w oddali. Opisy natury poprzeplatałaś z czynnościami codziennymi jak jedzenie kanapek czy kąpiel w jeziorze, ale generalnie, przepraszam, nudzę się. Poprzedni rozdział bardziej mnie złapał za serce może dzięki jakimś interakcjom. Działo się więcej i przedstawiłaś chronologicznie przygotowania do wędrówki. A tutaj nie ma konkretnych scen, lecz powycinane momenty jakichś dni poprzeplatane z powtarzającym się opisem przyrody. Nie przemawia do mnie ta forma. Po fragmencie z żabą, dopiero przy niezdecydowanym deszczu uśmiechnęłam się szerzej.
Końcówka na plus – ciepła, zapowiadająca ciąg dalszy, wprowadzająca spokój. Aż chciałoby się wraz z Michałem policzyć te gwiazdy w całkowitym milczeniu, a potem zasnąć.

Rozdział 3: Obrazki wiejskie, szkice miejskie
— Jestem — potwierdził. Mała uśmiechnęła się szeroko (...) – jako że zdanie o dziewczynce nie należy już do wypowiedzi Michała, sugeruję przenieść je i wszystko dalej, o niej, do nowego akapitu.

— Wódy nie czuć — mruknął właściciel pola.
— Weź go pan zbadaj — zaproponował znów kaszlący człowiek.
Na ostatnią kwestię parsknęłam śmiechem. Geniusz! Tak bardzo naturalnie to wyszło, że całą notkę łykam, nie mam nawet większych uwag – sama widzisz, że ominęłam początek. Ten rozdział podoba mi się bardzo, oj bardzo...

Właśnie tego brakowało mi w ostatniej notce. Scen. Konkretnych scen, w których coś konkretnego się dzieje. Bez wyeksponowanych, wymuskanych, pełnych epitetów zdań, które w kółko powtarzają jedno i to samo.

Teraz perspektywa dostania jakiejś kanapki wydała się spełnieniem marzeń. ˜– Czy Michał w ogóle jada coś innego niż kanapki? Były wspomniane w poprzednim rozdziale, już któryś raz pojawiły się też w tym. Trochę wątpliwe jest żywić się tylko kanapkami przez długi czas.
Och, dalej pojawiły się zapiekanki. No proszę. Mówię i mam – bardzo pozytywne zaskoczenie.

Po prostu chciał przez chwilę, właśnie w mieście, poczuć się — inny. – Ten myślnik wydaje mi się zbędny.

W części o mieście i rozmowach brakło mi samej rozmowy. Chociaż fragmentu. Wielokrotnie o nich wspominasz, opisujesz je, ale dowód w postaci faktycznej wymiany zdań również byłby mile widziany.

O jasna cholera, Weredecki. – Brzmi bardzo Michałowo. No lepiej się raczej nie dało tego ująć.

To były tylko takie szkice, robione pobieżnie, paroma kreskami (...) – dla lekkości narracyjnej odjęłabym te przecinki.

Zdecydowanie bardziej podobał mi się ten rozdział. Na równi z opuszczanym Szczecinem, ale na pewno przed tym, co na lądzie, w wodzie i w powietrzu – ujął z powodu konkretnych scen, konkretnych wydarzeń czy ich wspomnień okraszonych mniejszą ilością wyrazów bliskoznacznych, powtórzeń, epitetów.
Swoją drogą, w myśl, że gdy pojawia się karabin, to powinien on wystrzelić – Michał mógłby kiedyś odkopać ten wiersz o żelastwie.

Rozdział 4: Każdy kiedyś wraca do swojej Doliny
Nawiązania do Muminków w tej notce są ujmujące. Dużo bardziej i przyziemniej niż samo podanie masy tytułów, jak miało to miejsce we fragmencie o lesie.
Nie wiem, jak to się stało, ale w czasie czytania tego rozdziału niczego sobie nie zanotowałam. Żadnych uwag nawet nie miałam w głowie – poza samymi superlatywami.

Przez te cztery rozdziały zdążyłam pochodzić w butach Michała, polubić go i zżyć się z nim, dlatego poczułam żal, że to już koniec. Mam nadzieję, że bohater pojawi się w innych notkach.
Było poprawnie. Było naturalnie, było opisowo, było plastycznie, było zielono, było spokojnie (i nawet Werdecki nie zepsuł nastroju). Czasem zbyt flegmatycznie, zbyt długo i zbyt nużąco. Po rozdziale o lesie musiałam zregenerować siły i położyć się spać, kolejny tekst odpalić rano. Ciężko mi określić dlaczego, ale tamta notka była dla mnie czymś w rodzaju wysysacza energii.
Czytałam przedmowy i szczerze gratuluję Ci dokończenia tej historii, gdyż była to Twoja pierwsza wieloczęściowa przygoda, a z zamykaniem takich jest zawsze najtrudniej. W skali 1-6 dałabym 4+ za samego Włóczykija. Zobaczmy jednak, co będzie dalej.


06. CZWARTE UDERZENIE
W odniesieniu do sprawy technicznej, czasem stawiasz dwukropek przed wypowiedzią w cudzysłowie, a czasem nie:
(...) rzucał wyzywająco paru osobom w pobliżu: „Ej, stanę znowu na głowie, chcecie zobaczyć?”. (...)
Pierwsze łzy pojawiały się po poleceniu ojca „Ściągaj gacie”, gdy się zdejmowało spodnie i majtki, a jednocześnie powtarzało „Ale ja już nie będę!”.
Zdecyduj się.

Opieprzał, tak to chłopaki z podstawówki nazywali. „Stary cię opieprzył, nie?” [kropka] Więc opieprzał, powiedział, że nie życzy sobie, żeby mu przez kretyńskie zachowania syna jakieś dupki przychodziły i pouczały (...).

Pierwsza część o świecie do góry nogami, o klapsie i zbitym oknie wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Przede wszystkim stylizacja – dużo powtórzeń, powrotów do myśli, nieraz kilkukrotnie tak samo posklejane zdania, dublowane „bo” – mój znienawidzony spójnik w tak świetnej, dziecięcej odsłonie. Bo tutaj właśnie mowa jest o dzieciach, więc i stylizacja jest infantylna. Dzieci właśnie tak przeżywają swoje sprawy. O ile we Włóczykiju mogłam na tautologię ponarzekać, tak tutaj nie mam sumienia. Za bardzo mnie to ujęło.
Ta stylizacja zmienia się na przestrzeni całości. Coraz starszy Andrzej coraz większą frustrację wylewa w myślach na ojca. I jest to pokazane tak pierwszorzędnie, że ciężko w ogóle oderwać mi się od tekstu. Przekonujące, bo chociaż wiek chłopaków (szesnaście) jakoś mi nie podchodzi pod seks i głównie ta kwestia wprawia mnie w konsternację, to jednak środowisko, w którym obraca się bohater, wykreowałaś na mocno prawdopodobne i to ono bierze górę nad ewentualnymi elementami wzbudzającymi moją wątpliwość. Tak po prostu mogło być.
W przypadku Andrzeja jestem też pewna, że mając takie doświadczenia i relacje z ojcem, absolutnie nie dało się tego rozwiązać w inny, mniej agresywny sposób, który zasugerował ktoś w komentarzach. Czwarte przyłożenie musiało skończyć się właśnie tak, bo każda cierpliwość się kiedyś kończy. Podziwiam, że Andrzej jak na swój temperament i tak długo wytrzymał.
Moją zwyciężczynią i jednocześnie ulubioną postacią tego tekstu była mama Andrzeja. Każde jej słowo było pełne matczynej troski i brzmiało dokładnie tak, jak wyobrażałam je sobie usłyszeć w domu starego komucha. Kobieta na medal. Druga – wychowawczyni Andrzeja. Trochę mi o niej za mało, ale wydała się bardzo pozytywną i ciekawą postacią.

(...) a po trzecie, jak się ma trzynaście lat, to serio wracanie do domu o siódmej – w lecie! – to obciach. – Coś mi to serio skrzypi. Pasuje jak najbardziej, ale przeniosłabym to przed obciach.

Po piątym rzucił obejrzał się szybko za siebie.

(...) i dzięki temu, dzięki zachowywaniu zawsze wszystkiego dla siebie, [podwójna spacja] miał teraz możliwość swobodnego operowania faktami (...).

(...) skupiony na dwóch kwestiach: przeżywaniu satysfakcji z tego, co zrobił – oraz przygotowywaniu się psychicznie na spotkanie z ojcem. – Nie rozumiem zastosowania półpauzy.

Ojciec był ponury, wyraźnie wściekły i z trudem nad sobą panował, dało się to dostrzec po jego zaciśniętych szczękach. – Chyba jednej zaciśniętej szczęce?

Oberwał wprawdzie kilka razy, ale lekko, sam natomiast uderzał celnie i z całych sił; miał dobrze opanowane uniki, niezły hook i świetny backfist, nie mówiąc o kopnięciu frontalnym (...) – zwrot w języku polskim (sierpowy) na pewno ułatwi czytelnikom niezaznajomionymi z typowo bokserskimi terminami.

Dopiero przerażony krzyk mamy, która wpadła do pokoju, pewnie zaalarmowana ich krzykami (...) – to powtórzenie nie wygląda na celowe i źle brzmi.

Andrzej z trudem opanowywał uśmiech, triumfalny, złośliwy, pełen pogardy uśmiech. – To również.

07. PATCHWORK III: BETONOWY DEMON GENDER
Podoba mi się nieszablonowość tego tekstu. Odchodzi od innych głównie z tego powodu i to już samo w sobie czyni go nader interesującym. Tematycznie nadal wbija się w pewne Musivowe standardy – jest bardzo poprawnie, jest naturalnie, jest przyjemnie.
Cieszę się, że aby przedstawić problematykę różnych założeń dotyczących ideologii gender, wykorzystałaś formę komentarzy blogowych czy fragmentów publikowanych na tych blogach wpisów. Ta forma nie jest dla wszystkich; trafi do czytelnika, który wie, z czym się wiążą takie komentarze – brzmią naturalnie chociażby poprzez wykorzystanie skrótów, anglicyzmów i innych wyrażeń charakteryzujących rozmowy w sieci. Także tematycznie zawężasz jeszcze bardziej grono odbiorców. I mean, mojej mamie – na przykład – nie byłoby sensu pokazywać tego tekstu (a przynajmniej niektórych jego fragmentów, bo o opowiadaniach yaoi nie miałaby pojęcia, nie rozumiałaby też uniwersum Star Treka, ale wywód Agnieszki o solorandkach na pewno trafiłby w jej gusta). Dla każdego coś dobrego. Szczególną uwagę zwróciłam na definicje solorandki i babsztylizmu. Tak, Aga zdecydowanie powinna kiedyś rozwinąć te motywy, gdyż – jak rzeczy trzecie – to idealny materiał na kolejny wpis.
Dziwi mnie długość myśli na temat samodzielnego wykonywania pewnych czynności – Aga bardzo lubi się rozwodzić i drążyć temat, i ma rację, że (na nieszczęście) nawykiem powoli staje się pytać i dziwić, dlaczego ktoś w ogóle ma czelność iść sobie do kina sam. Sam ze sobą, w tylko swoim towarzystwie. I jeszcze jakim prawem ten ktoś czerpie z tego tyle przyjemności! Rozumiem jak najbardziej, że cechą cebulactwa jest zaglądanie do czyjegoś ogródka, ale mam też wrażenie, że rozwodzenie się nad złem tej cechy przez kilka akapitów zakrawa o tautologię – w pewnym momencie Rzeczy trzecich miałam podobne wrażenie. Jednak przeczucie to jest zapewne uwarunkowane tym, że „demona dżender” osobiście się nie boję, a wręcz przeciwnie – tańcuję w rytm jego melodii. Ostatecznie więc wychodzę z założenia, że innym ten fragment przyda się pewnie bardziej niż mi. Nie da się być obiektywnym, mierzy się zawsze swoją miarą. Nie mam zamiaru odbierać żadnych punkcików, po prostu chciałam zauważyć coś, co zwróciło moją uwagę. Aczkolwiek budowa myśli, ich prostota i ogólna tematyka mnie ujęły, czyli na plus.
Od kobiet, które weszły albo chcą wejść w ten [podwójna spacja]  akceptowany kulturalnie schemat, pouczenia słyszę znacznie częściej.
O! Jest i projekt tekstu na słuchowisko radiowe. No, no, no. Robi się coraz ciekawiej. Krótka historia Bridżet – geniusz. Chciałabym to usłyszeć, chciałabym móc czytać dalej, ale akurat powróciłam na chwilę do wywodu betonowej Agi. Do jej fragmentu nie mam niczego. Niczego, do czego mogłabym się przyczepić. A że pokochałam Agę i jej betonowe refleksje (nie raz też udowodniłam to przy Rzeczach trzecich) – myślę, że nie muszę już więcej wychwalać każdej pojedynczej myśli, aby ta ocena nie stała się przesadzona i przesycona.
Bridżet – nie było odcinku drugiego, ale jest i trzeci, i czwarty. Cosmologia, a potem kłopoty z mężczyznami – uśmiecham się pod nosem; chłonę całość. Dalej projekt farfocla o zdrowej relacji Spock-McCoy – takiej normalnej i pewnie niedocenionej przez wielu czytelników. Trochę niżej spotykam pozostawiony pod jakimś bliżej nieokreślonym fikiem pozytywny, obszerny komentarz. Dalej w tekście też przewijają się podobne komentarze. To co najmniej dwie lekcje dla innych bloggerów. Pierwsza – gdy coś się podoba, jest dobrze, to napisz o tym. Nie komentuj tylko wtedy, kiedy dostrzegasz jakiś brud. To draństwo. Druga – merytoryczne komentarze są świetne, a dzięki nim możesz nakierować też innych; i znów – nie tylko wypisując babole, ale i docenić to, czego autor nie spieprzył. To też jest forma lekcji dla innych.
Dziękuję, Ome. Tak zwyczajnie, bo wnioski (płynące za takim drobiazgiem jak ten fragment, ten komentarz) są łatwe do wyciągnięcia. Widoczne. Za to uwielbiam Twój styl, tak normalnie docierasz do czytelników.

Odcinek siódmy perypetii Bridżet jest fantastyczny. Naprawdę, co mogłabym jeszcze o nim napisać? To kolejna odsłona życia tej pomieszanej kobitki, której każdy czyn zaczyna się od paradoksu bądź na nim się kończy. I tym razem było tak samo, ale nie nudzę się, ten szablon nie zabija, bo każdy przykład i każda scena życiorysu Brygidy nasuwa inne wnioski. Czego chcieć więcej?

I znów betonowa Aga. Tym razem chciałam coś pomarudzić, że właściwie to Aga jest w tym tekście cholernie niesprawiedliwa, bo przecież znam multum facetów, którzy mogą mieć w sobie mnóstwo uroku (i myć się jednak trochę częściej, niż założono, a forma depilacji pach, którą porusza w punkcie dwunastym niejako się z tym pokrywa – jeśli wyobrazimy sobie męski tłum wracający z fabryk, przy temperaturze czterdziestu stopni w sierpniu, w komunikacji miejskiej, wykluczając przy tym miejsca siedzące, a żeby dobić – są to panowie w roboczych topach), jak i znam mnóstwo kobiet, które właściwie mają swój wygląd gdzieś i kompletnie zaprzeczają temu, co przeczytałam. Dalej – że mężczyźni też potrafią być konkretni, szybcy (a jacy upierdliwi!). Że nie boją się płakać i, zupełnie serio, znam takich, którzy nigdy nie postawiliby „babskiej błahostki” swojej kobiety nad swoją ważną, męską sprawę.


I miałam napisać o tym cholernie długi wywód, ale z dwóch powodów odpuściłam. Po pierwsze, dlatego że (mam wrażenie) Aga tylko liczyłaby na taki komentarz, gdyż znam ją już z kilku wpisów. O ile można ją nazwać kontrowersyjną, to na pewno nie można nazwać jej aż tak stronniczą, ten fragment więc wymusza na mnie przymrużenie oka i dopiero z takim podejściem świetnie czuję się w trakcie czytania. Po drugie, gdy dotarłam do punktu ósmego (o paringowaniu Kirka, Spocka i McCoya), to wyszłam z założenia, że Aga pisze o babach dla bab, co lubi w babach i podnosi baby na duchu. To żadne tłamszenie męskości. Agnieszka wyciąga głupotki, które mają kupę sensu, ale i bzdurki, które na oko kobiety mogą nie mieć żadnego… to nic, można się z nich pośmiać, spojrzeć w lustro i powiedzieć: Hej, ale zajebiście być kobietą! Tato mówił, że zawsze chciał mieć syna, a tu proszę! Jaka świetna babeczka mu się trafiła!. W tym tekście najzwyczajniej w świecie nie ma miejsca dla facetów. No i po trzecie: tytuł. Dlaczego lepiej byłoby być lesbijką? Mamy szesnaście powodów, ale mimo ich świadomości Aga sama pisze, że nią nie jest. To również o czymś świadczy, prawda? Więc chowam ból dupy do kieszeni i lecę dalej.

Kolejny wpis dotyczy znów fików ze Star Treka. Nie znam uniwersum, więc absolutnie pominę ten temat, nie jestem też żadną fanką yaoiców, więc tym bardziej chętnie odpuszczę. Napomknę tylko (raz jeszcze), że takie komentarze czytać na swoich blogach to wielka rozkosz, każdemu tego życzę i przechodzę do następnego wpisu.

Zauważyłyście, jak diabelnie wkurzający potrafi być niby to niewinny dotyk? Wyobraźcie sobie taką sytuację: siedzę w pokoju nauczycielskim, omawiam coś z rodzicem jednego z moich uczniów, gdzieś na drugim końcu pokoju siedzi jakiś starszy nauczyciel (…) i znienacka, bez słowa, poklepuje mnie po ramieniu, po czym wychodzi z pokoju. (…) Może facet nie chciał źle. Może to miał być jakiś sygnał wsparcia, wspólnoty nauczycielskiej (w stylu „trzymaj się, nie daj się rodzicowi”), może gest sympatii wobec młodszej koleżanki po fachu. Może. Może przesadzam. Ale to nie zmienia faktu, że odebrałam ten gest jako protekcjonalny – i seksistowski. Właśnie, seksistowski, bo ustawiający mnie w pozycji „mała dziewczynka, która się bawi w dorosłe sprawy facetów”. (...) I wkurza mnie świadomość, że jeśli jakoś bym wtedy, podczas rozmowy z rodzicem, wyraziła swoje niezadowolenie z tego klepania po ramieniu albo powiedziała o tym później, to zostałabym odebrana (...) jako czepialska, histeryczna i nie wiadomo co sobie wymyślająca baba.

Musiałam zacytować ten fragment, gdyż bardzo często spotykam się właśnie z podobnymi sytuacjami w swojej branży i zwrócił on moją uwagę. Tylko po to, by przeczytała go większa ilość osób – proszę bardzo. Jestem na tak. Pod całym wywodem o wkurzającym dotykaniu podpisuję się dwoma rękami. I znów – dziękuję, Ome. Po prostu dziękuję.

Mówiłam wcześniej o solorandkach. Mówię i mam – chciałam i jest. I jeszcze lepiej, bo sama z miejsca porównałam solorandkę z definicją rzeczy trzecich, a niżej właśnie to samo zrobiła Aga! Fantastycznie przeplatasz myśli, nie jest to tym razem ciąg (od punktu A do punktu B), to niechaotycznie zebrane fragmenty, poukładane w zmyślny sposób (na końcu odczuwam brak Brygidy, ale w zamian dostaję materiał o szczeciniankach) różnych projektów, wpisów, komentarzy, które w całości obrazują przeróżne, głównie kobiece problemy, o których na co dzień się nie myśli lub o których się zapomina; które nie wpadają do głowy, bo wydają się niby wszystkim wiadome, ale jednak wychodzi na to, że niekoniecznie. Super sprawa.
(Ujęło mnie również to, że fragmenty Agnieszki to nie żadna gęba-cholewa. Często zdarza się, że napomyka o czymś, a potem dostajemy obraz całości, aczkolwiek największe wrażenie zrobił na mnie fragment, w którym mówi, że jest wielozadaniowa i chwali sobie multitasking, a potem czytelnik dostaje na to dowód w postaci naprawdę szerokiego asortymentu jej projektów, często pokrywających się ze sobą terminowo).
Przyjemnym smaczkiem był również brak interpunkcji w adnotacji od Julka przy Refleksji. Zachodniopomorskiego Dwumiesięcznika Oświatowego. Zabawne, że komentarze pod wpisami blogowymi potrafią być poprawniejsze.
Bez najmniejszego zgrzytu; zaczyna brakować mi słów wyrażających radość wynikającą z czytania tak małych, pozlepianych w całość przyjemności.


08. TYLKO NA CHWILĘ
Rozdział 1: Złudzenia bez potwierdzenia

Remigiusz to jeden z głównych bohaterów i zarazem narrator opowiadania. Ma około czterdziestki, lecz jego sposób wyrażania miłości wydaje się być naprawdę młodzieńczy (nadal umiem wskoczyć w klimat mentalnego skretynienia z miłości). Nie da się ukryć jego negatywnego stosunku do siebie samego, a powodem tego jest przede wszystkim imię – co dla mnie jest lekką przesadą, by ono wprowadzało w kompleksy. Mimo to wierzę, że istnieją takie osoby.

Remek nie posiada stałego partnera, choć bywał w dłuższych związkach. Ciekawi mnie, dlaczego jednak te związki się rozpadły? Nie mam pojęcia, czy to wynikało z problemów partnerskich, czy raczej braku walki o „miłość do grobowej deski”? Reszta historii kręci się wokół jego miłości do Andrzeja – tu pozwolę sobie napomknąć, że spodobał mi się zabieg szczegółowego opisu mężczyzny, gdyż podkreśla on zauroczenie głównego bohatera.

(...) żłopaliśmy dzierżone w rękach piwo. – Wszyscy mieli jedno piwo?

Podszedłem szybko – myśląc nerwowo: „Remigiusz? Remek? Remigiusz? Remek? Zabrzmieć jak stary dziad czy jak podstarzały lowelas?” – i usłużnie podsunąłem mu wygrzebaną błyskawicznie z kurtki zapalniczkę. – To tylko jeden z fragmentów, który ukazuje bogaty rys psychologiczny postaci. W całej miniaturze nie pomijasz niczego oraz dajesz nam wiele informacji na ten temat.

Bez problemu wplatasz różne historie z życia bohaterów w aktualną sytuację, tak jak robi to każdy człowiek bez głębszego zastanowienia. Remigiusz ma wnikliwe przemyślenia, dzięki czemu czytelnik z łatwością może wczuć się w jego sytuację. Dokładnie widać proces myślenia człowieka np. podczas rozmów – na papierze dzieje się to w zwolnionym tempie, a realnie są to naprawdę szybkie procesy myślowe (i mało kto zwraca na to uwagę podczas przedstawiania historii).

Uniósł nieco brew, lewą – zauważyłem potem, że robił tak, gdy chciał okazać swoje uprzejmie pogardliwe zdziwienie, unosił tę brew lekko, na krótko, z wyraźnym przekazem „też coś”  – bohater wyróżnia się umiejętnością szybkiego rozpoznawania emocji czy intencji, dokładnie obserwuje Andrzeja. Jednak tutaj zdarzyła się mała sprzeczność: Mniej więcej wtedy właśnie zacząłem go naprawdę uważnie obserwować. Mimo że był tak małomówny i wyraźnie wolał zachowywać jak najwięcej na swój temat tylko dla siebie, zdołałem zauważyć sporo rzeczy. – A wcześniej tylko się przyglądał? I jeśli już tak wiele wywnioskował na jego temat, to teraz ma zamiar wywnioskować jeszcze więcej? Nie wiem, czy to jeszcze możliwe.

Wyciągnąłem papierosa, oddałem paczkę z krótkim „dzięki” i przypaliłem własną zapalniczką (...) i dwie linijki niżej: – Dzięki – powiedziałem po pierwszym zaciągnięciu się. – Raz chyba wystarczyło podziękować za tego fajka.

A tu mi dwudziestoletni smarkacze, którzy w innych okolicznościach mogliby nawet być moimi synami, sami robili pierwszy krok. – Cały czas podmiotem jest Andrzej i to o jego przypadku piszesz, a brzmi, jakby Remek oburzony był zachowaniem każdego dwudziestoletniego geja.

– Obejdzie się – mruknął rozbawionym tonem. Wyraźnie podobało mu się i moje zniecierpliwienie, i moje słowa, i moja – widocznie diabelnie wyraźna – ochota na niego. – Nie uważasz, że nieco przesadzasz z poziomem domyślania się u głównego bohatera? Andrzej go spławił i się uśmiechnął, a Remek wyciąga z tego dalekosiężne stwierdzenie, że chłopak nie tylko wie, ale i cieszy go ochota rozmówcy. To nie Harry Potter, tu nie istnieje legilimencja.

(...) i wtedy, gdy przeciskaliśmy się przez tum w Inferno (...)Tłum.

(...) w pogniecionej koszulce i z fryzurą w stylu „czesał mnie wiatr i to był huragan” (...). – Nawet nie wiesz, jak potwornie spodobało mi się to określenie!

Remigiusza wyróżnia zwracanie uwagi na otaczający go świat. Jednak pojawiła się pewna rozbieżność – najpierw powiedział, że maj jest cudowny, a później, że paskudny – przypadek czy naprawdę ma zmienne upodobania?
Podoba mi się jego humor, potrafił mnie nieraz rozbawić.

Dalej nie mogę zrozumieć, dlaczego Remek tak bardzo starał się o względy Andrzeja, skoro tamten wciąż go odrzucał? Przez swoje podejście i sposób dyskusji z ukochanym zaczął przypominać mi stereotypową kobietę:

– Nie było tematu – uciąłem z irytacją. – Zapomnij o tej rozmowie. I sam sobie jutro wracaj, skoro nie muszę cię odwozić.
– Nie ma sprawy – odpowiedział, nadal wyraźnie rozbawiony. Pił herbatę z taką miną, jakby się świetnie bawił.
Ale potem wynagrodził mi to w czasie powtórki. Więc na drugi dzień odwiozłem go do akademika.

Zaczyna mnie trochę denerwować jego ciągłe mówienie o seksie i jak jemu oraz Andrzejowi wspaniale to zrobiło się nudne. Do pewnego momentu już z trzydzieści razy przeczytałam na temat Remigiusza i jego ogromnego zadowolenia ze wspólnego zbliżenia oraz jak to mu, czy im, cudownie. Czy to nie przegięcie? Mam przez to silne wrażenie, że w sumie tylko to robią i nic poza tym.

Jak na skończonego idiotę przystało, poczułem się idiotycznie szczęśliwy. – Jak zwykle po baraszkowaniu z Andrzejem jest szczęśliwy i zadowolony. Czy kiedykolwiek nie był? Nie sądzę. Przesada? Trochę bardzo.

Stworzyłaś (choć, jak widać to w Twoich zakładkach na stronie, jest to zapewne postać autentyczna – pytanie, na ile taka jest) bardzo intrygującego Andrzeja – młody, zarozumiały, tajemniczy, szorstki. Aż dziwne, że główny bohater ma zamiar się za takim uganiać oraz pokazuje chęć, by poznawać kolejne szczegóły z jego życia – dlatego pewnie zachował się jak większość i… poszperał w jego teczce.

Oto jedne z bardziej podobających mi się opisów charakteru Andrzeja:
Lepiej było nie nawiązywać z nim żadnej rozmowy, dopóki nie wypił pierwszej kawy, bo albo w ogóle nie reagował, albo warczał „Odwal się ode mnie, jeszcze śpię”, jednym słowem, przed pierwszą kawą miał rano parszywy humor. A nie daj boże, żeby tej porannej kawy nie dostał, snuł się wtedy z pokoju do kuchni zły jak osa, a w kuchni bez pardonu trzaskał drzwiczkami szafek i operował naczyniami z taką siłą, że od razu przypominał mi się komentarz jednego z bohaterów mojego ulubionego brytyjskiego serialu „Pan wzywał, milordzie?”, brzmiący: „Mocna jest ta porcelana, co nie?”. Moja zdecydowanie była mocna.
W powyższym fragmencie sugeruję postawić dwukropek: (...) albo warczał: „Odwal się ode mnie, jeszcze śpię” (...).

(...) I jeszcze każdego wieczoru prasować sobie koszule i spodnie na następny dzień – bo na uczelnię szedł w dżinsach wprawdzie, lecz z kancikiem, w idealnie prostych koszulach i błyszczących czystością glanach, plus ta jego aktówka, jeszcze tylko brakowało mu krawacika i laseczki w ręku. Elegancik. Często rano, gdy już się ubrał, miałem ochotę tak go poobściskiwać, żeby wygnieść na nim tę koszulę, ale podejrzewam, że najpierw by mnie zabił wzrokiem, a potem błyskawicznie uprasował koszulę na nowo. – Opis Andrzeja trwa kolejne paręnaście akapitów. Czy to jednak trochę nie za dużo? Naprawdę s p o r o wiemy już na jego temat.

Dużo informacji o nim uzyskałam podczas sprzeczki mężczyzn. Znajduję potwierdzenie myśli w słowach narratora – Andrzej jest odludkiem oraz uważa się za lepszego i wygranego. Ciekawe jak on robił m.in. projekty grupowe na studiach?  

Frapuje mnie, czy zmiana nastawienia Andrzeja i chęć zostania wynika z otwartości Remka, czy raczej z kaprysu młodzieńca, a może odczucia, że ktoś jednak go lubi? Stawiam na to ostatnie. Komuś w końcu zależy na jego towarzystwie, gdy jest on kapryśny i nieznośny. Remek dawał mu dużo swobody i widać, że starał się dogodzić Andrzejowi, by chciał u niego zostać i zapewne z nim być – ale czy to wystarczy? Pokazujesz także negatywy bycia bibliofilem – niezliczona ilość książek, której nie ma gdzie pomieścić, a oddać ich nawet Andrzej nie pozwoli (wszak wszystkie są podpisane).

(...) ale ogólnie szczególnie się nie  buntował. – Podwójna spacja.

Ścieraliśmy się – przez pewien czas, i to całkiem ostro – o rozkład sił w łóżku. – Już raz o tym pisałaś; wystarczy, bo nic się w tym temacie nie zmieniło.

Miałem prawo być przekonany [o jego zaangażowaniu]. Choćby – przede wszystkim – ze względu na to, jak nam się układało w łóżku. – To zabrzmiało, jakby seks był podstawą przywiązania do drugiego człowieka, a chyba nie to miałaś na myśli.

Ciągle nie potrafię tego zrozumieć  – co, gdzie, w którym momencie zaszwankowało. – Podwójna spacja.
(...) każdy tom pokreślony ołówkiem na wszystkie strony i traktowany tak, jakby okładki były ze złota, a kartki z platyny, więc groziła mi niezła awantura. – Nie uważasz, że to się nieco wyklucza? Osoba szanująca książki nie maże po nich.

– Ale, do ciężkiej cholery, nie jestem twoim chłopakiem, nie jestem z tobą w żadnym związku i nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań w rodzaju poznawania twojej siostry, mamy czy chomika. Jasne? Jasne? – powtórzył to pytanie z naciskiem. – Bo jeśli nie jest to jasne, to mogę tę sytuację rozjaśnić w ciągu pół godziny, tyle mniej więcej potrzebuję na spakowanie moich rzeczy. No więc? – Widoczna jest trudność zaakceptowania stałego związku przez Andrzeja (zarazem jest to powtórka z rozrywki z jego wcześniejszym partnerem – Marcinem). Unika go jak ognia i ani przez myśl mu nie przechodzi, by tak się wyrażać. Niemniej jednak powiedziałabym, że są w stałym związku (w końcu tak się zachowują, mimo że Andrzej np. wspomina o swojej możliwości pójścia do łóżka z innymi facetami, a jednak ostatecznie tego nie robi).

Czasami miałem wrażenie, że jest w nim jeszcze bardzo dużo z dzieciaka – z takiego upartego dzieciaka, który chce za wszelką cenę postawić na swoim, pokazać, że i tak zrobi po swojemu, udowodnić, że potrafi przeforsować swoją wolę, choćby i najgłupszą. – Tak, to wyraźnie widać i to „dziecko” w ogóle nie znika. A potem Remek tłumaczy go młodym wiekiem – ma dziewiętnaście lat. Jednak sądzę, że już na tym etapie życia powinno się przynajmniej zachowywać jak dorosła osoba.

Nawiasem:
No tak, on jeszcze był dzieciakiem, miał niepełną dwudziestkę (...) – Ale, ale…! Od ich poznania się i rekonesansu w aktówce minął już rok. Chcesz mi powiedzieć, że Andrzej poza idealnym ciałem, mięśniami, tyłkiem, czy co Ty tam jeszcze wymieniłaś, jest wampirem i nie postarzał się ani o dzień?

Zakładam, że jeśli się dobrze przewietrzysz, to będziesz miał potem jeszcze większą na seks (...) – Chyba jednak zabrakło tu ochoty.

Jestem przekonana, że Andrzej poprzez powiedzenie Remigiuszowi, iż bawi go jego zazdrość oraz poprzez „wgniecenie go w pościel”, gdy dowiedział się o tej zazdrości, chciał mu udowodnić bezpodstawność niepokoju. A to sygnał, że jednak mu na nim zależy.

O mało nie wybuchnąłem śmiechem. A widzisz, draniu, teraz ci odpłacę, rozbiorę się przy wszystkich, pójdę wziąć tu prysznic i potem będę się diabelnie długo ubierał, pomyślałem z mściwą satysfakcją. Po czym, oczywiście, błyskawicznie chwyciłem rzeczy i wyszedłem za Andrzejem. – I jak zawsze „dla Ciebie wszystko”. Monotonia. Nigdy nie zrobi nic na złość? W sumie się nie dziwię, skończyłoby się kłótnią. Tymczasem Remek nie chciał ryzykować za żadne grzechy, w końcu zależy mu tylko i wyłącznie na idealnym związku z Andrzejem – a ideały nie istnieją, tak jak i oficjalny związek z chłopakiem.

Andrzej nie ma dobrego kontaktu z rodziną, co wiemy z innych Twoich opowiadań. Ponadto pisze jak kura pazurem – to wszystko sprawia, że obraz wyidealizowanego intelektualisty powoli zaczyna mijać, co męczyło i denerwowało zwłaszcza z zestawieniem jego charakteru. W dodatku w XXI wieku nie potrafił obsługiwać komputera, co może wydawać się mało prawdopodobne jak na te czasy. Zaskakuje mnie jednak, że bez problemu się do tego przyznał, gdy zwykle wszystko stara się zatajać.

Zwróciłam uwagę na groteskową sytuację – inny homoseksualista Remigiuszowi zarzuca uganianie się za nieletnimi, a potem sam zwrócił uwagę, razem z Remkiem, na młodego mężczyznę.

Nie żebym ogólnie miał coś przeciwko, ale miałem z zasady wrażenie, że to ja, jako starszy, powinienem być na górze, przynajmniej na początku – dzielisz się z nami informacjami dotyczącymi pewnych elementów związku gejowskiego, co na pewno jest ciekawe dla osób, które nie mają zbyt dużej wiedzy na ten temat.
W pewnym momencie opowiadanie przerodziło się w rys psychologiczny Andrzeja – świat kręci się wokół niego. W to wplótł Remek swoją historię, co dalej i tak tyczy się reakcji ukochanego. Na miejscu głównego bohatera wpadłabym we frustrację, będąc z człowiekiem, który nie potrafi odpowiedzieć na pytania o jego życiu i życiu ze swoim partnerem.

Powątpiewam w możliwość spędzania tak dużej ilości czasu z człowiekiem, który nic nie mówi o sobie. Albo z takim, który w ogóle nie mówi nic konkretnego. Jeżeli to Remigiusz wciąż podtrzymuje kontakt werbalny – okej, podziwiam za ilość tematów. Ale tak przez parę miesięcy?  

Świat tego opowiadania skurczył się do czterech ścian – domu Remka – co jest na dłuższą metę przytłaczające. Zawarłaś wszystkie ważne aspekty życia. Nie da się ukryć, że sprawy intymne są ważne w partnerstwie, ale tu jest tego trochę za dużo (rozumiem, że bohaterowie pewnie należą do tych osób, dla których jest to aż tak ważne). I po obszernym fragmencie zamknięcia w czterech ścianach, a także kolejnym o życiu miłosnym Remigiusza oraz Andrzeja – w końcu mamy możliwość wyjścia na świeże powietrze i znalezienia się na uczelni chłopaka. Choć nie jest to nic fascynującego, przynajmniej stanowi pewną odmianę i przyjemność z uwolnienia się z tej klitki.

Pomimo pojawiającej się rutyny, tekst wciąga i wzbudza moją chęć poznania dalszych losów kochanków. Zaskakuje mnie ich sposób nauki wzajemnej bliskości (raczej Andrzej się musi nauczyć, a nie Remek) poprzez współżycie, bo chłopak zaczyna zwracać uwagę na potrzeby Remigiusza.

Cieszę się, że w pewnym momencie okres „różowych okularów” powoli mija Remigiuszowi i Andrzej zaczyna go naprawdę denerwować:
No właśnie, przy tej rozmowie (…) uświadomiłem sobie wyjątkowo wyraźnie, że Andrzej rzeczywiście nie ma ludzi wokół siebie. Na początku mi to nie przeszkadzało, ale potem zaczęło drażnić – zwłaszcza gdy się przekonałem, jak on sam z góry odrzuca każdą możliwość nawiązania zwykłego, znajomościowego kontaktu.

Dziwi mnie, że Andrzej tyle pali, w ogóle nie cierpiąc na, między innymi, kaszel palacza. Z tekstu wynika, że potrafi wypalić parę paczek dziennie (to jest w ogóle realne? Znaczy zależy, co się rozumie przez parę, no bo jak dwie, to okej, ale przy trzech już miałabym wątpliwości). Nie wiem, ile lat żyje w nałogu, ale jeżeli jest to paręnaście, wydaje mi się, że jednak przy takich ilościach pojawiłyby się skutki uboczne.

Wystąpiła sytuacja, w której Andrzej przyglądał się mężczyźnie – przynajmniej dopiero teraz narrator zwrócił na to uwagę. Tylko… jak to mógł narrator wiedzieć, skoro jest nim Remek, a on zamknął oczy? Chyba że, zamykając je, dostrzegł tę sytuację.

(...) były też momenty, gdy tak zwyczajnie i po ludzku dawało się z nim porozmawiać. – Pod koniec widać, że z Andrzejem jednak da się porozmawiać! Po prostu cud (Andrzeja przeszłość była odsłonięta także w Priamelu, gdzie wyszło na to, że z Olką rozmawia normalnie i utrzymuje zdrowe, ludzkie relacje. A w tej miniaturze, dopiero w tym momencie ukazuje tę umiejętność).

Andrzej po tak długim czasie (zaczął już drugi rok studiów) w końcu coś mówi o rodzinie. Pewien ciężar spadł mi z serca – myślałam, że nigdy nic się nie dowiemy i zostanie „tajemniczym Andrzejkiem” dla Remigiusza oraz czytelników nieznających poprzednich publikacji.

Czyta się prędko, z zapartym tchem. To tak jakby czytać każde inne romansidło (nie często, a właściwie nigdy nie czytałam o miłości męsko-męskiej). Masz bardzo płynny styl, dzięki czemu czas spędzony na czytaniu opowiadania zdecydowanie nie jest czasem straconym.

Bohaterowie nie stronią od używania wulgaryzmów. Nie ma ich jednak na tyle, by miały być bolesne dla odbioru tekstu. Wręcz przeciwnie – podkreślają emocje postaci, co też bywa zbyt trudne dla niektórych bloggerów.

Narrator podaje nam dzień, miesiąc, rok a także miejscowość odbywania się akcji. Zachwycił mnie szczegółowy opis szczecińskich uliczek – miałam wrażenie, jakbym znalazła się tam razem z bohaterami. Także w mojej wyobraźni wyraźnie zarysowała się postać Andrzeja, którego narrator dokładnie przedstawił. Jeszcze pojawiła się jedna deskrypcja, która mnie urzekła, a dotyczy mieszkania:

(...) stare kamienice, kojarzące mi się z czytanymi w liceum powieściami z dziewiętnastego wieku, dość spokojne ulice, brunatno-brudne budynki, przedziwne ozdoby na elewacjach – a to coś w stylu wieńca liści nad oknem, a to głowy cherubinków, a to jeszcze inne kształty, których nie potrafiłem określić, biegnące wzdłuż albo wszerz ściany. Wielkie balkony – wiele z nich miało wymyślne balustrady, niektóre, jak u mnie, były zabudowane i włączone w przestrzeń pokoju jako swoista wnęka z olbrzymim oknem. Wysokie mieszkania, sporo powyżej dzisiejszej normy, więc niektórzy sąsiedzi porobili sobie antresole, głównie do spania albo jako schowek na niepotrzebne akurat rzeczy. Poza tym ulica była mało ruchliwa, zawsze udawało mi się znaleźć miejsce do parkowania pod domem.

Wśród barwnej całości zabrakło mi tylko opisu klubu pod względem wyglądu. Chyba że narrator nie przywiązywał do tego wagi?
Dialogi pojawiły się w dużej mierze pod koniec opowiadania, gdy bohaterowie zaczęli ze sobą mieszkać na stałe (jeżeli można to tak nazwać). Częściej jednak dało się dostrzec monolog Remigiusza niż normalny dialog między nimi. Rozumiem, że jest to przedstawienie charakteru Andrzeja, jednakże bywało męczące podczas czytania.
Opisy są bardzo realistyczne, naturalne oraz obrazowe.
Pomijasz sceny aktu – opisałaś to, co Remek zauważył w partnerze i rządzące nim emocje, i robisz tak za każdym razem. Dajesz subtelny akcent oraz pomijasz fragmenty, które mogłyby zniesmaczyć.
Widocznie przedstawiona jest różnica charakterów i wyglądu dwóch mężczyzn podczas dyskusji. Zachwyca mnie umiejętność stworzenia takiej ilości niebanalnego tekstu, który na każdym kroku informuje mnie o ich charakterze (a także przekazujesz informacje z życia wzięte i przeciwne, co do siebie stanowiska – czytelnicy mają w tym momencie czas zastanowić się, do którego myślenia im bliżej). Można zauważyć różnorodny sposób wysławiania się bohaterów. Doceniam tę umiejętność.

Więc starałem się patrzeć w przyszłość – w naszą przyszłość – optymistycznie. Należało po prostu trochę poczekać, aż Andrzej się porządnie zadomowi w tym naszym „razem”, i wreszcie wszystko wyraźnie, obustronnie dogadać. A potem cała sprawa powinna iść dalej swoim rytmem, tak jak teraz, tylko jeszcze lepiej.  – Remkowi bardzo zależy na wspólnym życiu, jednak nie wiemy, czy Andrzej tego na pewno chce i czy zacznie pragnąć tak samo mocno stałego związku, bo na chwilę obecną mam przeciwne wrażenie.

Bo przecież było nam razem dobrze. Bardzo dobrze. – Na pewno było Remigiuszowi dobrze, ale czy Andrzej nie wolałby innego życia? Takiej informacji nie uzyskujemy.

Pierwszy rozdział tego dwuczęściowego opowiadania zachęca mnie do poznania dalszych losów Andrzeja i Remigiusza. Trochę zmęczyły mnie pewne fragmenty, o których wspomniałam wyżej, lecz przez większą część naprawdę dobrze się bawiłam, czytając i analizując postaci, które zbudowałaś, dostarczając czytelnikowi wielu szczegółów – nie tyle o aspektach fizycznych, ile o rysie psychologicznym, sposobie myślenia i postrzegania. Szczegóły życia codziennego, jego problemy przedstawione są bardzo plastycznie. Chylę czoła przed warsztatem, a przede wszystkim – zmysłem obserwacji i wnikliwymi wnioskami.

Rozdział 2: Potwierdzenia bez złudzenia
– Nie zaczynaj – ostrzegłem. – Nie mam ochotę na powtórkę z rozrywki, ale jak nie wytrzymam, to obaj zafundujemy sobie historyczną awanturę. Ja jestem zmęczony i wkurwiony, ty jesteś zmęczony i wkurwiony, ja się napchałem tego pieprzonego samochodu jak dureń, ty się go napchałeś, ja cię zbluzgałem, ty mnie zbluzgałeś, bilans jest wyrównany. I koniec. Jasne?

Musiałem wyglądać na naprawdę rozwścieczonego, bo Andrzej nie podchwycił propozycji awantury.
Ale gdzie Ty tu widzisz propozycję awantury? Bo mi się wydaje, że takowa właśnie została Andrzejowi odradzona.

Gdy urlop się skończył, znów trochę wyprostowaliśmy codzienny rytm (...)Znów sugeruje, jakby to już się zdarzało w przeszłości, jednak to pierwsza taka sytuacja.

Podoba mi się sytuacja z zepsutym samochodem. Bardzo często autorzy, żeby stworzyć konkretne wydarzenie, umieszczają w fabule rzecz niecodzienną, a potem wymuszają kolejne niezwykłe zdarzenia. U Ciebie mężczyźni od dawna praktykowali naukę jazdy i wyprawy w weekendy, więc nic dziwnego, że po jakimś czasie coś wreszcie nawaliło.

(...) widzę jednak więcej sygnałów pozytywnych, na tak” (...) – Brak początku cudzysłowu.

Bylebyśmy się po sylwestrowym chlaniu nie pomylili w drodze do łóżka, czyj [facet] jest czyj. – Tak bardzo prawdziwe.

(...) a on w ekspresowym tempie pił swoją poranną kawę, sycząc za każdym razem, gdy z tego pośpiechu sparzył się kawą.

– Remek, ten twój Andrzej to jakiś skończony złamas, bardzo mi przykro, ale to zwykły głupi fiut. – Znowu bardzo realistyczne stwierdzenie. Często zaślepienie miłością sprawia, że nie zauważamy prostych rzeczy. Tu potrzeba było Remigiuszowi, by ktoś głośno powiedział to, co on już od dawna wiedział, a nie chciał tego przyjąć do wiadomości.

Stoi z ponurą mina i mówi coś w stylu (...)Miną.

Cyna na widok zawartości mojego talerza wzdrygała się z dreszczem szczerego obrzydzenia. W każdym razie miałem szczery po powrocie zamiar (...)

(...) że czasem pachę alkoholem (...)Pachnę.

Naprawdę mnie męczy to, jak bardzo potrafisz odejść od tematu. Widzę zdanie: A jednak go spotkałem, po niemal piętnastu latach. Myślę sobie: o, ciekawe, jak to wyglądało. Następnie serwujesz mi dwadzieścia (!) stron Worda tekstu o siłowni, samopoczuciu, osamotnieniu, psie, Cynie i Łukaszu, zanim dojdziemy z powrotem do tematu Andrzeja. Nie uważasz, że w takim układzie mogłaś sobie oszczędzić wymienionego wtrącenia, ponieważ traci ono znaczenie po tej tonie tekstu, który jeszcze czeka czytelnika przed dotarciem do meritum?

(...) i wspólne pomieszkiwanie w ostatnich latach trochę nas na nowo do siebie przyzwyczaiły (...)Przyzwyczaiło.

Pomyślałem nawet z rozbawieniem, że obecnie z Andrzejem dwudziestoletnim nie wytrzymałbym w jednym pokoju pięciu minut, albo wykopałbym go za drzwi, albo przełożył przez kolano, prał i tylko patrzył, czy mu to zarozumiałe dupsko równo puchnie. – Przecinek przed pierwszym albo zbędny.

(...) później się trochę przyzwyczaił do tego, że czasem pachę alkoholem (...)

Lektura tego opowiadania nie była łatwa. Skupiłaś się głównie na aktualnych problemach: homoseksualizm i jego miejsce w społeczeństwie, związki oparte na seksie, które wcale związkami nie są, zabieganie w pogoni za karierą, w którym ciężko zauważyć drobne chwile. Bohaterowie prezentują dwa różne światy, dzięki czemu widzimy zderzenie starych i nowych trendów, dojrzałego spokoju z młodzieńczym zapałem.
Ale jest jedna rzecz, która mnie koszmarnie zabolała już na samym początku i której nie jestem w stanie Ci wybaczyć: spoiler.

Czemu od samego początku piszesz, że ten związek się skończy? Rozumiem, że Andrzej jest specyficzną postacią, takim czołowym uciekinierem Twojego bloga, ale, na litość boską, nie zaczyna się książki od zakończenia. Czasem taki zabieg jest stosowany, ale nie podaje on wszystkiego czytelnikowi na tacy, raczej wprowadza kolejny element tajemnicy. A tutaj widzimy nadzieję, budowaną z czasem relację, dobre znaki i szansę na przyszłość tego związku, ale cały czas wiemy, że to się nie uda. Takie typowo dziecinne on zginie, gdy Twój kumpel zaczyna oglądać interesujący film, który już znasz. Zepsuło mi to kompletnie lekturę. 


09. RZECZY TRZECIE
Rozdział 1: Pierwsze, drugie, trzecie. I trzecie
Muminki, lody i gorąca kąpiel jako sposób na spędzenie samotnie babskiego wieczoru to pomysł bardzo cliché, ale wciąż ma swój urok, jest zrozumiały i w dobrym smaku. Troszkę jak początek starej, dobrej Bridget Jones, lecz mniej desperacko.

Rzeczy pierwsze to  te, które są i niezbędne, bardzo potrzebne, i ważne – bardzo przyjemne nawiązanie do tytułu, ale wdarła Ci się podwójna spacja.

Napisać książkę. I zrobić jeszcze masę innych „niepotrzebnych” rzeczy. – Wpadło mi do głowy, że na tym etapie rzeczy niepotrzebne śmiało można nazywać już trzecimi. Bardziej komponuje się to z tytułem, czytelnik zdążył poznać definicję wcześniej.
W ogóle cała historia jest wspaniała, a idea z rzeczami trzecimi – niesamowita! Łyknęłam notkę jednym tchem, z resztą nie można Ci odjąć lekkości narracyjnej, która sprawia, że chce się tak łykać. Przede wszystkim tekst jest mądry. Pięknie się zawija – krąży w temacie, nie jest chronologiczny, ale ma przemyślaną kompozycję. Żadnego akapitu nie przeniosłabym gdzieś indziej – wszystko jest bardzo spójne. Całość przedstawia też rzeczy ludzkie i ukazuje problematykę społeczną na przykładzie życia Agnieszki w sposób naturalny, bardzo bliski też mojemu światopoglądowi, a zawsze milej się czyta teksty, z którymi można się utożsamić. Osobiście jestem zafascynowana tą notką i pokazałam ją nawet kilku znajomym oraz mamie. Trudno o chociaż jeden mankament. Niby kilka się znalazło, ale to bardziej przeoczenia językowe:

To było wredny cios poniżej pasa, wiedziała o tym. – Był.
Gdzie ja jestem, gdzie, czym, kim, z kim, po jakąś cholerę i dlaczego – po jaką.
(...) tylko po to, „by miał się niż kto zaopiekować na starość” – nim.
Albo chociaż postu na blog. – Posta. KLIK.

(...) – wpisała w Google’a ten tytuł na YouTubie. – No to wpisała go w Google’a czy na YouTubie?

Zresztą, musiała to uczciwie przyznać, pod pierwszym okresie obrazy i złości Tadeusz też się trochę uspokoił – po.

10. ALBUM RODZINNY. MATKI – POLA
Jasne, że na początku nie zachwyciła ich informacja, że Pola jest w ciąży – fajna wiadomość, rzucona rodzicom w twarz miesiąc przed maturą! – a jeszcze bardziej nie ucieszyli się, gdy się okazało, że Maciek się wypiera, że to jego, i rodzice Maćka też się wypierają, i w ogóle co się zrobiła za paskudna awantura, taka brzydka, wstrętna, upokarzająca człowieka awantura, tak jakby ona, Pola, latała z zadartą kiecką po całym podwórku i za każdym chłopakiem, tak jakby nie chodzili z Maćkiem prawie rok, tak jakby wcześniej mama Maćka nie mówiła „Poleńka, jesteś najładniejszą dziewczyną, jaka tu do Maćka przychodziła”, a tata Maćka nie żartował „Ależ z was ładna para, tylko do ołtarza”.
To zdanie jest bardzo ładne, świetnie skonstruowane, ale mimo wszystko wydaje mi się, że nieco przydługie. Ciężko czytać tak tasiemcowe zdania na jednym wydechu, prawda? Masz tu tyle wtrąceń, tyle informacji, a nawet cytujesz wypowiedzi, że aż ciężko przyjąć taką masę nowych wiadomości na raz.

Pola położyła dłonie na brzuchu i zamknęła oczy. Wszystkie Polki idą spać, pomyślała. Duże i małe. – Ładniej by wyglądało, gdybyś zaznaczała myśli na przykład kursywą. Byłoby to także bardziej czytelne.

16 stycznia marca 1987, Szczecin musisz zdecydować się na jeden miesiąc.

Cudownie było studiować  – historia sztuki była jej żywiołem, jej kierunkiem, jej spełnieniem. – Podwójna spacja między studiować a myślnikiem.

Ale czasami z tęsknotą myślała o dwóch pierwszych latach po porodzie, gdy  siedziała z synem przez cały czas, gdy była obecna przy każdym wydarzeniu, nawet najdrobniejszym i najmniej ważnym, gdy zasypiając i budząc się, słyszała cichy oddech w łóżku obok. – Między gdy a siedziała wkradła się podwójna spacja.

Z kuchni słuchać było kolejne uderzenia – najwyraźniej po przetestowaniu wytrzymałości nerwów matki Poldek zaczął testować wytrzymałość drzwiczek szafek kuchennych.  – Słychać.

Pola, w duchu życząc koledze i jego rodzicom ataku karaluchów w całym mieszkaniu oraz ostrego zatrucia pokarmowego przez najbliższą dekadę, odłożyła pracę, posadziła najeżonego Poldka obok siebie przy stole i zaczęła wyjaśniać, tym razem wszystko i w pełni. – Wiesz, dzieciak w wieku dwunastu lat to trochę spory dzieciak. Nie wyobrażam sobie, żeby mama takiego chłopca musiała go usadzać przy stole. Raczej pokazałaby mu krzesło albo poprosiła o zajęcie miejsca.

Przedstawiasz scenę, w której Poldek się zdenerwował i zaczął trzaskać szafkami w kuchni, a Pola zamknięta w pokoju pali papierosy. Wypaliła ich z PIĘĆ, zanim Polek wszedł do pokoju ją przeprosić. Nie zwrócił uwagi na kłęby dymu, które stworzyła jego matka, czy choćby brzydki zapach? Siedziała na łóżku, nie ma w tekście mowy o choćby otwartym oknie. Może za bardzo się czepiam, ale dla mnie, jako osoby palącej, wydaje się to nierealne.

Oparta na ramieniu głowa przypominała czasy, gdy Poldek, mały i trochę sepleniący, w gorszych chwilach  wtulał się w nią jak w poduszkę. – Podwójna spacja między chwilach i wtulał.

„Poldek przegapił przy pakowaniu kilka swoich książek”,  gdy je podawał (...). – Podwójna spacja między przecinkiem a gdy.

(...) widziała tych wszystkich ludzi, pod jakimś względem „innych”, i to w takiej masie. Przez głowę zresztą przewijała jej się cała masa różnych myśli, wrażeń, spostrzeżeń.

Szarozielone oczy zdawały się  wwiercać w człowieka. – Podwójna spacja między się i wwiercać.

Ta z zielonymi była  na wózku. – Podwójna spacja między była i na.

Poldek przyniósł książkę, zrobił świeżą herbatę, przez chwilę próbował oponować na propozycję zapalenia, ale w końcu zmiękł i podał też papierosy; po wypaleniu jednego Marlboro rozstawił sobie sztalugi przy oknie, w tym miejscu, gdzie mieli wspólną niby-pracownię, wyznaczoną rozkładanymi podczas malarskich posiedzeń kawałkami samochodowej plandeki, przebrał się w stary, poplamiony już na wszystkie strony dres – miała taki sam „kombinezon malarski”, może nawet jeszcze bardziej ubabrany – i zaczął malować.
Na koniec rozdziału opisujesz piękną scenę opiekowania się Polka swoją mamą. Wcześniej wspominałaś, że Pola studiowała i kochała naukę, Polek podobnie. Dlatego właśnie jestem w stanie przyjąć to, że oboje uwielbiają czytanie książek. Ale o malowaniu nie wspomniałaś w tym tekście ani słowem i ciężko mi teraz ot tak przyjąć do wiadomości, że i Poldek, i jego matka mieli talent oraz pasję przez tyle lat. Ten motyw pojawia się w innych Twoich utworach, bo jeśli ktoś czyta wiersze Poldka, to jest w temacie, jednak dla czytelnika, który przeczyta tylko ten tekst, informacja o malarstwie będzie niezrozumiała i wprowadzała w konsternację. Mogłaś wpleść jakąkolwiek wiadomość nakierowującą nas na to, przygotowującą do tego, że ci bohaterowie mogą mieć cokolwiek wspólnego ze sztuką malarstwa.

ALBUM RODZINNY: OJCOWIE – MIREK
– Nie chodzi o to, który z was wtedy kopnął piłkę – odezwał się wreszcie, z nadzieją, że głos nie zdradza jego rozbawienia. – Graliście w piłkę, któryś z was uderzył tak pechowo, że trafiła w szybę.

– Ale gdyby się działo – odezwał się łagodnie – to przyjdź i powiedz. Zawsze możesz przyjść i powiedzieć mnie i mamie, że coś się dzieje, wiesz? I my ci zawsze pomożemy. I zawsze będziemy cię kochać, wiesz? – Strasznie często w wypowiedziach bohaterów stosujesz celowe powtórzenia. Ma to na celu unaturalnianie dialogu, jednak momentami robisz to tak często, że czytelnik zaczyna się irytować, a dorosły bohater wychodzi na bardziej dziecinnego.

Była też przyznaniem, że jednak coś się dzieje, ze jednak jest coś, o czym trzeba powiedzieć – i to akurat niepokoiło. – Że.

(...) dalej ci nie będę cytował, bo się udławisz z wrażenia, w każdym razie w końcu zaczęły się jakieś konkrety. I mamy salę. Kurwa – zakończył, wypowiadając przekleństwo tak komicznym tonem, że Mirek nie wytrzymał i też się roześmiał, choć jednocześnie szturchnął syna w bok. – W każdym razie – podjął Stasiek wesoło (...).

Rany, tato, już to przerabialiśmy na początku, Ina nie jest w ciąży, ślub nam nie będzie przeszkadzał w skończeniu studiów i nie, nie pobieramy się za wcześnie. Znaczy ja wiem, o co wam chodziło i że pytaliście z troski, a nie przez złośliwość, ale myślałem, że już to przerobiliśmy.

Wrzucisz sobie na Facebook, niech się twoje studentki skręcają z rozpaczy, że twój diabelnie przystojny brat jest już zajęty.Facebooka.

Oba teksty z albumu rodzinnego nawiązują do podejścia rodziców do ich homoseksualnych dzieci. I oba teksty napisałaś tak lekko, że na pierwszy rzut oka trudny temat staje się czymś normalnym, o czym można pogawędzić z koleżanką przy niedzielnej herbatce. I to jest w Twoich tworach świetne – przedstawiasz wszystko w tak prosty sposób, że nie czuje się podczas czytania żadnego zażenowania, urazy, że akurat taki wątek wzięłaś na pierwszy plan własnego tekstu.

EKSKURSY

01. LEKCJA POGLĄDOWA O TWORZENIU ŻYCIA. WYDANIE BIBLIOPATYCZNE ULEPSZONE
Ten ekskurs wiąże się z Priamelem – oba teksty ładnie się uzupełniają. Lekcja poglądowa… to tak naprawdę krótkie streszczenie tematyki Musivum. Mamy Olgę. Olgę, która błądzi po (nareszcie) swoim mieszkaniu w poszukiwaniu pozycji do przeczytania. Fascynujące jest to, że trafia na różne książki o różnej tematyce, wspominając przy tym ludzi. Wyodrębniłaś te bardziej lub mniej ważne informacje na temat większości bohaterów Musivum i krótko ich scharakteryzowałaś – wyszło Ci to naprawdę świetnie. Bo tak naprawdę właśnie o to chodziło w całym ekskursie; Olga wydobywa najważniejsze cechy swoich znajomych na podstawie tego, co robią, co czytają, jak się zachowują. Jej spojrzenie na ludzi wydaje mi się bardzo naturalne i jednoznaczne.
Jednocześnie poprzez rozkład egzemplarzy i opis umiejscowienia Olgowych książek niegdyś, a teraz, widać, jak bardzo Olga kocha i szanuje książki. Wydaje mi się, że ma to spory wpływ na postrzeganie jej jako osoby. Olga w moim mniemaniu jest dość specyficzna, tutaj przedstawiona w łagodniejszej wersji.
Największym plusem Lekcji poglądowej… jest to, jak opisujesz książki. Piszesz o nich z taką czułością, miłością… bez względu na rodzaj, każda jest wspaniała. Niemal uosabiasz książkę, podnosisz do rangi przyjaciela, a robisz to w tak lekki i nienachalny sposób, że ja to kupuję. Z tekstu aż się wylewa to, jak ważną rzeczą w życiu Olgi są książki. I nie tylko w jej życiu, to odnosi się również do innych bohaterów Musivum. Jest to jeden z ważniejszych tematów, ale przedstawiony tak delikatnie, że nie męczy.


02. KU STRONOM
Zacznijmy od tematyki. Ten ekskurs przypomina nieco poprzedni, tylko zamiast Olgi mamy Tovip i Wiktora. Widzimy, jak autorka, której twórczość tłumaczy Wiktor, postrzega literaturę, bo w końcu napisała książkę o książkach. A na skutek cytowanych fragmentów, komentowanych przez Wiktora w myślach, poznajemy Wiktorowe poglądy, jego odbieranie rzeczywistości, przeszłość i rodzinę. I ten świat Wiktor nam przedstawia, korzystając z fragmentów Tovip, opisującej miłość do książek. Mama, która prowadziła bibliotekę, zrodziła w autorce wizję biblioteki-kobiety. To bardzo ładne nawiązanie; kobieta kojarząca się z miłością i dobrocią, z opiekowaniem się i wychowywaniem dzieci, w tym tekście ukazana jako biblioteka, wprowadziła Tovip w świat literatury. Podoba mi się to, jak łączy czytanie z życiem codziennym. Miesza zmysły, kolory, sceny, a jednocześnie pisze tak lekko, nieskomplikowanie. Bardzo dobrze przyswaja się jej fragmenty.
Cała kompozycja tego ekskursu – przeplatanie się cytatów książki z rozważaniami Wiktora – dopełnia się. Czytelnik już wie co nieco o wydarzeniach z życia Wiktora, resztę może łatwo skojarzyć. Już sam fakt nawiązania do Olka wiele nam mówi.  
Wydaje mi się jednak, że za bardzo rozwinęłaś wątek sklepu, który potem ucięłaś. Albo mogłaś go skrócić, albo pociągnąć dalej. Na pewno wyszłoby coś ciekawego, bo w tym momencie zachęciłaś czytelnika i dość szybko zakończyłaś temat. Czuję lekki niedosyt. 


03. TYDZIEŃ Z ŻYCIA STUDENTKI FILOLOGII KLASYCZNEJ. UAM 2004
Ach, jaka ja muszę być już stara. Wykasuj mój numer gadu z listy – niedługo ludzie zapomną w ogóle, że istniało coś takiego jak G-G, a matura z matmy jeszcze nie była obowiązkowa. Ujmuje mnie ten powrót do przeszłości. Fakt, nawet paprykowe Lay’sy wtedy jakoś lepiej smakowały.
Świetne jest to odbicie od formy. Piszesz o dziewczynach, które piszą wspólnie parodię studencką, więc historia to praktycznie same dialogi.
Co tu dużo pisać? Dziewczyny się dobrze bawią, to i ja mam ubaw. Zaczynam się wczuwać, jak gdybym siedziała tam razem z nimi i tak samo razem z nimi pisała. Również usunęłabym „pojebów”, ale ropucha faktycznie wypadła zabawnie.

„Trochę chciała siusiu” – zamieniłam na mniej infantylne „siku”.

„panie, spuść na mnie szesnaście ton z Monty Pythona, bo inaczej zaraz spadnę z krzesła i będę się zwijać ze śmiechu na podłodze”. – Jeżeli „Panie” odnosiło się do Boga, to sugeruję wielką literę.

— Błagam, przestańcie. – Z ust mi to wyjęła. Pomyślałam dokładnie to samo. Analizy bywają zabawne, rozładowują napięcie, a czytać o tym, jak się je tworzy samo w sobie jest genialne. Agonalne drgawki zrobiły mi dzień jak nic, a tu jeszcze tyle tekstu przede mną. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nijak nie spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń, naprawdę. Podejrzewałam, że dziewczyny będą męczyć parodię do końca tej notki.

— „Resztkami sił odgarnąłem złotobladoniebieskowłosemu kosmyki od oczu”.
— Autorka miesza się w zeznaniach, przed chwilą najpierw było „blado”, a dopiero potem „złoto”. – Kocham cię za to, co tu naskrobałaś. Całym moim sercem.
Końcówka z orzechem wyborna, a wcześniejsze próby spisania książki… Ome, to jest świetnie rozegrane. Pokazuje kolejną ideę powstania Musivum i jest wyrażone w tak naturalny sposób, że kłaniam się nisko.
To tekst na pięć. Niczego więcej nie dodam, bo wyjdzie z tego niezły panegiryk.


04. TRZY DNI, NOC I PORANEK
Zacznijmy od tego, że już sam tytuł mnie zaintrygował. Po tekście spodziewałam się, że będzie opisywał trzy dni z rzędu, a jednak zaskoczyłaś zupełnie odrębnymi datami wydarzeń. Mimo wszystko bardzo spójnie przechodziłaś z jednych do drugich.
Głównym zaskoczeniem w tym przypadku była narracja – piszesz w trzeciej osobie, ale w czasie teraźniejszym. Jest to miła odskocznia od zazwyczaj stosowanego czasu przeszłego, szczególnie, że dobrze się odnajdujesz w tekście nawet przy zmianie czasu.
Trzy dni, noc i poranek to jeden z tekstów, który czyta się przyjemnie, ale porusza dość ważne, raczej trudne tematy. Piszesz o Olku, który występował wcześniej, a także gdzieś w tle przewija się Olka, ale narracja jest z perspektywy Konrada. I tu dość ciekawie ujęłaś problem zdrady – nie pisałaś o tym, jak cierpi osoba zdradzona, lecz zdradzająca. Nie da się ukryć, że cały utwór to realistyczne, psychologiczne przedstawienie cierpienia człowieka, który wie, że zrobił źle. Większość tekstu polega na wyciąganiu wniosków przez Konrada z zachowania Olka i swojego.

Konrad wie, że prośba o wybaczenie zdrady nie jest prośbą codzienną, taką, którą można wyrazić na każdym miejscu i o każdej porze. W każdym miejscu.

W całej postawie Olka, siedzącego na swoim łóżku, z łokciami wspartymi na udach i dłońmi splecionymi między kolanami, lekko zgarbionego, ze wzrokiem utkwionym w podłodze, jest coś potwornie zrezygnowanego i — dopiero teraz Konrad zdaje sobie z tego sprawę — i zawiedzionego. Podwojone i niczego nie wnosi, nie podkreśla ani nie wzmacnia.

Wpuściła go jednak, za co był wdzięczny — w końcu mogła zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, byłaby do tego zdolna — wpuściła, Konrad przez moment miał nadzieję, że zajrzy do Olka i powie coś w rodzaju: „Konrad przyszedł”, to by trochę ułatwiło sytuację, choć sam w sumie nie wiedział, jak; Olka jednak poszła do siebie, a zamknięte drzwi jej pokoju mówiły wyraźnie, że nie chce brać w niczym udziału. – Od podkreślonego imienia lepiej zacząć nowe zdanie.

(...) bo Olek miał odruch łagodzenia starć między swoim chłopakiem  a swoją przyjaciółką (...). – Między chłopakiem a a wkradła się podwójna spacja.

Suche „Widzę” Olka zabrzmiało jak przyznanie racji, że Konrad powiedział coś kretyńskiego.
W cytowanym widzę sugerowałabym małą literę.

(...) więc ostatecznie Konrad przysunął trochę brązowe, obrotowe krzesło na kółkach i usiadł w przyzwoitej odległości (...).  – To brzmi, jakby krzesło, które przysunął Konrad, było tylko trochę brązowe.

Dopiero po kilku sekundach do Konrada dociera, że Olek się roześmiał; roześmiał się i w tym momencie wróciło w jego twarzy to coś, co zawsze tak ujmowało, ten wesoły, nieco łobuzerski wyraz, lekki błysk oczu, coś ciepłego i życzliwego w uśmiechu.
Polecam czas teraźniejszy, gdyż użyłaś w tym momencie, które sugeruje powrót do teraźniejszości.

Wertuje, czyta, odrywa pasek na zakładkę i zaznacza, i tak jeszcze parę razy, a Konrad siedzi naprzeciwko niego, na to wyciągnięcie ręki, po turecku, tak samo jak Olek (...). – Zbędne to.

(...) i wraca na swoje miejsce, a stos notatek, książek, dwa kubki z niedopitą herbatą oraz talerz z jeszcze kilkoma niezjedzonymi kanapkami z serem i sałatą (...). – Dziwne by było, gdyby leżące kanapki były zjedzone. Brzmi to dziwnie.

— Ciuchy też. Zwariowałbym teraz z suszarką — dodaje; słuchać zamykanie drzwi od pokoju Olki (...). – Słychać.

Ostatnia scena, scena seksu, w Twoim wykonaniu prezentuje się cholernie dobrze, a przede wszystkim – dojrzale. Potrafisz ładnie połączyć dwie sfery: uczucie i cielesność. Przeplatają się ze sobą i łączą, co idealnie obrazuje myślenie Olka. Bo Olek miłość i seks traktuje jako jedność, coś nierozerwalnego. I mimo że cały tekst opiera się na erotyce, bo przecież zdrada, bo stosunek, chęć dotyku, to czytelnik nie odbiera tego jako pożądania ciała, lecz pożądania miłości drugiego bohatera. W dodatku fakt, że ta miłość to miłość homoseksualna, nie jest znaczący. Niezależnie od płci ten ekskurs może być kierowany do każdego. Jestem pod wrażeniem, brawo.


05. DIALOGI HISTORYCZNO-KULTUROZNAWCZE
To, co jest najciekawsze w tym ekskursie, to jego forma. Stworzyłaś masę tekstu, wykorzystując jedynie dialogi. Zrobiłaś to tak, że wszelkie opisy były zbędne – możemy wywnioskować wszystko z samych rozmów bohaterów. Strasznie podoba mi się taka forma i jestem pod wrażeniem, jak przez jedynie fragmenty rozmów ładnie przekazujesz informacje o otoczeniu, a także o tym, co robią bohaterowie. Bardzo łatwo mogłam wczuć się w tekst. Sebastian i Michał zachwycali swoim zachowaniem; ukazywali swoją miłość poprzez drobne gesty, codzienne czynności; pokazali, że ich relacja opiera się na przyjaźni, miłości i wzajemnym zrozumieniu, a jednocześnie widać było, że zachowują się dość normalnie i robią to samo, co zwykli ludzie codziennie, jak przykładowo rozpakowanie zakupów. Z łatwością dało się rozróżnić kto co mówi – zarówno Sebastian, jak i Michał są tak różni, że nie sposób się pomylić, a jednocześnie dogadują się tak świetnie, że przez cały tekst można było wyczuć, że zgrywają się idealnie. Tym, co mogło razić, było to, że niemal każdy fragment kończył się seksem. Ja wiem, że to dorośli mężczyźni, którzy się kochają i okazują sobie miłość tak często, jak mają ochotę, jednak wydaje mi się, że każda czynność się do tego sprowadzała. Niby czytają te książki, niby chodzą na zakupy, ale to wszystko kończy się seksem. Tak jakby tylko szukali pretekstu, by móc się kochać. Dość mocno podkreśla to fakt, że wyciszają komórki, żeby Julek im nie przeszkadzał, bo przecież są zajęci sobą. Wciąż i wciąż. Podobnie częste używanie określenia rudzielec, co stawało się irytujące, głównie poprzez ciągłe wspominanie o zabawie włosami naszego bohatera. Nie, żeby takie zachowanie było złe, ale powtarzałaś to do znudzenia przez cały tekst. Mimo wszystko był zabawny i bardzo ładnie skonstruowany. Zakładam, że udało Ci się wszystko przekazać tak, jak chciałaś – zwykłe, codzienne czynności ukazujące miłość i idealnie dobranie się tych dwojga. Przyznam, że dobrze się bawiłam.


06. TO, CO SIĘ MOŻE WYDARZYĆ
Ten ekskurs jest dość krótki. Mimo wszystko zawarłaś w nim dużo emocji, niedopowiedzień, czytelnik, nie znając dokładnie sytuacji (bo może tylko snuć domysły, co się stało), potrafi odczuwać tekst całym sobą.
Znów dominuje czas teraźniejszy, przeplatany z przeszłym, co wyszło znakomicie.
Tym razem więc to on idzie do Krzyśka, na jego stancję; staje przed jego drzwiami, dzwoni, słyszy jego kroki — i w progu staje Krzysiek, zdumiony, trochę zjeżony — zjeżony, cholera, to słowo będzie chyba prześladowało... —
Zbędny myślnik na końcu zdania.

(...) i gdy już są w środku, gdy słuchać ciche szczęknięcie zamykanych drzwi, gdy atmosfera robi się napięta (...). – Słychać.

Tekst skupia się na wyobrażeniach Wiktora. Zdaje się, że ma to podtekst erotyczny, jednak wydaje mi się, że próbujesz pokazać egoizm Wiktora, a także paniczny strach przed zbliżeniem do Krzyśka. Niby jest to jego marzenie, ale się boi. Wiktor śni o rzeczach, które nie dzieją się nigdy, przykładowo spotkanie z Krzyśkiem gdzieś między ludźmi, co wcześniej nie miało miejsca. Widać wewnętrzną walkę Wiktora z samym sobą; cały tekst przepełniony jest masą negatywnych emocji. I o ile wyobrażenia Wiktora wprawiają mnie w dziwny niesmak do jego braku empatii, o tyle całość jest zbudowana psychologicznie w taki sposób, że czyta się przyjemnie. A szczególnie zakończenie daje wiele do myślenia. I przez to jedno słówko w nawiasie zastanawiam się, czy dobrze odbieram ten ekskurs.

07. PUSTY PROSTOKĄT ZBIELAŁEJ TRAWY

(...) to wszystko odbywało się w normalnej, naturalnej i przyjaznej atmosferze totalnego bajzlu, gdy na książkach leżały papiery, na papierach inne książki, na innych książkach płyty, na płytach upomnienia z bibliotek i rachunki, na upomnieniach i rachunkach wyprane skarpetki, których Michałowi się nie chciało składać, na skarpetkach kilka nowych zup Knorra, na nowych zupach Knorra stare opakowanie po słuchawkach, na starym opakowaniu po słuchawkach kilka niezidentyfikowanych rupieci, na kilku niezidentyfikowanych rupieciach sterta innych rzeczy, na stercie innych rzeczy kolejne parę książek, na kolejnych paru książkach jakieś notatki, a na notatkach triumfalnie tkwiły dwa wielkie jabłka, które Michał zamierzał zjeść podczas pisania czy czytania. Zamierzał gdzieś tak od tygodnia, tylko mu się zapominało, że ma żarcie pod nosem. Nie szkodzi, żarcie nie zając, nie ucieknie.

Bardzo urzekł mnie ten cytat i postanowiłam wkleić go w całości – właściwie przypomina to, co w tym momencie dzieje się na moim parapecie.
Zastanawia mnie ta kwestia bałaganu Michała. We Włóczykiju Polskim bohater uchodził raczej za człowieka, któremu niewiele do szczęścia potrzeba, wystrój jego mieszkania wyobrażałam sobie więc jako minimalistyczny – ciężko nabałaganić, przykładowo w kuchni, mając jedynie naczynia po dwie sztuki: dla siebie i teoretycznie gościa, a w praktyce – Sebastiana. W każdym razie nie spodziewałam się tego bałaganu, nie skojarzyłabym go z Michałem ani trochę. Raczej wyobrażałam sobie ten materac, jakąś półkę na książkę i ze dwa kartony. Usypana górka śmieci nie przyszła mi do głowy, ale to nic. To po prostu kolejna część Michała. Coś, co pomaga go odkryć bardziej. Zbliżyć się mocniej.
Fantastyczne uzupełnienie Włóczykija Polskiego. Niby z perspektywy Sebastiana – pokazujące jego spojrzenie na marzec, przedstawiające jego rodzinę, jego wspomnienia, jego skojarzenia. A jednak nadal Michałowe – nadal w mieszkaniu, w zaznaczonych cytatach z książek, we wspomnieniach związanych z lodówką. Nadal z sokiem grejpfrutowym. Cudownie dopełniający wpis.
Tytuł bardzo adekwatny do treści, ale właściwie nie tylko on. Wszystkie muminkowe cytaty stworzyły bardzo ładne, emocjonalne połączenie. Dodały smaczku o wiele lepiej niż te w marcowym lesie.
Uwielbiam Twój spokojny, melancholijny styl. Relacja Sebastian-Michał jest jednocześnie niesamowicie idealna, bajkowa (coraz rzadziej spotykam się tak piękną, prostą interakcją – wspomnienie o kompromisach w postaci uchylenia okna czy podania grubego swetra to tylko dowód na tę idyllę), jak i ludzka. Naturalna. Prawdziwa. O takich relacjach chce się czytać. Ujmują, pokazują coś zdrowego, na czym powinni oprzeć się inni ludzie – wspominasz dzięki scenom czy retrospekcjom o takich wartościach jak wzajemny szacunek, zrozumienie, cierpliwość czy wyrozumiałość. To cenię w Twojej pisaninie bardzo, ale to bardzo mocno. Życiówka na najwyższym poziomie.

08. POEZJA PROSTEGO FILOZOFA
Poezja w wykonaniu białym, ale niekoniecznie trwa to przez cały utwór. Jest jednocześnie i heterometryczne, i izometryczne. O kompozycji otwartej i zamkniętej – do wyboru, do koloru. Całość wydaje się jednocześnie i jednością złożoną z analogicznych do siebie części, i podzieloną, bo wszystkie te części składowe technicznie rządzą się osobnymi prawami. Pomieszałaś, lecz smacznie.
Wpadłam w wir codzienności, bo czytam to, co podmiot liryczny ma na końcu języka i za dnia, i wieczorem, i nocą. Uczestniczyłm w różnych scenach, ale łączą się one ze sobą (np. podmiot boi się w jednej z części, że przestanie „tak zwyczajnie patrzeć na drzewo”, przywiązywać wagę do rzeczy codziennych i błahych, a w drugiej czytam, że obserwuje spadające z drzew liście. To pozostawia w czytelniku pozytywną emocję, budzi jednocześnie nadzieję i melancholię). W tym wszystkim jest masa miłości – różnej miłości, bo i tej do rodziców, i do świata, i do Andrzeja. I jest też dużo cierpliwości, wyrozumiałości. Normalności i ludzkich odruchów, dlatego cały utwór znów tak bardzo mi się podoba, bo uwielbiam czytać o właśnie takiej normalności. Naprawdę dobrze mi się to przyswajało, no może poza elementami, które wyszczególniłam niżej.

stworzyłem sobie kiedyś filozofię
którą nazwałem „pana Satterthwaite’a
filozoficznym podejściem do życia”
Jeśli pojawił się cudzysłów jako wyznacznik tytułu, to lepiej byłoby go zacząć wielką literą.

to była miła postawa życiowa
bardzo wygodna i dająca spokój
takie „być widzem scen z teatru życia”
/
niczego złego w tym nadal nie widzę
ale i trwać w tym już dłużej nie umiem Widzem i widzę poruszające zupełnie inne kwestie jakoś mi się tak blisko siebie gryzą.

nawet wersy nie chcą się dziś zgadzać
liczbą sylab, średniówką ni rymem
tęsknię sobie bez rymu i rytmu
i próbuję, po nocy, bezradnie, bez celu
zrymować cię z jakimś czulszym słowem, Andrzeju – Za długi jest ten ostatni wers. Źle się czyta. Złe wrażenie po sobie pozostawia.
Może:
i próbuję po nocy, bezradnie, bez celu
Zrymować cię z czulszym słowem, Andrzeju.

Może jeszcze być tak, że zrobiłaś to specjalnie, żeby pokazać, że w tym momencie podmiotowi wcale lekko ta sztuka pisania o Andrzeju nie idzie. Ale wcześniejsze wersy podmiot liryczny miał niczego sobie, więc to taki zabieg na raz, trochę bez sensu.

bardzo się nie nadajesz do rymowania
i średnio do kochania
i to, co tu wypisuję
to już czysty strumień świadomości
Widać, że wierszolist w tej części miał być bez rymów, ale i tak Ci jeden wyszedł (nie)przypadkowy (rymowania-kochania), więc co szkodzi drugi?
i to, co tu wypisuję
to już czysty świadomości strumień.

„na każdym miejscu i o każdej porze” – Och, dziękuję! Dziękuję, że w tym całym wierszu, ale szczególnie tym fragmentem udowadniasz, że potrafisz pisać i na biało, i kolorowo, i pewnie nawet i wspak – masz genialne wyczucie smaku poetyckiego! Sadzisz tak genialne wersy, że dawno nie czytałam niczego równie dobrego w sieci. Szczególnie właśnie strofy z tej części zapadły mi w pamięć. Są smaczne. Jednak w ostatnim momencie:
„nagie instynkty” tylko coś mi dają
— twierdziłeś za dnia, w papierosów dymie
chowając noce zbyt bliskie i imię
i te dwa słowa, co cię przerażają – nie mam pojęcia, o jakie imię chodzi. I po co je chować? Jeżeli imię ma należeć do podmiotu lirycznego, a bohater, o którym mowa, nie chce się do tego przyznać, to akurat ten fragmencik wyszedł tanio. Jakbyś akurat tu na siłę szukała rymu.

W części „kochać się z tobą” dwie pierwsze strofy kończą się podobnie brzmieniowo:
ręką przesuwasz po moim biodrze / a ty z pomrukiem zsuwasz mi spodnie
Następne dwie już nie:
błądzą na pamięć po moich plecach / a potem leżysz obok i palisz
Popracowałabym nad tym, by wiersz lepiej smakował. Wiem, że tutaj jest pięć strof, ale ostatnia część ma swoje zakończenie w powtórzeniu: „pal diabli porę” i to samo w sobie daje już świetne brzmienie, w życiu nie kazałabym dopisywać szóstej strofy na siłę. Poezję powinno czytać się lekko, płynąć z nią. To bardzo dobry utwór, ale dopieściłabym go pod względem tych przypadkowych rymów, które umilają odbiór, a podpięcie pod nich kolejnych rymowanych linijek mogłoby udoskonalić szkielet całego wiersza. Z tym że też bez przesady. Szanujmy białe.

papieros jeszcze nie czyni uczonym
ale już blisko — więc czemu odrzucać
(...)
***
unosisz w dłoni wspólną zapalniczkę
przypalasz wolnym ruchem papierosa
Strasznie dużo tych papierosów. Rozumiem, że ten drugi pojawia się w nowej części sonetowej (a nie tak łatwo napisać sonet – Tobie się udało, gratuluję), ale staje się on okropnie oczywisty. Może użyj innego, niezmęczonego jeszcze określenia? Albo zwyczajnie zaimku, by papieros pozostał domyślny? Bo to nie brzmi dobrze, gdy czyta się całość. No i ostatni wers na pierwszy rzut oka przez taki szyk brzmi, jakby to papieros był tym ruchem, którym się przypala… coś.

nie ma piękniejszego dźwięku
niż powtórzenie dwukrotnie tej samej
sylaby, która buduje dzieciństwo
(...)
nie mam pretensji do bycia dorosłym
nie potrzebuję takiej dorosłości
w której zagubić musiałbym to „mamo”
Wolałabym „mama” na końcu. W pierwszym tercecie jest „dwukrotnie ta sama sylaba”. Ma, ma. To by się zgadzało i ładnie zamykało utwór.  

tęsknię za wczesnym porankiem
gdy po zbudzeniu ziewałeś
i rzucaliśmy monetą
kto przegra, robi śniadanie – tutaj sugerowałabym myślnik. Mocniej zaakcentuje pauzę.

dzień będzie nowy
dzień w dzień, codziennie, i wciąż od nowa – ten wers jest trochę za długi. Źle się go czyta przy reszcie w miarę regularnej pod względem długości.

Nie rozumiem, dlaczego uparłaś się na wyeliminowanie prawie wszystkich obowiązkowych znaków interpunkcyjnych. Wiem, że ich brak sięga romantyzmu, a awangarda podłapała ten zamysł w myśl idei à la mieć gdzieś system. I świetnie, że przecinki pojawiają się tam, gdzie aż prosi się o dłuższą pauzę oddechową. Ale w podanych niektórych tu przykładach i mile widziana jest pauza, i kolejny wers zaczyna się chociażby od zaimka „który”. To już dwa powody, by ten przecinek mógłby się tam pojawić. Ale jeżeli tam, to i we wszystkich innych takich przypadkach. Bądźmy konsekwentni. W niektórych cytatach przecinek stoi w środku. Pauza? Przyzwyczajenie do oddzielania od siebie elementów, które się w tekście wymienia po kolei? No to dlaczego nie postawić go między pierwszym a drugim takim elementem, np.: „ani samemu nie chcieć na coś wpłynąć w nic się nie mieszać”? Brakuje mi wyjaśnienia, dlaczego część znaków się pojawia, a część nie. Zacytuję „Poetykę stosowaną” Seweryna Wysłoucha: „brak interpunkcji akcentuje wieloznaczność poezji (...), jeżeli brak ten jest poetycko umotywowany, obarczony sensem, a nie jest tylko wyrazem mody literackiej”. Czasem tego sensu w tym utworze zwyczajnie nie widziałam.

Twoi bohaterowie dochodzą w różnych scenach różnych prac do podobnych wniosków. W czasie czytania wiersza przypomniał mi się cytat z „Kiedy zapominam, że widzę Innego”:
Jeżeli zagrożeniem każdej metodologii jest uznanie swoich narzędzi, swoich klocków, za jedyne właściwe — to zagrożeniem humanisty jako humanisty jest uznanie się za człowieka „ponad”, osadzenie się gdzieś powyżej wszystkich innych dziedzin, nie dlatego nawet, że się tymi innymi gardzi, ale dlatego, że zaczyna się widzieć swój humanizm jako to jedyne pełne, prawdziwe, pojmujące człowieczeństwo.

Tamta myśl Michała niejako pokryła się z myślą Poldka:
czasem się boję, że się zachłystuję
tą moją wiedzą, moim oczytaniem
że się oduczam ciągle dopytywać
/
czasem się boję, że kiedyś uwierzę
że po „dr”, „dr hab.” nie ma nic na świecie
o co się spalać warto by wewnętrznie
/
czasem się boję, że się kiedyś upchnę
sam, i radośnie, dziękując, że mogę
w jakieś pudełka układów, hierarchii

Dzięki całości buduję sobie obraz wspomnień o Poldku. To fantastyczna odskocznia od prozy, a jest przecież równie obrazowa. Plastyczna. Można te same wnioski wyczytać z różnych form literackich. Bardzo mnie to ujmuje, porywa – szczególnie też przyciąga mnie melancholia, którą przytłumiło odczucie, że za mało. Że chcę więcej. Że ja poczekam, aż Poldek coś jeszcze napisze i wrócę tu, i przeczytam. Limeryki cudowne. Sonety – ach, daj jeszcze! Niedosyt rośnie z każdą kolejną częścią, każdą strofą tak mocno związaną z Poldkiem i jego rodziną, i jego Andrzejem.
I jego Szczecinem.
Dodatkowo po przeczytaniu kilku Twoich zainspirowałam się do własnych, coś mnie natchnęło. I znów – dziękuję.


09. „NIEPOTRZEBNE, ZBĘDNE, BEZSENSOWNE”. POSTSCRIPTUM
– Teraz sobie obejrzymy, jak Hiacynta pojechała na licytację do arystokratycznego domu i kupiła ohydne wino. – Pamiętam ten odcinek! Czy Hiacynta przypadkiem się tym stęchłym wińskiem wtedy nie upiła? Tak, wiem. Powinnam napisać coś kreatywnego o samym tekście, ale nie mogę. Po prostu nie mogę oderwać się od przeżywania tych przeróżnych rzeczy trzecich, od wczuwania się w sytuację bohaterów i nawet to, że piszę teraz tę ocenę, jest formą mojej rzeczy trzeciej – jakoś trudniej pozbyć się tej satysfakcjonującej myśli po przeczytaniu historii Agnieszki.
Och, oczywiście, że Poldek musiał sklecić wiersz. I to jest kolejny taki mocno Poldkowy wiersz. Przypomniało mi się, jak jeszcze notkę temu prosiłam o więcej – i więcej tu dostałam. Ale powróciła chociaż na chwilkę też wspomniana wtedy melancholia. I po niej znów uczucie, że za mało. Że chcę więcej. Niesamowite, jak tak dobra poezja może oddziaływać na czytelnika.
Do każdego dopasowałaś tę trzecią rzecz, nie wyciągnęłaś ich z dupy. Po Andrzejku niczego innego się nie spodziewałam. Julek mnie troszkę zaskoczył, ale absolutnie nie zniesmaczył, natomiast sporym zdziwieniem dla mnie był Olek i jego rozpoczynająca się przygoda z deskorolką.
Nie mam się do czego doczepić w przypadku tego Postscriptum. Być może znalazło się kilka potknięć, ale to drobnostki takie jak:

(...) ląduje w psychiatryku w kaftanie bezpieczeństwa, na oddziale zamkniętym i pod stałą obserwacją – brak kropki na końcu zdania.
No i to by było na tyle.

10. NA BOISKU O PIĄTEJ
Marcin czasem miał ochotę powiedzieć: tato, to nie twoja wina, ale nie wiedział, jak, nie umiał. – Coś mi w tym zdaniu zgrzyta i najprawdopodobniej jest to przecinek przed jak.

Przypomniały mi się czasy technikum. Czasy szkolne, w których też się nienawidziło chemii i wypowiadało się pod nosem dokładnie taką samą formułkę: Ja pierdolę, jakie to życie jest do dupy przez głupią chemię. Zdanie mocno mnie ujęło na tle personalnym. W ogóle przedstawiony obraz szkoły pozwolił mi się cofnąć o te sześć lat i przypomnieć sobie towarzyszące temu emocje. To było ujmujące. Piszesz w tym tekście stylistycznie młodzieżowo, przekonująco, trafiając praktycznie do każdego czytelnika. Przy tym poruszasz kontrowersyjny temat, jak to wszystko wygląda z perspektywy młodego chłopaka, który właśnie jest na etapie upewniania się w swojej orientacji seksualnej. Cieszę się, bo mimo tego, że daleko mi do tego tematu, to jednak Twoja narracja ułatwia wczucie się w bohatera. Naprawdę solidne rozegranie tematu.

To dopiero pech, mieć na lekcji erekcję, bo się myśli o tym, jak na poprzedniej lekcji widziało się Andrzeja prawie nago, i oczywiście lekcją po WF-ie musiała być matma, podczas której co chwila każdy idzie do tablicy, i człowiek próbuje nad sobą zapanować, zanim przyjdzie jego kolej, a powód tego problemu z panowaniem nad sobą siedzi obok, obojętny, niewzruszony, nieświadomy. W takich momentach życie było naprawdę do dupy.

(...) gdy się patrzyło na Andrzeja, jak stoi, [przecinek zbędny] oparty plecami o siatkę, pije łapczywie wodę z butelki, ma uniesioną głowę, przymknięte oczy i luźno opuszczoną wolną rękę (...).

Fantastycznie radzisz sobie z mieszaniem wątków. Jednocześnie czasy szkolne, miłość do Andrzeja i mama. Mama gdzieś tam momentami, fragmentami, półsłówkami, na plaży czy w domu. Te fragmenty niczym wypełniane dziury w pamięci Marcina wychodzą tak cholernie naturalnie, że trudno od tego odejść.

Czułam, że pojawi się nawiązanie do Czwartego uderzenia. Wplotłaś to w historię, jakby to właśnie tamten tekst główny został mniej znaczącym ekskursem, a wcale tak nie jest. Teraz po prostu mam do czynienia z drugą stroną medalu i mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego właściwie Marcin u pedagożki pocałował Andrzeja. Gdy czytałam Czwarte uderzenie, wydawało mi się to trochę wymuszonym zachowaniem, a tutaj rozwiałaś wszystkie wątpliwości. Jestem zafascynowana tym połączeniem. Nie jest tak dosadne; nawiązanie to po prostu element, wzmianka na jedną stronę z dwudziestu – nie szkodzi. Świetnie się złożyło.


– Ty, jak drut może być tak uszkodzony, że się nie nadaje do podłączenia do prądu? – zapytał, nie do końca pewien, czy to, o co pyta, ma jakikolwiek sens, ale tylko to mu przyszło do głowy.  – To nie jest tak, że jak połączysz drut i prąd, to po prostu jest drut pod prądem?/ Andrzej wzruszył ramionami. Obaj byli z fizyki tak uzdolnieni inaczej, jak powtarzał fizyk, że nie rozpoznaliby przyspieszenia a jeden, choćby im nawet najechało na kopyta ciężarówką.


To jeden z tych cytatów, które zapadły mi w pamięć i wywołały szeroki uśmiech. Natomiast dalej – było coraz dojrzalej, poważniej. Przyznam się szczerze, że również z pobudek personalnych, w trakcie czytania o ostatniej rozmowie Andrzeja i Marcina, gdy Marcin przypomniał sobie reakcję taty na wiadomość o śmierci Filipa, coś we mnie pękło i zasmarkałam w chusteczkę. Myślę, że to najlepszy dowód na to, iż piszesz, naprawdę wbijając się w świadomość czytelnika. Uderzyła mnie ta melancholia, która sączyła się z każdego kolejnego zdania aż do końca. Z resztą uderza mnie prawie tak samo przy każdym Twoim tekście. Ta pisanina robi wrażenie, pobudza wyobraźnię i działa na emocje.

„To moja sprawa, to moja sprawa, to moja spraw” – sprawa.


11. WEEKEND Z FILOLOGIEM
(...) pewnie pozmywał, chyba też odkurzył, bo przez jakiś czas słuchać było odkurzacz (...). Słychać.

(...) i zrobiło się całkiem przyjemnie, ale Remigiusz znów musiał zacząć się czepiać – Brak kropki na końcu zdania.

– Poczekaj chwilę, zaraz gdzieś zjadę –zgodził się Remek, po czym zsunął jego dłoń ze swojej nogi.  – Brak spacji między półpauzą a zgodził.

I zwyczajnie chciałby, żebyś czasem gdzieś ze mną wyszedł, na przykład tak jak teraz, do znajomych. – Chciałbym.

Nie lubię Andrzeja. Nie dlatego, że to źle wykreowana postać, absolutnie. Ma paskudny charakter, choć jest w nim coś ujmującego. Po Remku widać, że jest uczuciowy, potrzebuje stabilizacji, miłości, zdrowego związku. Oczekuje tego od Andrzeja i mam wrażenie, że Remek sam wmawia sobie, że jego partner go kocha. Myślę, że Andrzej jest zbyt nieufny, samotny i zadufany w sobie, a przede wszystkim nierozwinięty emocjonalnie. Po tym fragmencie zrobiło mi się strasznie szkoda Remigiusza:
Gdy Remigiusz rzucał, zupełnie znienacka, bez uprzedzenia i w gruncie rzeczy bez powodu, bez sensu i bez potrzeby, te swoje uczuciowe wyznania – najczęściej tuż po seksie, gdy człowiek właśnie się w pełni odprężył i chciał przez chwilę spokojnie poleżeć, nacieszyć się tym wewnętrznym rozleniwieniem albo po prostu zwyczajnie zasnąć i zebrać siły, Remek wyskakiwał z kolejnym „kocham cię” czy „zależy mi na tobie”, zupełnie jakby największą frajdę sprawiało mu rozbicie w drobny mak czyjegoś spokoju, odprężenia i zadowolenia – albo gdy zaczynał, mniej lub bardziej wyraźnie – ostatnio chyba coraz wyraźniej – dawać do zrozumienia, że też oczekuje jakiejś reakcji, jakiejś deklaracji, jakiegoś odwzajemnienia, werbalnie i niewerbalnie, swoich słów, przekonań i emocji – no, wtedy dopadało człowieka poczucie naprawdę sporego dyskomfortu.

Jeśli Andrzej uważa potwierdzanie miłości dyskomfortem, to nie zasłużył na nią. Nawet nie potrafi nazwać ich relacji związkiem. Dlatego właśnie Andrzej jest postacią specyficzną, a jego charakter oddać trudno – to strasznie złożona postać. Uważam, że udało Ci się ukazać tego chłopaka z wielu perspektyw; jego rozbicie jest widoczne, a problemy i odizolowanie od ludzi – denerwujące. To taki typ samotnika, który strasznie irytuje, a jednocześnie fascynuje.

W tym ekskursie tak naprawdę ukazałaś kontrast pomiędzy Remkiem a Andrzejem. Zdziwiła mnie nieco różnica wieku między nimi – dwadzieścia lat to wcale niemało. Jednak ta niedojrzałość Andrzeja i chęć matkowania jego partnera doprowadzały też do śmiechu. Szkoda, że Andrzej nie dopuszcza do siebie myśli, że ten związek to faktycznie poważny związek, pewnego rodzaju stabilizacja. Jednak bardziej zaimponował mi Remigiusz – tak bardzo się stara, mimo że na pewno widzi reakcje jego partnera – często chodzi mu tylko o seks. Remek jest dobrym facetem, takim trochę tatusiowatym. A jednocześnie wzbudza sympatię, a jego starania o względy Andrzeja są urocze.

Tekst mi się spodobał; uważam, że to jeden z lepszych, które wyprodukowałaś. Kontrast osobowości bohaterów mnie zachwycił, było w tym coś ujmującego, choć przecież przedstawiłaś jedynie fragmenty zwykłego, ludzkiego życia.


PODSUMOWANIE
Zacznijmy może, droga Ome, od poprawności, bo z powyższej treści wynika, że wspomnienie o tym to już tylko formalność. Na ogół jesteś poprawna. To, co znalazłyśmy, jest tak naprawdę drobnostką w porównaniu z ilością opublikowanego materiału. Wiadomo, że ciężko jest wyłapać wszystko za pierwszym, drugim czy nawet dziesiątym podejściem do tekstu. Najczęściej spotykałyśmy podwojoną spację, na którą jest łatwy sposób – tuż przed publikacją wybierz CTRL+F i wpisz w wyszukiwarce tekstu dwie spacje. Każdą wysznupaną pozycje zamieniasz na spację pojedynczą i voilà! Jedna drobnostka z głowy. Reszta to literówki, na które raczej nie ma innego sposobu niż większa dokładność – czy to ze strony Twojej, czy betareadera (jeżeli z takowym współpracujesz). Zasługujesz jednak na wielką pochwałę – były teksty, w których nie wyłapałyśmy ani jednego błędu. Raczej im świeższy materiał, tym mniej literówek, a podwójne spacje już prawie się nie zdarzają.
Jeszcze jedna, drobna uwaga: w niektórych tekstach używałaś pauzy w dialogach, a w innych trzymasz się półpauzy. Osiągnęłabyś lepszy efekt, gdybyś to ujednoliciła. Nie jest to oczywiście niepoprawne – w grę wchodzi jedynie kwestia estetyki.

Zupełnie inną kwestią są powtórzenia – często wykorzystywane jako świadomy zabieg stylistyczny, ale nieraz napatoczyły się i takie, które spłycały zdania. Wyżej wymieniłyśmy te, które zwróciły naszą szczególną uwagę. Sama zdecyduj, czy zależne są one od stylizacji narracyjnej, czy też zgadzasz się na ich eliminację. Z tymi powtórzeniami wiąże się również kolejny problem:
TAUTOLOGIA. Często odnosiłyśmy wrażenie, że w niektórych momentach zwyczajnie lałaś wodę. Wydłużałaś zdanie, siląc się na tłumaczenie oczywistości, powtarzałaś myśl, ewentualnie za mocno podkreślałaś pewne rzeczy, jak gdybyś chciała upewnić się, że wyobraźnia czytelnika działa na najwyższych obrotach, a ta już dawno zdążyła się przegrzać. Czasem w zdaniach następujących po sobie zawierałaś taką samą puentę. To sprawiało, że zdarzało nam się wzdychać lub miałyśmy ochotę zrobić w czasie czytania dłuższą przerwę. Dość upierdliwe było to we Włóczykiju Polskim i w Od strony pierwszej do ostatniej.
Bardzo często piszesz długimi zdaniami ze sporą ilością wtrąceń, wykorzystujesz wtedy przecinki, ale czasem przydałyby się również myślniki i średniki, by posegregować myśli. Przykłady znajdują się wyżej. Czasami dobrym wyjściem byłoby podzielenie zdania na dwa, czasami nawet więcej. Niejednokrotnie kolosy te tworzyły klimat, ale zdarzały się momenty, w których czytelnik najzwyczajniej w świecie głupiał. Znów nawiążemy do tego olbrzyma z Priamela – dwieście osiemdziesiąt jeden wyrazów ekspozycji. Co za dużo – to niezdrowo, naprawdę. Pod koniec nikt nie pamięta początku i musi zaczynać od nowa, i jeszcze raz, i jeszcze. Swoją drogą, była to jedyna upierdliwa ekspozycja, na którą zwróciłyśmy uwagę. Reszta tekstów to głównie niemęczące, lekkie w przyswojeniu refleksje przedstawiające scenę za sceną – jakbyśmy w przypadku Twojej prozy mierzyły się z naprawdę profesjonalnym materiałem.
Zdarza Ci się odbijać od głównego wątku, przez co niejednokrotnie miałyśmy wrażenie, że bijesz rekordy w sadzeniu zbędnych słów na akapit. Jakbyś rozpoczynała jedną myśl, w połowie przypomniała sobie o kilku innych, które czasem się zazębiały, a czasem nie – wtedy zmieniałaś zupełnie temat, by na końcu znów wrócić do tego, od czego zaczęłaś. Z jednej strony zaskakiwałaś koncepcją i wielowymiarowością, ale czasem było to zwyczajnie irytujące, jak gdybyś pisała pod natchnieniem, a potem zostawiła taki niepoukładany potok różnorakich myśli. Takie miejsca wskazałyśmy wyżej.
Tytuły twoich notek są zawsze trafione. Absolutnie nie spoilerują, ale w zupełności oddają klimat i po przeczytaniu wszystkiego, co opublikowałaś (a jest tego naprawdę imponująca ilość), tytuły te pozwalają od razu skojarzyć, który tekst był o czym.  Nie są mylące, zapadają w pamięci i często są równocześnie i dosłowne, i metaforyczne.
Natomiast musimy zwrócić uwagę na kwestię spoilerów zawartych w samej treści. Momentami już na samym początku tekstu było wiadomo, jak się on zakończy. Nie wiemy, czy istnieje wielu czytelników, którzy zaczynają książkę od ostatniego rozdziału, w każdym razie są też tacy, którzy chcieliby do końca czuć choćby lekkie napięcie i zainteresowanie. Tylko na chwilę było pod tym względem najgorsze. Mogłaś na wiele sposobów rozpocząć i w mniej oczywisty sposób opisać zakończenie związku Andrzeja z Remigiuszem, jednak wybrałaś zaserwowanie nam na tacy informacji o niechybnym finale tej relacji. Prawdopodobnie był to zabieg celowy, jednak pozostawił u nas lekki niesmak po tekście, więc następnym razem lepiej by było, gdybyś unikała tak oczywistych opisów przyszłości.
Nie można nie pochwalić Cię za tematykę. Poruszasz teksty związane z problematyką jak najbardziej aktualną. Fabuła każdej notki dzieje się w czasach współczesnych, mamy więc bieżące realia, w których łatwo się odnaleźć, łatwo je poczuć – umieściłaś bohaterów w jednym mieście, tworząc wielowarstwową bazę powiązanych ze sobą charakterów. Większość z nich mierzy się z podobnymi problemami ukazanymi z różnych perspektyw, gdyż Twoje postaci właśnie takie są – jednocześnie podobne, bo należące do jednej grupy (jednego otoczenia), ale bardzo od siebie różne ze względu na to, iż ludzie zwyczajnie się od siebie różnią. I to udało Ci się ukazać w stu procentach. Jesteśmy zakochane w każdej jednostce, w każdym charakterze, ale i w całości, którą  wykreowałaś. Chapeau bas. Nie ma sensu rozpisywać się o każdej postaci z osobna, lecz – wierz nam – oczami wyobraźni byłyśmy dokładnie tam, gdzie nas pokierowała narracja i bezproblemowo chodziłyśmy w butach Twoich bohaterów. Przede wszystkim nie zlewali się; nie ma takiej siły, by dało się ich ze sobą pomylić. Są wykreowani na medal, a jeżeli coś gdzieś zgrzytało, to wspomniałyśmy o tym już wyżej, jednak były to raczej drobnostki, które nie wpłynęły na ocenę ogólną.
Dodamy jeszcze, że świetnie wypadło połączenie wszystkich tych kreacji na przestrzeni wielu tekstów – konsekwentnie prowadzisz każdego bohatera w każdej odsłonie, rozwijasz charakter, przedstawiając sytuacje z młodości i teraźniejszości, więc czytelnik może sobie sam wszystko porównać i wyciągnąć swoje wnioski. Przy czym kierujesz tor myśli na wnioski przeważnie ciepłe, moralizatorskie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) oraz niejednokrotnie nostalgiczne. W czasie czytania czytelnik z łatwością może nawiązywać i do swojego życia, do swoich doświadczeń. Piszesz o ludziach – dla ludzi. Niby niczego nie podpowiadasz, nie wkładasz nam opinii do gardła, ale opisy masz na tyle plastyczne, by każdego bohatera można było zrozumieć. Chociażby dlatego naprawdę warto czytać Musivum.
Mamy do tego jeszcze jedną radę, byś chociaż ułamkowo jeszcze bardziej wiązała ze sobą teksty, gdyż (przykładowo) Poldek w jednym udowadnia, że maluje z mamą, a w innym nie ma o tym słowa – dopiero na końcu pojawiło się zaledwie małe wspomnienie, które dość mocno zaskoczyło oceniającą (nie miała ona do czynienia z Poezją Prostego Filozofa). A przy tym jesteśmy o krok od wspaniałej konkluzji, że jednym z większych plusów Twojej pisaniny jest możliwość czytania wyrywkowego – pomijając Priamel, który warto przyswoić na początku. Resztę można mieszać, dobierać i faktycznie nie trzeba trzymać się jednego szablonu, gdyż wszystko tak niebanalnie ze sobą spoiłaś.
Wcześniej, zgłaszając bloga, skonkretyzowałaś się i dostałyśmy dokładnie takie teksty, jakie zadeklarowałaś w zgłoszeniu. Pisałaś głównie o złożonej psychice ludzkiej, psychologii; humanistyce od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; o seksualności. Uświadomiłaś nas, że poruszasz tematykę LGBT, piszesz o relacjach homoseksualnych, biseksualnych i heteroseksualnych. I owszem, na to się głównie nastawiałyśmy, ale nie możemy przejść obojętnie obok faktu, że zdecydowana większość jest o gejach. Do tej pory na 28 opublikowanych tekstów ponad połowa dotyczyła męskiego homoseksualizmu. Biseksualizmu i heteroseksualizmu nie było niemal wcale lub zanikały gdzieś w tej masie opisów relacji męsko-męskich. I jasne, że nie ma nic złego w tym, że opisujesz takie relacje – wręcz przeciwnie, udowodniłaś tymi tekstami, że relacje te mogą niczym nie różnić się od żadnych innych. Nie ma lepszych czy gorszych, nie o to chodzi. Doszłyśmy jednak do wniosku, że jest to zdecydowana większość i to tworzy realny problem, na który zwróciłyśmy uwagę na przestrzeni wszystkich Twoich tekstów – u Ciebie kobiet jest tyle, co kot napłakał. Czasem niektóre oceniające odnosiły wrażenie, że w niektórych materiałach brakuje bohaterek, a jeżeli się pojawiają, to nie są to aż tak dopracowane jednostki, jak to było z dopieszczonymi do perfekcji, wręcz wymuskanymi pod względem przedstawienia charakteru, bohaterami (pomijając zdecydowanie Agnieszkę, która wyszła Ci genialnie, oraz Olgę, której jednocześnie było za mało). Odniosłyśmy czasem wrażenie, że nie jest to przedstawienie równości. Lesbijek, przykładowo, nie było u Ciebie prawie wcale. Szala przechyla się więc mimo wszystko na stronę o problematyce męskiej, co po jakimś czasie zaczynało już nieco nużyć.
Jednakowoż obiecałaś gender, queer i feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historię i teorię literatury; bibliopatię i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące – to wszystko miało miejsce. Szczególnie Szczecin – dopracowany, realny Szczecin. Skoia nigdy nie była w Szczecinie, a miała wrażenie, że właśnie tamtymi uliczkami spaceruje, że widzi ten dworzec, tę pętlę autobusową, ten park… Żadnych zastrzeżeń. Forfeit za to zakochała się w opisie biblioteki Olgi. Razem z bohaterką przechodziła obok każdego tomu ustawionego na kolejnej, uginającej się pod ciężarem książek półce. Po mistrzowsku przedstawiłaś wszystkie miejsca, w których działa się akcja. Masz bardzo plastycznie, obrazowe opisy i tego Ci odebrać nie można.
Eksperymenty z formą – proza z przeróżną narracją, poezja, patchwork, relacja analizy blogowej czy nawet tekst składający się wyłącznie z dialogów – Twoja kreatywność pod tym względem jest rozbrajająca. Umiejętność tworzenia w tak wielu formach jest okrutnie ciężka, a Tobie wyszło to idealnie. Widać, że świetnie czujesz się we wszystkich rodzajach prowadzenia tekstu. Zazwyczaj autorzy muszą dopasowywać bohaterów i świat do rodzaju narracji; Ty dopasowujesz narrację do reszty. A zastosowanie tego wcale nie jest takie proste. Pokazujesz tak wiele za pomocą tak przeróżnych środków, że ciężko przejść obok tego obojętnie. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Do tego każdy z tych tekstów ujmuje lekkością, prostotą stylu. Coś à la Siesicka i Snopkiewicz – literatura jak najbardziej przystępna, polska, taka zwyczajna, że aż przyciągająca, a gdy się zacznie, to nie bardzo chce się odejść. Raczej sięga się po więcej.

Projekt Musivum zdecydowanie zasługuje na WYBITNY (6). Prezentujesz naprawdę wysoki poziom – może się komuś nie podobać tematyka czy stylistyka, ale jakość trzeba docenić. Długo rozprawiać można by o wszystkich walorach i dokładać pozytywnych epitetów. Mamy jednak nadzieję, że taka forma naszej pracy spełniła Twoje oczekiwania i że coś uda Ci się z niej wyciągnąć na przyszłość; również że nie tylko Cię połechtałyśmy, zostawiając bez ani jednej sensownej porady – czasem ciężko było naprawdę do czegoś się „doczepić”, a nie na tym też ocenianie polega, by doszukiwać się czegokolwiek na siłę. Powodzenia w dalszym pisaniu! Na pewno jeszcze nie raz zajrzymy na Musivum i zobaczymy, co nowego słychać u całej szczecińskiej ekipy.
Pozdrawiamy serdecznie i gratulujemy najwyższej dotychczas noty na naszej ocenialni.

Podziękowania dla Bohaterki Realnej i Dafne za betę :)


3 komentarze

  1. Miło widzieć w końcu tę ocenę na blogu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczyny! Ogromnie Wam dziękuję za kawał ciężkiej pracy, poświęcony czas i energię, wszystkie uwagi - no i tak pozytywną ocenę ;) I jeszcze za to, że nie pogoniłyście "Musivum" mimo kilku miesięcy kolejnej zawieszki.
    Chcę Wam porządnie odpisać na ocenę, ale zdołam to zrobić dopiero za jakiś czas (wolałabym nie określać, za jaki, zwłaszcza że zalegam już z paroma odpowiedziami na oceny i paskudnie się z tym czuję, a przez perfidną mieszankę masy pracy i problemów ze zdrowiem nadal nie mogę się wyrobić). Czy możemy się umówić, że po prostu za jakiś czas - możliwie jak najszybciej - odpiszę porządnie i odniosę się do poszczególnych uwag?
    Jeszcze raz ogromnie dziękuję - no i szczęśliwego 2017, dużo ciekawych blogów do oceniania oraz pozytywów i radości także poza ocenialnią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekamy z niecierpliwością :)
      Szczęśliwego 2017!

      Usuń

Aktualności

Blogi zgłoszone w 2016: 2
Znajdź nas na Fejsie – KLIK
Szablon stworzony przez Agatę

Archiwum

© Design by Agata from Król Trefl & WioskaSzablonów
Script ScrollToTop | Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY.