Piszesz i chcesz wiedzieć, co myślą o tym inni? Zapraszamy!
więcej o nas

Aktualności



Oceniający

Jest nas wielu i różnimy się od siebie jak tylko można, więc z pewnością znajdziesz w naszym gronie osobę, która z przyjemnością oceni twojego bloga.
wybierz



Zgłoszenia

Chciałbyś zgłosić swój blog do oceny? Wystarczy umieścić swoje zgłoszenie w księdze zgłoszeń. Pamiętaj, aby przedtem przeczytać regulamin.
księga zgłoszeń

[139] ocena bloga: strzaskana-porcelana.blogspot.com

11 lipca 2018
Autorka: Mien’harel
Tematyka: fanfiction – Diabolik Lovers
Oceniają: Dhaumaire, Skoiastel

Zdecydowałyśmy, że zajmiemy się oceną wyłącznie rozdziałów. Na blogu publikujesz także swoje tłumaczenia do gry, jednak żadna z nas nie ma kompetencji w tym zakresie, dlatego nie weźmiemy ich pod uwagę przy ocenie bloga.
Jak zawsze w przypadku grupówek – o konkretnych ramkach i rozdziałach piszemy w l. pojedynczej, a końcowe podsumowanie w l. mnogiej.
No to do dzieła.

[Uwaga: w połowie naszej pracy zupełnie przez przypadek znalazłyśmy na blogu poprawione sformułowanie, które wcześniej wytknęłyśmy jako błąd w ocenie. W regulaminie wisi jak byk, by nie zmieniać tekstu, gdy jest on zgłoszony i czeka na ocenę; nie mamy przez to zamiaru czytać całości od nowa i sprawdzać, co już poprawiłaś. Więc jeżeli jakaś uwaga jest nieaktualna, po prostu ją pomiń].


PIERWSZE WRAŻENIE
Szablon jest poniekąd estetyczny i zdaje się pasować do tego, o czym będziesz pisać, ale widzę też kilka problemów. Po pierwsze: kojarzy się z Onetem, jeśli wiesz, co mam na myśli. Jest trochę infantylny, chaotyczny, nieskładny. Po drugie: czerwień i róż w najnowszym poście strasznie się gryzą ze sobą oraz ze stonowaną kolorystyką reszty bloga. Widzę, że używasz też tego koloru, by zaznaczyć nowości. Na Twoim miejscu unikałabym tego, bo takie ostre kolory bolą w oczy i psują estetykę. W ogóle mieszasz różne kolory fontu, co jest dość irytujące dla oczu. Zdecyduj się na jeden, ewentualnie dwa, z czego jednego używaj tylko tam, gdzie naprawdę jest ku temu potrzeba. Po trzecie: zastanawia mnie, dlaczego ramka Witaj! jest pisana kursywą, a do tego używasz pogrubienia, by coś podkreślić… Trochę za dużo, zbyt pstrokato, a nie widać w tym konkretnego celu. W rozdziale 5 tylko przed treścią właściwą użyłaś 4 kolorów fontu, a sama treść notki jest na czarno.
Teraz zauważyłam, że wszystko piszesz kursywą. Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Ostatecznie kursywa służy raczej do podkreślania czegoś lub zastępuje cudzysłów, ale ustawianie jej dla całego tekstu… męczy oczy. I prowokuje Cię do innych udziwnień, jak kilka barw w jednej notce.
W ramkach po lewej brakuje justowania. Używasz też niepoprawnego cudzysłowu, ale o tym potem, bo takich błędów jest więcej.
Na pierwszy rzut oka widać, że nie dbasz przesadnie o detale, sadzisz babole, które nazywam leniwymi. Takim właśnie błędem jest chociażby spacja przed przecinkiem:
To gra otome , niezwykle popularna w Japonii.

Zapominasz o kropkach na końcu zdań (nie, emotikon nie zastępuje tego znaku):
Wszystkie pytania możecie śmiało wysyłać pod wskazany adres :)

To, co jeszcze mnie uderzyło, to fakt, że statystyka jest bez tytułu. W tym momencie mamy wiszącą pod obrazkiem liczbę, która niczego nie oznacza. W dodatku, po zaznaczeniu, ujawnia się zbyt długi tytuł (Łączna liczba wyświetleń), który jeszcze powiększa odległość od widżetu statystyki do obrazka. Wychodzi trochę brak dopracowania. Przez to menu – jedna z najważniejszych rzeczy na blogu – jest za nisko. Fajnie, gdyby było trochę wyżej, bardziej zwracało na siebie uwagę. Jest to jeden z gadżetów, z których czytelnik korzysta najczęściej.

Och, w menu nie ma też odnośnika do strony głównej. Ponieważ Twój szablon nie ma standardowego nagłówka, aby wrócić na stronę główną, trzeba albo się cofać, albo jeszcze raz wpisywać adres… Myślę, że taki dodatkowy link by się przydał.


Tutaj coś się zadziało. Kawałek kolumny się tak dziwnie ścisnął. Nie jestem pewna, w czym tkwi problem, ale nie wygląda to zbyt ładnie. O, i tutaj jest też nasz zaginiony odnośnik do strony głównej! Widzisz, o tym pisałam wcześniej. Postaraj się, żeby był widoczny i łatwo dostępny, żebym nie musiała zjeżdżać pod bardzo długą ramkę z informacjami, by znaleźć zupełnie niewyróżniający się, a tak często potrzebny link. I widzę, że masz tytuły widżetów białym fontem. Być może to celowe, bo nie chcesz ich pokazywać, ale wyglądają słabo, bo robią straszne dziury między widżetami.

Aby ukryć nazwy gadżetów, potrzebny Ci kod CSS. Pokażę, jak to zrobić na jakimś przykładzie. Powiedzmy, że nie chcę, aby na WS wyświetlał się tytuł archiwum:
Wchodzę więc do zakładki układ w Bloggerze, następnie najeżdżam myszką edytuj przy ramce z archiwum. Na dole strony wyświetlił mi się długi kod. Tuż po widgetId= jest nazwa tego gadżetu. W moim przypadku to HTML2:


Spisuję ją i wpasowuję w uniwersalny kod [#nazwagadżetu h2 {display: none;}]:
#HTML2 h2 {display: none;}


Kod wklejam w zakładce motyw->dostosuj->zaawansowane->dodaj arkusz CSS:


Efekt:
Mam nadzieję, że pomogłam i te białe ściany niczego szybko znikną Ci z bloga.

Zastanawiające jest, że piszesz posty Comic Sansem. W dzisiejszych czasach to chyba najbardziej pretensjonalny font ze wszystkich możliwych. Nie dość, że źle działa na oczy, to jeszcze wygląda karykaturalnie – od razu mam wrażenie, że będziesz tworzyć parodię.
Przejdźmy teraz do zakładek.


O BLOGU
Zakładka jest bardzo krótka, a znów pojawiają się trzy różne kolory. Do tego różna wielkość tekstu, wyśrodkowanie i pogrubienie… Tak wiele rzeczy ze sobą nie współgra. Chyba próbujesz wszystko podkreślić, ale zamiast tego uzyskujesz odwrotny efekt. Aż chce się wyjść i nigdy nie wracać, naprawdę. Całość jest zbyt krzykliwa. Nieprzyjemnie się na to patrzy.

Opis… niestety jest średni. Dość typowy.

Jedyne[,] co pamiętam, to fakt, 
iż chciałabym zapomnieć.
Chciałabym sugeruje, że to jest obecne pragnienie – a to kłóci się z pierwszą częścią zdania. Skoro niczego innego nie pamięta, nie może chcieć tego zapomnieć.

Znalazłam się w dziwnej rezydencji.
Muszę uciec. Wampiry... To chore.
Pomocy.
Jeżeli to ma pełnić funkcję blurba, to pełni ją naprawdę słabo. W tym opisie nie ma żadnych emocji – kropki wysuszają jakikolwiek przekaz, na siłę dodają dramatyzmu. Ktoś prosi o pomoc, bo otaczają go wampiry i… to chore? Naprawdę tylko tyle? Suche pomocy? Nie potrafię w żaden sposób się wczuć, przekonać do treści, z którą zaraz się zapoznam. Nie wciągasz mnie, nie zachęcasz. Ten opis jest kompletnie wyprany z uczuć. To już lepiej, jakby nie było go wcale – szczerze mówiąc.

Prosisz też, by czytelnicy regularnie zaglądali do zakładek. Tym bardziej, mając na uwadze własną prośbę, postaraj się, aby menu było bardziej dostępne i widoczne, a zawartość podstron mniej odpychająca przez kolorystykę.


TŁUMACZENIA
Zakładka daje po oczach. Znów: cztery różne kolory, kursywa, pogrubienia, podkreślenie, zmiana koloru jednego słowa w danym akapicie, różne rozmiary tekstu i jeszcze różne wypunktowania… Za dużo. Naprawdę.
Widzę też, że nie robisz pauz i półpauz, a stosujesz zamiast nich dywizy. Tu, jak i w ramce Witaj!; mam nadzieję, że w tekście właściwym nie będzie to problemem.


O AUTORCE
Tutaj znowu mamy inny rozmiar tekstu. Musisz zdecydowanie to ujednolicić, tak jak kolorystykę. Ułatwi to odbiorcom pobyt na blogu.

(...) ( czarnego )humoru (...).
Nie rób spacji między nawiasami a tekstem w nich. Przy tym jeszcze zjadła się spacja po nawiasie. Powinno to wyglądać tak: (...) (czarnego) humoru (...). Dalej robisz to samo:
(...) ( marzenia ściętej głowy... ) (...).

Opis był w zasadzie… No, nic o Tobie nie powiedział oprócz oczywistości. Na przykład o tym, że jesteś autorką tego opowiadania albo sobą. Myślę, że jeśli już ktoś zagląda do tej zakładki, chciałby dowiedzieć się, z jaką osobą będzie mieć do czynienia. Nie musi to być żadna charakterystyka, ale brakuje tu czegoś, co by sprawiło, że odbiorca poczuje jakąś więź z blogiem i Tobą. Fajny autor też może przyciągać do historii.

Pisarką- ale tylko dla napisania własnego życia :D
Dywiz zamień na pauzę lub półpauzę i wstaw przed nim spację. Brakuje też kropki na końcu zdania – przed lub po uśmiechu. Poza tym co oznacza napisanie własnego życia? Jeśli masz na myśli biografię, to użycie tego właśnie terminu jest zgrabniejsze.

To teraz przechodzę do treści właściwej.

PROLOG
Przede wszystkim nie justujesz tekstu i nie robisz wcięć akapitowych. Chyba że jako wcięcia traktujesz te niektóre spacje, które poprzedzają ci tekst, ale dla mnie to wygląda raczej, jakbyś napisała rozdział ciągiem i wstawiała entery na oko, a potem zapomniała usunąć te spacje z początku linijek. Jest nieestetycznie.

Prolog zaczynasz takim wyśrodkowanym zdaniem na czerwono:
Ludzie uciekają z różnych przyczyn. Jeżeli to tytuł, to usuń kropkę. Chociaż trudno określić, co to właściwie jest, bo później, już wyrównując tekst do lewej, kontynuujesz przekaz od tego zdania. Nie wiem, o co Ci chodziło z tym zabiegiem.

Ludzie uciekają z różnych przyczyn. Rodzinnych. Zawodowych. Miłości. Zapomnienia. Niefortunnego wypadku. Chęci przeżycia przygody. – Przyczyn rodzinnych, zawodowych, miłości… W tym przypadku powinnaś trzymać jedną formę, bo inaczej tworzysz dziwny dysonans.

Zwabić duszę wprost w ramiona spragnionej bliskości przyjaciółki. Uczepić się ramienia. – Być może to celowe powtórzenie, ale nie brzmi dobrze w kontekście całego akapitu.

W ogóle ten wstęp jest okropnie chaotyczny i niezrozumiały. Bo co to za metafora, że przyczyny ucieczki mają: (...) zwabić duszę wprost w ramiona spragnionej bliskości przyjaciółki. Uczepić się ramienia. Wargami wymuskać kawałki szkła, powbijane w jej kruche dłonie. Wyczuć zapach nadziei wymieszanej ze strachem. I w sekrecie ją pieścić… – o co tu chodzi? Jak przyczyna ucieczki może coś wymuskać wargami? Najwyraźniej sama się pogubiłaś, czegoś Ci tam brakło.

Delikatnie, by wątłe ciało mogło się zagoić. – Nie jestem pewna, co masz na myśli. Dlaczego ktoś miałby całować szkło powbijane w czyjeś dłonie delikatnie i jaki to ma związek z gojeniem się ran?

Choć blizny pozostaną, powstałe dzięki maleńkim ostrzom skrytym w grzechach. – Pierwsza rzecz: zestawiając ze sobą słowa choć i dzięki, tworzysz sprzeczność, bo choć ma wydźwięk raczej negatywny, a dzięki pozytywny. Druga: ostrza skryte w grzechach? Naprawdę nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi.
Chciałaś pewnie stworzyć estetyczny obraz, który jednocześnie będzie mroczny i lekko niepokojący, ale bez kontekstu to nie działa. Ponadto wszystkie te zdania się ze sobą nie łączą, nie dają jednolitej wizji, nie przenoszą żadnej metafory. Widać też, że próbowałaś posłużyć się zmysłowością, by dodać klimatu, ale koniec końców wyszedł bezsens.

Biegłam. Droga była tak nieskończenie długa. Jedynie nieliczne latarnie rzucające światło wskazywały mi, gdzie powinnam stawiać stopy. Prawa, lewa. Raz, dwa. To uspokajało moje skołatane nerwy. Zajmowało czymś myśli. Nie chciałam w nich zatonąć. // Boję się ich. – Mieszasz czas. Raz piszesz w przeszłym, raz w teraźniejszym. Musisz się zdecydować, bo takie plątanie to poważny błąd – skoro zdecydowałaś się zaprezentować czytelnikowi historię swojej postaci i ona opowiada coś z perspektywy czasu, nie może raz na jakiś czas odnosić się do tu i teraz. Sama pomysł, wtedy mamy zgrzyt.
Zaczynasz notkę leniwym, abstrakcyjnym wstępem, a nagle okazuje się, że główna postać ucieka w strachu. Trudno mi w to uwierzyć. Gdyby faktycznie się bała, to czułabym to w prowadzonej narracji – zdania byłyby krótkie, konkretne, nadawały tempo biegu. Myśli nie krążyłyby wokół czegoś tak metaforycznego i irrealnego jak zwabianie duszy i muskanie szkła. Teraz bieg bohaterki wygląda przez to bardziej jak relaksacyjny jogging.
Narracja jest ładna, płynna, delikatna. Masz pierwszoosobówkę, więc jako czytelnik znajduję się cały czas, przez każde zdanie tekstu, w głowie głównej bohaterki. Czyli wychodzi na to, że w jej głowie panuje chillout, ale jednocześnie dziewczyna przekonuje na siłę i sztucznie, że jest wystraszona i nerwowa. To się w żaden sposób nie pokrywa. A przez to nie zbudowałaś żadnego napięcia. Nie boję się wraz z bohaterką, raczej wyciągam nogi, rozsiadam się wygodnie i leniwie. Dopiero potem, gdy zaczynasz opisywać ciężkie łapanie oddechu, zaczyna się robić bardziej wiarygodnie.
Przy okazji: o co chodzi ze zdaniem, że latarnie są nieliczne? Skoro już w ogóle są, to znaczy, że bohaterka jest na terenie, który przeznaczony jest do ruchu drogowego. Nikt nie stawia latarni nielicznie, nieregularnie, ot tak i byle gdzie, bo żeby działały, to trzeba pociągnąć do nich prąd, a to wymaga pracy i dobrej logistyki.

Miałam wrażenie, jakby ktoś podstawił mi pod twarz śmiertelny ogień. – Czym jest śmiertelny ogień? Po raz kolejny rzucasz epitetami, które nie mają żadnej wartości w kontekście. Ogień jest gorący, palący i tak dalej, ale śmiertelny? Na pewno nie tu. Śmiertelny byłby wtedy, gdybyś pisała o pożarze, w którym ginęli ludzie. Rozumiem, że to metafora, ale wciąż, to się nijak ma do siebie w tej sytuacji.

Płonę.
We własnym wstydzie.
Nie wiem, gdzie jestem”. – Ej! Chwila moment! Co tu się stało? Czy Ty zapisałaś właśnie myśli bohaterki kursywą? W narracji pierwszoosobowej, kiedy każde zdanie opowiadania to właśnie jej myśli? Czy chcesz mi powiedzieć, że dziewczyna cierpi na jakieś rozdwojenie jaźni albo coś w ten deseń? Inaczej ten zabieg nie ma żadnego sensu. Sama się zastanów – dziewczyna cytuje w myślach swoje własne myśli. To głupie.
Myśli kursywą zapisuje się w narracji trzecioosobowej.

Dziewczyna uciekała godzinę, może dwie, a jedyny objaw zmęczenia to łapanie oddechu i obolałe ciało? Nie wiem, ona biega regularnie w maratonach? Normalny człowiek bez rozgrzewki i wielu treningów przygotowawczych zdychałby po pół godzinie, tak podejrzewam. Rozumiem, że adrenalina też robi swoje, ale nie będzie głównym motywatorem przez godzinę czy dwie, bo organizm ma swoje granice wytrzymałościowe. Czas, który jej wyznaczyłaś, wydaje się absurdalny, ewentualnie dziewczyna biegła truchtem.

Otaczał mnie las. Czułam zapach mokrych liści. Mchu. (...) W oddali dostrzegłam zarys radiowozu. Światła rozbłysły złowrogą czerwienią. – Dziwny ten opis scenerii. Las, żwirowy chodnik, a do tego latarnie i gdzieś niedaleko radiowóz. Trudno to sobie poukładać w głowie. Jeszcze wcześniej drogę oświetlały latarnie; las był gdzieś obok, a bohaterka biegła ulicą... W takim razie albo ona ma węch jak Jan Baptysta Grenouille, że czuje ten mech, albo to Ty się miotasz i nie umiesz dobrze przekazać tego, co widzisz oczami wyobraźni. Ja sobie to wyobrażam tak, że ona biegła ulicą, a las faktycznie może był gdzieś obok, ale… właściwie dlaczego bohaterka nie wbiegła do niego, skoro uciekała? Niby mogłaby się zgubić, ale to, gdzie trafia, i tak potem nie ma dla niej znaczenia, w ogóle się tym nie przejmuje.
Przez godziny umykała gliniarzom rozświetloną przez latarnie ulicą, skoro niedaleko dostrzegała radiowóz, a wcześniej jeszcze go słyszała? Czy to nie jest trochę głupie i nieodpowiedzialne z jej strony?

Zapis myśli kursywą pojawia się jeszcze wielokrotnie. Jeżeli nie wiedziałaś, że to błąd, to podejrzewam, że może to jeszcze mieć miejsce w kolejnych notkach. Pozwól więc, że nie będę już o tym wspominać.

Bezwładne ciało minęło znak. – No nie bezwładne, bo dziewczyna cały czas się poruszała. Masz problem z doborem przymiotników, którymi próbujesz dodać ciężkiego klimatu oraz dramatyzmu.

Zmusiłam się do ruchu. Silny ból przeszedł w odrętwienie. To śmieszne. – Co w tym śmiesznego? Nie wiem, nie czuję tego, co bohaterka próbuje mi przekazać. Pewnie chodziło Ci o jakiś sarkazm, że akurat gdy musi biec, to jest jej ciężko i stan jest tak poważny, że aż niepoprawnie zabawny, ale dokładnie zdanie później pojawia się zdanie: Umysł też taki jest. – Jaki jest? Śmieszny? 


Dźwięk syreny przyprawiał mnie o mdłości. Ledwie chwytając oddech, pchnęłam wrota.Wrota to mocno nacechowane określenie. Kojarzy się poważnie, monumentalnie, z jakąś taką powagą i godnością, a opisujesz zwykłą… furtkę z bramy.

Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie!
Nie poddam się! Nie... Nie teraz!
– Pomijam zapis kursywą, ale wydaje mi się, że ten tok myśli jest… hm… naiwny. Brzmi, jakby bohaterka dążyła do czegoś wielkiego, czemu wiele poświęciła i już prawie wygrała – zbyt pompatyczne, aż śmieszne. Rozumiem, że ocalenie życia jest dla niej ważne, ale przecież to nie tak, że ciężko harowała, żeby coś osiągnąć i w ostatniej chwili to, co stworzyła, ma legnąć w gruzach mimo jej starań. W tym momencie bohaterka raczej kompletnie by spanikowała i co najwyżej przewijałyby jej się chaotyczne myśli w stylu dlaczego?!

Chwyciłam je w dłonie i przeskoczyłam na drugą stronę. – Chwyta się w dłonie coś, co potencjalnie można podnieść, poruszyć. Ona się ich złapała, przytrzymała, czy nawet chwyciła się ich.

Zabrakło mi w tej scenie czegoś, co sugerowałoby, że bohaterka spróbowała się ukryć. Furtka była z krat, a w tej chwili wygląda, jakby dziewczyna przez nią przeskoczyła i tak została. Nie chowała się dalej, nie stresowała ani nic. Wręcz odetchnęła z ulgą, że to już – jest bezpieczna. A nie była.

Minuta. Zaledwie minuta. – Skąd ona tak dokładnie wie, że minęła minuta? Piszesz tak, jakby pilnowała z zegarkiem w ręku. Ludzie, kiedy nie są pewni czegoś, zwykle to zaznaczają. Bohaterka nie może wiedzieć, ile czasu minęło. Przy tym przejazd radiowozu przed bramą na pewno nie trwał całej minuty, samochód musiałby bardzo wolno jechać.

Wypuściłam powietrze, nie zdając sobie sprawy, że wstrzymałam oddech. – To zdanie samo sobie przeczy – stawiasz wypuszczenie powietrza i nieświadomość wstrzymywania oddechu na tej samej płaszczyźnie czasu, używając imiesłowu współczesnego nie zdając sobie sprawy. Nie można nie oddychać i oddychać jednocześnie.

Wolna! Nareszcie! Słodka, upragniona wolność! – To jest okropnie naiwne. Bohaterka tylko ukryła się w jakiejś obcej posiadłości, a radiowóz minął parcelę. Dziewczyna nie wie, czy za chwilę ktoś nie wyjdzie z domu i jej nie przegoni albo sam nie zawoła policji, nie zadzwoni po nią, by zgłosić włamanie. Do tej pory wydawało mi się, że bohaterka jest jednak bardziej roztropna. Że to bardziej realistka niż nieostrożna optymistka. Jednak mega nieodpowiedzialna z niej uciekinierka i wcale nie myśli racjonalnie. Dodaje jeszcze, że nikt jej nie odbierze tej wolności, przez co wydaje się po prostu… no, niemądra. To nie jest tak, że skryła się w miejscu, o którym choćby może przypuszczać, że jest bezpieczne, nie wie nawet, jak się stamtąd wydostać ani co potem… To jedne z pierwszych rzeczy, które nachodzą umysł w takich chwilach. Brak takiej wiedzy sam w sobie prowadzi do niepokoju.

Różany ogród wabił moje zmysły swym wyglądem i zapachem. – Niesamowite, jak szybko bohaterka od otępienia, paniki i bólu, który już jest wręcz odrętwiałością, przechodzi do nieracjonalnej radości, a potem nagle do zmysłowych doznań.
Skoro twierdzi, że jest już bezpieczna, to powinna skupić się na uczuciu ulgi, spadku adrenaliny, zdaniu sobie sprawy, że bieg był męczący itp.; wąchanie kwiatków nie wchodzi w grę.
Przed chwilą uciekała, właściwie wyglądało na to, że walczyła o życie, a teraz pierwszą rzeczą, na jaką zwróciła uwagę, jest ładny różany ogród i fontanna. Ktoś, kto się tak zachowuje, musi być zrelaksowany i czuć się bezpieczny. I wracamy do poprzedniego punktu: bohaterka w tej chwili jeszcze nie ma prawa czuć się bezpieczna. Naturalny mechanizm w ludzkim organizmie sprawia, że bez zaspokojenia podstawowych potrzeb (tj. poczucia bezpieczeństwa) nie zastanawiamy się nad bardziej abstrakcyjnymi i wysokimi emocjami.

No właśnie, o czym? Nie potrafiłam... Nie pamiętałam... Od tamtego momentu...
Rozmyślania przerwał mi słaby pisk
. – Rozmyślania to jakiś składny ciąg myśli, poruszający jakiś temat, jego aspekty oraz być może prowadzący do wniosków. Tu nie było ani tematu, ani ciągłości, ani wniosków.

Źródło dźwięku zwisało swobodnie do góry nogami, przyczepione do gałęzi drzewa i spoglądało na mnie nieufnie rażącymi oczami. Pożerał wzrokiem. Wysyłał do bram piekieł. – Oczy nie mogą być nieufnie rażące – to dwie osobne cechy. Spoglądało na mnie nieufnymi, rażącymi oczami – jeśli już.
No i co to za źródło dźwięku? Nietoperz? To dlaczego nie nazwiesz go wprost? + pożerało i wysysało, bo podmiotem było źródło dźwięku. Dodatkowo odrobinę to dziwne, że nietoperz patrzył się nieufnie, a jednocześnie pożerał i wysysał do bram piekieł (co już samo w sobie jest… dziwnym określeniem). To stoi w opozycji do siebie.

Może jeśli poproszę o nocleg… – O ile dziewczyna nie jest zahipnotyzowana ani nic takiego, to działa mocno na jej niekorzyść. Jest poszukiwana przez policję, która przed chwilą minęła bramę. W dodatku przeskoczyła przez nią, nikt jej tam nie wpuścił, więc na logikę biorąc, właścicielom mogłoby się to nie spodobać. No i gdyby informację o jej ucieczce podano do mediów, byłaby ugotowana. Coś za szybko się poczuła wolna i bezpieczna, no.

— Posiadłość... Sakamakich... — powiedziałam na głos. – No skoro zapisałaś to jako wypowiedź dialogową – od myślnika – z góry wiadomo, że bohaterka mówi na głos. Cały dopisek narracyjny kompletnie zbędny.
Czuć, że piszesz farfocla, ale akurat w tym przypadku to nie zaleta – zachowanie bohaterki jest mocno nierealistyczne, jakieś takie kreskówkowe, przerysowane. Kto normalny przeczytałby to w taki sposób, na dodatek po męczącej kilkugodzinnej ucieczce? Pełen stresu?

W chwili, gdy zaciśnięta dłoń musnęła żelazne skrzydła, wrota uchyliły się. – Kiedy ktoś ma w zamiarze zapukać, to określenie muskać nie bardzo pasuje. Aby dźwięk był słyszalny, trzeba chcieć stuknąć mocniej – logiczne. I znowu te wrota… Jejku, czy te drzwi to jakieś wielkie, zdobione, majestatyczne drzwierza dwuskrzydłowe, robiące wrażenie wejścia do wielkiego, tajemniczego zamczyska?
To aż śmieszne. Kiedy pisałaś o murze, różanym ogrodzie i opisywałaś miejsce akcji, nie wspomniałaś, by za posiadłość robiła jakaś imponująca twierdza.

Jednocześnie piszesz, że serce bohaterki wariowało, wybijając prześmiewczy rytm, i że krew płynęła wolno. Jedno przeczy drugiemu, znów. Jeżeli chcesz budować napięcie, to co Ci szkodzi stworzyć zgodny obraz? Że krew też wydawała się płynąć szybciej, jakby dając się czuć? Coś w tym stylu. I znów przesadzasz z epitetami. Dlaczego prześmiewczy rytm? Do czego prześmiewczy? To niczego tak naprawdę nie mówi o faktycznym stanie ani nie tworzy żadnej metafory.

Nie wiedziałam, że moja upragniona wolność skończy się tak szybko. – Do tej pory opisywałaś całość z perspektywy tu i teraz, tzn. wydawało się, że czytelnik jest z bohaterką w jej głowie, tuż obok, przeżywa wszystko razem z nią na bieżąco. A nagle w ostatnim zdaniu wychodzi na to, że jednak akcja miała miejsce dawno temu, bo bohaterka wie już i uprzedza, co się stanie w rezydencji i jaka będzie jej przygoda w domu Sakamakich. Bardzo niekonsekwentnie prowadzisz narrację. Nie mogę ustalić, na którą się zdecydowałaś, a przecież to właśnie narracja tworzy Ci bohaterkę i daje czytelnikowi obraz o tym, co i jak się dzieje. Bez dobrej, przemyślanej i konsekwentnej narracji nie napiszesz pełnowartościowego opowiadania.
Poza błędną narracją po pierwszej notce kłuje w oczy ten okropny patetyzm, sztuczne pompowanie atmosfery. Z jednej strony czasy są współczesne – mamy radiowozy, bohaterka ucieka przed czymś – ale w tej historii zamiast drzwi pojawiają się wrota, a całość napisana jest bardzo górnolotnie. Nie wiem, czy bohaterka przeniosła się w czasie prosto ze średniowiecza? A innymi momentami to dekadencka romantyczka-poetka: w swoich myślach nazywa samą siebie kawałkiem nędznego ścierwa, sygnalizator radiowozu złowrogą czerwienią, a nietoperza źródłem dźwięku wysyłającego ludzi do bram piekieł. Całość daje więc obraz strasznie pomieszany; niektóre zdania są konkretne, trafiają do czytelnika, ale inne wyrwałaś z jakiejś – nie wiadomo jakiej – bajki i próbowałaś zrobić koktajl na bazie różnych stylizacji.
Cóż, jak na razie ten koktajl jest niezjadliwy.
To, o czym pisałam wcześniej, czyli przesycenie tekstu bezwartościowymi, nic niewnoszącymi i niespełniającymi swojej funkcji epitetami. Epitet służy temu, by coś doprecyzować, by czytelnik zobaczył pełniejszy obraz. Niestety odniosłam wrażenie, że Tobie chodziło głównie o poetyckość i enigmatyczne brzmienie, przez co część tych przymiotników w ogóle nie pełni żadnej funkcji w tekście. Zapychasz go i utrudniasz czytanie, bo czytelnik musi się zastanowić, co właściwie miałaś na myśli, zestawiając ze sobą tak różne informacje.

Brakuje też konkretów. Lecisz w enigmatyczność i mrok, ale tak po prawdzie prolog jest nieskładny. Nie wiadomo, co się dzieje, początek tekstu wydaje się zupełnie oderwany od tego, co następuje później.

Bohaterka też wyszła sztucznie. Nie wiadomo w końcu, co czuje. Bardzo szybko od przerażenia, w którym wpada już w stan otępienia i takiej rezygnacji, że zaczyna ją śmieszyć własne zmęczenie i beznadziejność sytuacji, nagle okazuje się, że do tej pory miała ogrom nadziei i nie zamierza się poddać! I w chwilę po tym jest zupełnie szczęśliwa, mimo że jej ucieczka wcale nie wygląda na zakończoną. Znów brak spójności, ponadto również logiki. Każdy element emocjonalnego obrazu dziewczyny w prologu się ze sobą gryzie.

W komentarzu odpowiedziałaś na pytanie czytelniczki odnośnie do tekstu. Przyznam, że ta odpowiedź jest pomocna; nie domyśliłabym się, że na ulicy było ciemno, raczej widziałam te nieliczne latarnie. Dodatkowo wspominanie egipskich ciemności wykluczałoby u bohaterki chociażby dostrzeżenie bramy, opis ogrodu, przeczytanie tabliczki na posesji. Niuanse, ale jednak. W każdym razie tekstu nie powinnaś tłumaczyć w komentarzach. Tekst powinien tłumaczyć się sam w rozdziale, dlatego jeżeli coś jest niejasne dla czytelnika, wypadałoby nanieść poprawki, by następni goście nie mieli już tych samych wątpliwości.

ROZDZIAŁ 1
Serce wariowało. – Pamiętam to określenie sprzed chwili, dosłownie. Ostatnie linijki poprzedniej notki. Takie coś rzuca się w oczy. Język polski jest na tyle rozwinięty, że nie musisz się ograniczać.

Zimny podmuch wiatru przypomniał mi o uchylonych drzwiach. Przymknęłam je delikatnie, starając nie narobić zbędnego hałasu. – To dlatego pod koniec ostatniej notki pytała: Halo? Mówiła też o planie, by zapytać właścicieli posesji o nocleg. A teraz się włamuje, zatajając swoją obecność. Dlaczego?

Nie chciałam tu być. – Bohaterko, ale sama tu weszłaś, na dodatek nielegalnie. Nikt cię nie zapraszał.


Ale nogi same niosły moje sztywne ciało ku marmurowym schodom przykrytym szkarłatnym dywanem. – Pisałaś przed chwilą, że w pomieszczeniu panował półmrok. To znaczy, że skądś dochodziło jakieś nikłe światło (skąd?). Bohaterka natomiast bardzo dokładnie opisuje elementy wystroju. Później wprawdzie zauważa, że nie może przez ciemność dostrzec twarzy garbatych posągów przy poręczach, ale… no właśnie, później.
Mam też problem z długością tej notki. Nie jest długa, a Twoja bohaterka wydaje się interesować wnętrzem tajemniczej posiadłości. Skoro jednak nieźle odnajduje się w półmroku i rozgląda, warto byłoby opisać coś więcej, a nie tylko schody. Okna, podłogi, sufit – skoro cały czas dziewczyna zdaje się zaintrygowana, to chciałabym wiedzieć, co ją tak urzeka i pochłania.

„Jestem jak niedziałający zegar. Jak rzucona, szmaciana lalka czekająca cierpliwie w kącie na właściciela. Jak kukła. Jak wiara. Jak pierwsze wspomnienie ukochanych słów. Jak miłość”. – Chciałam tylko zaznaczyć, że wszystkie wymienione rzeczy nie tworzą spójnego obrazu i nie naprowadzają na konkretne skojarzenie, co chyba było zamierzeniem. Do tego się powtarzasz: jak (...) lalka (....). Jak kukła. (...).

Policja nie mogła tu szukać. Brama była przecież zamknięta. A skoro posiadłość stoi pusta… – Znów objawia się aż dziecięca naiwność bohaterki. To trochę zabrzmiało tak, jakby policja nie mogła szukać na terenie rezydencji, bo brama i pusto. Nonsens. Nie weszli tam tylko dlatego, że nie zauważyli, jak dziewczyna włamuje się na teren posesji. Nie dlatego, że nie mogli. Gdyby im zależało (bo bohaterka zdaje się być jakąś super-über-ważną przestępczynią; szukają jej, mając sygnały włączone w ciszy nocnej na terenie zabudowanym i fogle), to by bardzo szybko załatwili sobie nakaz.
W ogóle dlaczego bohaterka założyła, że nikogo nie było w domu? Bo nikt nie odpowiedział na jej ciche Halo? (nie użyłaś w zapisie wykrzyknika). Bo było ciemno? Przecież ludzie w nocy śpią. Dziewczyna wydaje się nielogiczna. Drzwi same się przed nią otworzyły, jakby były na automacie – już po tym powinna założyć, że nie jest sama, inaczej pewnie zamknięte byłyby na klucz.

Przede mną rozciągnął się kolejny obraz. – Raczej pokój, pomieszczenie, cokolwiek. Użycie słowa obraz w tajemniczej rezydencji pełnej obrazów i innych dzieł sztuki na pierwszy rzut oka kojarzy się dosłownie z… obrazem właśnie, na przykład na ścianie.
I znów poetyzujesz. Rozciągnął się kolejny obraz brzmi onirycznie, jakby bohaterka opisywała też nie do końca rzeczywiste zdarzenia.

Przypominał on salon, z kominkiem w kącie, solidnym, najprawdopodobniej dębowym stołem zwieńczonym maleńkimi, wystruganymi różyczkami, kanapą w nieokreślonym kolorze i czymś, co wyglądało na fotel stojący przy ścianie. – A może po prostu: był salonem? Zabawne jest jeszcze wyglądanie na fotel stojący przy ścianie. W sensie… No chyba bohaterka jest w stanie określić, czy coś jest fotelem? A tym bardziej, że ów fotel stoi przy ścianie? Rozumiem, że jest ciemno, ale wtedy bohaterka powinna zaznaczyć, że widziała tylko zarysy mebli w nikłym świetle, no nie wiem, księżyca. Cokolwiek. Miotasz się w świetle i braku światła.

Niezgrabnie podeszłam do najbliższego mebla i pogładziłam go koniuszkami palców. Wyglądał na... Czysty. I zadbany.
Ale przecież… – A co to za test białej rękawiczki? Niech zgadnę. Po czystym stole bohaterka założy, że ktoś jednak przebywa w środku. Nie założyła tego, widząc działającą fontannę, zadbany ogród, samootwierające się drzwi itp.
Z drugiej strony nie wzięła też pod uwagę opcji, że może faktycznie gospodarza nie ma, bo wyjątkowo nocuje poza domem i akurat zapomniał zamknąć drzwi. W jedną noc stół nie zdążyłby się nie wiadomo jak zakurzyć.

Wstrzymałam oddech. Coś usłyszałam. Chwyciłam najbliższą rzecz. Okazał się być nim świecznik. – Nią.

Ścisnęłam go mocniej w dłoniach, czując, że jest moją ostatnią nadzieją. – Nie bardzo wiem, co tu się w ogóle dzieje. Najpierw laska chce wejść komuś na kwadrat i poprosić o nocowanie – przecież nie ma w tym nic złego. Jednak zamiast tego, włamuje się, zachowuje cicho i ostrożnie, bo gospodarz może być w domu.
Gdyby ktoś ją znalazł, w każdej chwili mogłaby się spokojnie wytłumaczyć – z tego, co czuję po jej narracji, to wystraszone, niedojrzałe młode dziewczę. Mogłaby coś powiedzieć, poprosić o pomoc, zapytać jeszcze przy drzwiach głośniej, czy ktoś przebywał jednak w środku, a jeśli tak, to czy może zostać na noc. Cokolwiek. To nie, bo po co. Lepiej się bronić świecznikiem przed właścicielem posesji i robić problemy, zamiast być grzeczną. Słaby plan.

Odwróciłam się. Na sofie ktoś leżał. Zamarłam.
Raz. Dwa. Raz. Dwa.
Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. – Co to są te wyliczenia do dwóch? Wydaje mi się, że bohaterka ucieka z miejsca, ale to raczej wyklucza słowo zamarłam. Jednak nie mam pojęcia, czym innym może być ten zabieg. W poprzedniej notce imitował kroki w czasie biegu. Jeżeli tym razem to też imitacja kroków w czasie ucieczki przerażonej dziewczyny i próba zbudowania atmosfery, to to nie działa. Nie czuć przyspieszenia, tempo czytania tych wyrazów jest miarowe, przerywane kropką, czyli pauzą. Bardziej kojarzy mi się z jakimś wystukiwanym nudnym rytmem muzycznym niż biegiem.

Nie wiedziałam, co robić. Ja...
To... Mężczyzna. Powoli, niemal nie dostrzegalnie, opuściłam miejsce. – No ale jak powoli, skoro właśnie wydedukowałam, że bohaterka zaczęła uciekać? I skąd zobaczyła teraz, że to mężczyzna, skoro była w biegu? Niedostrzegalnie łącznie. Poza tym nie da się czegoś robić jednocześnie powoli i niemal niedostrzegalnie. To drugie oznacza szybkie tempo. To się wyklucza, chyba że bohaterka potrafi stawać się niewidzialna za czy coś. Dodatkowo skąd ona sama wiedziała, że zrobiła coś niedostrzegalnie? Tak mogłaby stwierdzić osoba stojąca gdzieś z boku, a nie bohaterka, narracją pierwszoosobową.
Takie drobne zdanko, a tyle wątpliwości.

Przez okno, ustawione w przeciwległej ścianie, wpadało księżycowe światło. – Przed chwilą dziewczyna opuściła miejsce, a teraz nagle widzi, że wpadało tam światło? Czy ona właśnie jest w dwóch miejscach naraz?

Mogłam dokładniej go zbadać.
Ale nie chciałam. Musiałam wrócić. – Jak chciała go zbadać, skoro opuściła salon? Gdzie musiała wrócić? Do salonu czy do wyjścia z posesji? Nic nie rozumiem. To wszystko jest takie mgliste, chaotyczne, niespójne.


I w ogóle co to znaczy: zbadać? W odniesieniu do człowieka to nie brzmi tak samo, jak w odniesieniu do przedmiotu.  

Warto wspomnieć, że cytaty, które wklejam, wydają się wyrwane z kontekstu, zaledwie zdawkowe, będące fragmentami większej całości, ale… no nie. Od momentu dotykania czystego stolika zacytowałam dokładnie ćwierć rozdziału, zdanie po zdaniu, niczego nie pomijając.

Ukłucie. Coś na kształt poczucia winy dobiło się do zamkniętej masy, nazywanej ciałem. A jeśli on nie żył? Nie widziałam, by oddychał. – Przecież nawet mu się nie przyjrzała. Usłyszała tylko coś dziwnego, chwyciła świecznik, odwróciła się, dostrzegła mężczyznę i uciekła. Nie było czasu na przyjrzenie mu się. No i zamknięta masa, zwana ciałem: o co chodzi? Dlaczego bohaterka kmini nad takimi rzeczami? Po prostu ciało. Przypominam, że to jest cały czas jej tok myśli, gdyż używasz narracji pierwszoosobowej. Pomijam, że zamknięta masa samo w sobie nie ma sensu, a już szczególnie jako określenie ciała. Według słownika PWN-u:

masa:
1. «bezkształtna, ciastowata substancja; też: substancja skrzepnięta lub zbita»
2. «wielka ilość czegoś; też: wielkie skupisko ludzi»
3. «wielki przedmiot lub przedmioty widziane w niewyraźnych zarysach»
Zatem przymiotnik zamknięta nijak się do niej nie odnosi.

Uklękłam i spojrzałam na niego pod innym kontem. Pierś się nie unosiła. – Okej, czyli już wszystko jasne. Bohaterka nie uciekła ani też wcale nie opuściła tego miejsca powoli i niedostrzegalnie, czyli jednak została przy sofie i przy mężczyźnie. Autorko! Gubisz się w zeznaniach! No i konto można mieć w banku. Kątem.

Nie mam telefonu!  Choć, nawet gdybym miała, nie użyłabym go. Znaleźliby mnie. – Gdybyś go, bohaterko, miała, nie musiałabyś go używać, aby można cię było namierzyć. Istnieje coś takiego jak numer IMEI smartfona oraz lokalizacja karty sim (o ile czasy są współczesne, czego nie jestem do końca pewna).

Wzięłam głęboki oddech i podreptałam w jego stronę. – W stronę oddechu?
Słowo podreptać nie pasuje do powagi sytuacji. Dreptanie to chodzenie małymi kroczkami, kojarzy się raczej z czymś uroczym lub śmiesznym. Poza tym… przecież przed chwilą przy nim klęczała.

Drżącą ręką musnęłam kredowobiałą skórę. Była wyjątkowo blada. I zimna. Czyli nie żył już jakiś czas. – Szybki ten wniosek. Jakby nie było innej opcji, wytłumaczenia czy cokolwiek.
Bohaterka nie może czegoś czasem normalnie w świecie dotknąć? Wrota też ostatnio muskała (i wspominała muskanie szkła wargami), a stół pogładziła palcami (co kojarzy się bardziej z oddawaniem czułości). Poza tym jeżeli skóra twarzy była kredowobiała, to chyba logiczne, że wyjątkowo blada… W ogóle określenie kredowobiała średnio się sprawdza w tym momencie. Bohaterka widzi prawdopodobnie trupa i reaguje na niego, tzn. opisuje go ze spokojem tybetańskiego mnicha, pokrętnymi określeniami.  Daj mi trochę emocji! Czy dla tej niewinnej cnotliwej duszyczki widok zwłok to coś normalnego?
Wystarczyłoby po prostu: Drżącą ręką dotknęłam wyjątkowo bladą skórę. Była zimna.

Cofnęłam się, czując eksplodującą ulgę. – C… co? Przed chwilą dziewczyna twierdziła, że nie może zostawić mężczyzny i przejmowała się jego losem, a teraz jak już się okazało, że facet był martwy, to problem z głowy? To brzmi tak samo absurdalnie jak wersja:
Znalazłam trupa, uff! Co za szczęście!

I tak nic mi już nie miało zaszkodzić. – Użyłabym mogło zamiast miało, żeby nie wyglądało, jakby bohaterka przewidywała przyszłość.

W następnym zdaniu dziewczyna zdejmuje płaszcz i przykrywa nim zwłoki. Dziwne, że skoro zauważyła już chłód ciała i przeraźliwą bladość, nie poczuła na przykład żadnej podejrzanej stęchlizny. To nie jest tak, że martwe ciała nie oddają zapachów i nie rozkładają się, a przecież bohaterka sama stwierdziła, że mężczyzna nie żył już jakiś czas. Ja na przykład nie użyłabym własnego płaszcza do przykrycia ciała, będąc w jej sytuacji.

Ściągnęłam z siebie płaszcz i przykryłam nim bezwładne ciało. Przynajmniej tyle mogłam zrobić.  Wpatrywałam się z rozdziawionymi ustami w niewinną twarz nieznajomego, zdając sobie sprawę, że... – Czyli przykryła go całego, poza twarzą? Dlaczego? Drugie zdanie świadczy o tym, że dziewczyna chciała uszanować w jakiś sposób zwłoki, coś zrobić, w czymś pomóc… Dlaczego olała twarz?

I nagle... coś... niezwykłego. Otworzył oczy. Były hipnotyzujące, jadowicie zielone. – Strasznie zwalniasz w ten sposób akcję, pozbawiasz czytelnika emocji. I bohaterkę. Uwierz mi, że w chwili, w której trup otwiera oczy, nie myślisz sobie wow, niezwykłe, a raczej z czystego ludzkiego odruchu (tak jak przy każdym innym jumpscarze) zaczynasz wrzeszczeć i odskakujesz. Tymczasem z tego, co widzę, bohaterka robi to… Kiedy już uzna, że to było niezwykłe. O, i jak już się przyjrzy tym jego oczom. Wow, niezwykłe! Ma zielone oczy! A w sumie to… AAAAA! – trochę tak to wygląda.
Jeszcze co do nagle. Możesz spokojnie je usunąć, ponieważ samo otworzył oczy jest niespodziewane i zaskakujące, biorąc pod uwagę, że bohaterka opisuje bohatera jako zmarłego.

Instynktownie odskoczyłam i krzyknęłam, będąc przerażoną tym, co zobaczyłam. – Zdanie jest bardzo ekspozycyjne; wystarczyłoby napisać, że odskoczyła instynktownie i krzyknęła – reszta pozostaje łatwa w domyśle.

Dziewczyna jest świadkiem, jak trup otwiera oczy i podnosi się z kanapy, i… nic. Opisuje to niesamowicie sucho. Piszesz, że krzyknęła i to jest jej jedyna reakcja (chociaż tylko o niej poinformowałaś, nie zapisałaś chociażby tego krzyku w formie dialogu, nie użyłaś żadnego wykrzyknika ani nic). Potem zdania są pozbawione charakteru – poprawne i ładne, ale puste w emocje.

Wściekły. I zdziwiony. Wiedziałam to. Taki sam był On, wtedy… – Zaczynanie zaimków wielką literą jest mało subtelne. Od razu zwraca uwagę czytelnika. Dość mocno. Wbrew pozorom pozbawia narrację tajemniczości.

— Cholera, zamknij się. Nie mogę przez ciebie spać. Idiotka. — Mruknął. – Niepoprawna interpunkcja dialogowa. Mruknął powinnaś była zacząć małą literą, a po idiotce nie kończyć kropką. Mamy o tym cały artykuł: [źródło]. Nie ma sensu wytykać podobnych błędów dalej, a masz ich sporo.
Trochę mnie to dziwi, bo jednak na ogół jesteś poprawna.

Mówił nieco przez nos. To dziwne, ale kompletnie nic nie czułam. Żadnego wstydu, zakłopotania. – No dobra, może i masz bohaterkę wypraną z uczuć; masz prawo o takiej pisać. Jednak dziewczyna ta jest pod tym względem mocno niekonsekwentna. Wróciła sprawdzić, czy mężczyzna żył, bo miała wyrzuty sumienia. Cały czas daje też do zrozumienia swoją narracją, że czymś się przejmuje, stresuje, jest wystraszona, ktoś ją ścigał, niedawno przebiegła dwugodzinną drogę przez podobno mękę (zmęczenie nagle z niej uleciało, a nawet nie zdążyła sobie usiąść) i… nic? W momencie, kiedy potencjalne zwłoki okazują się całkiem żywym chłopakiem, bohaterka nic nie czuje, nie myśli, wyłącza się? Nie kupuję tego. Nie taką bohaterkę mi przedstawiłaś wcześniej.

Powąchał go[,] a następnie przyglądał mu się w milczeniu.

„— Co tutaj robisz?
Dokładnie. Co tutaj robiłam?
Nie mogę powiedzieć mu prawdy!
Nie mogę! Nie mogę! Nie mogę!
Najwidoczniej moje milczenie nie przypadło mu do gustu”. – No ale wcześniej bohaterka była gotowa zapytać kogoś o nocleg, gdy włamała się na posesję. Przecież nie zakładała wtedy, że powie prawdę i od razu opisze historię swojego życia. Nikt zresztą tego od niej nie wymagał.
Wcześniej kursywą zaznaczałaś myśli bohaterki, a reszta była opisem, teraz jednak niektóre myśli pozostawiasz bez kursywy (w przykładzie zdanie po wypowiedzi dialogowej). Dlaczego?

— Oi, słyszysz[,] co mówię?! – Podoba mi się to oi. Gdy przeczytałam zdanie, faktycznie poczułam naleciałość z animacji. To takie dość charakterystyczne.

Byłam... Zaskoczona. Słyszeć swój głos. Tyle czasu... Za dużo. Za długo. Dość... Delikatny. Podobał mi się. Jedyna rzecz, dzięki której poczułam się wartościowa. I zapewne ostatnia. – Ale przecież wcześniej już mówiła: Halo? i na głos czytała tabliczkę. Wtedy nie zwróciła na niego uwagi, a minęła zaledwie chwila.
Poza tym zaczyna mierzić mnie, w jaki niesubtelny sposób kreujesz nienawiść do siebie głównej bohaterki. Nie chodzi mi o to, że ta cecha jest zła, ale wciskasz ją praktycznie co kilka linijek. Zaznaczasz nieustannie, prosto z mostu – zamiast pozwolić mi się domyślać; zamiast wplatać w tekst jakby od niechcenia, że coś z postacią jest nie tak, ty wylewasz to z niej, a jednocześnie nie chcesz napisać, dlaczego ona tak stale jest na siebie zła i uważa się za okropną. To irytujące, bo już coś do mnie porządnie dotarło, a nie znam przyczyny. Inaczej byłoby, gdyby te wstawki nie pojawiały się co akapit:
Zepsuta. Zepsuta. Zepsuta. Jestem jak niedziałający zegar. (...) Też chciałabym nie istnieć. (...) Zawsze taka byłam. Słaba. (...)  I tak nic mi już nie miało zaszkodzić. (...) Jedyna rzecz, dzięki której poczułam się wartościowa. I zapewne ostatnia. (...) Nie chciałam[,] by wiedział, jak nędznym byłam wrakiem. – I tak dalej, i tak dalej. Właściwie większość czasu bohaterka spędza na tym nienawidzeniu siebie, choć właśnie ucieka przed policją, choć włamuje się do czyjegoś domu, choć widzi trupa, a potem trup zaskakuje ją, okazując się żywym. W tej chwili cały czas dziewczyna jest pod wpływem ogromnego stresu, jej myśli powinny być poplątane, powinna być zagubiona i przede wszystkim skupiona na przetrwaniu – tymczasem ona cały czas, w dodatku niczym niestymulowana, myśli o rzeczach nie mających związku z chwilą. To wszystko, co pisałaś, mogłoby się z niej wylać po wszystkim, gdy adrenalina i silne emocje opadną.

— Ja... - przerwałam, szukając w głowie odpowiednich słów. — Ja... Zgubiłam się. Zabłądziłam. Chciałam zapytać o drogę, a drzwi były otwarte… (...)
— I co, myślisz, że wolno ci ot tak wchodzić do czyichś domów? – O! Jeden mądry!

Odwróciłam się napięcie. – Na pięcie.

— Ojej, a kogo my tu mamy! ~ — Rudowłosy chłopak w kapeluszu przyglądał mi się z rozbawieniem. – A ta tylda po co?
To pierwsze spotkanie bohaterki z rudym chłopakiem, więc jeszcze nie uznam tego za wpadkę, ale mam nadzieję, że gdy bohaterowie wymienią się imionami, określenie przestanie się pojawiać.

„Chwyciłam kant stolika, jakby to od niego zależało moje życie i gorączkowo próbowałam znaleźć rozwiązanie.
To chore.
Chore. O co tu chodzi. Pogubiłam się…” – Te myśli nie brzmią jak próba znalezienia rozwiązania. Brakuje też znaku zapytania w pytaniu. Zresztą samo gorączkowo próbowałam znaleźć rozwiązanie to ekspozycja niedopuszczalna w narracji pierwszoosobowej. Dziewczyno, cały czas myślisz, więc nie mów samej sobie, że myślisz.

Patrzył mi prosto w oczy. Nietrwałe, przesiąknięte fałszem i splamione wstydem. Skrywające w głębi marną pociechę. – O! O tym właśnie mówiłam, że za dużo tego dramatyzmu w głównej bohaterce. Pojawia się co rusz, przez co zamiast delikatnie coś nakreślać, to przekolorowujesz. No i oczy nie mogą być nietrwałe.

Dlaczego dziewczyna cały czas zachowuje się, jakby musiała im powiedzieć prawdę? Nikt jej tam nie zna, dlaczego po prostu nie zełga? Nikt jej nie postawił ultimatum. Zresztą wchodząc tam, wcale nie rozważała mówienia prawdy o sobie. Wciąż kładziesz na to nacisk, psując czytelnikowi zabawę, bo czytelnik już wie, że bohaterka będzie kłamać, wykręcać się i tak dalej. Dużo ciekawsze byłoby, gdyby bohaterka mniej się rozwlekała nad tym w myślach, a gdyby było z jej strony więcej bardziej impulsywnych zachowań. Człowiek w stresie często reaguje instynktownie, więc kłamstwo nie przyszłoby jej tak trudno. Zwłaszcza wobec zupełnie obcych ludzi.

Przełknęłam głośno ślinę i otworzyłam usta. Nie wyleciało z nich żadne słowo. Zdanie. Fraza. Nic. – Skoro żadne słowo, to tym bardziej żadne zdanie ani fraza.

Kim jestem? Nie, to złe pytanie. Kim chciałabym być. Tak brzmi lepiej. – Znak zapytania w przedostatnim zdaniu.

— J-ja... mam na imię... — przejrzałam w myślach wszystkie imiona i nazwiska, które wpadły mi do głowy. Znalazłam odpowiednie. — Yukiji... Minami. – Odniosę się do tego, co już wcześniej pisałam. W chwili tak ogromnego stresu ludzie nie mają czasu na przeglądanie wyimaginowanej listy imion. Łapią pierwsze lepsze, które wpadnie im do głowy, byle szybciej odpowiedzieć i nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń.

Ona zawsze była do mnie bardzo podobna. Tak nam mówili. Nie domyślą się. – Ze zdania wynika, że nie domyślą się ci, którzy tak mówili do bohaterki, a nie ci, którzy stoją przed nią i których dopiero poznałam. Pomyliłaś podmioty.

Fioletowo-włosy chłopiec zmrużył gniewnie oczy i wbił we mnie wściekłe spojrzenie. – Fioletowowłosy. Ale naprawdę mogłabyś już sobie darować te określenia, bohaterka usłyszała, że bohater nazywa się Kanato. Otwórz jakąś pierwszą-lepszą powieść szanowanego autora i pokaż mi miejsce, w którym wykorzystuje on określenia włosów i oczu, aby przedstawić bohatera. Nie znajdziesz, bo określenia te świadczą o niskim warsztacie autorskim i kojarzą się właśnie z opkami w sieci.

— Weszłaś sobie do czyjegoś domu bez pozwolenia, przerwałaś mi sen — źrenice zmniejszyły się. Dopiero teraz zauważyłam, jak chorobliwie jest blady. – To zdanie pojawia się zaraz po tym wyżej, o fioletowowłosym. Wychodziłoby więc na to, że to jego wypowiedź, ale chłopak, którego obudziła bohaterka, był rudy. Poza tym bohaterka już wcześniej mówiła o nim, że ma kredowobiałą skórę, a teraz dopiero to zauważa?
Bardzo mieszasz w podmiotach; drugim takim błędem właśnie w tym przykładzie jest podkreślone zdanie. Odnosi się ono do mówcy, ale poprzednim podmiotem były źrenice. Więc… no nie. Musisz pilnować podmiotów. Skup się na tym w trakcie pisania, bo to bardzo ważne. Pewnie nie dla Ciebie, ponieważ masz tę historię w głowie i scenę widzisz oczami wyobraźni, ale czytelnik ma tylko tekst i nic więcej, może wnioskować tylko z niego. Jeżeli tekst będzie mylący, czytelnik się pogubi.

Dopiero teraz zauważyłam, jak chorobliwie jest blady. Podszedł do mnie bliżej. – Kolejność na odwrót. Mogła mu się lepiej przyjrzeć, kiedy już się zbliżył i miałoby to więcej sensu.

— Jesteś kompletnie niewychowana! Robisz sobie, co ci się żywnie podoba! – Oj, znając Kanato… No nie wiem, czy użyłby takich łagodnych słów. Byłby znacznie bardziej agresywny w ich doborze.

— Brzydzimy się tobą — spojrzał z czułością na swojego misia — prawda, Teddy? Jeśli tu zostanie, nie pożyje długo, co nie?Co nie nie pasuje do całej reszty jego wypowiedzi. Zwłaszcza, że Kanato do Teddy’ego zwracał się z wyjątkową czułością i szacunkiem, więc bardziej pasowałoby prawda?

Kolejna osoba. Za dużo. Duszę się. – Jeżeli chodzi o samą scenę, jest podobna do sytuacji zarówno z gry, jak i animacji. Ale mogłaś postarać się bardziej, jeżeli chodzi o samą technikę pisania.
W bardzo krótkim czasie wprowadziłaś trzech nowych bohaterów. Nie zdążyłam zapamiętać ich imion, a już pojawiają się kolejni. Niby fajnie, bo mogę wczuć się w bohaterkę, która też za bardzo nie ogarnia towarzystwa, ale ona, w przeciwieństwie do mnie, przynajmniej jest wśród nich, jakoś ich obserwuje, może ich sobie rozróżnić, powinna więc pomóc sobie i mi jakimś bardziej plastycznym, rozwiniętym opisem. Jednak rozpisałaś tę scenę bardzo ubogo i czytelnik nie ma możliwości poznania tych postaci lepiej. Jedynymi cechami każdego nowego bohatera jest kolor włosów i oczu. Jak podejrzewałam: Dalej, oparty o ścianę, stał białowłosy mężczyzna o krwistoczerwonych tęczówkach. Słabo, naprawdę słabo. Dalej:
— Ayato, co to ma znaczyć? Wyczułem człowieka...
Koło mnie przystanął  kolejny mieszkaniec. Wysoki, z ciemnymi włosami, elegancko ubrany.


Kolejny mieszkaniec? Chyba tego nie udźwignę.

Raz. Dwa. Odejść. Teraz. Jeden krok. Drugi. Jeszcze kilka. (...)
Nie zwracałam uwagi. Liczyłam. Tak mi kazano. Gdy dopadał mnie lęk. Gdy źle myślałam. – Aaa, to stąd to wyliczanie do dwóch. Teraz wszystko jasne! Naprawdę bardzo fajny motyw, popieram wprowadzenie czegoś tak charakterystycznego, ale czy tłumaczenie powinno się pojawić akurat teraz, gdy dziewczyna jest w stresie i powinna myśleć o sytuacji, która ma miejsce, a nie odpływać gdzieś myślami?

Poprawił swoje okulary i przyjrzał mi się z bliska.
— Dobry wieczór. Kim jesteś?
Uprzejmy. Chyba mu ufałam. – Co? Przepraszam, po czym ona mu zaufała? Bo był uprzejmy? Naprawdę tylko tyle?


„Nie, to kolejne puste słowo.
Ja nie ufam nikomu.
Aha.

— J-jestem Yukiji, proszę pana... I-i zabłądziłam. Chciałam zapytać o drogę. — Zachęcona przypływem adrenaliny, mówiłam coraz szybciej i pewniej. – Dzień dobry, jestem Yukiji i zabłądziłam w pana salonie, który znajduje się na piętrze; tak o, niechcący weszłam wam do domu, po schodach i uznałam tego tu za zwłoki. Dlatego się rozgościłam. Tag. To ma sens.
To już mniej absurdalnie byłoby, gdyby, wchodząc, krzyczała: HOP, HOP! CZY JEST TU KTO! i grzecznie poczekała przy wejściu. Skoro nagle z dupy w jednym pokoju znalazło się pięciu obcych gości, któryś na pewno by ją usłyszał, gdyby się postarała, a nie tylko mamrotała coś pod nosem.

W ogóle bohaterka stoi przed nimi wszystkimi (za sobą ma tylko stolik i chyba ścianę), więc ma ich wszystkich przed oczami i w żaden sposób nie opisuje, jak ci goście się mnożą. Wchodzą? Skąd? Cały czas bohaterka tylko stwierdza, że ktoś nowy koło niej stanął. Zmaterializował się tuż obok czy co?
[UPDATE: Potem okazuje się, że tak. Że oni po prostu pojawiają się znikąd – jest to nawet poniekąd zgodne z kanonem. Ale w takim razie dziewczyna powinna się co najmniej zdziwić].

Widzi pan, zabrała mnie ze sobą bardzo uprzejma kobieta. Zgodziła się podwieźć mnie do domu. Ale otrzymała ważny telefon po drodze i musiałam wysiąść. Szłam chodnikiem, ale w końcu... Zgubiłam się. – Na tym etapie zaczynam się zastanawiać, ile lat ma bohaterka. Tutaj brzmi jak trzynastolatka. Innym razem jej myśli są dojrzalsze.
Mam problem w ogóle z wyobrażeniem sobie jej. Nie wiem, jak wygląda poza tym, że nosiła płaszcz, który zdjęła. A pomijając wygląd, nawet nie wiem, z kim mam do czynienia, jeżeli chodzi o charakter. Dziewczyna brzmi faktycznie jak naiwna kilkunastolatka, ale w tym samym czasie jej problemy z osobowością i jednocześnie te z policją wydają się całkiem konkretne i świadczą o tym, że jest starsza. Nie wiem, co o tym myśleć; na ten moment jestem tylko pewna, że za nią nie przepadam.

Nazywam się Reiji Sakamaki. Drugi najstarszy syn. To jest Ayato, Kanato i Laito — powiedział, wskazując jednocześnie dłonią na pozostałych. — I Subaru. – Których pozostałych? Wybacz, opowiadanie oceniają dwie oceniające. Jedna zna kanon bardzo dobrze, druga jak na razie tylko przeglądała obrazki na Google Grafika, licząc, że może nie będzie musiała nic więcej, bo opowiadanie będzie napisane w sposób, który umożliwiałby poznanie fandomu. Pewnie teraz domyślasz się, że akapit ten pisze ta druga. W każdym razie nie mam pojęcia, które postaci przedstawia Reiji. W dodatku nowych imion jest za dużo, czuję, że będę miała z nimi nie lada problemy, aby wszystkie spamiętać i dopasować do bohaterów.

Subaru zacisnął pięści. Nie lubił być w centrum zainteresowania. Rozumiałam go. – A, przepraszam, skąd bohaterka wie, że Subaru zaciska pięść akurat z tego powodu? Zaciskanie ich mogło w tym momencie oznaczać cokolwiek. Yukiji czyta w myślach? Ona mogła co najwyżej podejrzewać, co chłopak czuł, ale to zdanie wcale tak nie brzmi.
Jakbyś myliła narrację pierwszoosobową z trzecioosobówką narratora wszystkowiedzącego.

Nawet z daleka byłam w stanie dostrzec kobaltowy odcień tęczówek. – Nie wiem, czy to normalne dla Twojej bohaterki, ale czy nie wydaje Ci się dziwne takie poznawanie obcych osób i od razu patrzenie im w oczy, jakby to był najbardziej interesujący punkt ciała i akurat najważniejsza rzecz w tym momencie? Jeszcze w sytuacji, kiedy dziewczyna panikuje i chce najwyraźniej opuścić posiadłość...
Sama pomyśl. Czy spotykając jakąś osobę, nie wiem, na mieście, w kolejce w sklepie czy naprawdę gdziekolwiek, od razu zwracasz uwagę, że ktoś ma oczy niebieskie, a ktoś inny piwne? Podejrzewam, że nie. To nie należy raczej do standardów.
To dlaczego robisz ze swojej postaci dziwaczkę level hard?

— Można wiedzieć, co skłoniło cię do zejścia na dół, Shu? – Dlaczego na dół? Przecież podobno salon znajdował się na piętrze. Chyba że tam było więcej pięter… Tyle pytań, tyle pytań...

Oprzytomniałam. Co on tu robił? Przecież bym go zauważyła.
Dotarło coś do mnie. Oni wszyscy pojawili się znikąd. Przybyli z mroku, który nas otaczał. To nie było normalne.
Prawda? – Ale kogo pytasz? Mnie? No to zgadzam się, tu nic nie jest normalne. A już na pewno nie to, że bohaterka opka nawiązuje dialog z czytelnikiem.
Ewentualnie może też bohaterka tak sama do siebie – upewnia się. Ale w takim razie po co Ci akapit?
O, a przy okazji akapitów: chyba sądzisz, iż nadużywanie ich to sposób na budowanie napięcia. Nie. To sposób na niepotrzebne rozciąganie tekstu. I w zasadzie tylko tyle. Może i raz na jakiś czas przenoszenie krótszych fraz (jako puenta wieńcząca akapit) do nowych linijek podtrzymywałoby jakieś napięcie, wprowadzałoby tajemnicę, cokolwiek, ale kiedy robisz to właściwie co kilka linijek, wygląda to aż karykaturalnie.

O, no i została całkowicie wyjaśniona kwestia pojawiania się znikąd. Szkoda, że dziewczyna dostrzegła to dopiero teraz, po fakcie, zamiast zdziwić się wcześniej, gdy była na to pora. Tak samo nienormalne jest, że już któryś nazywa ją po prostu człowiekiem. Ludzie raczej nie mają w zwyczaju określać jednego osobnika nazwą gatunkową.

— Poczułem człowieka.
Poczuł? Mnie? Ale jak?
Nie, to nie mogłam być ja. Już dawno przestałam przypominać ludzką istotę. – O, kolejne epatowanie nienawiścią do siebie. To zaczyna irytować coraz bardziej. Dodatkowo przypominać człowieka, a być nim to dwie różne sprawy. (Przecież bohaterka ma świadomość, że nie jest żadną nadnaturalną istotą, prawda? Co najwyżej nie czuje się człowiekiem emocjonalnie, wewnętrznie – o to jej chodzi). Podejrzewając, że chłopaki wyłaniające się z mroku ludźmi nie są, to tak, bohaterko, to stwierdzenie było o tobie.
Przepraszam za sarkazm, ale dziewczyna wydaje mi się coraz bardziej ograniczona umysłowo. Trudno jej łączyć niektóre fakty, jest męcząca z tą swoją naiwnością i szerzeniem dramy. Za dużo cech próbujesz jej wcisnąć naraz – brak emocji w niektórych momentach, za duża emocjonalność w innych. Nie ma w tym żadnego złotego środka, wyważenia, które wyznaczyłoby jej konkretny charakter. Dziewczyna z linijki na linijkę jest po prostu coraz dziwniejsza.

— Hmm... Skąd jesteś?
Skąd ona była? Przypomnij sobie...
— Z...T-tokio.
(...)
— Musisz zawrócić. Idź na południe, wzdłuż głównej drogi. Jeśli będziesz podążała cały czas prosto, to nazajutrz dotrzesz na miejsce. – To znaczy gdzie? Do Tokio? Straszny ogólnik. To tak jakbym ja, będąc w Warszawie, powiedziała, że jestem z Kędzierzyna, a ktoś kazałby mi iść kilka dni na południe. Dobra robota, Reiji!
W ogóle śmieszy to, że powiedział nazajutrz dotrzesz na miejsce. Hej, to nic takiego, musisz tylko całą noc iść ulicą, aż zobaczysz wielkie budynki. Śmieszy też, że nikt nie zamierzał dopilnować, żeby bohaterka faktycznie stamtąd wyszła. Reiji jest dobrym gospodarzem, więc raczej odprowadziłby ją do wyjścia.

Rudowłosy, którego Reiji przedstawił jako Laito, zawył przeciągle. – O! Tutaj już bohaterka zna imię chłopaka, więc naturalnym byłoby używać właśnie go. Spróbuj pomyśleć na swoim przykładzie: czy jeżeli poznajesz nową osobę i wymieniacie się imionami, w myślach nazywać ją będziesz potem blondynką czy np. Anką? Albo czy nazywasz osoby ze swojego otoczenia tak sztucznie w swojej głowie? Z drugiej strony wiadomo, jaka opinia krąży o rudych – wychodzi na to, że twoja bohaterka jest niesympatyczna w stosunku do Laito, określając go kolorem włosów. A raczej nie o to ci chodziło.

Zatrzymałam się. Nie czułam już serca. Jakby nagle zapomniało, jak należy bić. Czyli dokładnie tak, jak chciałam.


I nagle...
— Hej, wracaj tu! – Znów nagle. Tak, wiemy, że nagle, bo sam fakt pojawienia się tego bez zapowiedzi jest niespodziewany. Nie rozumiem problemu głównej bohaterki. Chce wyjść, drepta w stronę schodów, chłopaki wołają ją z powrotem, to wraca. Po co? Nie mogłaby tak normalnie powiedzieć, że dziękuje i sobie idzie? Przecież jeden z nich dał jej jasno do zrozumienia, w którą stronę może pójść. Po co ona tam wraca? To bez sensu; łazi cały czas tam i z powrotem.

Nogi mnie nie słuchają. Głupia, zrób to! Odejdź!
 Nie chcę!
Chcę!
Tkwię w jednym miejscu. To nie moje myśli. To nie ja. A jednak. Nie mogę się ruszyć. Kim oni są? Czego oczekują?”. – Te pogrubienia widnieją też na blogu. Dalej wspominasz, że bohatera zauważa, że to nie jej myśli. A więc pogrubienia to wtrącone myśli innej osoby w jej głowie? Czy któryś z bohaterów (prawdopodobnie Reiji, bo to on odradzał jej pobyt) ma moc wchodzenia komuś do głowy? Czy to jednak Shu? Albo nikt, tylko nie wiem, jak interpretować Twoje wymyślne metody przedstawiania sytuacji. Zobacz, ile pytań zadaję. Nie z przekory, po prostu nie rozumiem, co czytam.
Musisz pisać nieco jaśniej. Używać większej ilości słów. Nie potrafię załapać, o co Ci chodzi.

Nie wiem, który. – Przecinek zbędny.

Nie ma mnie tu. Jestem sama
. Zimna.
Sztywna.
 Martwa.
 Usłyszałam głos. – Moją teorię na temat tego, że akapity stawiasz w randomowych miejscach, potwierdza ta najwyraźniej niechcący przeniesiona kropka.

— To list. Od niego. — Nie sądziłam, że tyle nienawiści da się wyczuć w jednym słowie. Od niego? Kogo? – I przede wszystkim: czyj to był głos? W pokoju jest bohaterka i sześć innych postaci. Kto się odzywa? Nie wiem. Nie wskazujesz tego. Wszystko utrudniasz.

Coś zimnego spłynęło mi po karku. Pot? Łzy? A może jedno i drugie? Kto niby chciał płakać nad moim losem… – Gdyby to były łzy, dziewczyna chyba wiedziałaby, że płacze, prawda? Łzy na karku? Dziewczyna ma oczy z tyłu głowy? Trochę… creepy. I znów użala się nad sobą. What a drama queen.

Przez cały rozdział czytam o tym, że dziewczyna jest nikim, nie chce żyć, jest martwa od środka i tak dalej, a gdy dowiaduje się, że nieznajomi gospodarze nie chcą jej zabić, to… (...) po raz kolejny poczułam ulgę. To w takim razie po co szerzysz dramę, skoro jednak nie ma ona znaczenia? To tylko puste słowa?

— Nie zabijemy jej. – I żadnej reakcji ze strony bohaterki. W sensie… No rozumiem bycie martwą w środeczku, ale chyba normalny człowiek byłby przerażony, gdyby się dowiedział, że ktoś planował go zabić. Ktoś, z kim stoi twarzą w twarz. I właściwie tych ktosiów jest sześciu. A dziewczyna nic, zupełnie jakby spodziewała się, że chcieli ją zabić i było jej to wszystko jedno. Żaden człowiek nie jest spokojny w chwili, gdy ktoś grozi mu śmiercią. No, chyba że jest wojownikiem za sprawą i chce poświęcić swoje życie. Yukiji powinna pomyśleć coś w rodzaju: zabić?! Nie, nie mogą mówić poważnie, przesłyszałam się, o Boże i tak dalej. Powinna się cofnąć, poczuć kolejny przypływ przerażenia. A ona myśli sobie: Po co mieliby mnie zabijać?.

„Już jestem rozbita”. 
 — No nie, znowu?
– Przepraszam, ale rozśmieszyła mnie ta adekwatność. xD

To, co spodobało mi się w tym rozdziale, to wprowadzenie wątku z Yui. Użyłaś do tego dialogu:
— No nie, znowu? Myślałem, że już sobie odpuścił…
Kanato skrzywił się nieznacznie.
— Najpierw Yui, a teraz ona... Irytujące...
Yui? Kto to jest?
Pomoże mi?
Nie będzie chciała. Ja bym nie pomogła.
— Ciekawe, jak ją traktują, co nie, Ayato? Ci Mukami...
— Zamknij się.
Nieznane nazwisko. Nieznane imiona. To wszystko... takie obce.
Pomijając bohaterkę, rozmowa chłopaków daje szczątkowy obraz, że wcześniej w domu wraz z nimi przebywała Yui, a teraz Yukiji będzie pełnić jakby jej zastępstwo. Dobrze, że nie napisałaś nic ponad to w temacie. Zostawiasz mnie zaintrygowaną na tyle, bym chciała poznać rozwinięcie tego wątku. Właściwie jak narazie to tylko tego.

Nieznane nazwisko. Nieznane imiona. To wszystko... takie obce.
 Gra się rozpoczęła.
– No raczej, że obce, skoro dziewczyna nigdy wcześniej tu nie była, nie zna tych ludzi… Dlaczego zachowuje się, jakby ta obcość ją zaskoczyła? No i nie rozumiem, o jakiej grze piszesz, dlaczego bohaterka w ogóle tak myśli i dlaczego jest przy tym taka spokojna, jakby doskonale wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi (a wydaje mi się, że powinna być co najmniej zagubiona) i jaki to ma związek z tym, że wszystko było obce?

Nie. I nie chciałam znać prawdy. Miała być bolesna. Czułam to. – Jak prawda o tym, że chłopcy są wampirami, może być dla niej bolesna? Raczej przerażająca. Bolesna byłaby wtedy, gdyby mogła ją zranić. To może co najwyżej sprawić, że będzie chciała jak najszybciej stamtąd uciec i nigdy się nie oglądać.

— No cóż, masz zaszczyt stać przed kilkoma z nich.
 Strach. Wkradł się powoli do duszy i osaczył ją.
To kłamstwo.
 Wszystko jest kłamstwem.
— Nie... Nie wierzę ci!
Postanowiłam pobiec w kierunku wyjścia. – Dopiero teraz? Chłopcy sobie tak po prostu mówią, że są wampirami i dziewczyna dopiero wtedy orientuje się, że coś jest nie tak. Cała ta sytuacja, pojawianie się znikąd, mówienie poczułem człowieka, nietoperz przynoszący liściki, to, że byli kredowobiali i zimni jej nie zdziwiło. No to skoro to nie wywarło na niej wrażenia, to dlaczego teraz zaczęła uciekać? Nie powinna zaśmiać im się w twarz i stwierdzić, że gadają bzdury? I zacząć ewentualnie uciekać w momencie, w którym stanie się coś naprawdę strasznego? Mogłaby też po prostu stwierdzić, że są dziwakami i nie ma ochoty dłużej z nimi być, a potem odejść, próbując udawać spokojną mimo głębokiego niepokoju. Wiadomo, że by ją zatrzymali… Może wtedy próbowałaby uciec. No nie wiem, nie kupuję tej sceny, wyszła sztucznie.

Wpadłam na kant stolika. Pieczenie.
Kolano pulsowało. Na skórze pojawiło się kilka czerwonych kropel.
Krew płynęła swobodnie po łydce, tworząc cienką strużkę. Złapałam bolące miejsce, brudząc dłonie czerwoną posoką. Tak chciałam zapłakać. Nad wszystkim, co mnie spotkało. – Czy ona nie miała spodni? W sensie była w spódnicy? Powinnam to chyba wiedzieć wcześniej, żeby móc ją sobie jakoś wyobrazić – uciekała tak długo nocą, więc zakładałam z góry, że ma spodnie dla wygody. No i ej, bez przesady! Yukiji tylko wpadła na stolik, nawet go nie przewróciła ani nic. Zaryła kolanem, rozdarła sobie skórę, okej. Ale z tego nie będzie takiej krwi, o której piszesz – krwi, która płynie natychmiast stróżkami i brudzi ręce. Nie na kolanie. Rozwaliłam się kiedyś na rolkach, przejeżdżając bez ochraniaczy ładnych parę metrów po betonie. Do tej pory na obu kolanach mam blizny, a nie pamiętam, żeby ciekło mi po łydkach, serio.


Był pierwszym, który to zrobił. – Pozwolę sobie zauważyć, że przez cały czas trwania rozmowy o wampirach nie zaznaczyłaś, o kim mowa, więc nie wiemy, kto miał rację ani kto był tym pierwszym. Ach, kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt linijek wcześniej napisałaś, że to był mężczyzna w okularach, ale mimo wszystko przydałoby się powtórzyć, kto. Bo czytelnik zdążył już ten podmiot zgubić.


ROZDZIAŁ 2
Wolałabym już przegrać. Ale nie chciałam ulec...
 Karze za poddanie.
– Kiedy po wielokropku kontynuujesz to samo zdanie, powinnaś zacząć małą literą. W tym przypadku jednak postawiłaś akapit – kompletnie nie wiadomo dlaczego. Brakuje Ci wyczucia w tej kwestii.
Dalej podobny błąd:
 — Oh, to dobrze, że jest ci... D[d]obrze — zaśmiał się z własnego żartu.


 Wpatrywałam się bezwiednie w drewniane panele o cynamonowym odcieniu. (...) Niewidzącymi oczami mimowolnie zauważyłam różowe ściany oraz ciemne meble z XIX wieku.


Ciężko mi to jakoś skomentować. Bohaterka tak bardzo walczy sama ze sobą w swoim wnętrzu, głowie, whatever, że nawet nie widzi, na co patrzy, ale jednocześnie dokładnie to opisuje, jakby miało jakiekolwiek znaczenie.
Nie.
W tym momencie opis pomieszczenia nie ma żadnego znaczenia. W tym momencie znaczenie miałoby wnętrze bohaterki, gdyby jakiekolwiek miała (bo tylko wskazywanie co linijkę, że jest się niezasługującym na życie nikim nim nie jest). Miałyby znaczenie jeszcze jej ewentualne przemyślenia na temat swojego położenia, a nie wyglądu kolumn udekorowanych zawijasami:
Bogato zdobione kolumny, udekorowane zawijasami i maleńkimi kwiatami wystawały z masowych ram łoża, tworząc nad nim baldachim z muślinowego materiału. Posłanie zaś okryte było jedwabną, liliową narzutą. – No, trzeba przyznać, że to fest walka sama ze sobą, nie powiem.

Do mojej świadomości wstąpił pewien świetlik. Tak na niego mówiłam, często oświecał mnie swoimi mądrościami. Bezużyteczny umysł cieszył się z chwil spędzonych z przyjacielem. Dopiero gdy przybysz odchodził, zabierając ze sobą tak drogie mu światło, stała cząstka krążyła z kąta w kąt, kuląc ciało w otaczającym mroku i szukając zrozumienia. – Naprawdę ciężko mi zrozumieć, jak ktoś, kto tak ładnie wydziela przecinkami wtrącenia i ogólnie jest dość poprawny, płodzi tak słaby tekst bez żadnego przemyślenia.
Przecież to wygląda, jakby Ci coś wpadło do głowy pod natchnieniem i nigdy nie było konfrontowane z logiką – z fragmentu wynika, że świetlik oświecający mądrościami zabierał je gdzieś z powrotem ze sobą. Metaforycznie pewnie chodziło o jakąś ideę, pomysł, mądrość właśnie, które wpadają do głowy nagle, ale przecież te, kiedy już raz pojawiły się w głowie, nie uciekają z niej na metaforycznych nóżkach. Litości.
Chyba że chcesz, by twoja bohaterka była po prostu tumanką i miała problem z zapamiętywaniem czegoś dosłownie sprzed sekundy.
Warto też zaznaczyć, że kolejny raz uwznioślasz do niebywałych rozmiarów coś tak błahego, używając chyba każdej metafory, jaka Ci przyjdzie do głowy. Popełniasz takie fragmenty notorycznie i dalej nie będziemy tego zaznaczać, bo ten fragment jest dość soczysty. Na tym etapie przepoetyzowania nie da się już nic zrozumieć.
Jest też błąd w narracji, bo bohaterka sama sobie tłumaczy, czym jest coś, co jest jej dobrze znane.  

Mieszkałam tu od dwóch dni. Coś było nie w porządku. – No, bohaterko… Czyżby to, że dałaś się zamknąć w pokoju i nic więcej? A może to, że zostałaś zmuszona do zamieszkania z szóstką wampirów? Jakaś ucieczka, próba rozwiązania sytuacji plus okazywanie własnych emocji, w tym strachu? Nie? Zły pomysł?

W kącie stała masywna, ciemna toaletka z okrągłym, pozłacanym na brzegach lustrem. Odganiając  natrętne myśli, podeszłam do niej, pamiętając, by nie wzdrygnąć się na widok nieszczęśnika[,]  którego w nim ujrzę. – Niech zgadnę. Teraz bohaterka w narracji pierwszoosobowej opisze samą siebie, jakby nie widziała się nigdy wcześniej na oczy…
Dość luźna uwaga, ale zachowałabym formę nieszczęśnicy, której.

Słabe światło świecy ustawionej na półce wystarczyło, abym zauważyła swoje sięgające łopatek jasne włosy i miodowe oczy w kształcie migdałów. Mam drobny nos i małe, ale pełne usta. Jestem... Jestem ładna... Nie piękna, ale... – Mary Sue alert!
Inny alert:
Rankiem, pod wpływem impulsu, zeszłam na dół.
Kolejny:
Nie wiem, skąd znam się na historii. Tak już jest. Chyba.

A teraz wklejka z Nonsensopedii dla poparcia:

*kliknij, aby powiększyć

Kolejny cios. Odwróciłam się z pogardą w nieznaną stronę. Głos. Wygląd. Nic z tego do mnie nie należało. Ukradłam to. – Jak można ukraść głos i wygląd? Tak, wiem, że niedosłownie, ale te metafory co linijkę już dawno zrobiły się naprawdę męczące. Szkoda mi czasu i sił na rozszyfrowanie każdej. Już pomijając, że taka metafora sensu nie ma, bo bohaterka przywłaszczyła sobie tylko czyjeś imię. O czym mówi później.
Uwaga językowa: odwrócić się z pogardą w nieznaną stronę sugeruje, że gardziła tąże nieznaną stroną. A raczej chodziło o pogardę dla siebie samej.

Yukiji... Nawet imię zostało wypożyczone. Miałam nadzieję, że zwrot jest bezterminowy. – Drugie zdanie sprawia, że metafora z wypożyczeniem imienia się udosławnia, przez co fragment, zamiast pobudzać emocje, zwyczajnie śmieszy.

Poczułam na skórze powiew chłodu. Przykre wrażenie, jakby w żyłach zamiast ciepłej krwi pływał frywolnie lód. – No nie bardzo; skoro chłód poczuła na zewnątrz, na skórze, to nie tak od razu w środku. A ten przysłówek… Znów odleciałaś za mocno.

Stanęłam naprzeciw rudowłosego, nie wiedząc, co dokładnie odpowiedzieć. – No właśnie, i oto przewidywania się sprawdziły. Mimo że bohaterka zna imię postaci, która weszła, i tak będzie określać ją kolorem włosu. To niegrzeczne, Yukiji!

W zamyśleniu zaczęłam skubać rękaw pasiastego swetra. To dziwne. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak właściwie wyglądać miało moje życie. – W takim razie o czym  bohaterka rozmyślała przez te całe ostatnie dwa dni? Dlaczego ma zapłon jak diesel zimą?

Wtedy mogłam nosić spodnie, ale co dalej? Czy miałam coś jeszcze do założenia? Gdzie mogłam znaleźć kolejną parę? – Bądź poszukiwaną kryminalistką, zamieszkaj w nieznanej rezydencji z wampirami i jedyny problem miej z… odzieżą.
Być może chodziło o to znane powiedzonko o tym, że kobiety noszą spodnie, ale ono odnosi się do sytuacji tylko takiej, gdy kobiety wypełniają rolę stereotypowo przypisywaną mężczyznom. Nie jest to żadna metafora samodzielności, zaradności i tak dalej, jak pewnie skojarzyłaś. A więc nie dość, że użyłaś tego wyrażenia w sposób nietrafiony, niedopasowany do kontekstu, to jeszcze (jakby samo nietrafienie nie wystarczało) kontynuowałaś myśl przed dwa następne pytania, a więc znów: udosłowniłaś swoją metaforę. Tak się nie robi.
Prawdę mówiąc do tej pory miałam wrażenie, że narracja była ciężko psychodeliczna. To znaczy: jakby stylizowano ją na narrację osoby szalonej. To, o czym dziewczyna myśli w takiej sytuacji, te jej porównania, ta usilna poetyzacja i metafory, które nie mają kontekstu, jej sposób myślenia w danych sytuacjach sprawiają, że mam wrażenie, że ten tok myślenia należy do kogoś zupełnie irracjonalnego i potencjalnie poważnie chorego psychicznie.
Załóżmy jednak, że może to tak celowo. Że jednak chciałaś, by było psychodelicznie, ale jednocześnie czasam bywa też zwyczajnie śmiesznie przez natłok głupot. Więc ta psychodelczność też jak na razie nie działa. I tak źle, i tak niedobrze.

Okej, w tej scenie z Laito mam realny problem. To uczucie, że piszesz z perspektywy osoby szalonej – ono dalej jest. Bohaterka żyje zupełnie w swoim świecie, nie opisujesz tego, co się wokół niej dzieje, dopóki nie masz jakichś metaforyczno-pseudofilozoficznych opisów na ten temat. Wiemy, że Laito się pojawił, ale dziewczyna właściwie w żaden sposób nie zareagowała. Nie spojrzała na niego, nie odczuwała żadnych emocji z tym związanych. Naprawdę zachowuje się jak ktoś, kto utracił zdrowe zmysły. Jeśli to był Twój zamiar – brawo, nawet Ci to wychodzi. W tym momencie gubię się w tekście, czuję, że pewne elementy rzeczywistości są przysłonięte przez jakiś wewnętrzny świat bohaterki, a jej dziwaczny tok myślenia tylko mnie w tym uczuciu umacnia, bo jest irracjonalny, niczym konkretnym niestymulowany – koniec końców Yukiji myśli o rzeczach zupełnie oderwanych od chwili, w której jest, mimo że coś się dzieje. Ten jej sposób wyrażania myśli jest nieskładny, nie skupia się na tym, co się dzieje, dostarcza zniekształcony, niepokojący obraz, którego dopełniają dziwne emocje bohaterki.

Czując na skórze oddech Laito, spuściłam bezradnie głowę. Powoli opuszczały mnie siły. – Nie chcę się czepiać, ale wydaje mi się, że żeby opuściły ją siły, to musiałaby najpierw wykazać jakąś reakcję, jakąś emocję. Stało się coś, wywołało moją reakcję (na przykład przestraszyłam się), ale w związku z tym, że nie udało mi się wywołać pożądanego efektu, tracę siły. Kiedy człowieka opuszczają siły, to oznaka zrezygnowania, niechęci do działania. Tutaj żaden element uzasadniający się nie pojawił.
Mam nawet wrażenie, że bohaterka straciła siły już wtedy, gdy pojawiła się w prologu i do tej pory żadnych nie odzyskała...

Ulepieni nie z gliny, a z fałszu, który obrastał w nas od zarania dziejów. – Ooo, słuchajmy się tego, bohaterka zna się na historii, to na pewno wie, co mówi… Nie potrzebuje żadnych argumentów, przykładów, rozwinięcia myśli (która pojawiła się od czapy, tylko na jedną linijkę, by już nie wrócić). Nic. Po prostu wierzmy jej, bo tak.
Twój tekst jest kompletnie o niczym. Bohaterka rzuca masę nic nieznaczących, ale górnolotnych frazesów, które wyglądają na głębokie i nic poza tym. Skacze z tematu na temat, a jej myśli są chaotyczne i trudno doszukiwać się w nich sensu. A przez to trudno ją zrozumieć. Tak naprawdę rozdział mógłby się zacząć od sceny wejścia Laito – wszystko, co poprzedzało dialog, wydaje się niepotrzebne, bezcelowe, bo nawet nie buduje emocji, co najwyżej sztucznie próbuje napompować atmosferę, ale to też nie działa. Smutno, bo mam wrażenie, że do tej pory nie przeczytałam nic, poza mało znaczącym bełkotem.

Nim zdążyłam zareagować, zostałam przyciśnięta do ściany. Sztywne ciało wydało z siebie ciche chrząknięcie. Chwycił [kto? – brak podmiotu] moją brodę w palce i pokierował twarzą w kierunku światła padającego ze świecy. – Pokierował twarzą – to znaczy, że wziął jej twarz i tąże twarzą wskazał jej jakiś kierunek. Jak widzisz, to nie do końca to samo, co miałaś na myśli.
Inna rzecz: nawet jeżeli ten podmiot, tzn. Laito, pojawił się ileśtam zdań wcześniej i jako bohater jest sam z Yukiji w pokoju (więc jego udział w scenie wynika z przekazu), zdania i tak muszą być rozegrane czysto technicznie – podmioty muszą się zgadzać.

Dla zobrazowania następnego problemu wrzucam większy fragment:
 — Prawdę mówiąc, trochę zgłodniałem. Zjesz ze mną kolację? (...)
— Nie, dziękuję. Nie jestem głodna. (...)
— Nie? No cóż... — przez chwilę rozważał następne słowa — Ale widzisz... Ja jestem.
 Osłupiała, analizowałam w ciszy wypowiedziane zdanie. To przecież...
 Nim zdążyłam zareagować, zostałam przyciśnięta do ściany. (...) Drżałam. Zdezorientowana, wpatrywałam się w odległe miejsce. Co wyprawia? Czemu...
 Poczułam zimny oddech na policzku.
— Pachniesz tak... Smakowicie, laleczko. Kim ty właściwie jesteś, mhm? — Usta Sakamakiego muskały moją szyję. — Jakie to podniecające. Pomyśleć, że będę pierwszym, którego laleczka poczuje kły... — Zajęczał cicho.
Wampiry. Wciąż nie mogłam do tego przywyknąć. Ale Laito... To... Straszne!
Przede wszystkim bohaterka miała dwa dni, żeby przeanalizować sytuację – zrozumieć, że jest w domu pełnym wampirów i zastanowić się, po co ją trzymają. Ta jednak nawet o tym nie miała ochoty pomyśleć, wolała rozprawiać o mebelkach. Niebezpieczna myśl nie dociera do niej nawet wtedy, gdy Laito robi jej krzywdę, tj. przyciska do ściany. O wampirach Yukiji przypomina sobie dopiero w ostatnim zdaniu, gdy ten mówi o kłach. Pamiętasz moją uwagę o zapłonie bohaterki? To kolejny dowód na jej powolny procesor, a przy tym ignorancję, jakiś brak instynktu samozachowawczego. O jej domyśle napisałaś zdecydowanie za późno – wcześniejsze pytania typu Co on wyprawia? robią z niej zwyczajnie głupią, niedomyślną. Na dodatek sam wykrzyknik przy Straszne! nie zbuduje tu napięcia. Brakuje czegoś bardziej naturalnego: laska zaraz zostanie dziabnięta, a zamiast się bronić, wić, jakoś próbować coś zdziałać, ona myśli, że to straszne i że nie może do tego przywyknąć… Gdzie tu realizm? Jak się mam wczuć?

  Ten głos... Zawsze rozbrzmiewał w głowie, gdy nie wiedziałam, co zrobić. Dzięki niemu uciekłam z... Tamtego miejsca. – Najpierw jakieś świetliki, teraz dziwne głosy… Co tak naprawdę jest z tą bohaterką nie tak...? To chyba odpowiedni moment, by rozwiać wątpliwości czytelnika i powiedzieć wprost, skąd u bohaterki taka chaotyczna narracja. Bo zamiast intrygować, irytuje i czytelnik zamiast chcieć czytać dalej, po prostu zamknie bloga.

Usłyszałam
głuchy łoskot.
Nie wiem, co miałby znaczyć ten zapis, naprawdę. Nikt Ci nie wspomniał, że zabawa akapitami to nie jest dobry pomysł?

Zerknęłam na lustro stojące przy ścianie. Moje oczy... Ściemniały… (...). Szybko wstał z miejsca i strzepał kilka maleńkich paprochów z czarnego okrycia. – Oczywiście trzeba pamiętać, że jedynym źródłem światła w pokoju była świeca, nie przeszkadzało to jednak bohaterce widzieć dokładnie jakieś szczególiki, których widzieć w takim świetle nie miała prawa.

Nieśmiało ruszyłam w tamtą stronę. Przystanęłam przed zwierciadłem. Czerń. Ciemność.
Gdzie podział się miodowy odcień? Nie rozumiałam... N... Niczego…
– Kolejny fragment, który umacnia mnie w podejrzeniu, że z dziewczyną jest coś bardzo mocno nie tak. Już nie tylko słyszy głosy, ale zaczyna też widzieć rzeczy, które się nie dzieją. To niepokojące.

— Co wy wyprawiacie? Słychać was w całej rezydencji! – Z tego, co pamiętam, rezydencja Sakamakich jest naprawdę duża. Laito upadł na puchaty dywan, co na pewno trochę wytłumiło jego upadek, a dziewczyna krzyknęła ledwie dwa razy. W dodatku pokój był zamknięty. Musiałaby się chyba wydrzeć wniebogłosy, żeby Reiji mógł tak powiedzieć. W związku z tym wątpię, by Reiji taką uwagę wypowiedział. Dodam jeszcze mimochodem, że słowo rezydencja w odniesieniu do miejsca zamieszkania użyte przez jego mieszkańca brzmi… sztucznie. Po prostu dom.

— Spytaj laleczki, jak taki ciekawy. Prawda, maleńka? – Wydaje mi się, że druga część wypowiedzi jest zbędna. Laito mówi Reijiemu, żeby sam się dowiedział, o co chodzi i nie potrzebuje do tego potwierdzenia ze strony Yukiji.

Nie widziałam go, ale czułam, jak rosło w nim obrzydzenie, gdy patrzył na zlęknione oblicze. – Bohaterka używa takich pompatycznych słów do opisania samej siebie, że to aż śmieszne.

— Wypadek czy nie, ma się to więcej nie powtórzyć. Zrozumiałaś? – Nie do końca rozumiem, o co w tej scenie chodzi. Reiji nie jest typem osoby, która uznałaby, że cały hałas to była wina dziewczyny i już. Zresztą to tylko dwa krzyki! Jestem przekonana, że Reiji miałby to głęboko w nosie, w końcu nie stało się to w części wspólnej, lecz w jej pokoju. Gdyby nawet to się stało w części wspólnej, to winą obarczyłby ich oboje – Reiji się nie rozdrabnia, nie obchodzi go, kto jest winny, ważne, żeby się to nie powtórzyło. A już na pewno nie kupiłby wymówki o wypadku. Wydaje mi się, że to tak nie działa.

Schyliłam głowę i ukryłam twarz we włosach. Nie mogłam na niego spojrzeć. (...) Ukryłam twarz w dłoniach i udawałam, że ciemność, która mnie otoczyła, nigdy nie ustąpi miejsca porannemu blasku. – Między jednym a drugim ukrywaniem nie ma informacji o tym, by bohaterka przestała. Po prostu z włosów przeniosła się na dłonie; to… trochę dziwne.  Ale w sumie powinnam się przyzwyczaić.

Pustka. Nigdy nie chciałam być pełna. Wtedy jeszcze mocniej czułabym ogarniającą nicość.
Nikt nie jest do końca... Kompletny.
Jednak sama pogubiłam wszystkie kawałki.
Roztrzęsiona, bezwładnie osunęłam się na podłogę. – Jako że cały czas myśli bohaterki to urywane zdania bez kontekstu, rzucane w przestrzeń bez zastanowienia, nie mam pojęcia, o jakich kawałkach piszesz, dlaczego bohaterka jest roztrzęsiona (dopiero po swoich przemyśleniach, a nie po zdarzeniu z Laito?). Mało tego: najpierw bohaterka stwierdza, że w sumie to nie chciała być pełna, a za chwilę jakby zauważa rozczarowana i smutna, że pogubiła swoje kawałki. To się na pierwszy rzut oka wyklucza – skoro nie chciała być kompletna, to zgubienie kawałków siebie było jej nawet na rękę.

Ale to nie pierwszy raz przecież coś Ci się nie klei w zeznaniach:

Wzbijam się w powietrze.
 Ląduję z trzaskiem na chodniku.
Nie mogę żyć.
 Nie mogę umrzeć.
 Wiecznie niezdecydowana.
 Upokorzona.
 Przez własne sumienie.
Nie chcę wzlatywać.
 Chmury są zbyt niewinne, by dzielić ze mną przestrzeń bezkresnego nieba.
 Dlatego... błagam....
Ułóż mnie w ziemi.


Albo podmiot liryczny chce się wzbić, ale upada, albo w ogóle nie chce wzlatywać. Albo jest wiecznie niezdecydowany, albo wie dobrze, czego chce (błagam… ułóż mnie w ziemi). Albo nie może umrzeć, albo może. O co właściwie chodzi?

Pozostała jedynie myśl. Musiałam uciec. (...) Powoli schodziłam po schodach, podziwiając jednocześnie wiszące nade mną dzieła. – Uciekanie – bohaterko – robisz to źle.

 Jedynie burgundowy odcień włosów okalających postać były [był] znakiem, iż naprawdę na płótnie widniała dawniej czyjaś postura.
Lekkie ukłucie u skroni przypomniało mi o konieczności zejścia. – To trochę brzmi tak, jakby bohaterka koniecznie chciała na tych schodach umrzeć.
Ukłucie w skroni, a nie u skroni. No i nie chcąc się czepiać, ale mimo wszystko ból głowy nijak się ma do tego, że dziewczyna schodziła po schodach.

Coś zaprzątało mi głowę. – Litości, bohaterko, czemu samej sobie to mówisz, jakbyś nie była w tym stanie, tylko patrzyła na siebie z perspektywy? Im dalej czytam, tym bardziej ta narracja przypomina perspektywę szaleńca.

Plątanina barw uderzała ostrością. (...) Obraz nie był raczej na tyle stary, by kolory mogły zblednąć. Wobec tego, kto przyłożył rękę do jego zbezczeszczenia? Raz mówisz o ostrej plątaninie barw, a zaraz potem o bladości obrazu. Ech… Znów gubisz się w zeznaniach.

Nieważne. Wrota. To je musiałam znaleźć. – Drzwi. Po prostu drzwi.

Schodząc wciąż w dół i w dół miałam wrażenie, jakby los grał ze mną w kotka i myszkę. – Chwila, chwila… To ona jest jakąś księżniczką uwięzioną na szczycie wieży? Bo z tego, co pamiętam, to posiadłość Sakamakich miała dwa piętra. I zejście z drugiego na parter to nie jest raczej schodzenie w dół i w dół, co sugeruje tych schodów ogrom taki, że z góry nie da się zobaczyć ich podstawy. Co ze względów logicznych jest nieprawdą.
A do tego schodzenie z drugiego piętra na parter zamieniło się w grę z losem. Potknę się, czy nie potknę? Przytrzymać się ściany, czy może poręczy? Cóż za porywająca bitwa.



Uświadomił mi to szczęk zamka w żelaznych skrzydłach. Zamknięte. – To jest to, o czym mówię. Bohaterka się porusza, ale praktycznie cały czas przebywa zamknięta w swoim świecie. Opisuje tylko najważniejsze momenty tego swojego ruchu. Ja wiem, że schodziła po schodach, a potem nagle jest przy drzwiach. W ogóle nie zwraca uwagi na to, co się wokół dzieje. Nie sprawdza, czy kogoś nie ma, nie rozgląda się. Jej postrzeganie rzeczywistości jest epizodyczne, a przez to niepokojące.

Promienie słoneczne dzień w dzień prześladują nas swoją postacią. Śnieg w zimie odgrywa popisowego walca, w rytmie powolnej, niesłyszanej melodii. Liście porzucają obrane barwy, chcąc przekazać najdroższym nieruchomą, płochliwą istotę.
A co z nadzieją? Ah, gdyby jak wiosna niosła ze sobą pokój, szczęście i błogość!
Rzeczywistość. To ona skrada  płonną obietnicę wiary. – Ciężko jest w ogóle coś o tym napisać. To niczego nie wnosi, to raz. Dwa, znów wkładasz tę poetyczną pompatyczność, sprawiając, że bohaterka wygląda na niezdrową na umyśle. Po trzecie, wszystkie te porównania nie mają ze sobą nic wspólnego, nie wywołują żadnego skojarzenia, które pomogłoby lepiej zobrazować to, co czuje postać i poniekąd ma wkład w punkt drugi. Nic w tym nie ma sensu. Ciężko zrozumieć, co masz na myśli, bawisz się zupełnie ulotnymi słówkami, pustymi zdaniami, ale one zupełnie niczego nie wnoszą. Ani do rozwoju postaci, ani do fabuły. Ani do stylu. Jedynym wytłumaczeniem na to wszystko jest szaleństwo postaci. Ale ile można o tym samym? Na jedno kopyto?

Ta ogromna rezydencja zapewne posiadała kilka innych punktów. – Wyjść. Punkt kojarzy się albo z określeniem matematycznym, ale punktem na przykład sprzedaży. Albo spotkania. Tutaj nie ma prawa być użyte.

Kłopot jest w tym, iż zawsze miałam problem z orientacją. – Czas. Do tej pory pisałaś w przeszłym – to raz. Dwa – rozdział temu bohaterka oglądała z uwagą praktycznie każdy niuans typu obraz, dywan, posąg (tym rozdziale zresztą też); opisywała to wszystko z taką dokładnością, że aż trudno uwierzyć, iż to nie miało żadnego znaczenia – dziewczyna i tak się nie odnajduje w rezydencji.

 Biegnij.
Usłuchałam. Echo moich kroków odbijało się z podwójną siłą od kamiennych ścian. Dlaczego znów to zrobiłam?
Ponieważ nie potrafiłam inaczej. – Bohaterka stwierdza, że nie potrafi inaczej, niż biec. Ale chwilę temu schodziła po schodach powoli. O co chodzi?
¯\_()_/¯
No właśnie.
Ewentualnie pytanie dotyczyło usłuchania, no ale te informacje, aby były powiązane i odczytywane z pewnością, muszą wychodzić jedna z drugiej, następować po sobie. A ty najpierw mówisz o biegu, potem o usłuchaniu, dalej znów o biegu… Tu nic do siebie nie pasuje, panuje kompletny chaos.

Byłam za słaba.
Zdradliwa.
Strzaskana.


Na końcu ciemności zauważyłam uchylone drzwi. Przystanęłam przed nimi, nabierając pewnych  podejrzeń. To już? Koniec? Nie, nie wierzyłam. – Weź pod uwagę, że czytelnik dobrze pamięta drogę do wyjścia; przecież przechadzaliśmy się nią ledwo rozdział temu! Były schody z czerwonym dywanem, a nie jakiś zupełnie obcy korytarz. To strasznie upierdliwe, że ja potrafię poznać, że bohaterka idzie w złym kierunku, a ona sama nie. Nadal robisz z niej umysłową kalekę. I nie mogę zrozumieć, czemu się tak przy tym upierasz.

Nieśmiało uchyliłam je, czekając, aż staną przede mną otworem. – Uchylenie sugeruje, że tylko lekko je pchnęła, żeby na przykład zajrzeć do środka. Staną otworem za to, że wcale się nie patyczkowała i otworzyła je na oścież. A poza tym, to uchylić już ich nie mogła, bo były uchylone.

Widok pomieszczenia wprawił moje ciało w osłupienie. – Po co podkreślasz, że wprawił jej ciało w osłupienie? Po prostu ją. Nie musisz wyszczególniać, którą częścią siebie dziewczyna odczuwa emocje.

Stare, ściemniałe regały uginały się pod ciężarem książek. Powoli weszłam do środka, starannie zamykając przejście. Wstrzymałam oddech.
Wyglądała jak opuszczona biblioteka, przykryta warstwą zapomnienia. – Chyba raczej wyglądał, bo wcześniej podmiotem, o który chodzi, był środek. Zastanawia mnie nadal, jak w ciemności, o której co chwilę mowa, bohaterka tak świetnie widzi te wszystkie obrazy, a teraz jeszcze całe wnętrze jakiegoś pomieszczenia, by uznać je za bibliotekę...
I, przepraszam, ale muszę przypomnieć – Yukiji właśnie sama stwierdziła, że trzeba uciekać, biec i te sprawy, generalnie jak najszybciej iść do wyjścia! Po cholerę teraz wchodzi do jakiegoś zupełnie ciemnego, mrocznego, opuszczonego pomieszczenia? No chyba tyle chociaż kojarzy, że nie była tam wcześniej i na pewno nie tamtędy wiodła droga na zewnątrz!

Z ręką ściśniętą [zaciśniętą?] na piersi, krążyłam wzdłuż alejek, próbując rozszyfrować napisy wygrawerowane na niektórych okładkach. „Romeo i Julia", „Sherlock Holmes”, „Boska komedia”.
A to nie jest przypadkiem tak, że Sherlock Holmes to tytuł filmu? Przecież książki o nim to seria, mamy więc Powrót Sherlocka Holmesa, Księga przypadków Sherlocka Holmesa itp.
Poza tym tak, bohaterko, w ciemności rozszyfrowywałaś (jedynym źródłem światła był księżyc)... mhm. No i nadal nie rozumiem, po co to robisz. To zupełnie bez sensu, biorąc pod uwagę twoje położenie.

Otworzyłam dziennik, a biel papieru przez chwilę wytrąciła mnie z pantałyku. – Poprawny frazeologizm brzmi: zbić z pantałyku.

Włożyłam notes pod sweter, uczepiając paskiem spodni. Chciałam jedynie zwrócić go właścicielowi. – Okej, nowy quest! Już teraz nie liczą się ucieczka, przeżycie, wolność, nadzieja i te wszystkie sprawy, o których mowa była jeszcze parę linijek wyżej. Teraz liczy się oddanie notesu. Co tam, że właścicielem mógł okazać się jeden z dość… groźnych gospodarzy.
I w ogóle jak to absurdalnie brzmi. Ja rozumiem, że Yukiji chce sobie ten notes po prostu wziąć, no ale na litość boską: jak zamierza szukać właściciela notesu, który jest niezapisany? I po co? Wzięła go z biblioteki, z półki – pewnie tam miał zostać. Mogłaby chociaż wymyślić lepsze kłamstwo. A zresztą, po kiego grzyba sama się okłamuje o własnych motywach. Rozdwojenie jaźni?

Wchodząc na górę [przecinek] ponownie zerknęłam na wiszący obraz. Olejowa farba pięknie podkreślała winny odcień. Pogładziłam palcami szorstkie w dotyku płótno. – Skąd bohaterka wie, że to farba olejowa? Przypominam, jest ciemno!

Martwe ciało często poddawane jest rozkładowi. Dzieło nie stanowi wyjątku.
Wszystkich czeka nas spotkanie z kruchą przyjaciółką. – Kim jest krucha przyjaciółka? Obstawiałabym śmierć, ale nie jestem przekonana, że epitet krucha jakoś specjalnie do niej pasuje… I po co znów to w ogóle poetyzujesz? Dlaczego bohaterka wciąż nazywa rzeczy wyimaginowane swoimi przyjaciółmi? Kolejna oznaka bycia niespełną rozumu?
A martwe ciało zawsze się rozkłada. Takie prawa natury, nic nie zrobisz.

Trzy. – To wyliczanie raz na kilka(-naście) akapitów nie daje żadnego efektu. Laska już dawno zapomniała, że zaczęła liczyć. Bo ja na pewno zapomniałam i teraz to już nie ma sensu, po takiej przerwie, po tylu myślach w międzyczasie.

Przekraczając próg pokoju [przecinek] miałam wrażenie, jakby ktoś już na mnie czekał. – Jakim cudem bohaterka tak bez problemu wróciła do siebie, skoro szła wcześniej kompletnie na oślep plus podobno miała zerową orientację w terenie?

Mięśnie, choć należące do bezwładnej masy, wciąż działały prawidłowo. – Kolejny przykład czczego gadania. Bezwładnej? Bohaterka, chcąc nie chcąc, podejmuje jakieś decyzje (kompletnie feeble-minded, ale jednak decyzje). Po co to cały czas negować, jak na złość?

Chełpił się swą wyższością, patrząc jednocześnie na wyblakłe stworzenie. Uczucia, których nie chciałam. Życie, którego nie pragnęłam. Troski, rzucane wciąż przez najbliższe partie. – Zapytałabym, o co chodzi z tymi partiami, ale pytać kolejny raz o jakieś zdanie już po prostu nie ma raczej sensu. To pytanie powinno się kierować do trzech-czwartych tekstu, jak nie więcej.

ROZDZIAŁ 3
Usiadłam w kuckach na podłodze, miętosząc jednocześnie w dłoniach znalezisko. – Najpierw używaj nazwy przedmiotu, który wprowadzasz. Kiedy to przeczytałam, poczułam się skonfundowana i jeszcze raz przeczytałam poprzedni akapit, myśląc, że coś przegapiłam. Więc najpierw notatnik, a potem ewentualnie synonimy.

Obszyty naturalną, brązowawą skórą pozostawiał ciekawe wrażenie. – Nie ma czegoś takiego, jak ciekawe wrażenie. Przedmiot mógł być ciekawy i wywrzeć pozytywne/negatywne wrażenie.

Nie zdziwiłam się, gdy i w tedy odpowiedziała mi głucha cisza. – Wtedy.

To wszystko jest...
Niepełne. – Powiedz mi może coś, czego nie wiem… [Rozdział temu: Pustka. Nigdy nie chciałam być pełna. (...)  Nikt nie jest do końca... Kompletny. (...) Niekompletna. Pogubiłam się w składaniu układanki z tysiąca elementów]. Nie musisz się powtarzać; w przeciwieństwie do bohaterki mam całkiem niezłą pamięć.

Spięłam włosy recepturką znalezioną w szafce kuchennej. – Kilka linijek dalej okazuje się, że meblościanka nadal jest podsunięta pod drzwi do pokoju, podejrzewam więc, że bohaterka nie wychodziła z niego od spaceru po rezydencji z ostatniego rozdziału. Skąd więc recepturka z kuchni? Kiedy w ogóle bohaterka tam była? Jeżeli już wykorzystujesz jakiś motyw, wypadałoby go wcześniej wprowadzić.

Płynnym ruchem rzuciłam dziennik pod łóżko. – Doskonały przykład na to, jak lubisz wprowadzać watę słowną. Dziewczyna po prostu rzuciła notes i nie trzeba dookreślać, jak to zrobiła. Gdyby się zawahała, wtedy może warto byłoby o tym wspomnieć, jednak rzut jest z definicji płynnym ruchem.

Pudrowo-różowa pościel sięgała niemal podłogi, przysłaniając wolną przestrzeń między jego nogami. – W takim razie stanowiłoby to przeszkodę dla rzuconego dziennika, który by się od niej odbił i spadł na podłogę.

Nagle zaczynasz pisać kursywą i w narracji trzecioosobowej. Retrospekcja? No pewnie, czemu nie – zabieg nawet ciekawy. Przydałby się jednak chociaż jeden enter oddzielający tę część od reszty tekstu. Wiesz, estetyka, dbanie o komfort czytania… te sprawy.
Musisz też bardziej pilnować czasu:
Nie widziała, jak mama dyskretnie wyciera spływające łzy i chowa poranioną rękę za plecami [przecinek] gdy przechodzi obok sąsiadki.

Lawenda. Zapach kwiatów mimowolnie wdzierał się do nozdrzy. Lubiła wychodzić na dwór, ganiać z dziećmi po parku, puszczać latawce. – Eeee…? Nie wiem, co się zadziało w tym fragmencie i dlaczego lawenda pachnie, a potem biega z dzieciakami po parku.

Córeczka często patrzyła na nią wielbnym wzrokiem, nie wierząc pokrótce w swoje szczęście. – Nie istnieje takie słowo jak wielbny. Poza tym nie można wierzyć pokrótce, wiara to jest jakiś stan. Pokrótce można o czymś opowiedzieć.
Inna rzecz to to, że małe dzieci (co sugeruje użycie słowa córeczka) nie zastanawiają się nad szczęściem, jakie mają, bo ich rodzice są tacy, a nie inni. Dzieci swoich rodziców biorą za coś pewnego w życiu. Nie zastanawiają się nad tym. Mama to mama, mama zawsze jest, bo taki jest stan naturalny… A to, że mama niekoniecznie i niezawsze jest, że mama nie musi być dobra i miła, a nasza akurat taka była, docenia się zwykle po wielu latach, wraz z tym, jak dojrzewamy emocjonalnie i psychicznie.

Dla niej najważniejszy był czas. Wykorzystywała go całą sobą. – No dobra, ale… kiedy niby wykorzystuje się czas tylko jakąś częścią siebie? To znaczy, że co? Połowa człowieka zatrzymuje się w czasie i przestrzeni, a druga połowa płynie z prądem?

Nie potrafiłam zliczyć do dwóch. To za wiele. Zwłaszcza dla zamazanego krańca, który mi pozostał. – Dlaczego kraniec miałby cokolwiek liczyć? Co to za kolejna pokrętna abstrakcja? Jaki kraniec, kraniec czego?

Kraniec... Koniec... Żadna różnica.
you_don’t_say_nicolas_cage.gif

I to, i to prędzej czy później skruszeje. – Jak koniec albo kraniec mogą skruszeć? Cały ten obraz jest zbyt mglisty, żeby wyłapać ukryte znaczenie, o które Ci pewnie chodziło. Zresztą koniec i kraniec to jest to samo, więc nie możesz powiedzieć i to, i to.

Chciałam (...) Zniknąć.
Zblednąć. – Albo zniknąć, albo zblednąć. To się nie uzupełnia, tylko wyklucza. Znów.

Nieznana siła pomogła mi szybko odstawić mebel na miejsce. – Bohaterka od jakiegoś czasu (dwóch rozdziałów dokładnie) wykazuje się czasem jakąś nieznaną siłą; wcześniej, gdy ratowała się przed Laito, nawet sczerniały jej oczy, co powinno być dla niej chociażby w minimalnym stopniu interesujące, straszne, jakiekolwiek. A nie jest. Yukiji ze spokojem tybetańskiego mnicha zauważa, że dzieje się z nią coś nietypowego, ale w żaden sposób na to nie reaguje, poza samym wypranym z emocji wspomnieniem.
Martwa w środku, huh? A nie sądzisz, że nawet tego powinny być jakieś granice, aby postać była minimalnie realistyczna?

Nie chciałam. Nie mogłam. Czemu tego nie rozumiał? Przecież moje ciało wywoływało w nim wstręt! Po co chciał je oglądać?! – Wait, what? Skąd Yukiji tak sobie wnioskuje? Czy to kolejne jej szalone, irracjonalne myśli? Mam nadzieję, że tak, ale w takim razie historia zaczyna budzić naprawdę duży niepokój. Coś czuję, że Kanato będzie miał rywala w walce o miano najbardziej porąbanej postaci w tym ff.

Ciężka, drewniana... Jak mogłam sama ją przestawić? Przecież to...
Niemożliwe? – Ale Yukiji przesuwała ją bez problemu już rozdział temu! Dlaczego nie zdziwiła się wtedy?

— Trzy. — Usłyszałam cichy chichot. – To chyba miał być Reiji, bo nie wprowadzałaś innej postaci, ale chichotanie (zwłaszcza w takiej sytuacji) zupełnie nie jest w jego stylu.

— Naprawdę jesteś taka niepojętna, czy tylko udajesz?
Nie rozumiałam go. – To nic nowego, Yukiji. Ty nic nie rozumiesz, a ja nie rozumiem ciebie – koło się zamyka.

Przyłożył dłoń do czoła i przymknął powieki, głęboko się nad czymś zastanawiając. – Jestem sobie w stanie wyobrazić Reijiego w tej chwili i jego mina to nie byłby wyraz głębokiego zastanowienia, a raczej mocnego zirytowania.

— Jesteśmy wampirami, prawda? Nie śpimy w nocy, tylko w dzień. – Niby tak, ale przecież Yukiji włamała się do rezydencji nocą i zastała Ayato śpiącego, a reszta wampirów też nie była wtedy w szkole. Więc są jednak jakieś odstępstwa od reguły…

Analizowałam wypowiedziane słowa. – Przypominam tylko, że to narracja pierwszoosobowa i bohaterka nie musi samej sobie mówić, co robi.

Bohaterka dowiaduje się, że za dziesięć minut pierwszy raz pójdzie do nowej, wampirzej szkoły. Nie jest przerażona, nie boi się, czy aby nie będzie przypadkiem pełnić tam roli drugiego śniadania; albo chociażby w najmniejszym stopniu nie stresuje się nowym elementem jej życia, który został właśnie jej narzucony. Jej jedynym przemyśleniem na ten temat jest coś w stylu: w sumie to nie ma sensu się buntować, włożę sobie ten mundurek…

Usłyszałam chrzęst żwiru [przecinek] gdy wjeżdżaliśmy limuzyną na parking szkolny.

Niemal każdy z braci zajmował się czymś, co w jego mniemaniu należało do sfery sacrum. Nienaruszalnej. – Wydaje mi się, że jest to trochę zbyt daleko wysunięty wniosek.

Odepchnęłam natrętne myśli. Coraz więcej. Przychodzą. Odchodzą.
Nigdy nie obejdą. – Chyba raczej: odejdą. No i przecież sama napisałaś, że odchodzą…!

Wyglądali tak... Normalnie.
Złe słowo.
Po prostu zwyczajnie.
Nic więcej. Normalny i zwyczajny to poniekąd synonimy, więc nie rozumiem, dlaczego pierwszy wybór był zły.

Spuściłam głowę. Nie bolało. Czułam tylko... Pewność.
Wygranej.
Zakładu opartego na wątłej duszy. – Co? Co miałoby boleć? Jaka pewność, jaki zakład? Kolejna metafora, którą tylko Ty jesteś w stanie zrozumieć? No to po co Ci ogólnodostępne opowiadanie, skoro nikt poza Tobą nie będzie w stanie go rozszyfrować? Plus nie wiem, jak bohaterka może stać sobie spokojnie, kiedy Laito właśnie zasugerował coś mocno dwuznacznego, a na zaprzeczenie ze strony Ayato ona sobie myśli, że nie bolało. Halo? Co miało zaboleć? Nie dość, że bohaterce nie przeszkadza, że wciąż odnoszą się do niej jak do przedmiotu, to jeszcze piszesz tak, jakby fakt, że Ayato nie ma na nią ochoty mógł ją zaboleć. I jeszcze wspomina coś o pewności wygranej w zakładzie. Wow. Coraz bardziej niepokoi mnie kierunek, w jakim to zmierza.

Laito teatralnie chwycił się za serce.
— No wiesz co? Ranisz naszą małą sunię!
 Objął moje ciało ramieniem. Zimny dotyk nie zrobił wrażenia.
Stare przyzwyczajenie.
— A co mnie to? — Prychnął. Zmrużył oczy, wbijając wściekłe spojrzenie w stronę Reijiego, stojącego nieopodal nas. — Ty, Reiji! Ile ja mam ją niańczyć?! To twoja robota!
– To wygląda, jakby Laito miał rozdwojenie jaźni i rozmawiał sam ze sobą. Pamiętaj o zmianie podmiotu.
Drobna uwaga: wydaje mi się, że Ayato użyłby słówka oi, które na polski można przetłumaczyć jako ej zamiast ty.
Plus prośba o naturalną narrację: objął moje ciało – kto tak myśli? Czemu nie zwyczajne: objął mnie?

Reiji przeglądał jakieś papiery. Nie odrywając od nich wzroku, powiedział. – Jeśli chcesz to opisać zanim wprowadzisz kwestię dialogową Reijiego, na końcu zdania musi pojawić się dwukropek, który sygnalizuje, że jego wypowiedź pojawi się dopiero w następnym akapicie.

— Po-wo-dzonkaaa! ~ – A co to za dzika tylda?

Mogłam jedynie czekać cierpliwie na ostateczne ciosy. – Dlaczego dziewczyna wszystko, co się wokół niej dzieje, odbiera jako ciosy?

Nie miałam odwagi podnieść głowy i zlustrować szkolnych korytarzy.
Wystarczy przeczucie o nadchodzącej porażce.
 Lęk sparaliżował wszystkie zmysły.
Wzrok mógł sobie zatrzymać.
Wraz z węchem.
 I życiem. – Okej, bohaterka nagle jest wystraszona, ale jeszcze chwilę temu nazywała obserwowane przed szkołą limuzyny szykownymi, a swoich gospodarzy miała za wyglądających normalnie. Skąd nagle jakikolwiek strach, skoro przed sekundą wszystko było dobrze? Przecież nic się nie wydarzyło, dziewczyna tylko weszła do szkoły. Rozumiem, gdyby stres towarzyszył jej od początku, odkąd dowiedziała się o szkole (ba! odkąd trafiła do rezydencji!), ale tak nie było; osoba, która się stresuje, nie myśli o samochodach, że są szykowne. Albo o obrazach, że są piękne. Mam nadzieję, że rozumiesz, o jakie błędy logiczne i brak konsekwencji w kreacji postaci mi chodzi.

Cała drżąc, powoli zataczałam w miejscu półkole, by ostatecznie zatrzymać się twarzą do innych. – Zatoczyłam. Zataczałam oznaczałoby, że to był jakiś stan, coś, co trwało przez dłuższy okres.

Czerpałam z czegoś, co nigdy nie miało racji bytu. – Yukiji tutaj ma pretensje do siebie, że wykorzystuje nienależące do niej imię. Problem w tym, że znów użyłaś wyrażenia w złym kontekście. Nie mieć racji bytu oznacza tutaj, że bohaterka uważa prawdziwą Yukiji Minami za niewartą życia. A na pewno nie o to jej przecież chodziło… Bardziej o fakt, że to kradzież nie powinna się wydarzyć. Sugestia:
Czerpałam, chociaż nie powinno to mieć miejsca. – O, coś w tym stylu.

(...) po drodze mrucząc pod nosem „Minami.” – Kropka za cudzysłowem, a nie przed.

Zdezorientowany, [przecinek zbędny] nauczyciel historii chrząknął znacząco (...).

Otworzyłam teczkę i wyjęłam potrzebne materiały. Zanurzyłam rękę w materiale i wyczułam nieco chropowatą strukturę. – Dwa razy użyłaś określenia materiał i dwa razy oznacza on coś innego. To mocno mylące.

Dyskretnie wyciągnęłam go i położyłam na kolanach, tak, aby nikt niczego nie zauważył.Tak nie może sobie wisieć bezpańsko; musi przynależeć do którejś części zdania. Albo: Dyskretnie wyciągnęłam go i położyłam na kolanach tak, aby nikt niczego nie zauważył. Albo:
Dyskretnie wyciągnęłam go i położyłam na kolanach, tak aby nikt niczego nie zauważył.
Wybierz opcję, biorąc pod uwagę, na co chcesz w zdaniu położyć nacisk. Pierwsza propozycja kładzie go na informacji o sposobie ułożenia, a druga – o celu tego sposobu.

Kolejne wspomnienia zapisałaś już w czasie teraźniejszym, w pierwszej osobie. Niczym nie różnią się od narracji głównej, poza kursywą właśnie. Dobrym pomysłem było użycie jej przy wspomnieniach pisanych 3-osobowo. W ogóle przydałaby Ci się konsekwencja; dlaczego niby jedno wspomnienie jest odmienione w trzeciej osobie, a drugie znów w pierwszej? Jaki w tym jest sens? Dlaczego tak bardzo mieszasz? Staram się dostrzec w tym jakikolwiek najmniejszy dowód, że to przemyślałaś, ale takiego dowodu w tym tekście po prostu nie ma.

„Pomóżcie, mię drodzy,
Albowiem ukochałam,
Posąg niosący
Zgubę.” – W cudzysłowie nie stawia się kropek [źródło].
Dlaczego nagle tekst jest stylizowany na archaiczny? Skąd ten pomysł? Jak ma się to do bohaterki? Wcześniej absolutnie nie wykazywała skłonności do imitowania stylizacji biblijnej. A teraz nie dość, że wierszyk jest stylizowany, to nawet w narracji pojawiają się fragmenty: Trzymały mój policzek w błogosławionym uścisku. (...) „Mój najdroższy, najmilejszy!”. Czy może chodzi Ci o inną postać (pewnie starszą), już nie o Yukiji; być może wspomnienia należą do kogoś innego? Na tym etapie trudno stwierdzić.
Nie może tak być, że bohaterka ma stylizowaną narrację tylko w pojedynczych zdaniach. To jeszcze bardziej udowadnia Twoją niekonsekwencję, a jej niespójność.

Są dwie rzeczy, które w tym rozdziale zwróciły moją szczególną uwagę (poza tym, że bohaterka ewidentnie ma problemy natury psychicznej). Jedną z nich jest zachowanie Reijiego. Ten chichot to już w ogóle, ale choćby sposób jego mówienia. Wiem, że trudno jest przetłumaczyć jego styl z japońskiego – jest grzeczny i uprzejmy, a zarazem szorstki, rozkazujący. Trzeba to jednak zaadaptować do języka polskiego tak, aby brzmiał naturalnie. Moja sugestia:

— Yukiji, proszę natychmiast otworzyć drzwi. – Zamiast tego lepiej zabrzmiałoby: Yukiji, proszę, abyś natychmiast otworzyła drzwi. W języku polskim, jeśli znamy rozmówcę personalnie, zwłaszcza, gdy znamy jego imię, mamy tendencję do zwracania się do niego w drugiej osobie. To, co napisałam, to wciąż grzeczny rozkaz, ale brzmi bardziej naturalnie. Z drugiej strony Reiji mógłby się w ogóle w to nie bawić i po prostu zażądać: Yukiji, otwórz drzwi.

— Yukiji, poprosiłem cię o coś. Więcej tego nie zrobię. – To brzmi już zupełnie nie jak Reiji. Powiedziałby raczej… Nie wiem. Nie każ mi się powtarzać? Coś w tym rodzaju.

— Liczę do trzech. Potem poniesiesz konsekwencje. — Chwila ciszy. — Raz.
— Tyle, ile uznam za słuszne. Lepiej na nią uważaj. — Zerknął na nachmurzonego brata — inaczej poniesiesz konsekwencje.
W powyższych dwóch cytatach użyłaś tego samego określenia. O ile raz to jeszcze by przeszło, o tyle dwa razy w tym samym rozdziale niekoniecznie. Brzmi to dość sztucznie i pompatycznie. Trochę jakby mówił do jakichś złoczyńców, których próbuje zatrzymać, będąc prawilnym superbohaterem.

— Shu złożył już papiery w twoim imieniu. Będziesz chodziła do klasy z Ayato. – Naprawdę tak po prostu zapisali ją do szkoły? Bez żadnych dokumentów? Nie jestem przekonana, czy to by przeszło. Muszą mieć jej dokumenty, żeby ją zapisać. Rozumiem, że to by skutkowało odkryciem prawdziwej tożsamości Yukiji, no ale to dość duży błąd. Musisz to przemyśleć.

ROZDZIAŁ 4
„Niebo niczym szkło,
a żywot skończę swój
pozostanie częścią mnie.
Szklane niebo, chłód,
pęknięty już
obraz mnie [...] – pomijając, że powtórzony rym (mnie) jest bardzo słaby... Dlaczego wers o żywocie wtrąca się w wers o niebie? Co ma piernik do wiatraka? Jeszcze jest pytanie, co pozostanie częścią podmiotu, bo tego też nie ma.

Czyjś cichy szept wywabił mnie z okowów przeszłości. (...) Nie słyszałam dzwonka. Niczego. – Ale wiesz, co znaczy słowo niczego, prawda?

A poszłam. – Rozbawiło mnie to podczas czytania, bo zabrzmiało tak nonszalancko, jakby Yukiji zrobiła coś zaskakującego zarówno dla siebie, jak i dla niej, może wręcz, jakby chciała komuś zrobić na złość.

Rozejrzałam się po korytarzu. Ciepły, żółtawy odcień ścian, podłoga wyłożona kafelkami o kawowym odcieniu oraz kryształowy żyrandol wiszący w głównym korytarzu sprawiały przyjemne dla oka wrażenie. Na mojej twarzy wykwitł delikatny uśmiech. – Yukiji wystarczyła jedna lekcja, by przestać się stresować i od razu delikatnie zaczęła się uśmiechać. Co tam, szkoła dla wampirów. Co tam, pretensje do siebie o skradzioną tożsamość. To wszystko traci znaczenie, gdy żyrandol okazuje się kryształowy…

Posłuchałam instynktu, który mówił, żebym dotarła na górę. – Wciąż mnie zaskakuje, że Yukiji tak po prostu spokojnie przyjmuje fakt, że nie ma pojęcia, co robić i po prostu słucha instynktu. Nie ma chyba żadnego instynktu, który mówiłby człowiekowi, gdzie może mieć następną lekcję w zupełnie nowej szkole…

Posłuchałam instynktu, który mówił, żebym dotarła na górę. Daleko.
Bardzo.
Było coraz wyżej. Pierwsze piętro. Drugie.
Trzecie.
– Czasami chce mi się śmiać z naiwności Yukiji. Naprawdę, wejść trzy piętra w górę nie jest ani łatwo, ani przyjemnie, ale żaden człowiek nie powiedziałby, że to bardzo daleko w górę i coraz wyżej – na aż trzecie piętro! A nawet jeśli, to w żartach. Tutaj Yukiji nie brzmi, jakby żartowała.

Mogłam delektować chwil, gdy cyfry niepostrzeżenie przenikały ku myślom. – Delektować się chwilami.

Żadnej żywej duszy. – Bo to szkoła dla wampirów! Hahaha! Czaisz? Dla wampirów… żywa dusza… haha?
Przepraszam. ♥
Zastanawiam się tylko, czy nie powinno być ani żywej duszy.

Panowała absolutna cisza. (...) Stukot obcasów pozwalał choć na chwilę odprężyć spięte ciało. – No ale wiesz, co znaczy określenie absolutna, huh?

Bohaterkę coś strasznie męczy. Co jakiś czas przeżywa wewnętrznie jakieś emocje, których przebłyski pojawiają się w tekście w postaci rozkazów zapisanych kursywą, ale nie mam pojęcia, do czego się to odnosi, co oznacza, jakie ma znaczenie i skąd się bierze. Przeczytałam już większość tekstu, a dalej nic nie wiem. Nie potrafię połączyć faktów: wspomnień, ucieczki skądś, trafienia do rezydencji. Nie mam praktycznie żadnych danych o przeszłości Yukiji, więc co mi dadzą jakieś rzucone od czasu do czasu fragmenty typu:
„Pulsowanie. Głuchy krzyk.
Przejmujący, tępy ból.
Oddychaj.
Musisz.
Ale nie chciałam.
Docierały do mnie ze wszystkich stron.
Proszę!
Błagam!
Zacisnęłam powieki i skuliłam się.
Trwałam tak przez pewien czas. Kilka minut. Może sekund”?
Zwłaszcza, że bohaterka jest w tym stanie cały czas. Nie czuje żadnych innych emocji, cała jej postać kręci się wokół tych momentów, gdzie dziewczyna jest zupełnie oderwana od rzeczywistości, słyszy głosy, cierpi, nienawidzi siebie. Próbujesz być bardzo enigmatyczna, ale źle dawkujesz informacje i to się robi męczące. Jak do tej pory nie dałaś nam żadnych poszlak, a w kółko pokazujesz to samo. Sceny, które opisujesz, nie łączą się, niczego nie podpowiadają. A na dodatek… Nikt tego nie zauważa. Wiem, że nasi wampirzy bracia sami nie są zbyt zdrowi, ale są na pewno na tyle świadomi, że potrafiliby rozpoznać, że z Yukiji jest coś nie tak. Zainteresowaliby się tym – nie jakoś bardzo, ale na pewno spróbowaliby się dowiedzieć choćby tego, czy ich podejrzenia są prawdziwe.

Następna scena to spacer po korytarzu – kolejny raz. Sądziłam, że skoro ogólnie opowiadanie napisane jest technicznie niepoprawne (np. akapity), bohaterka to typowa, nieemocjonująca Mary Sue, a jej narracja jest pusta i chaotyczna, to chociaż ogólny pomysł na fabułę będzie ciekawy.… No ale nie. Sceny przedstawiają podobne procesy. To strasznie nudne.

Wchodząc do kolejnego pomieszczenia, powoli ogarniał mnie coraz większy mrok. – Ze zdania wynika, że do pomieszczenia wchodził mrok (niepoprawny podmiot). To bez sensu, biorąc pod uwagę, że na korytarzu świeciły się żarówki.

Blade światło przebiło się przez pokryte grubą warstwą kurzu żarówki swobodnie zwisające z sufitów. – Ile sufitów może być w jednym pomieszczeniu?

„Nic. Kompletnie nic.

Nic mi nie będzie.”
Chwyciłam barierkę i powoli wchodziłam coraz wyżej. Strach oplótł serce, które mimo wszystko nie chciało stanąć.
To było najgorsze.
– Dlaczego bohaterka najpierw uspokaja się, mówiąc sobie, że nic jej nie będzie, a potem rozpacza, że nie może po prostu umrzeć?

Światło kilkakrotnie zamrugało, przez pewien czas tworząc złudny pejzaż pustki. – Bardzo typowy zabieg, który ma wprowadzić tajemniczy, niepokojący klimat. Mrugające światło. Zawsze. Na Twoim miejscu zrezygnowałabym z tego, bo znajdujemy się wciąż w szkole, a nie w jakimś miejscu, które miałoby nas niepokoić.

Ostrożnie stawiałam kroki, unikając biegnących szczurów, próbujących uciec przed obcą im postacią. – Szczury… W szkole? Ja wiem, że wszystko się zdarza, ale sama opisywałaś szkołę jako bardzo elegancką. Są w niej kryształowe żyrandole, a nauczyciele noszą krawaty obszyte srebrnymi nićmi. Nie sądzisz, że ten obraz nie jest do końca spójny? Zwłaszcza, że to się dzieje w Japonii i trudno mi sobie wyobrazić, żeby Japończycy dopuścili do tego, by na terenie szkoły zagnieździły się szczury. A szkoła chyba była prywatna? To tym bardziej odpada, właściciele szkół prywatnych muszą dbać o takie rzeczy jeszcze bardziej.

Odgarnęłam z czoła kilka mokrych kosmyków i włożyłam [założyłam] je za ucho. – A kiedy Yukiji zdążyła zmoknąć?

Nagle przejście stanęło otworem.
 Zgrzyt.
Krzyknęłam, gdy skrzydła gwałtownie uderzyły o ścianę.
– Zgrzyt sugeruje dźwięk zawiasów, czyli drzwi musiały się otwierać. Musiało się to więc stać, zanim przejście stanęło otworem. No i znów spowalniasz akcję. Lepiej byłoby: Zgrzyt. Krzyknęłam, gdy skrzydła gwałtownie uderzyły o ścianę. Najpierw jest dźwięk zawiasów, a potem bohaterka krzyczy przestraszona nagłym ruchem, który w Twojej wersji wyklucza pierwsze zdanie.

„Ciiiszaaaaa”… – E? Brzmi, jakby jakiś potwór zawarczał. Nie jestem pewna, co chciałaś tym osiągnąć.

Szybko uniosłam głowę do góry. – Pleonazm; nie da się unosić głowy w dół.

Wszystko wyjaśnił mi Reiji przed wyjściem, w razie, gdybym się zgubiła i nie wiedziała, co zrobić. Żebym poszła do któregoś z nich. – Słabe streszczenie. Dlaczego nie pokazałaś tego sceną?

Na murze siedział wygodnie rozparty białowłosy osobnik. (...) Nawet z daleka mogłam rozpoznać te krwistoczerwone tęczówki.
Piękne.
 Tak samo jak kobaltowe.
 Subaru. – W tym fragmencie kilka rzeczy jest nie tak. Po pierwsze: białowłosy osobnik. Zwracałam Ci na to uwagę wcześniej. Nie używamy ani pierwszego, ani drugiego określenia, gdy zauważamy osobę, którą znamy. Naturalną reakcją jest może pomyślenie jej imienia, ale nie opis tego, jak wygląda.
Po drugie: o co chodzi z krwistoczerwonymi tęczówkami, które są piękne tak, jak kobaltowe? To naprawdę nie ma sensu, te trzy zdania w ogóle się ze sobą nie łączą.
Po trzecie: nie wprowadzaj tak postaci. Próbujesz to zrobić w tajemniczy sposób, ale nie wychodzi. Nie baw się z czytelnikiem w kotka i myszkę. Postać widzi, że to Subaru i uwierz mi, że czytelnik też od razu ogarnie, o kogo chodzi. Równie dobrze możesz napisać prosto z mostu, kto to był.

I tak bym tego nie zrobiła.
„I już”.
– O co chodzi?

Nieśmiało podeszłam bliżej.
To nic takiego. Chciałam po prostu... Popatrzeć. Posłuchać.
Podziwiać.
– Yukiji, słonko… Tu nie ma nic do podziwiania. Do tej pory jakoś postaci naszych wampirów Cię nie fascynowały, nie czułaś potrzeby podziwiania ich. Skąd nagle się taka potrzeba wzięła?

Niewątpliwie należała do kobiety. – Yukiji naprawdę wnioskuje, że sztylet należał do kobiety tylko po grawerunkach i kolorze klejnotów, w dodatku opatrując to określeniem niewątpliwie?

Poczułam, jak po twarzy spływa coś gorącego. Przyłożyłam dłoń do policzka.

Rumieniłam się? Znowu?
Ale… – Jak rumieniec może spływać? Cały ten fragment tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Yukiji jest Mary Sue. Te jej abstrakcyjne zachowanie przeważnie niedopasowane do sytuacji i na każdym kroku mocno rzucająca się w oczy wyjątkowość… Ciężko czytać o takiej panience. Teraz udaje pseudosłodkie zdziwienie i znów epatuje naiwnością (ojej, rumieniec, jakie to zaskakujące…!), a czytelnik przecież wcale nie zapomniał o jej mroku, nienawiści do siebie i jakiejś kryminalnej przeszłości.

— Subaru... Wiesz, zauważyłam twój sztylet. – Myślę, że Subaru się domyślił, że go zauważyła. Nie, żeby próbował go jakoś schować albo zasłonić, gdy przyszła…

Nie odpowiedział. Uparcie wpatrywał się w jeden, oddalony punkt.

Słowa... Same wypłynęły. To nie takie trudne.
Wystarczyło otworzyć usta i czekać.
– To brzmi, jakby zdanie o słowach, które same wypływają, odnosiło się do Subaru. A to przeczy brakowi odpowiedzi.

Tułów boleśnie leżał wsparty na murze. – Jeżeli Subaru ją do niego przycisnął, to na pewno nie określisz tego jako wsparcie się o mur.

Subaru pochylał się nad ciałem. – Yukiji mówi tak, jakby to ciało nie należało do niej. Być może to zabieg celowy, chociaż do tej pory bohaterka nie dystansowała się od swojej cielesności w ten sposób. Ewentualnie dodawała, że to było jej ciało. 

Posłał szyderczy uśmiech. – Posłać coś można komuś lub gdzieś, więc brakuje drugiego obiektu w zdaniu.

Zsunął z mojego ramienia marynarkę z koszulą oraz ramiączko stanika. Nie miał z tym większego problemu. Był zbyt silny. – Bo potrzeba ogromnej siły do zdjęcia komuś ramiączka stanika. Jak my, kobiety, to robimy?!
Być może wzbudziłoby to większe emocje, gdybyś zaznaczyła, że bohaterka w jakikolwiek sposób się szarpie, ucieka, walczy. Wtedy to faktycznie mogłoby być problematyczne. No ale nie jest.

Okej, ja rozumiem, że chcesz podkreślić dramatyzm sytuacji i tak dalej, ale nie zapisuj każdego zdania w osobnym akapicie. Błagam. To strasznie irytujące.

Odgłosy ssania ustały. Subaru lizał ranę językiem.
  — Jaka słodka... — Wyszeptał.
– Przepraszam, ale poczułam dreszcze obrzydzenia, kiedy to przeczytałam. To o lizaniu zabrzmiało tak… Ugh. Jakby robił to przez dłuższą chwilę.


Zdecydowanie odrażające jest też to, że Yukiji jako ofiara opowiada o tym z przesadzonym i niezrozumiałym dystansem, jakby to lizanie było już dla niej normalne. Fuj, fuj, fuj.

Wampir starł wąską strużkę krwi ściekającej z warg. – Ściekającą.

Zostawiłam na niej cieniutką warstewkę posoki. – Posoka [według SJP]:
1. «krew grubej zwierzyny, z wyjątkiem niedźwiedzia»
2. daw. «krew ludzka»
No więc nie bardzo pasuje do współczesnej narracji. Znów kombinujesz ze stylizacją?

Odnośnie sceny pierwszego ukąszenia, wyszło całkiem nieźle z powodu krótkich zdań. To, co gdzieś indziej jest wadą tekstu, tutaj akurat się sprawdziło. Gdyby jednak było rzadkim zabiegiem, zrobiłoby większe wrażenie.
Dalej scena zabrudzenia kartki w notesie – plastyczna, niezła. Zdecydowanie mniej chaotyczna, mniej w niej pustych zdań; skupiłaś się na akcji-reakcji. Na plus, pomijając to rozwalanie tekstu zbędnymi akapitami. Dodatkowo pierwszy raz od początku tekstu bohaterka zdaje się przejawiać logiczne myślenie i skupia się na czymś, co dzieje się w rzeczywistości. To miła odmiana.

Już na wstępie miałam problem ze zrozumieniem przekazu. – Czuję, że bohaterka mogłaby mi w tej kwestii przybić piątkę…

Musiałam skupić się na treści. Na interpretację miała przyjść pora.


W wierszu to samo – daremna imitacja stylizacji, górnolotność, pompowanie atmosfery i brak sensu. Przykład:
jak róża skalasz mię swym powabem (...).

Ukochany, najmilejszy!
Racz ustąpić, otworzyć wrota!
Sama nie zdzierżę, ja o hebanowym
włosiu, skórze płatku śniegu,
o sercu gorejącym,
zanurzonym w kadzidle!
Może się wydawać, że podmiot liryczny to Yukiji. Ma dokładnie takie same maniery językowe, np. nazywa drzwi wrotami, zwraca uwagę tylko na włosy i oczy, i jeszcze ten marysuizm pod postacią płatka śniegu…

Wiersz... niewątpliwie napisany przez kobietę. Musiała bardzo cierpieć.
Z miłości?
Najprawdopodobniej. – Strasznie słabe jest to zastanawianie się nad tą kwestią w przypadku Yukiji. Przecież wiersz jak byk kończy się słowami: Pomóżcie, mię drodzy, albowiem ukochałam. Po co więc jakiekolwiek znak zapytania? Prawdopodobieństwo, a nie pewność?

Był taki piękny, prawdziwy. Zasługiwał na coś więcej, niż ukazanie się jednej jedynej osobie. – Nie mogę się zgodzić. Wiersz jest bardzo słabo rozegrany technicznie; wygląda, jakby ktoś wymyślił go i od razu opublikował bez żadnego zastanowienia się. Niektóre rzeczowniki plastyczne są bardzo sztampowe, wykorzystywane nie pierwszy raz, wręcz zmęczone – jak krowa wydojona do końca. Są to, zupełnie przykładowo: cierpienie, krew, serce. Na dodatek jest to wiersz biały i nieregularny pod względem budowy strof – nie zgadzają się chociażby ilości sylab. Czytelnik nie ma się czego uchwycić, by rozgryźć melodyjność, nie wie, jak czytać i gdzie intonować – niby poprawnie postawiłaś znaki interpunkcyjne, ale nie tylko one mają wpływ na czytanie. Na przykład ta przerzutnia:
Czy dla żonkili i tu
miejsca zabraknie?
Równie dobrze mogłaś to zapisać:
Czy dla żonkili
i tu miejsca zabraknie?
Albo nawet:
Czy dla żonkili i tu miejsca
zabraknie?
I, jak widać, nic się nie zmienia. A przecież pisanie wierszy to podejmowanie decyzji o najlepszych (i najlepiej brzmiących) słowach ułożonych w najlepszej kolejności.

Dalsza analiza utworu dotyczy jego sensu, a raczej sensu, którego brak:

Głos niczym śpiew ptaków,
donośny świergot poranka. – Mocno średnie zestawienie wersów. Donośny świergot poranka wprawdzie mógłby być metaforą (nie tylko ptaków ćwierkających rano, ale i może od razu rannego ptaszka?), ale już wcześniej poprzedziłaś go dosłownym śpiewem ptaków. Napisałaś o nim wprost, więc następna linijka mogłaby wylądować praktycznie w koszu. Teraz mam tylko wrażenie, że lejesz wodę.

Dlaczegoż w twym ogrodzie,
rośnie jedna jabłoń?
(...)
A jabłka soczyste, spoczywające
w rubinowych palcach,
kradną me pocałunki. – Pierwsza część to pytanie, które chyba miało być retoryczne, jednak nie jestem w stanie znaleźć na nie odpowiedzi w tekście. Mało tego – tekst odnosi się do mężczyzny, mowa o jego ogrodzie, więc mam rozumieć, że ukochany jest jedyną jabłonią, do której należy ogród, tak? I jednocześnie jest jabłonią – pomnikiem w ogrodzie? To by się zgadzało. Czy może to kobieta jest jabłonią, tą jedną jedyną, w ogrodzie mężczyzny? Ale wtedy nie mogłaby swoimi owocami sama sobie kraść pocałunków… Rety, widzisz, jakie to wszystko jest po prostu głupie, nieprzemyślane? Słowa bez żadnego większego znaczenia, rzucone, bo pozornie ładnie brzmią...

A owoc twój -
sok najprzedniejszy, słodki (...). – Okej. Skoro, powiedzmy, mężczyzna jest ogrodem albo drzewem-pomnikiem, wszystko jedno właściwie, wolę nie myśleć, o jakim jego owocu i soku mowa…

Jako osoba, która zna kanon, zaczynam się domyślać, o jaką postać chodzi w wierszu – o ile nie wprowadziłaś jakichś nowych wątków, bo w przypadku ff jest to możliwe. Zastanawia mnie jednak, dlaczego Yukiji zamierza iść do Reijiego z czymś, co do tej pory usilnie próbowała ukrywać.

ROZDZIAŁ 5
W spisie treści masz podlinkowany telefoniczny widok bloga, przez co tekst jest na komputerze dość szeroki i niewygodnie się go przyswaja.
W cytacie Laleczki... masz niepoprawny cudzysłów.
O! I pierwszą linijkę tekstu zaczęłaś wcięciem akapitowym, no proszę. Jesteś na dobrej drodze.

Nagle, nie wiadomo dlaczego, znów mam przed sobą narrację w trzeciej osobie. Kolejne wspomnienie? To, jak bardzo niczego nie jestem pewna, nie przestaje być upierdliwe ani na moment. Wiem, że aby coś rozumieć, czasem po prostu trzeba czytać do końca, ale tu nawet nie chodzi o to, że stosowanie wspomnień jest złe, bo chaotyczne. Nie. Chodzi o to, że jeżeli opisujesz wspomnienia danej jednostki, to one powinny być spójne pod względem technicznym (czyli, przykładowo, zapisane w jednym czasie i narracji) oraz stylistycznym. U Ciebie tak nie jest.

Arystokratka otworzyła szufladę i wyjęła mały grzebień z kości słoniowej. Na jego grzbiecie mieniły się srebrno-zielone kamienie szlachetne, głownie [ó] szmaragdy i drobiny topazu. W ciszy badała dłońmi jego nieco chropowatą strukturę.

Poprawiła głęboki dekolt atłasowej sukni w kolorze ciemnego burgund
[a]. Przygładziła fałdki i zawiniętą w niektórych miejscach koronkę. – Bohaterka wyjęła grzebień tylko po to, żeby go sobie pogłaskać, a potem co? Zaczęła poprawiać sukienkę. Nie do końca rozumiem, po co to zrobiła w tej akurat chwili, skoro nie poświęciła większej uwagi grzebieniowi (może jakieś wspomnienie albo uczucie z nim związane? głęboki sentyment?).
Dalej zdanie sugeruje, że szmaragdy, topazy i w ogóle każdy inny rodzaj minerału mają dwa kolory. A przecież tak nie jest.

Wyjątkowo dumna była z ich barwy - ciemnego burgund[a], który wręcz zlewał się z suknią. – Wnioskuję, że to kobieta z zamazanego obrazu, właścicielka notesu i autorka wiersza. Ale przy tym bardzo podobna do Yukiji – jak mówiłam, raz na jakiś czas stylizacja obu pań się zlewa. Chociaż z drugiej strony może być też tak, że to twoja stylizacja – ogólna, narracyjna – i nie zdajesz sobie sprawy, że co bohater, to język.

Męczące jest to co chwilę nawiązywanie do różnych kolorów części ciała: hebanowe albo bungurdowe włosie, karmazynowe albo krwistoczerwone wargi, jadowicie zielone oczy i tak dalej, i tak dalej… Jeszcze gdyby jedna z bohaterek była taka wyjątkowa i zwracała na to uwagę, można byłoby to od biedy podpiąć pod jej cechę. Ale znów – u Ciebie są to już dwie bohaterki.

„Moja śliczna... laleczka z porcelany." – Kropka na zewnątrz.

Reiji nie był zadowolony, gdy poprosiłam go o blok kartek. Przez kilka godzin zdążyłam odwiedzić go z sześć razy. Za trzecim, może czwartym podejściem w końcu stracił cierpliwość. – Ledwo w poprzednich rozdziałach bohaterka była nieśmiała, niezaradna, nie potrafiła odezwać się ani słowem, z wielkim trudem przychodziło jej chociażby odpowiadać na pytania. A teraz od razu ryzykuje nadszarpywaniem cierpliwości Reijiego? Wampira? Dość… ryzykowne posunięcie. Nie spodziewałam się.
Jasne, ludzie się zmieniają, postaci mają prawo się rozwijać, ale to wymaga czasu albo jakiegoś silnego bodźca. Nie dzieje się nagle, bo... tak. Bo imperatyw.

Jak na zawołanie, rana na nadgarstku zaczęła pulsować, przypominając o zajściu. Reiji boleśnie wbił tam kły, nie zważając na moje prośby, błagania. Jednak nie zrezygnowałam. – Nie rozumiem, czemu nie pokusiłaś się na pokazanie tego sceną? Jedynie relacjonujesz to, co już miało miejsce. Relacje zwykle powinny dotyczyć naprawdę drobnych elementów fabularnych, które nie mają większego znaczenia, a nie sądzę, że gryzienie i rozwój relacji między gospodarzem a jego nową zabawką były właśnie aż tak nieważne. Przez relacjonowanie nie czuję też żadnych emocji – bohaterka nie prosi, nie błaga, nie broni się. Opis jest wyprany z uczuć.

W dalszym ciągu błądził językiem po ciele, przyprawiając je o gęsią skórkę. – Czy naprawdę Yukiji nie mogłaby pomyśleć o tym, że to jej ciało? Że to jej gęsia skórka? Czemu ona musi być taka nijaka, sucha, pusta w emocje? Dlaczego nie reaguje na to, co robił Laito? Już przywykła do gryzienia? Nic ją to nie ruszało? Czasami jakbyś pisała trzecioosobówkę, ale z odmienionymi końcówkami. Nie na tym polega narracja pierwszoosobowa. I znów sposób, w jaki o tym piszesz, jest dość obrzydliwy. Laito po prostu tam sobie kuca i ją ślini. Jeszcze mówisz: po ciele. Ciało to całość kończyn, głowy, tułowia… Więc tak jakby lizał ją wszędzie, gdzie wymieniłam. Ble.

Mimowolnie poczułam... ciepło. Tęsknotę. Pragnienie. – Aha! To już jest ten etap, w którym bohaterce zaczęło się podobać podgryzanko… No, no, no. Nie za szybko?

Wracamy do płaskich opisów składających się głównie kolorów:
Mama była taka... piękna. Idealna. Z długimi, jasnymi włosami powiewającymi na wietrze. [+W] Jasnoniebieskiej sukni opinającej szczupłe ciało.
Już pomijając, że dzieci nie skupiają się naprawdę na tym, czy ktoś jest szczupły, czy nie. Mama to mama. Jest piękna, bo to właśnie mama, a one zawsze dla dziecka są najpiękniejsze, najlepsze, najwspanialsze. Szczególnie, kiedy relacja między nimi jest dobra, a tak wynika z tego, co pisałaś. Jeśli bohaterka jest w wieku, w którym jeszcze bawi się lalkami, to nie ma dla niej znaczenia, jak jej mama wygląda. Ważna jest więź, którą dziecko ma z rodzicielką, a ona rozwija się we wczesnych etapach rozwoju. Dzieci są bezkrytyczne, a osoba, którą widzą i z którą przebywają najczęściej jest dla nich niemal świętością. W grę wchodzi ogromne przywiązanie dziecka do rodzica jako do najpewniejszego, najbardziej stałego elementu świata. Idealność nie opiera się na wyglądzie ani charakterze. Dziecko nie potrafi nawet określić, czym jest ideał.
Plus język, którego używasz, zupełnie nie pasuje do narracji dziecka. Suknia? Włosy powiewające na wietrze? Idealne? Dzieci używają prostego języka i nie zwracają uwagi na rzeczy abstrakcyjne (bo nie są w stanie ich zrozumieć, jako że myślenie abstrakcyjne rozwija się później), takie jak piękno właśnie.

Mimo wszystko ten fragment w narracji trzecioosobowej to chyba najlepsze, co do tej pory widziałam na blogu. Scena zawiera emocje, pokazałaś, a nie tylko opisałaś relację rodzic-dziecko (nawet jeśli nieumiejętnie dobierałaś słownictwo), końcówka na plus. Nie rozumiem, dlaczego nie możesz napisać całego tego opowiadania właśnie tak? Nie wygłupiając się z tymi akapitami i pustą poetyckością właściwie nijakiej narratorki?

Przyciągnął mnie bliżej. Poczułam na policzku chłodny oddech, przestrzeń wokół wypełnił zapach lawendy. Serce zaczęło wariować. Rumieniec wypłynął na twarz. – Przed chwilą bohaterka była przerażona. A teraz nagle się rumieni i wariuje jej serce, bo Laito (który przecież chciał ją ugryźć) nagle ją do siebie przyciąga. 


Przecież nie raz widziałam pół nagiego [półnagiego] mężczyznę.

A jednak widok Laito w samych bokserkach sprawił, że brakło mi tchu. Miał kredowobiały odcień skóry, na brzuchu rysowały się delikatne mięśnie. – Po pierwsze: o jego kredowobiałej skórze już czytałam, nie musisz mi przypominać. Po drugie: serio, zaledwie kilka dni, czyli właściwie kilkadziesiąt godzin od przybycia do rezydencji Yukiji już się tak nakręca? Jeszcze niedawno była wystraszona na maksa. Czy ten rozdział nie dzieje się przypadkiem po jakimś przeskoku czasowym? A jeżeli tak, to dlaczego nie uwzględniłaś w tej historii najciekawszego punktu programu, czyli oswajania się Yukiji? Na początku jest taka, a za chwilę – JEB! – siaka. Trochę jakbyś marnowała potencjał wymyślonej fabuły.

Najpiękniejsze były zielone oczy i opadające na czoło rude włosy, w które chętnie zanurzyłabym dłoń, aby w spokoju móc badać ich miękkość. – Ale przecież Laito nie nosił do tej pory jakiejś maski i peruki, żeby Yukiji dopiero podczas striptizu zauważyła, że ma piękne oczy i włosy. A jeszcze to badanie ich miękkości… Nie, żeby jakiś creep właśnie się przed nią rozbierał tuż po tym, jak wylizał jej szyję i nie, żeby ten creep nie był wampirem, który traktuje ją jak swoje żarcie i potencjalną seksualną zabawkę...



Szczupłe, szerokie ramiona oraz długie nogi bez ani jednej skazy dawały poczucie, jakby stał przede mną nie wampir, a idealnie wyrzeźbiony posąg greckiego boga. – Problem w tym, że mężczyźni, których przedstawiały posągi greckich bogów, byli chociaż trochę umięśnieni, wiesz, jak sportowcy z igrzysk. A Ty wspominasz o szczupłych ramionach… 

Poza tym, no nie oszukujmy się, dobrze wiem, jak wygląda Laito i ile brakuje mu do boga…

Czy zrobił wrażenie? Najwyraźniej.
 Zazdrościłam mu.
Wszystkiego.
Bycia wampirem też? Żywienia się krwią? I kredowobiałej skóry, i nawet rudych włosów, na które Yukiji cały czas zwraca uwagę, co nie czyni z niej najgrzeczniejszej? Seriously?

Rozłożył się wygodnie i przykrył swoje przyrodzenie bladoróżową pościelą. Mimowolnie zadrżałam, choć pragnęłam, by tego nie zauważył.


Nie no, przepraszam, Laito tutaj paraduje nagusieńki, a bohaterka (która wspomina, że widziała niejednego PÓŁNAGIEGO faceta) w ogóle nie reaguje. No, zadrżała sobie, ale po pierwsze dość późno pojawiła się reakcja, a po drugie… Dlaczego w ogóle zadrżała? Ta sytuacja jest co najmniej dziwna przecież.

Zacytuję w całości najlepszy do tej pory fragment tego opowiadania. Akurat w tym momencie akapity jak najbardziej służą całości i tutaj nic bym nie zmieniała, ale… gdzieś już wyżej pisałam, że gdybyś taki styl zachowała jedynie w ważnych, wyjątkowych momentach, miałby on sens, tworzyłby atmosferę. Kiedy wszystkie rozdziały są tak rozbite, ten sens zanika, napięcie nie rośnie i takie perełki zupełnie wtapiają się w tłum:

„Powoli nakreśliłam kontur ciała. Tak bardzo pragnęłam oddać jego doskonałość, dłoń z ołówkiem drżała, gdy tylko pomyślałam o obserwującym każdy mój ruch Laito. Przestałam liczyć czas. Wszystko należało do mnie. A skoro już należało, to po co o tym myśleć?
(...)
— No, no. Laleczko, nie bądź taka. Chcę tylko zobaczyć, jak ci idzie. Przecież zaraz dokończymy.
Nie.
Nie.
Zrób coś.
Spojrzałam Laito w oczy. Drgnął.
— Co to...
Księżyc.
Czułam, jak dłoń, w której trzymałam ołówek, zaczyna się poruszać. Podłożyłam pod nią papier, gdzie powoli zataczała w jednym miejscu kręgi.
Muszę...
Nie kontrolowałam tego. Nic nie widziałam. Obraz przed oczami zastąpiło blade światło.
Poczułam na skórze zimny dotyk.
— Laleczko?
Coraz szybciej. I szybciej. Pewniej. Okrąg.
Muszę. Rysować. Księżyc. Muszę. Rysować. Księżyc. Muszę. Rysować. Księżyc.
Ja.
Muszę.
Rysować.
Księżyc.
(...)
Wciąż przyspieszałam ruchy. Byłam ślepa, ale czułam i słyszałam. (...)
Ja. Muszę. Rysować. Księżyc. Ja. Muszę. Muszę.
Nie...
Ja... ja...
Chcę.
Rysować.
Księżyc”.

Do tej pory nie wiem tylko, o co chodzi w momentach, kiedy pogrubiasz czcionkę. I nadal jestem na nie, jeżeli chodzi o kursywę w narracji pierwszoosobowej, kiedy zaznaczasz zwykłe myśli; przecież każde zdanie to właśnie myśl Yukiji i tego powinnyśmy się trzymać. Wtedy kursywą albo właśnie pogrubieniem mogłabyś podkreślać np. ten głos, który Yukiji słyszy wewnątrz siebie, w głowie, ten, który wcześniej coś Yukiji rozkazywał, może to jakieś jej alter-ego (trudno skonkretyzować, bo nie bardzo wiem, jakie masz zamierzenia). Ale kiedy stosujesz trzy różne zapisy, to znaczy, że to już nie Yukiji i to coś. To już wtedy trzy jakby osobne jednostki, a wydaje mi się, że jednak chodziło Ci o dwie.

— Pamiętasz, jak masz na imię? Gdzie mieszkasz? (...)
Z obrzydzeniem spojrzał na tabliczkę z moim imieniem, przymocowaną do łóżka. Skoro wiedział, jak się nazywam, to po co pytał?
Dla satysfakcji? Bym mogła splamić wargi tymi dwoma nic nieznaczącymi słowami?
– No… nie. Lekarze zadają proste pytania swoim pacjentom, aby stwierdzić, czy np. po operacji nie doszło do jakichś komplikacji, czy chociażby nie wystąpiły problemy z pamięcią. To zwykle procedura badawcza. I wydaje mi się, że jest to wiedza, która już nie powinna dziwić w dzisiejszych czasach – to motyw spotykany w książkach, serialach, filmach, a Yukiji wydaje się czasem nawet i ambitna, i niegłupia, obyta, kiedy spojrzeć na nią przez pryzmat jej ogólnych zainteresowań i wiedzy z różnych zakresów. Mam także nadzieję, że to obrzydzenie na twarzy Yoshiego to tylko wymysł Yukiji, bo żaden lekarz nie patrzy na imię swojego pacjenta z obrzydzeniem.

Za nim oślepiało mnie białe światło bijące z jarzynówki, które tworzyło wkoło Yoshiego aureolę. – :D.

To nie zastrzyk wprawił ciało w niekontrolowane drgawki, tylko ta biała koszula spinająca je z każdej strony.
Wbiła igłę w żyłę, którą znalazła na wolnej prawej nodze (...) – to brzmi co najmniej tak, jakby Yukiji uznała swoją prawą nogę za niezbyt szybką, a igłę wbijała biała koszula. Nadal masz problemy z podmiotami; w tej kwestii nic się nie zmieniło.

Do zlewek wpadały krople z głowicy rektyfikacyjnej. – Skąd bohaterka zna tę nazwę? W sensie, rozumiem, jeśli gdzieś dalej okaże się, że bohaterka zna się na sprzęcie laboratoryjnym z jakiegoś powodu, ale na razie wytykam to, bo pierwszoosobowy narrator niezwiązany z naukami ścisłymi raczej nie ma szans wiedzieć, jak się nazywa całe to ustrojstwo. A jeżeli już wie, to na pewno wie też, że lekarze zadają pytania o osobowość z JAKIEGOŚ ISTOTNEGO POWODU. Albo przynajmniej się tego domyśla, bo jest obyta...
Bohaterka jest uzdolniona historycznie, plastycznie, pisarsko… Co jeszcze? Znajomość zagadnień z zakresu medycyny? Nie przesadzasz?


Okej, dotarłyśmy do końca, więc czas na podsumowanie. Postanowiłyśmy przedstawić je w formie spisu, ponieważ wiele konkretnych wskazówek padło już w samej ocenie i nie chcemy się powtarzać. Teraz tylko ogólnie o tym, jak wygląda sytuacja:


NARRACJA I STYL
 Nadużywanie akapitów!
 Mieszanie czasów narracyjnych;
 niejednolita stylizacja głównej bohaterki (poetycka – kwiecista, kolokwialna – młodzieżowa, archaizowana – biblijna, itd.);
 niepoprawny zapis myśli w narracji pierwszoosobowej;
 różni narratorzy, którzy brzmią tak samo (pierwszoosobowy ma ten sam styl co trzecioosobowy);
 nieumiejętna stylizacja partii narracyjnych pisanych z perspektywy dziecka (zbyt dorosła);
 rozwleczone tempo fabularne poprzez nadużywanie określeń czasu (np. po chwili, po czasie, teraz, tymczasem itp.);
 przesadzona poetyckość tekstu...
 ...w tym bardzo słabej jakości utwory wierszowane.


OPISY
 Płaski świat przedstawiony w dużej mierze ograniczony do kolorów i ułożenia przedmiotów w scenerii;
 opisy przypominające narratora wszystkowiedzącego (szczegółowość i obiektywność);
 zbliżone do siebie opisy miejsc (przez co tekst jest monotonny);
 typowe opisy miejsc przedstawiające ogólne zestawienie elementów scenerii w jednym akapicie;
 typowe opisy bohaterów (kolor włosów, fryzura, strój – często informacje padają jedna po drugiej);
 opisy przedstawiające fakty sobie przeczące (np. opis miejsca w przypadku braku oświetlenia);
  opisy górnolotne, pompujące sztucznie atmosferę, poskładane z nietrafionych metafor i epitetów, które nic nie znaczą.


FABUŁA
 Mało dynamiki i akcji (a w połączeniu z flegmatyczną narracją tekst wydaje się zwyczajnie nudny i przegadany);
 imperatyw narracyjny [artykuł – KLIK];
 jednoliniowość (fabuła jest płaska; właściwie brak wątków pobocznych);
 zapominanie o wątkach (przykład: bardzo szybkie zapomnienie bohaterki o problemach związanych z ucieczką, a skupienie się na rezydencji i dość szybka akceptacja chociażby gryzienia);
 streszczenia i relacje rozwiązujące fabułę;
 brak trwającego wątku zaaklimatyzowania się OCC w uniwersum;
 brak wprowadzania relacji OCC-bohaterowie (po pierwszym rozdziale obecność wampirów staje się dla Yukiji typowa);
 nużąca długość (część drama-treści można by spokojnie wyciąć i nie zmieniłby się sens fabularny);
 problemy z logiką.

 Ogólnie interesujący pomysł;
 widać progres prowadzenia fabuły na przestrzeni całej historii (rozdział piąty był dużo lepszy pod każdym względem od reszty);
 próby utrzymania atmosfery rezydencji Sakamakich;
 tytuły rozdziałów pokrywają się z treścią.


YUKIJI JAKO OCC
 Marysuizm (Yukiji jest bardzo naiwna, wszystko muska, nazywa drzwi wrotami, ma pokój na piętrze, to wyjątkowy płatek śniegu, opisuje się w lustrze, jest ładna, ale… *wink wink*; dalej: wie rzeczy właściwie nie wiadomo skąd, szybko się zakochuje i podnieca, a jednocześnie to taka martwa w środeczku królowa lodu; dalej: ma szczególne talenty, podejmuje nieracjonalne dezycje i jest pusta jak about:blank);
 szerzenie drama_queen (i wymuszona podkreślaniem co chwilę nienawiść do siebie);
 ułomność umysłowa (pierwsze z brzegu przykłady: Yukiji wchodzi do domu, mimo że nie chce, widzi problemy tam, gdzie ich nie ma, a nie widzi problemów tam, gdzie są; martwi się mężczyzną, a trupem już nie, boi się wampirów, ale zaczepia je, podziwia szykowne limuzyny czy kwiatki, jednocześnie się stresując, nie potrafi znaleźć wyjścia z rezydencji, mimo że przez całą drogę podziwiała jej wnętrze i się na nim skupiała, w tym np. obrazy — powinna się przynajmniej domyślać swojego położenia itp.);
 brak konsekwencji prowadzenia postaci (Yukiji często przeczy sama sobie);
 flegmatyczna stylizacja;
 chaotyczna stylizacja;
 momentami śmieszna przez poetyckość i górnolotność stylizacja;
 na dłuższą metę męczący sposób przedstawiania myśli.
 Wyliczanie do dwóch jako cecha charakterystyczna Yukiji;
 intrygująca przeszłość bohaterki.


POZOSTALI BOHATEROWIE
 Wprowadzanie i przedstawianie postaci imieniem, kolorem oczu i włosów, ewentualnie ubraniem, co miesza czytelnikowi w głowie, a poza tym jest nudne;
 zbyt wielu bohaterów w scenie wpływa na chaotyczność tekstu;
 zbyt wielu bohaterów poznajemy naraz (dodatkowo w pierwszym rozdziale poznajemy bohaterów, którzy nie mają znaczenia dla dalszej części tekstu, nie pojawiają się dalej; można by ich wprowadzić później i tekst stałby się łatwiejszy w odbiorze);
 wprowadzanie postaci niemających znaczenia fabularnego (jak wyżej);
 brak charakteru postaci (nie da się go wywnioskować z tekstu; nie wiadomo, jaki charakter mają chociażby bracia – opowiadanie tego nie pokazuje, jedynie bazuje na znajomości kanonu);
 niemożliwość wyrażenia jakichkolwiek odczuć w stosunku do bohaterów ze strony czytelnika (z tekstu nie da się wywnioskować, jacy bohaterowie są, więc nie można wyciągnąć wniosków o tym, czy darzy się ich sympatią; to nijakie imiona na stronie, puste kukiełki, a nie postaci żyjące w tekście);
 identyczność – zlewanie się postaci (postaci wyróżniają się jedynie imionami, kolorami włosów, oczu i ubraniem);
 identyczna stylizacja językowa bohaterów (chociażby postaci żeńskie wyrażają się w ten sam sposób, używają podobnego języka – brak stylizacji językowej: artykuł TUTAJ);
 Brak zainteresowania zachowaniem OCC sugerującym jej chorobę psychiczną;
 Nieprzekonujące wypowiedzi Reijiego.
 Wykorzystanie „Oi!” przez Laito jako smaczek fanfiction.


POPRAWNOŚĆ
 Mylenie myślników i dywizów;
 niepoprawny zapis cudzysłowów i stawianie kropek przed znakiem zamykającym cytat;
 brak wcięć akapitowych lub…
 akapity z jednej spacji!
 Używanie wyrazów i związków frazeologicznych w złym kontekście (np. przyczyny ucieczki wabią duszę, kobiece noszenie spodni, imię niemające racji bytu itp.);
 tworzenie pleonazmów (np. spadanie w dół, unoszenie w górę);
 udziwnione szyki w zdaniach;
 rzadko, ale jednak, błędy ortograficzne;
 ogólnie brak konsekwencji interpunkcyjnej (np. raz stawiasz przecinek przy imiesłowach współczesnych, a raz – w takiej samej konstrukcji – nie);
 błędny zapis dialogów (interpunkcja dialogowa – artykuł)!
 Brak akapitów w dialogach (kiedy po wypowiedzi znajduje się opis postaci, która nie wypowiedziała kwestii);
 literówki...
 chociaż na szczęście na ogół dbasz o poprawność.

 Rozdziały publikowane fontem Comic Sans.

Podsumowanie zawiera 64 uwagi, z czego 8 to uwagi pozytywne (12,5%).
Większa część tyczy się poprawek, no i bez wątpienia trzeba słowo poprawić rozumieć w kontekście napisać od nowa. Jak na razie tekst jest praktycznie nieczytable. Historia, jeżeli już wzbudzała emocje, to głównie bawiła przez niedociągnięcia, więc będziemy wspominać ją poniekąd pozytywnie, no ale raczej nie o takie pozytywnie Ci chodziło.
Na pewno potrzebujesz solidnego planu i warsztatu. Jednocześnie widać w tym wszystkim przebłyski czegoś interesującego i zachęcającego – szkoda, że te elementy pojawiają się pod koniec i otaczają je akapity mocno niedopracowane. A właściwie to nawet nie da się niektórych linijek nazwać pełnoprawnymi akapitami; to raczej wersy niczego sensownego, jedynie udające jakąś grubszą sprawę. Gdy jednak odrzuca się ładne brzmienie, uzyskuje się słowa zupełnie bez przekazu – jakbyś chciała się popisać poetyckością, ale pod maską tych wszystkich krasnych frazesów jest pusto. Trochę kojarzy się tu Mickiewicz i jego opinia wierszy Słowackiego, parafrazując: jak świątynia wprawdzie piękna, ale bez Boga. Poza tym część Twoich połączeń wyrazowych jest już mocno przeżyta, oklepana.
Wspominamy momenty, kiedy udawało Ci się budować atmosferę i utwierdzać nas w przekonaniu, że Yukiji ma problemy ze zdrowiem psychicznym, i to było dość mocne i fajne, gdyby nie było ubrane w przereklamowaną otoczkę; gdyby Yukiji nie była naiwną, mhroczną Mary Sue i drama_queen oraz gdyby jej niektóre zachowania i decyzje nie były tak bardzo niedorzeczne. Sam w sobie pomysł na fabułę też głupi nie jest, ale pomysł to zdecydowanie za mało, gdy realizacja leży i kwiczy. Obecnie błędy różnego rodzaju – techniczne, fabularne, logiczne – są w praktycznie każdej linijce; w każdym zdaniu można się do czegoś doczepić. Przed Tobą naprawdę dużo pracy.

NA DZIEŃ DZISIEJSZY: SŁABY (2)
Gdyby nie ten piąty rozdział, to pewnie i fatalny by Cię nie ominął, ale widać, że gdzieś tam jest w tym potencjał.

Podziękowania dla Fenoloftaleiny i Forfeit za betę. :*


28 komentarzy

  1. Jestem i komentuję!
    Wypowiem się tylko na kilka uwag - resztę będę dodawać na raty w tygodniu :)
    Co do uwagi - byłam druga w kolejce przy ocenach grupowych. Nie miałam pojęcia, że blog jest już oceniany, więc aktualizowałam rozdziały na bieżąco. Dlaczego nikt mnie nie poinformował? Przecież po, między innymi, podajemy wam maile. Z inną oceniającą, Leną, jestem cały czas w kontakcie i wiem, ba jakim jest etapie pracy. A tu nic...
    Wygląd szablonu - wieeem. Już dawno chciałam go zmienić. Kurczę, dziewczyny, znacie jakieś dobre szabloniarnie, gdzie znajdę odpoeidni szablon? Albo lepiej-gdzie wykonają go według moich instrukcji? Byłabym bardzo wdzięczna za sugestię!
    Nie wypowiem się na temat zakładek, bo ze wszystkim się zgadzam.
    Prolog
    "Ludzie uciekają z różnych przyczyn. – Jeżeli to tytuł, to usuń kropkę. Chociaż trudno określić, co to właściwie jest, bo później, już wyrównując tekst do lewej, kontynuujesz przekaz od tego zdania. Nie wiem, o co Ci chodziło z tym zabiegiem." To nie tytuł. Po prostu zdanie wprowadzające. W sumie, nie wiedziałam, czy to będzie błąd czy nie, wiec go zostawilam.
    "W ogóle ten wstęp jest okropnie chaotyczny i niezrozumiały. Bo co to za metafora, że przyczyny ucieczki mają: (...) zwabić duszę wprost w ramiona spragnionej bliskości przyjaciółki. Uczepić się ramienia. Wargami wymuskać kawałki szkła, powbijane w jej kruche dłonie. Wyczuć zapach nadziei wymieszanej ze strachem. I w sekrecie ją pieścić… – o co tu chodzi? Jak przyczyna ucieczki może coś wymuskać wargami? Najwyraźniej sama się pogubiłaś, czegoś Ci tam brakło." tu dalam się trochę ponieść XD Ale uwielbiam wprowadzać takie miętosy, choć postaram się nad tym zapanować.
    "Mieszasz czas. Raz piszesz w przeszłym, raz w teraźniejszym." wiem, wiem i kajam się za to. Już jedna dziewczyna zwróciła mi na to uwagę. Od tamtej pory się pilnuję.
    Kurczę, dziewczyny. Bardzo chciałabym odpisać treściwie, ale piszę z telefonu i jest
    straszna dupa. Niestety, nie posiadam komputera, więc odpiszę jak będę w bibliotece, dobrze?
    No, ale przynajmniej macie ppewność, że nie zignorowalam waszej ciężkiej pracy. Obiecuję, że napiszę wszystko następnym razem. Tym czasem pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja też z telefonu i przed snem. :)

      Przede wszystkim twój blog nie był nigdy drugi w kolejce, bo oceny grupowe nie mają przecież numeracji xD – tworzone są przez różne oceniające i nie da się tego usystematyzować. Twój blog był zgłoszony jako druga grupówka, dlatego wisiał pod pierwszym w poczekalni, ale logiczne, że tamten miał inny «set» oceniających, więc będzie różny czas wystawiania oceny.

      Maile są po to, by mieć kontakt głównie z autorami, którzy wysyłają tekst nam na priv. W regulaminie jest napisane, że kontaktujemy się głównie przez komentarze pod najnowszymi notkami; ma to na celu również sprawdzanie, czy blog nie został porzucony.

      Każda oceniają na swojej podstronie ma szczegółową rozpiskę aktualności, czyli co ocenia w danym momencie, kiedy przewiduje zacząć kolejna pracę lub ile już jej nastukała. :) Warto tam zaglądać, naprawdę. To tak na przyszłość.

      Odnośnie tych poprawek, to i tak tylko jedna wpadła nam w oko, ale nie miała ona znaczenia dla noty końcowej. Ta informacja z początku oceny to też bardziej „przestroga” dla innych autorów. ;) I przypomnienie regulaminu.

      Btw, nie masz pojecia, jak się cieszę, widząc komentarz. Pozwól, że aby odnieść się do poszczególnych jego elementów odnośnie treści oceny, poczekam na całość.
      Pozdrawiam i dobrej nocy!

      Usuń
  2. Dobra, kontynuacji niuansów ciąg dalszy.
    "Czy chcesz mi powiedzieć, że dziewczyna cierpi na jakieś rozdwojenie jaźni albo coś w ten deseń? " Ehm... No tak XD.
    "Dziewczyna uciekała godzinę, może dwie, a jedyny objaw zmęczenia to łapanie oddechu i obolałe ciało?" Zauważ, że nigdzie nie jest napisane, że przez cały ten czas BIEGŁA, ale że UCIEKAŁA. A uciekając, można również się chować, aby zmylić napastnika. Ale tu również moja wina, bo mogłam zaznaczyć, że uciekała chowając się.
    "Bezwładne ciało minęło znak. – No nie bezwładne, bo dziewczyna cały czas się poruszała." To głowa Yukiji, i ona nieraz ( zauważ! ) nazywa siebie "ciałem" czy "masą". Bo ona nie traktuje siebie jako... No właśnie - ludzką istotę! Dla siebie jest zwyczajnym potworem, splamiona grzechami, a bezwładne - bo kompletnie nie może nad nim zapanować. ( powód w jej tragicznej przeszłości.) No, ale znowu - moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Bo faktycznie źle to opisałam XD
    "Zmusiłam się do ruchu. Silny ból przeszedł w odrętwienie. To śmieszne. – Co w tym śmiesznego? Nie wiem, nie czuję tego, co bohaterka próbuje mi przekazać. Pewnie chodziło Ci o jakiś sarkazm, że akurat gdy musi biec, to jest jej ciężko i stan jest tak poważny, że aż niepoprawnie zabawny, ale dokładnie zdanie później pojawia się zdanie: Umysł też taki jest. – Jaki jest? Śmieszny? " Tak, śmieszny! Ale nie dosłownie. Ta cała sytuacja wydaje się absurdalna- Yukiji jest obolała, ciało odrętwiałe, a umysł - równie bezużyteczny ( i znów, powód w ciągłym wypominaniu sobie leży w przeszłości ). Zarówno ciało, jak i umysł - to przecież śmieszne! No wiecie, taki dwupak.
    " Dźwięk syreny przyprawiał mnie o mdłości. Ledwie chwytając oddech, pchnęłam wrota. – Wrota to mocno nacechowane określenie. Kojarzy się poważnie, monumentalnie, z jakąś taką powagą i godnością, a opisujesz zwykłą… furtkę z bramy." Eh... Nie? To nie była zwykła furtka XD Macie: https://www.youtube.com/watch?v=SL_oJJ-4pQQ w tym filmiku, zaraz na początku jest zdjęcie wejścia do posiadłości i osławiona brama.
    "Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie!
    Nie poddam się! Nie... Nie teraz! – Pomijam zapis kursywą, ale wydaje mi się, że ten tok myśli jest… hm… naiwny. Brzmi, jakby bohaterka dążyła do czegoś wielkiego, czemu wiele poświęciła i już prawie wygrała – zbyt pompatyczne, aż śmieszne. Rozumiem, że ocalenie życia jest dla niej ważne, ale przecież to nie tak, że ciężko harowała, żeby coś osiągnąć i w ostatniej chwili to, co stworzyła, ma legnąć w gruzach mimo jej starań. W tym momencie bohaterka raczej kompletnie by spanikowała i co najwyżej przewijałyby jej się chaotyczne myśli w stylu dlaczego?!" No i znowu: wy nie wiecie, SKĄD uciekła dziewczyna i jakie piekło przeszła. Więc wyobraźcie sobie, że jesteście ofiarami przemocy psychicznej i fizycznej, zamykają Was w psychiatryku po zabójstwie ojca ( a co tam, jak spoilerować, to na całego! ), gdzie tkwicie kilka lat, ogolenie ( epidemia wszy ), z ciągłymi sesjami i (błędną ) świadomością, że wszyscy was nienawidzą. I udaje wam się uciec. Zarówno przed szpitalem, jak i policją. A co wam stoi na przeszkodzie?
    Zamknięte wrota...
    Ja bym się chyba załamała.
    "Minuta. Zaledwie minuta. – Skąd ona tak dokładnie wie, że minęła minuta? Piszesz tak, jakby pilnowała z zegarkiem w ręku. Ludzie, kiedy nie są pewni czegoś, zwykle to zaznaczają. Bohaterka nie może wiedzieć, ile czasu minęło. Przy tym przejazd radiowozu przed bramą na pewno nie trwał całej minuty, samochód musiałby bardzo wolno jechać." Fakt, Yukiji nie miała zegarka. Ale też radiowóz nie jechał bezpośrednio za nią - było mówione, że go słyszy i widzi światła. A może je widzieć, bo jest dosyć ciemno. Ale i tak, racja - nawet nieco bardziej oddalony, pewnie przejechanie nie zajęłoby mu minuty XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciąg dalszy...
      "Wolna! Nareszcie! Słodka, upragniona wolność! – To jest okropnie naiwne. Bohaterka tylko ukryła się w jakiejś obcej posiadłości, a radiowóz minął parcelę. Dziewczyna nie wie, czy za chwilę ktoś nie wyjdzie z domu i jej nie przegoni albo sam nie zawoła policji, nie zadzwoni po nią, by zgłosić włamanie. " Ale przecież ona właśnie się ich pozbyła, chociaż na chwilę! Nie chce myśleć o tym, że to jeszcze nie koniec. Dla kogoś, kto dłuższy czas uciekał, trudnym jest do pojęcia, że wciąż może być w niebezpieczeństwie. Sam się oszukuje "Będzie lepiej"," Już prawie koniec" itp.
      ... A przynajmniej ja tak robię, gdy kończę sprzątać dom i mam nadzieję, że nie będę musiała jeszcze czyścic basenu :D
      "Różany ogród wabił moje zmysły swym wyglądem i zapachem. – Niesamowite, jak szybko bohaterka od otępienia, paniki i bólu, który już jest wręcz odrętwiałością, przechodzi do nieracjonalnej radości, a potem nagle do zmysłowych doznań." Nie jest szczęśliwa, ale stara się czymś zając myśli. Ty tak nie masz? Ja, gdy znajdę się w przykrej sytuacji, zaczynam myśleć o czymś całkowicie innym - np. o kolorze ścian. Chyba coś ze mną nie tak...
      "Może jeśli poproszę o nocleg… - Coś za szybko się poczuła wolna i bezpieczna, no." trafiasz do psychiatryka gdzieś w wieku... Nie wiem, 12 lat. Zauważ, że Yukiji później miewa jakby... Zawieszenia. A to dlatego, że pomimo, iż ukończyła te 17 lat, to mentalnie dalej nie dorosła. Nie miała mamy czy taty, którzy by jej w tym pomogli. Jedynie lekarzy, którzy prócz niej mieli wielu, wielu innych pacjentów. Yukiji może więc zachowywać się nieco... Zbyt łatwowiernie? Kurde, nie wiem, jak to określić, ale pewnie wiecie, o co mi chodzi.
      Ufff, prolog już opowiedziany! Nie wiem, jak to będzie z rozdziałami. Trochę przeraża mnie ilość tekstu i nie wiem, czy omówię wszystko tak dokładnie jakbym chciała XD Tym czasem: oczekujecie kontynuacji!

      Usuń
    2. Zarówno ciało, jak i umysł - to przecież śmieszne! No wiecie, taki dwupak. – Nadal po twoim tłumaczeniu nie rozumiem, co w tamtej sytuacji jest zabawnego. :/

      To nie była zwykła furtka XD – okej, faktycznie. Tylko że po tym, jak opisujesz włamanie, w ogóle nie czuję, że Yukiji włamała się na teren jakiejś wielkiej rezydencji. Podejrzewałam zwykły domek z ogródkiem, dopiero potem, gdy dziewczyna weszła do środka, okazało się, że to jest jakiś większy... dom. Dopiero gdy wspomniałaś o tym schodzeniu po schodach w którymś rozdziale, to się domyśliłam, że to taki trochę Croft Manor. I nie wiem, czy to moja wina, bo nie zrobiłam researchu, czy twoja, bo opis nie jest wystarczający? Właściwie w tamtym momencie opowiadania brak mi dokładniejszego opisu, że chociażby przejście od bramy pod drzwi trochę trwa, że to jest naprawdę spory i robiący wrażenie dwór. Nie czułam tego w twojej wersji. Raczej widziałam oczami wyobraźni coś takiego: KLIK

      No i znowu: wy nie wiecie, SKĄD uciekła dziewczyna i jakie piekło przeszła – no właśnie. I na tym etapie historii nie jesteśmy w stanie się tego domyślać. Ja widziałam małolatę, która ucieka nocą przed policją, bo, nie wiem, może coś ukradła, może uciekła rodzicom z domu, i włamuje się na czyjąś posesję. A im dłużej czytam, tym bardziej mam wrażenie, że bohaterka jest pomylona, ale jej nie współczuję, bo nie mogę się w nią wczuć. Bo jej nie rozumiem i jej kreacja wydaje mi się mocno przesadzona. Dramat, który tam rozsiałaś, jest okropnie pompatyczny, że raczej budzi odwrotne do zamierzonych odczuć. Wydaje mi się, że to przez to, że brakuje tam wyważenia, jakiegoś złotego środka.

      Dla kogoś, kto dłuższy czas uciekał, trudnym jest do pojęcia, że wciąż może być w niebezpieczeństwie. Sam się oszukuje "Będzie lepiej"," Już prawie koniec" – tylko że nadal Yukiji włamała się komuś do domu. Gdzie tu bezpieczeństwo nawet na chwilę? Tak naprawdę od razu wpadła z deszczu pod rynnę – to mi daje fabuła, a bohaterka daje mi coś innego. Zupełnie sprzeczne emocje wyciągam z tego tekstu. Poza tym dużo lepiej byłoby, gdyby Yukiji pomyślała właśnie trochę mniej dramatyczne, a bardziej ludzkie i naturalne ˆ„Może jednak się uda, może będzie już dobrze, już prawie koniec...” niż histeryczno-śmieszne „Wolna! Nareszcie! Słodka, upragniona wolność!”.

      Nie jest szczęśliwa, ale stara się czymś zając myśli. – Ale to wcale tak nie brzmi. To brzmi tak, jakby nagle zdenerwowana bohaterka zamieniła się na jedno zdanie w małą, naiwną dziewczynkę, by za chwilę znowu pokazać nam inną siebie. Tekst jest totalnie sprzeczny, a ledwo w prologu czytelnik nie rozumie dlaczego i to wszystko jest mocno od czapy. Jasne, można porozrzucać hinty (a nawet trzeba), że z bohaterką jest coś nie tak, ale czy to musi aż tak z niej bić na każdym kroku, by działać za mocno i przerysowywać?


      Tłumaczysz nam fabułę, ale to właściwie nic nie zmienia. Na tym etapie historii nie podajesz nam danych, skąd Yukiji ucieka, ile była w szpitalu itp. Nawet nie da się tego znikąd podejrzewać. Skąd więc miałybyśmy to wiedzieć, by wczuć się w bohaterkę i ją zrozumieć? Dla nas już na tym etapie historii jest trudna do zrozumienia i zniesienia, i nic więcej. My mamy tylko tekst, nie siedzimy w twojej głowie, by odbierać fabułę tak jak ty. I to, że nam to wyjaśniasz teraz, nie zmieni tego, jak tekst może odebrać nowy czytelnik. Bo Yukiji nie wygląda tu na poważnie chorą i z problemami, bo tekst nie jest poważny. On robi takie wrażenie, ale za mocno, więc bardziej bawi. Yukiji bardziej niż chorą, wydaje się po prostu źle rozpisaną postacią, mocno pomyloną. Nie widzimy ciągu przyczyna-skutek. My widzimy totalny chaos w stylu „Uciekam i strasznie się boję -> podziwiam kwiatki”.

      :)


      Oczekujemy i dziękujemy za odpowiedzi. Fajnie jest tak w ratach wracać do tego tekstu. :)

      Usuń
  3. Wracam!
    "Policja nie mogła tu szukać. Brama była przecież zamknięta. A skoro posiadłość stoi pusta… – Znów objawia się aż dziecięca naiwność bohaterki." I o to chodziło. By bohaterka w niektórych momentach była zbyt dziecinna.
    "Co to są te wyliczenia do dwóch? Wydaje mi się, że bohaterka ucieka z miejsca, ale to raczej wyklucza słowo zamarłam. Jednak nie mam pojęcia, czym innym może być ten zabieg. W poprzedniej notce imitował kroki w czasie biegu. Jeżeli tym razem to też imitacja kroków w czasie ucieczki przerażonej dziewczyny i próba zbudowania atmosfery, to to nie działa." Nie pamiętam, czy później to jeszcze omawiałyście. Te liczenie. Wytłumaczę: to gra, w którą Yukiji grała z psychologiem w szpitalu. Od dzieciństwa miała problem z liczeniem. Potrafiła wyliczyć jedynie do trzech. Jeden- mama. Dwa - ona. Trzy - ojciec. A potem ( po jego zabójstwie ) potrafi liczyć jedynie do dwóch. Czasami do trzech, gdy chciała zapomnieć o tym, co zrobiła. Liczy więc, gdy się denerwuje, bo takie zadania przyswoiła ze szpitala.
    "o... Mężczyzna. Powoli, niemal nie dostrzegalnie, opuściłam miejsce. – No ale jak powoli, skoro właśnie wydedukowałam, że bohaterka zaczęła uciekać?" No to przed chwilką wyjaśniłam, że to wcale nie bieg :)
    "No i zamknięta masa, zwana ciałem: o co chodzi? Dlaczego bohaterka kmini nad takimi rzeczami? Po prostu ciało. Przypominam, że to jest cały czas jej tok myśli, gdyż używasz narracji pierwszoosobowej." W którymś komentarzu zaznaczyłam, że Yukiji nie traktuje swojego ciała jako coś... rzeczywistego. Swojego. Ona myśli, że jest niewarta życia i nie chce się w żaden sposób "urzeczywistnić".
    "Nie mam telefonu! Choć, nawet gdybym miała, nie użyłabym go. Znaleźliby mnie. – Gdybyś go, bohaterko, miała, nie musiałabyś go używać, aby można cię było namierzyć." Kilka lat spędzonych w zamkniętym terenie... Bez telefonu ( ukradła go podczas ucieczki). Ona naprawdę nie musi o tym wiedzieć :)
    "Czy dla tej niewinnej cnotliwej duszyczki widok zwłok to coś normalnego?" Uhm... Może nie zaraz normalnego, ale nie reaguje już tak, jak każda inna osoba. Zniszczona psychika, rozumiesz...
    "Ja na przykład nie użyłabym własnego płaszcza do przykrycia ciała, będąc w jej sytuacji." A to już bardziej subiektywne odczucie. Ja bym przykryła, chociażby po to, by na niego nie patrzeć.
    " Wcześniej kursywą zaznaczałaś myśli bohaterki, a reszta była opisem, teraz jednak niektóre myśli pozostawiasz bez kursywy (w przykładzie zdanie po wypowiedzi dialogowej). Dlaczego?
    " Bo miałam problem z narracją w formie teraźniejszej i przeszłej. Jedna z czytelniczek zwróciła mi na to uwagę, a że nie chciałam pisać wszystkiego od nowa, to myśli w czasie teraźniejszym zapisałam kursywą. Wiem, mój błąd, ale pod tym względem jestem okropnie leniwa :)
    " A ta tylda po co? " Moja dzika tylda! ~ Nie no, gdzieś ją już widziałam w jakimś opku i mega mi się spodobało XD Głupia, głupia autorka!
    "Fioletowo-włosy chłopiec zmrużył gniewnie oczy i wbił we mnie wściekłe spojrzenie. – Fioletowowłosy. Ale naprawdę mogłabyś już sobie darować te określenia, bohaterka usłyszała, że bohater nazywa się Kanato. Otwórz jakąś pierwszą-lepszą powieść szanowanego autora i pokaż mi miejsce, w którym wykorzystuje on określenia włosów i oczu, aby przedstawić bohatera." Na to czekałam. Andrzej Sapkowski, Wiedźmin, "Czas pogardy". Nie pamiętam na której stronie, ale było to podczas przyjęcia dla czarodziejów, gdy Yennefer strofowała Tris. Brzmiało to jakoś tak: "[O Tris] Kasztanowowłosa zmieszała się". Byłabym wdzięczna za wyjaśnienia.





    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jest ciąg dalszy, super! :)
      Ode mnie krótko, bo widzę właśnie, co się dzieje i nie bardzo mnie to przekonuje.
      Zaczynasz tłumaczyć nam to, czego nie ma w fabule. Jednak twoje tłumaczenie (chociażby wyliczanie do trzech czy dwóch albo to, że dziewczyna ma zniszczoną psychikę) nic nam nie daje, bo nie zmieni naszego podejścia do początkowych rozdziałów. Nie może być tak, że ktoś czyta książkę i jej nie rozumie, więc dzwoni do autora, a on dopiero tłumaczy mu to, co powinno dać się wywnioskować z tekstu. Rozwalone poczucie osobowości rzuca się w oczy za mocno, by traktować je poważnie. Jej zachowanie jest paskudnie wyeksponowane, na każdym kroku wręcz manifestuje o sobie różne dziwactwa, których nie rozumiemy, a to naprawdę zniechęca, zresztą widzisz sama, jak w ocenie z komentarza na komentarz coraz bardziej nas coś śmieszy lub odrzuca. Rozumiem, że bohaterka jest po przejściach, ale wprowadź ją tak, aby czytelnikowi nóż nie otwierał się w kieszeni przy czytaniu. Wysubtelnij ją trochę, dawaj wskazówki, a nie rzucaj dziwactwami nam w twarz.

      Telefon — okej, tu masz rację.

      Myśli kursywą to jeden z poważniejszych błędów, przez który trudno odnaleźć się w historii. Kursywy używa się w trzeciej osobie i naprawdę lepiej jest to naprawić niż ciągnąć dalej, bo strasznie miesza i utrudnia zrozumienie tekstu.

      Płaszcz — no dobra, ale tworzysz bohaterkę, która cały czas myśli o sobie, ucieka, jest przerażona i nieufna, i nagle, na chwilę, tylko pod tę scenę, rozczula się nad trupem i jednocześnie w ogóle jej jego widok nie rusza, zachowuje postawę tybetańskiego mnicha. Nie czujesz, że coś tu nie gra? Yukiji jest zlepkiem randomowych cech — raz jest taka, raz siaka, raz owaka, a więc zaprzecza samej sobie i to w naprawdę bardzo krótkim rozdziale, aż męczysz tym zasypywaniem sprzecznych informacji, bo dopiero co wyciągnęłam wnioski o niepewności i naiwności, a za chwilę i tylko na chwilę Yukiji staje się zimna i niewzruszona, by za moment się zmienić. To samo się odnosi do jej naiwności; zdecydowanie potrzebna konsekwencja w jej kreacji, bo bohaterka jest nieznośna.

      Włosy — nie rzucaj przykładem narracji 3-osobowej, bo przecież piszesz w pierwszej osobie. Jesteśmy w głowie Yukiji, ona poznała już imię Kanato, więc będzie go używać w swojej myśli, to stanie się dla niej naturalnie. Kiedy dowiesz się, że mam rude włosy i mam na imię Alicja, nie będziesz o mnie myślała „hmm, ta kasztanowłosa dziewczyna...”, tylko co najwyżej pomyślisz o Ali albo o Rudej, albo o Skoi.

      :)

      Usuń
    2. Ale czytałam niedawno jedną ocenę z waszej strony ( nie pamiętam nazwy bloga, ale było to coś związanego z "Naruto") i oceniająca wyraźnie zaznaczyła, że nie opisujemy postaci poprzez kolor oczu czy włosów, niebieskooka, zielonowłosa itp. A narracja prowadzona była w formie trzecioosobowej. To jak to w końcu jest? Można czy nie można? Pogubić się za to MOŻNA XD

      Usuń
    3. Bo narracja trzecioosobowa też się dzieli na rodzaje. To, co ty wrzuciłaś, to narrator wszystkowiedzący. Prawdopodobnie w ocenie, którą przytoczyłaś, narracja trzecioosobowa miała formę personalną, autorka wykorzystała tzw. mowę pozornie zależną, a z perspektywy bohatera – tak samo jak w przypadku narracji pierwszoosobowej – nazywanie znajomej osoby, której już się imię zna, kolorem oczu czy włosów jest mocno pretensjonalne i po prostu głupie.

      Usuń
  4. Kontynuacja:
    "Widzi pan, zabrała mnie ze sobą bardzo uprzejma kobieta. Zgodziła się podwieźć mnie do domu. Ale otrzymała ważny telefon po drodze i musiałam wysiąść. Szłam chodnikiem, ale w końcu... Zgubiłam się. – Na tym etapie zaczynam się zastanawiać, ile lat ma bohaterka. Tutaj brzmi jak trzynastolatka. Innym razem jej myśli są dojrzalsze. " I o to chodziło! Dziewczyna nie miała jak za bardzo dojrzeć, więc momentami przemawia za nią ta dziecięca nieświadomość.
    "
    Nawet z daleka byłam w stanie dostrzec kobaltowy odcień tęczówek. – Nie wiem, czy to normalne dla Twojej bohaterki, ale czy nie wydaje Ci się dziwne takie poznawanie obcych osób i od razu patrzenie im w oczy, jakby to był najbardziej interesujący punkt ciała" i " Sama pomyśl. Czy spotykając jakąś osobę, nie wiem, na mieście, w kolejce w sklepie czy naprawdę gdziekolwiek, od razu zwracasz uwagę, że ktoś ma oczy niebieskie, a ktoś inny piwne? Podejrzewam, że nie. To nie należy raczej do standardów.
    To dlaczego robisz ze swojej postaci dziwaczkę level hard?" Ale przecież... oczy są najważniejsze! To po nich możemy stwierdzić, czy ktoś jest nam bliski. To dość pogmatwane, więc zacytuję tu coś dla ułatwienia ( o oczach ). Francesco Petrarca, "Sonety do Laury"
    "Lecz on, wyższa nad mój ziemski ciężar,
    Niebawem w locie uszła mi z widoku,
    Drżę na myśl o tym, wzrok za nią wytężam
    O piękne oczy, czyste okna duszy,
    Przez was do ciała pełnego uroku,
    Wpłynęła śmierć, co najmocniejszych kruszy ." i Sophie Kinsella, "Spójrz mi w oczy, Audrey":
    "Logicznie rzecz biorąc, wiem, że nie ma się czego bać. Oczy to tylko nieszkodliwa galaretowata tkanka. Stanowią bardzo mały element organizmu. Wszyscy je mają. Co więc tak bardzo mi w nich przeszkadza?
    Miałam jednak dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić, i jeżeli chcesz wiedzieć, to ludzie nie doceniają oczu. Przede wszystkim jest w nich wielka moc. Mają daleki zasięg oddziaływania. Skupiasz wzrok na kimś, kto stoi trzydzieści metrów od ciebie, a on wie, że na niego patrzysz, nawet jeśli dzieli was tłum. Jaki inny narząd jest do tego zdolny? Właściwie mamy do czynienia ze zjawiskiem paranormalnym.
    Jednocześnie oczy są niczym wiry. Przepastne. Patrzysz komuś prosto w oczy i czujesz, że w jednej nanosekundzie mogą ci wyssać duszę. Tak się czuję. Ludzkie oczy są bezdenne i to mnie w nich przeraża."
    Pytanie: skoro oczy jednak nie są tak ważne, to na co innego mam patrzeć? Na ciuchy, włosy? Ja, pierwsze na co zwracam uwagę, to właśnie oczy. Czyste okna duszy. I tyle.
    " — Można wiedzieć, co skłoniło cię do zejścia na dół, Shu? – Dlaczego na dół? Przecież podobno salon znajdował się na piętrze. Chyba że tam było więcej pięter… Tyle pytań, tyle pytań..." a może zszedł.. Z DRUGIEGO PIĘTRA?! DAM DAM DAM!
    Dobra, już prawie koniec... 1 rozdziału. Następnym razem. XD
    Ciąg dalszy nastąpi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, usunęło mi komentarz O.o
      Okej, jeszcze raz.

      Oczy — podane przykłady nie są adekwatne do twojej treści. Podajesz je jako dowód, że oczy są ważne, ale zastanów się — pierwszy przykład to wiersz. Przeczytałam cały; podmiot liryczny wyraża zachwyt, potem przechodzi do nostalgii, ale bazuje głównie na emocjach pozytywnych (dopiero zakończenie, jak to w sonetach, bywa mocniejsze, ale nie o tym). Wierszy raczej nie porównuje się do prozy, rety; to zupełnie dwa różne światy.
      Jednak również w przypadku prozy Kinselli — w scenie jest czas, by się zastanowić nad oczami, podywagować o nich w taki sposób.
      A teraz porównaj to do swojego opowiadania, gdzie masz scenę rodem z jakiegoś horroru. Bohaterka jest zestresowana, jest w nowym miejscu, nocą, otaczają ją wampiry, nie wie, czy zaraz nie zginie. Ma też za sobą trudną ucieczkę, skomplikowaną przeszłość, podkreślasz jej strach, niepewność, słowem — stres. W takiej chwili, kiedy ona będzie się na jedno zdanie odrywać od tej atmosfery i zwracać uwagę na kwiatki, obrazy, oczy i inne takie elementy-pierdoły, to ja przestanę wierzyć w jej realne obawy. Będę wzruszać ramionami, bo ona ma czas na przemyślenia, a nie przeżywanie akcji z „tu i teraz”. Ona się nie boi, więc ja też z marszu przestaję; zupełnie wyciągasz mnie z tekstu, zabijasz klimat.
      Tak samo było w scenie, kiedy martwy człowiek (wtedy bohaterka nie wiedziała, że wampir) nagle otworzył oczy. Pisałyśmy wtedy, że to wygląda trochę jak:
      Wow, niezwykłe! Ma zielone oczy! A w sumie to… AAAAA!
      A to już brzmi jak parodia.

      Piętro — no tak, teraz wiem, że już są dwa piętra, ale wtedy nadal wyobrażałam sobie rodzinny domek z ogródkiem różanym, a nie rezydencję. Świadomość, że to wielki dwór dotarła do mnie, gdy Yukiji zaczęła swoją procesję po schodach bodajże w kolejnym rozdziale. xD

      Usuń
  5. Hej, hej! Jestem!
    "— Musisz zawrócić. Idź na południe, wzdłuż głównej drogi. Jeśli będziesz podążała cały czas prosto, to nazajutrz dotrzesz na miejsce. – To znaczy gdzie? Do Tokio? Straszny ogólnik."
    Ale przecież powiedział, że ma cały czas iść prosto, nie? XD I że w tedy dotrze na miejsce, nie? XD CZY TO MA SENS? XD
    "— Hej, wracaj tu! – Znów nagle. Tak, wiemy, że nagle, bo sam fakt pojawienia się tego bez zapowiedzi jest niespodziewany. Nie rozumiem problemu głównej bohaterki. Chce wyjść, drepta w stronę schodów, chłopaki wołają ją z powrotem, to wraca. Po co? "
    A może po to, by stwarzać pozory? No wiesz, że ona o niczym nie wie, niczego nie widzi niepokojącego. Żeby ją szybciej, uspokojeni, wypuścili. Co innego, że ona wcale ich nie zna, więc nie wie, jak zareagują.
    " „Nogi mnie nie słuchają. Głupia, zrób to! Odejdź!
    Nie chcę!
    Chcę!
    Tkwię w jednym miejscu. To nie moje myśli. To nie ja. A jednak. Nie mogę się ruszyć. Kim oni są? Czego oczekują?”. – Te pogrubienia widnieją też na blogu. Dalej wspominasz, że bohatera zauważa, że to nie jej myśli. A więc pogrubienia to wtrącone myśli innej osoby w jej głowie?" TAK, TAK! :D Kurdę, fajnie, że się domyśliłaś :D Tak, to inny głos w jej głowie - dokładnie, głos Ygrette Sakamaki. A kim ona jest? Hmmm. Musiałabym wam to wyjaśnić w osobnym poście. A nie wiem, czy chce wam się to czytać. Napiszcie, może wiele się przy okazji wyjaśni :)
    "Już jestem rozbita”.
    — No nie, znowu?
    – Przepraszam, ale rozśmieszyła mnie ta adekwatność. xD" KURDE, TYLE RAZY CZYTAŁA ROZDZIAŁ A TEGO NIE ZAUWAŻYŁAM. PADŁAM NA PODŁOGĘ. DZIĘKI ZA POPRAWIENIE HUMORU XD
    Cieszę się, skończyłam 1 rozdział! Czuję się... w sumie, tak samo jak na początku XD To żeby się nie pogubić, od następnego komentarza zacznę rozdział 2 :)


    OdpowiedzUsuń
  6. O NIEE!
    USUNĘŁO MI KOMENTARZ!#$%@%#@%#
    ZARAZ TRZEPNĘ TYM LAPTOPEM I TYLE!
    KURRRRRRR..
    UF.Dobra, trochę mi lepiej. Ale tyle napisałam... Fuck.
    "Bogato zdobione kolumny, udekorowane zawijasami i maleńkimi kwiatami wystawały z masowych ram łoża, tworząc nad nim baldachim z muślinowego materiału. Posłanie zaś okryte było jedwabną, liliową narzutą. – No, trzeba przyznać, że to fest walka sama ze sobą, nie powiem." Hehe. Padłam XD.
    "W kącie stała masywna, ciemna toaletka z okrągłym, pozłacanym na brzegach lustrem. Odganiając natrętne myśli, podeszłam do niej, pamiętając, by nie wzdrygnąć się na widok nieszczęśnika[,] którego w nim ujrzę. – Niech zgadnę. Teraz bohaterka w narracji pierwszoosobowej opisze samą siebie, jakby nie widziała się nigdy wcześniej na oczy…" Tyle że... Yukiji nie widziała się parę lat. W pokojach szpitalnych nie mieli luster, a ona sama raczej unikała przyglądania się w sztućcach itp. Miała więc prawo być zaskoczona.
    "Nie piękna, ale... – Mary Sue alert!" - Ale... czemu? Czy dziewczyna nie może być zwyczajnie, po dziewczęcu ładna? Yukiji daleko do piękności, ale miło jest na nią popatrzeć. Czy to źle? Czy muszę z niej robić typowego szaraka, byleby nie wyszła na Mary Sue?
    Inny alert:
    Rankiem, pod wpływem impulsu, zeszłam na dół." - Ale... Większość pokoi mieści się na piętrach. Jak więc miała wyjść? Przez okno? Logiczne wyjście-> drzwi -> parter. Czemu jest to uznawane za oznakę Mary Suizmu?
    Kolejny:
    Nie wiem, skąd znam się na historii. Tak już jest. Chyba." A to akurat celowe. W duszę Yukiji wszczepiła się dusza Ygrette Sakamaki. Kim ona jest? Kurdę, musiałabym stworzyć osobny komentarz z historią, ale napiszcie, czy chcecie, być może wiele się w tedy wyjaśni :) Do rzeczy: Ygrette pochodzi z XVIII wieku. Yukiji ma od czasu do czasu przebłyski z tego okresu i zwyczajnie rozpoznaje umeblowanie epoki. Inna rzecz, że nie ma pojęcia, skąd się to u niej bierze. Nawet ją to lekko męczy. Psychiatra zdiagnozował u niej osobowość wieloraką. Błąd, bo W Yukiji siedziała inna dusza, która momentami potrafiła przejąć "kontrolę". To dość zagmatwane, dlatego wolałabym wam to opisać w innym poście. Ale czy będzie wam się chciała to czytać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A teraz skomentuję fragment z nonsensopedii.
      Punkt 1 -Pff. Napisałam już, czemu Yukiji tak się sobie przyglądała. Ale błagam - napisałam, że ma oczy w kształcie migdałów ( czyli skośne ) i małe, ale pełne usta. Czy to jest, przepraszam bardzo, jakaś cecha gwarantująca Mary Sue? Dziewczyna jest zwyczajnie ładna, i tyle. Nie piękna, nie olśniewająca, ale przyjemna dla oka. Czy to jest takie złe? Większość kobieta jest zwyczajnie "ładna". Niby nic takiego, ale jednak mają coś w sobie.
      Punkt 2. - Boże, przecież jak mieszka w dwupiętrowej rezydencji, to pokoje będą się raczej mieściły na piętrze, prawda? Kto budowałby pokoje na parterze? Tam znajduje się wyjście, kuchnia, jakiś przedpokój... To chyba logiczne, że chcąc wyjść drzwiami, musiałaby zejść na parter, a nie na drugim piętrze. Ja mieszkam na piętrze, a codziennie rano schodzę na śniadanie.
      ...
      BOŻE, JESTEM MARY SUE?!
      punkt 3. -Buahaha. To już wyjaśniłam - Yukiji nie jest pięknością. I -serio- myślicie, że któryś z wampirów powiedziałby jej, że jest piękna? Serio?
      Co prawda, Laito określa Yukiij laleczka, ale ma to raczej prześmiewcze wydźwięk. Poza tym, zdecydowałam się na to określenie ze względu na młody wiek czytelniczek. Głupio bym się czuła, gdyby trzynastoletnia dziewczyna przeczytała coś takiego:
      " - Ej, su(cz)ko, pójdziesz ze mną na śniadanie?"
      punkt. 5 - eh, tu też nie warto zbytnio komentować, bo pewnie wszystko to, co napisałam, podporządkujecie pod punkt piąty. W gwoli ścisłości, ja i Yukij jesteśmy KOMPLETNIE RÓŻNE.
      Yukij - szary robak, nieciekawa świata i tego co się wokół dzieje. Ja potrafię zaszaleć nawet na przystanku autobusowym.
      Ona - raczej nieśmiała, niepewna. Ja pracuję jako przewodnik zamkowy, więc te słowa są mi raczej obce.
      Ona - blondynka, ja szatynka. Łączy nas jedynie miłość do rysunku. Jestem niemal wieczną optymistką. Dwie półkule. Jak ona może być wyidealizowaną wersją mnie? Chyba na odwrót!
      Oprócz tego, że jestem dość wesołą osobowością, to jeszcze śpiewam, rysuję, piszę opowiadania i wiersze, udzielam się w szkole, uczę się na 4 i 5. Ponad to wiele osób mówi mi, że jestem ładna ( cóż za ironia, bo zwykle słyszę to WŁAŚNIE od chłopaków ). Niczego nie zmyślam. Czasami trafiają mi się 3, nawet 2, ale jest to sporadyczne. Moja duma nie pozwoliłaby mi na zniżenie się do takiego poziomu. Moje pytanie brzmi: CZY JESTEM MARY SUE?
      Ciąg dalszy nastąpi...

      Usuń
    2. Kurczę, przegapiłam jeszcze punkt 4.
      Punkt 4 - Yukiji potrafi wyłącznie rysować. To jej jedyny talent. Co w tym złego?

      Usuń
    3. A może po to, by stwarzać pozory? No wiesz, że ona o niczym nie wie, niczego nie widzi niepokojącego – i to jest już samo w sobie strasznie głupie. Jakiś koleś właśnie przed nią zmartwychwstał (tak, uznała go za martwego), sama zauważyła, że bohaterowie pojawiają się wokół niej jakoś nieprawdopodobnie, na dodatek widzi, że są trupobladzi, zimni i tak dalej. Miejsce akcji też jest przerażające, ten półmrok, samootwierające się drzwi i tak dalej – atmosfera sama w sobie każe uciekać gdzie pieprz rośnie, a Yukiji jest irytująco głucha i ślepa. To jest tak bardzo dla mnie jako czytelnika niezrozumiałe, że już tu odechciewa się czytać dalej. Kto chce czytać o głupich bohaterach ślepych na to, co ich otacza? W ocenie gdzieś bodajże pojawiło się zdanie Dhau o tym, że boi się o Yukiji bardziej niż ona o siebie sama, i to już jest mocno niepokojące. A jednak ja, jako druga oceniająca, o Yukiji nie martwiłam się nigdy, ani razu jej nie współczułam ani nic. Nie wzbudzała we mnie emocji poza tą, że działała mi na nerwy. :(

      Tak, to inny głos w jej głowie - dokładnie, głos Ygrette Sakamaki – to był jeden z wielu domysłów, czysty strzał. Tak naprawdę nie miałam pojęcia, o co chodzi.

      A nie wiem, czy chce wam się to czytać. — Całkiem szczerze? Nie bardzo. To powinno jasno wynikać z opowiadania. Nie z żadnego komentarza, dodatkowego posta i tak dalej. Autorzy książek nie tłumaczą gdzieś obok niuansów swojej opowieści swoim czytelnikom. To by oznaczało, że tekstu nie dałoby się zrozumieć. Więc po co czytelnikom taki tekst?

      Tyle że... Yukiji nie widziała się parę lat. – Tej informacji nie ma w tekście i nie pada też potem, nigdy nie wracasz do temu. Skąd miałam więc to wiedzieć?

      Historia Ygrette Sakamaki mnie nie interesuje. Nie ma jej w tekście. — To dość zagmatwane, dlatego wolałabym wam to opisać w innym poście. – A nie wpadłaś na pomysł, by to, nie wiem, pokazać w opowiadaniu? Aby czytelnik nie miał stałego mindfucka na twarzy przez pierwsze ileś rozdziałów?

      Jeżeli chodzi o Mary Sue, to oczywiście sam przytyk o jej urodę jest słaby, ale w kupie razem z jej mroczniastością, przekolorowanym dramatyzmem, znajomością się na wszystkim, jej poetyzowaniem, muskaniem i tak dalej — wtedy to wszystko do kupy daje bohaterkę okropną. Nieznośną. Wyjątkową do przesady, o której nie chcę czytać. Bohaterkę taką, przy której nóż otwiera mi się w kieszeni.
      Jeżeli chodzi o pokój na piętrze – to nie jest złe. Przecież wiadomo, że jak piętrowa rezydencja, to i pokoje na piętrze, okej. Chodzi o schodzenie, o manifestowanie tego schodzenia, przesadne skupianie się na nim, jakby to faktycznie była procesja w Boże Ciało.

      Usuń
    4. "A nie wiem, czy chce wam się to czytać. — Całkiem szczerze? Nie bardzo. To powinno jasno wynikać z opowiadania. Nie z żadnego komentarza, dodatkowego posta i tak dalej. Autorzy książek nie tłumaczą gdzieś obok niuansów swojej opowieści swoim czytelnikom. To by oznaczało, że tekstu nie dałoby się zrozumieć. Więc po co czytelnikom taki tekst?"
      "Historia Ygrette Sakamaki mnie nie interesuje. Nie ma jej w tekście. " Jest. We wspomnieniach o ogrodzie Ygrette robi za narratorkę ( kursywa ). I na początku 5 rozdziału.

      Usuń
  7. Przeprasza, że tak najechałam w poprzednim komentarzu. Adrenalina mnie trochę dźwignęła...
    "Yukiji... Nawet imię zostało wypożyczone. Miałam nadzieję, że zwrot jest bezterminowy. – Drugie zdanie sprawia, że metafora z wypożyczeniem imienia się udosławnia, przez co fragment, zamiast pobudzać emocje, zwyczajnie śmieszy. "
    Bo to miało śmieszyć. Uznałam , że za dużo tych smętów, wrzucę coś śmiesznego. Nie wzięłam pod uwagi tego, że kompletnie się to gryzie.
    "Wtedy mogłam nosić spodnie, ale co dalej? Czy miałam coś jeszcze do założenia? Gdzie mogłam znaleźć kolejną parę? – Bądź poszukiwaną kryminalistką, zamieszkaj w nieznanej rezydencji z wampirami i jedyny problem miej z… odzieżą."
    To tylko metafora a propos tego, co ma się z nią później stać. Jak będą wyglądać kolejne dni? Inna sprawa, że całkiem nietrafiona i w ogóle jakaś taka bez sensu XD
    "Okej, w tej scenie z Laito mam realny problem. To uczucie, że piszesz z perspektywy osoby szalonej – ono dalej jest. Bohaterka żyje zupełnie w swoim świecie, nie opisujesz tego, co się wokół niej dzieje, dopóki nie masz jakichś metaforyczno-pseudofilozoficznych opisów na ten temat. Wiemy, że Laito się pojawił, ale dziewczyna właściwie w żaden sposób nie zareagowała. Nie spojrzała na niego, nie odczuwała żadnych emocji z tym związanych. Naprawdę zachowuje się jak ktoś, kto utracił zdrowe zmysły. Jeśli to był Twój zamiar – brawo, nawet Ci to wychodzi"
    A dziękuję, dziękuję <3 Chyba pierwsza pozytywna uwaga XD CZUJĘ SIĘ DOCENIONA XD
    "Pamiętasz moją uwagę o zapłonie bohaterki? To kolejny dowód na jej powolny procesor, a przy tym ignorancję, jakiś brak instynktu samozachowawczego. O jej domyśle napisałaś zdecydowanie za późno – wcześniejsze pytania typu Co on wyprawia? robią z niej zwyczajnie głupią, niedomyślną."
    Wiem, moja wina. Źle rozpisana postać, zachowanie kompletnie nieadekwatne do sytuacji. Po części taki zamiar, ale większość raczej nieprzemyślana. Trochę to boli, bo spędziłam nad opkiem sporo czasu, a tu taki fiask. Trudno. I tak nie pociągnę tego do końca - blogosfera wymiera. Raczej zamknę bloga i skupię się na innym ( który też mam zamiar zgłosić przy kolejnych rozdziałach, żebyście mnie porządnie zapamiętały XD ).
    " Zerknęłam na lustro stojące przy ścianie. Moje oczy... Ściemniały… (...). Szybko wstał z miejsca i strzepał kilka maleńkich paprochów z czarnego okrycia. – Oczywiście trzeba pamiętać, że jedynym źródłem światła w pokoju była świeca, nie przeszkadzało to jednak bohaterce widzieć dokładnie jakieś szczególiki, których widzieć w takim świetle nie miała prawa."
    a może zwyczajnie się domyśliła, że były jakieś paprochy, skoro coś strzepywał z ramienia?

    OdpowiedzUsuń
  8. "Nieśmiało ruszyłam w tamtą stronę. Przystanęłam przed zwierciadłem. Czerń. Ciemność.
    Gdzie podział się miodowy odcień? Nie rozumiałam... N... Niczego… – Kolejny fragment, który umacnia mnie w podejrzeniu, że z dziewczyną jest coś bardzo mocno nie tak. Już nie tylko słyszy głosy, ale zaczyna też widzieć rzeczy, które się nie dzieją. To niepokojące."
    Ale to się akurat wydarzyło. Oczy zrobiły się ciemne. To dlatego, że dusza Ygrette w jej duszy zaczęła powolutku przejmować kontrolę. Oczy Yukji robią się czarne, gdy Ygrette w nią w ( wiem, śmiesznie to zabrzmi ) wchodzi, a białe ( wyblakłe ) gdy Yukji ma "przed oczami" wspomnienia tamtej. Takie wyjaśnienie.
    "— Co wy wyprawiacie? Słychać was w całej rezydencji! – Z tego, co pamiętam, rezydencja Sakamakich jest naprawdę duża. Laito upadł na puchaty dywan, co na pewno trochę wytłumiło jego upadek, a dziewczyna krzyknęła ledwie dwa razy. W dodatku pokój był zamknięty."
    Nie zapominajmy, że wampiry mają bardzo wyostrzone zmysły, również słuchu.
    "— Wypadek czy nie, ma się to więcej nie powtórzyć. Zrozumiałaś? – Nie do końca rozumiem, o co w tej scenie chodzi. Reiji nie jest typem osoby, która uznałaby, że cały hałas to była wina dziewczyny i już."
    Wiem, Reiji jest moją słabą stroną, jeśli chodzi o wykreowanie. Nigdy go nie lubiłam - na yt oglądałam chyba wszystkie ścieżki prócz jego. To chyb stąd moja niewiedza.
    "Albo podmiot liryczny chce się wzbić, ale upada, albo w ogóle nie chce wzlatywać. Albo jest wiecznie niezdecydowany, albo wie dobrze, czego chce (błagam… ułóż mnie w ziemi). Albo nie może umrzeć, albo może. O co właściwie chodzi? "
    O Yukji i Ygrette :)Dwie różne osobowości. Dwa różne punkty.
    " Pozostała jedynie myśl. Musiałam uciec. (...) Powoli schodziłam po schodach, podziwiając jednocześnie wiszące nade mną dzieła. – Uciekanie – bohaterko – robisz to źle."
    I znowu padłam XD.
    "A do tego schodzenie z drugiego piętra na parter zamieniło się w grę z losem. Potknę się, czy nie potknę? Przytrzymać się ściany, czy może poręczy? Cóż za porywająca bitwa"
    Kurde, jeszcze ten mem XD Zaś mnie powaliło.
    "Na końcu ciemności zauważyłam uchylone drzwi. Przystanęłam przed nimi, nabierając pewnych podejrzeń. To już? Koniec? Nie, nie wierzyłam. – Weź pod uwagę, że czytelnik dobrze pamięta drogę do wyjścia; przecież przechadzaliśmy się nią ledwo rozdział temu! Były schody z czerwonym dywanem, a nie jakiś zupełnie obcy korytarz. To strasznie upierdliwe, że ja potrafię poznać, że bohaterka idzie w złym kierunku, a ona sama nie. Nadal robisz z niej umysłową kalekę."
    Ale przecież ona już była w głównym halu, a "wrota" były zamknięte. I mówi o tym, że musi znaleźć inne wyjście, co logicznie podsuwa myśl, że właśnie poszła je szukać i - co dziwne - znalazła! Nie jest w halu, skręciła w inny korytarzyk, w którym wcześniej nie była.
    "Widok pomieszczenia wprawił moje ciało w osłupienie. – Po co podkreślasz, że wprawił jej ciało w osłupienie? Po prostu ją. Nie musisz wyszczególniać, którą częścią siebie dziewczyna odczuwa emocje."
    Ona myśli o sobie właśnie jak o "ciele", nie osobie. Często nazywa się ciałem, masą itp. Nie wiem, czy wam to wytłumaczyłam XD
    "A zresztą, po kiego grzyba sama się okłamuje o własnych motywach. Rozdwojenie jaźni?" Nom. Tak trochę?
    Jeeeej, nawet nie wiecie, jak się cieszę! Nareszcie skończyłam rozdział 2 :D Może skomentuję nawet kawałek 3? ~




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uznałam , że za dużo tych smętów, wrzucę coś śmiesznego. – Masz opowiadanie wyraźnie „angst”, które podpina się pod narrację pierwszoosobową. Naprawdę uważasz, że wrzucanie błędnych metafor do tekstu w usta bohaterki, która znalazła się w naprawdę niepokojącej sytuacji, to dobry pomysł?

      a może zwyczajnie się domyśliła, że były jakieś paprochy, skoro coś strzepywał z ramienia – ale czemu to ja mam się tego domyślać, skoro w tekście wyraźnie jest napisane, że Yukiji je widziała, a nie podejrzewała ich obecność?

      Jeżeli chodzi o wiersz, na tym etapie nadal nie wiem nic o żadnej Ygrette. Dla mnie to po prostu wiersz ze strofami, które wykluczają się wzajemnie. I gdyby całe opowiadanie było mniej chaotyczne, to pewnie to wykluczanie byłoby dla mnie jakąś wskazówką, którą zapamiętałabym na potem jako jakiś wątek, ale w obecnej wersji za dużo w całym opowiadaniu takich wkluczeń (chociażby w głównej bohaterce) i chaosu, by ten wiersz robił jakieś specjalne wrażenie. Nawet jeżeli Ygrette pojawi się w tekście później, nie będę jako czytelnik cofać się o kilka rozdziałów, aby przypomnieć sobie wiersz i powiedzieć: Ahaaa, teraz to ma sens! Nie, ja zwyczajnie zapomnę o tym wierszu, ale obecny niesmak, kiedy ledwo go przeczytałam, nie wiedząc o Ygrette, pozostanie. A to, że informacje uzupełnisz kiedyś, innym razem, nie usunie tego niesmaku z niezrozumienia teraz.

      Ale to się akurat wydarzyło. Oczy zrobiły się ciemne. – Widzisz, a ja uznałam, że to nieprawdopodobne. Skąd ten błąd? Podejrzewam, że stąd, że ciężko oddzielić u ciebie to, co ma miejsce, z tym, co dzieje się w głowie bohaterki. Nie ustalasz granicy, wszystko jest bardzo chaotyczne. Pamiętam, że przez całe opowiadanie wszystko, co wydedukowałam, było założeniem bez żadnej pewności. Czułam się jak dziecko we mgle i bardzo chciałam skończyć tę przeprawę, bo była ona dla mnie po prostu męcząca przez notoryczny brak wiedzy na temat tego, co czytam. Czułam się, jakbym czytała, ale tylko pozornie.

      Usuń
    2. Ale czemu mam od razu mówić o Ygrette? To właśnie o to chodzi - to jest zamysłem całego opowiadania. Postać Ygrette powiązana z Yukiji. Wszystko miało wyjść pod koniec. A po drodze tylko wskazówki, fragmenty wspomnień. Zresztą, cały początek rozdziału 5 jest o Ygrette. Nie zdradziłam jej imienia, bo to bez sensu. Po co? Niech czytelnik nieco się wysili, wysnuje własna teorię, kim jest ta tajemnicza, pochodząca z zamierzchłych czasów kobieta.
      Gdzieś to już wspominałam.Kurczę,to głupie, że musicie oceniać tylko te kilka rozdziałów, nie całość, która jeszcze nie powstała. Wtedy wiedziałybyście, kim jest Ygrette, jaki związek je łączy. Bo to właśnie o tym miało być opowiadanie - nie o miłości głupiutkiej nastolatki z wampirkiem ( choć romans też by się gdzieś tam przesuwał ) ale o poznaniu i pogodzeniu ze sobą tych dwóch dusz zamieszkujących jedno ciało. I by ta jedna mogła pomóc drugiej. Być może nie zmieniłybyście bardzo oceny, zważywszy na niedopracowaną postać Yukiji, ale na pewno byłybyście pod wrażeniem samego pomysłu, przekazu. Szkoda, że nie chcecie o tym czytać.
      P.s Wybaczcie, ale trochę nie podobają mi się Wasze odpowiedzi. Staram się jak mogę nie wyleźć ze skóry podczas czytania oceny, staram się łagodnie określić to, co czuję, czasem walnę jakimś żartem. Trochę mi głupio, gdy ja tu wszystko potulnie a Wy mnie za fraki. Nie oczekuję, abyście specjalnie dla mnie zmieniły podejście, tylko informuję, że trochę mnie to zniechęca do dalszego komentowania. Święta nie jestem, też pokażę pazurki, ale z Wami to jak pod zimny prysznic z twardą wodą - średnio chce mi się w to wchodzić.
      ...
      Tylko bez obrazy :)

      Usuń
    3. Nie chodzi o to, by od razu mówić o Ygrette, tylko aby lepiej przygotować czytelnika na ten wątek. Pomysł jest dobry i intrygujący, jest o tym w podsumowaniu. Tylko że po drodze nie wyszła jego realizacja. Nie czuję twoich zamierzeń i nie widzę ich w tekście. W ogóle nie wyciągnęłam tego, że Ygrette ma coś wspólnego z Yukiji poza samym dziennikiem. Naprawdę dobrze obmyśliłaś to, by nie zdradzać tego od razu i rozwijać jako wątek, ale wskazówki, które wybrałaś, na moje oko nie są wyważone. Z jednej strony Yukiji to drama_queen i jej otoczka spoetyzowanej, naiwnej i jednocześnie zimnej w środku jest za duża, by traktować ten element jej charakteru poważnie (przysłania to zupełnie to, co czyni ją interesującą, czyli jej przeszłość), z drugiej strony nawiązań do posiadania wielu dusz jest za mało, by w ogóle coś takiego podejrzewać. Szpital przyszedł mi do głowy chwilę przed tym, gdy jasno padł w tekście jako scena retrospekcji. Przed tym tylko podejrzewałam, że z tą bohaterką jest coś nie halo, ale nie brałam pod uwagę czegoś poważnego. Po prologu to w ogóle myślałam, że małoletnie emo uciekło z domu albo coś ukradło (nadal: przepraszam za szczerość). Dopiero późnej, przy scenie szpitala mniej-więcej dotarło do mnie, że to coś jednak bardziej poważnego. Ty teraz o tym piszesz w komentarzu, ale ja o tym piszę później, w ocenie. Więc może jednak doczytaj ją do końca?

      Nawet nie brałam pod uwagę opcji z dwoma duszami. Gdyby to wyszło w tekście gdzieś dalej, pewnie chwyciłabym się za głowę i stwierdziła, że to w ogóle nieprzewidywana cegła w twarz.

      Nie chodzi o to, że nie chcę o tym czytać (piszę za siebie, nie za Dhau, ona może przecież twierdzić inaczej). Bo nie chcę tego robić gdzieś z boku. Ja chcę to zobaczyć w opowiadaniu. To tam jest miejsce tych danych. Po prostu zmień formę tłumaczenia. :)

      Nie wiem jednak, czy bym dała radę przeczytać tak stylistycznie i chaotycznie rozpisaną całość. Fakt, miałabym wgląd w każdy wątek, ale te kilka notek same w sobie nie były na tyle wciągające, przepraszam za szczerość. Nie chcę ci robić przykrości, tylko przekonać cię, że w takiej formie nawet najbardziej fascynujący zarys fabularny jest dla mnie nie do przełknięcia. :(

      Wybacz też formę komentarzy. Ocena ma ile? Przez prawie 60 stron a4 próbowałam ci przekazać to samo, co teraz probuję jeszcze przyklepać, może stąd zmęczenie materiału, naprawdę przepraszam. Bardzo mnie cieszą twoje komentarze, tylko że odpisujesz mi rzeczy, których nie było w tekście. I one teraz po czasie jakby nic mi nie dają. :/

      Pamiętaj też, że cały czas oceny nie skomentowała Dhau. O ile ja mam taki dość ciężkostrawny styl, że zwykle mówię wprost, to Dhau to ta cieplejsza strona oceny – ona nie ma nic wspólnego z twardą wodą pod prysznicem, więc może faktycznie na nią zaczekajmy. xD

      Usuń
  9. Kontynuuję:
    " Córeczka często patrzyła na nią wielbnym wzrokiem, nie wierząc pokrótce w swoje szczęście. – Nie istnieje takie słowo jak wielbny. Poza tym nie można wierzyć pokrótce, wiara to jest jakiś stan. Pokrótce można o czymś opowiedzieć.
    Inna rzecz to to, że małe dzieci (co sugeruje użycie słowa córeczka) nie zastanawiają się nad szczęściem, jakie mają, bo ich rodzice są tacy, a nie inni. Dzieci swoich rodziców biorą za coś pewnego w życiu. Nie zastanawiają się nad tym. Mama to mama, mama zawsze jest, bo taki jest stan naturalny… A to, że mama niekoniecznie i niezawsze jest, że mama nie musi być dobra i miła, a nasza akurat taka była, docenia się zwykle po wielu latach, wraz z tym, jak dojrzewamy emocjonalnie i psychicznie."
    Tu tylko zdawkowo - Yukiji bardzo doceniała towarzystwo mamy, bo rzadko kiedy mogła z nią spędzać czas i wychodzić na zewnątrz. W jej oczach była całkowicie wyidealizowana. Cały czas pragnęła kontaktu, wsparcia ze strony matki. Bohaterka, będąc zamkniętą w pokoju, dodatkowo poświęcała myśli mamie.
    "Nieznana siła pomogła mi szybko odstawić mebel na miejsce. – Bohaterka od jakiegoś czasu (dwóch rozdziałów dokładnie) wykazuje się czasem jakąś nieznaną siłą;"
    Tak, i kilka razy to podkreśliłam. To jeden z wielu przypadków, które zdradzają obecność Ygrette w jej duszy ( Ygrette była wszak wampirem, a te są niezwykle silne.)
    "Nie chciałam. Nie mogłam. Czemu tego nie rozumiał? Przecież moje ciało wywoływało w nim wstręt! Po co chciał je oglądać?! – Wait, what? Skąd Yukiji tak sobie wnioskuje? Czy to kolejne jej szalone, irracjonalne myśli? Mam nadzieję, że tak, ale w takim razie historia zaczyna budzić naprawdę duży niepokój. Coś czuję, że Kanato będzie miał rywala w walce o miano najbardziej porąbanej postaci w tym ff."
    Ostatnie zdanie... idealne podsumowanie :D
    "— Shu złożył już papiery w twoim imieniu. Będziesz chodziła do klasy z Ayato. – Naprawdę tak po prostu zapisali ją do szkoły? Bez żadnych dokumentów? Nie jestem przekonana, czy to by przeszło. Muszą mieć jej dokumenty, żeby ją zapisać. Rozumiem, że to by skutkowało odkryciem prawdziwej tożsamości Yukiji, no ale to dość duży błąd. Musisz to przemyśleć. "
    Kurczę, właśnie wiem :( Z jednej strony tłumaczyłam sobie to tak, że Karl Heinz jest premierem Japonii i jednocześnie królem świata demonów, więc takie błahostki jak załatwienie dokumentów nie będzie problemem. Ale czy to się trzyma kupy, to sama miałam wątpliwości...
    Ej, wiecie co? To już tyle z rozdziału 3 :O To znaczy, było kilka uwag, na które chciałam odpowiedzieć, ale uznałam, że to bez sensu, bo wyjaśniłam to w innych komentarzach. Więc chyba czas na rozdział 4!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yukiji bardzo doceniała towarzystwo mamy, bo rzadko kiedy mogła z nią spędzać czas i wychodzić na zewnątrz. W jej oczach była całkowicie wyidealizowana. Cały czas pragnęła kontaktu, wsparcia ze strony matki. Bohaterka, będąc zamkniętą w pokoju, dodatkowo poświęcała myśli mamie. – To nie jest odpowiedź na naszą uwagę, nie zrozumiałaś, o co chodziło. Yukiji jako dziecko nie powinna wierzyć w swoje szczęście – to wyrażenie nie pasuje do dziecka. Dzieci nie zakładają, że wierzą we własne szczęście, bo mają mamę. Yukiji może się cieszyć, że mama jest, oczywiście, ale wystylizuj to na mowę dziecka. Prostą, bez nawiązania do dojrzałego pojęcia wiary. Wniosek typu „ojej, wierzę w swoje szczęście” jest zbyt poważny, wygląda jak należący do osoby zdecydowanie starszej.

      Jeżeli chodzi o szkołę, wytłumaczenie z Karlem Heinzem byłoby okej, gdyby… było w opowiadaniu. Tak się składa, że nie ma o nim ani słowa, a więc skąd czytelnik miałby sobie wymyślić, że to on załatwiał dokumenty?

      Usuń
  10. Rozdział 4
    " „Niebo niczym szkło,
    a żywot skończę swój
    pozostanie częścią mnie.
    Szklane niebo, chłód,
    pęknięty już
    obraz mnie [...] – pomijając, że powtórzony rym (mnie) jest bardzo słaby... Dlaczego wers o żywocie wtrąca się w wers o niebie? Co ma piernik do wiatraka? Jeszcze jest pytanie, co pozostanie częścią podmiotu, bo tego też nie ma."
    Kurdę, to cytaty cudzych piosenek też oceniacie? XD Gdybym wiedziała, to bym bardziej uważała na to, co wklejam XD
    "A poszłam. – Rozbawiło mnie to podczas czytania, bo zabrzmiało tak nonszalancko, jakby Yukiji zrobiła coś zaskakującego zarówno dla siebie, jak i dla niej, może wręcz, jakby chciała komuś zrobić na złość."
    W sumie, to też mnie teraz rozśmieszyło.
    " Żadnej żywej duszy. – Bo to szkoła dla wampirów! Hahaha! Czaisz? Dla wampirów… żywa dusza… haha?
    Przepraszam. ♥"
    Haha, spoczko ♥
    "[...]Po drugie: o co chodzi z krwistoczerwonymi tęczówkami, które są piękne tak, jak kobaltowe? To naprawdę nie ma sensu, te trzy zdania w ogóle się ze sobą nie łączą."
    Chodziło mi o to, że Yukiji porównywała barwą oczy Subaru i Shuu. ( w pierwszym rozdziale też napisała, że kobaltowe tęczówki są "piękne").
    I tak, wiem: czytelnik zdążył zapomnieć, to było tak dawno, bla bla bla... Już kapuję XD
    "Subaru pochylał się nad ciałem. – Yukiji mówi tak, jakby to ciało nie należało do niej. Być może to zabieg celowy, chociaż do tej pory bohaterka nie dystansowała się od swojej cielesności w ten sposób. "
    Jak to nie? Kilka razy nawet zwracałyście na to uwagę, np. "objął ciało" zamiast "objął mnie" itp.
    " Odnośnie sceny pierwszego ukąszenia, wyszło całkiem nieźle z powodu krótkich zdań. To, co gdzieś indziej jest wadą tekstu, tutaj akurat się sprawdziło. Gdyby jednak było rzadkim zabiegiem, zrobiłoby większe wrażenie.
    Dalej scena zabrudzenia kartki w notesie – plastyczna, niezła. Zdecydowanie mniej chaotyczna, mniej w niej pustych zdań; skupiłaś się na akcji-reakcji. Na plus, pomijając to rozwalanie tekstu zbędnymi akapitami. Dodatkowo pierwszy raz od początku tekstu bohaterka zdaje się przejawiać logiczne myślenie i skupia się na czymś, co dzieje się w rzeczywistości. To miła odmiana."
    Dziękuję! <3
    "W wierszu to samo – daremna imitacja stylizacji, górnolotność, pompowanie atmosfery i brak sensu."
    Wierz w oryginale brzmi nieco inaczej. Ze względu na młodsze czytelniczki, wolałam im darować rozszyfrowanie wiersza i z głębsza określić, o co chodzi. Serio, w rzeczywistości wiersz brzmi dużo lepiej. Mi też nie podoba się to jego uproszczenie XD
    " Mało tego – tekst odnosi się do mężczyzny, mowa o jego ogrodzie, więc mam rozumieć, że ukochany jest jedyną jabłonią, do której należy ogród, tak? I jednocześnie jest jabłonią – pomnikiem w ogrodzie? To by się zgadzało. Czy może to kobieta jest jabłonią, tą jedną jedyną, w ogrodzie mężczyzny? Ale wtedy nie mogłaby swoimi owocami sama sobie kraść pocałunków… Rety, widzisz, jakie to wszystko jest po prostu głupie, nieprzemyślane? Słowa bez żadnego większego znaczenia, rzucone, bo pozornie ładnie brzmią... "
    Nope; sam mężczyzna jest ogrodem. Jabłoń to jego wybranka, kobieta, z którą widzi go podmiot liryczny. Zaś sam podmiot jest żonkilem ( ciekawostka: w wierszu Ygrette ( bo to o nią chodzi ) opisywała się jako płatek śniegu itp. A żonkil inaczej nazywany jest narcyzem. Ona sama była bardzo zapatrzona w siebie ( początek rozdziału 5. ) ) A więc nie jest to tak całkowicie bez sensu rozplanowane :)





    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zauważyłam, byś na blogu podała źródło do piosenki. Przegapiłam je czy sobie ją po prostu brzydko „pożyczyłaś”? Tak samo nie wiedziałam, że wiersz w oryginale jest jakiś inny. To w ogóle twój wiersz?

      Subaru pochylał się nad ciałem. – Tak, wcześniej zwracałyśmy na to uwagę, ale tam jednak Yukiji nie brzmiała na jedno zdanie jak narrator trzecioosobowy. Najczęściej mówiła moje ciało, z naciskiem, że jednak należało ono do niej. Tutaj, jeżeli już Yukiji ma dalej określać ciałem samą siebie, tego brakuje.

      Nawet jeżeli ty potrafisz rozszyfrować wiersz (kwestia ogrodów, jabłoni i tak dalej), to gdyby nie twój dokładny opis tutaj, nadal nie wiedziałabym, o co chodzi. Tego się nie da rozszyfrować, nie wiadomo, kto jest czym. Jeżeli kobieta to jabłoń, to jak kradłaby swoimi owocami sama sobie pocałunki? Bo zakładam, że to ona jest przecież podmiotem lirycznym wiersza. W każdym razie to trochę wygląda tak, jakby czytelnik, aby zrozumieć przekaz, miałby wejść sobie na WS przeczytać twoją interpretację. Także podtrzymuję swoje stanowisko – utwór jest bez sensu, dopóki nie da się go zrozumieć. Używasz metafor, które tylko dla ciebie są jasne.

      Usuń
  11. Rozdział 5.
    "O! I pierwszą linijkę tekstu zaczęłaś wcięciem akapitowym, no proszę. Jesteś na dobrej drodze."
    Tiiaaa. Wcześniej tego nie robiłam, bo o ile w wordzie dawałam prawidłowy akapit Tabem, tak po wklejeniu na bloga znowu wszystko wracało do początku, czyli bez wcięć... Tutaj - nie mam pojęcia, jak to się stało - jednak się zachował.
    " Poprawiła głęboki dekolt atłasowej sukni w kolorze ciemnego burgund
    [a]. Przygładziła fałdki i zawiniętą w niektórych miejscach koronkę. – Bohaterka wyjęła grzebień tylko po to, żeby go sobie pogłaskać, a potem co? Zaczęła poprawiać sukienkę. Nie do końca rozumiem, po co to zrobiła w tej akurat chwili, skoro nie poświęciła większej uwagi grzebieniowi"
    Bo Ygrette jest wyjątkową pedantką. Wyjęła grzebień, aby się przeczesać, ale gdy zobaczyła fałdki na sukni, musiała natychmiast je poprawić.
    "Wyjątkowo dumna była z ich barwy - ciemnego burgund[a], który wręcz zlewał się z suknią. – Wnioskuję, że to kobieta z zamazanego obrazu, właścicielka notesu i autorka wiersza. Ale przy tym bardzo podobna do Yukiji – jak mówiłam, raz na jakiś czas stylizacja obu pań się zlewa"
    O kurde, sprytna jesteś XD I nie, to nie ironia XD
    "Ledwo w poprzednich rozdziałach bohaterka była nieśmiała, niezaradna, nie potrafiła odezwać się ani słowem, z wielkim trudem przychodziło jej chociażby odpowiadać na pytania. A teraz od razu ryzykuje nadszarpywaniem cierpliwości Reijiego? Wampira? Dość… ryzykowne posunięcie. Nie spodziewałam się.
    Jasne, ludzie się zmieniają, postaci mają prawo się rozwijać, ale to wymaga czasu albo jakiegoś silnego bodźca. Nie dzieje się nagle, bo... tak. Bo imperatyw. "
    No, niby tak, ale pomyśl: Yukiji nareszcie znalazła sobie cel, chce odnaleźć, albo przynajmniej dowiedzieć się, kim jest autor dziennika. Przez kilka lat była jakby "zawieszona", aż tu nagle znajduje coś, co było z nią w jakiś sposób powiązane ( w końcu, to po części jej dziennik ). Po prostu poczuła taką potrzebę, że musi...
    Ale mogłam też to trochę przerysować, fakt.
    "[...] W grę wchodzi ogromne przywiązanie dziecka do rodzica jako do najpewniejszego, najbardziej stałego elementu świata."
    Tylko, że Yukiji nigdy nie była pewna, czy dziś też mama ją odwiedzi. Będąc zamkniętą w pokoju, czasami miała wrażenie, że za drzwiami nic się już nie rozgrywa.
    "[fragment o księżycu]Do tej pory nie wiem tylko, o co chodzi w momentach, kiedy pogrubiasz czcionkę."
    To wtrącenie się myśli Ygrette do myśli Yukiji.
    "[...]Mam także nadzieję, że to obrzydzenie na twarzy Yoshiego to tylko wymysł Yukiji, bo żaden lekarz nie patrzy na imię swojego pacjenta z obrzydzeniem."
    Tak, to tylko jej wymysł.
    "Za nim oślepiało mnie białe światło bijące z jarzynówki, które tworzyło wkoło Yoshiego aureolę. – :D. "
    :DD
    Jeejku, dziewczyny!To już koniec rozdziałów! :D
    Okropnie się cieszę! Przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia, że Was olałam czy coś, tylko do porządku wszystko opisałam. Mhihiihihi...
    W wolnym czasie skomentuję jeszcze podsumowanie.
    Pozdrawiam! ( i całuję gorąco!)




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ygrette jest wyjątkową pedantką. Wyjęła grzebień, aby się przeczesać, ale gdy zobaczyła fałdki na sukni, musiała natychmiast je poprawić. – Być może miałabym szansę to wydedukować, gdyby Ygrette wróciła do tego grzebienia za chwilę, jakoś się na te fałdki wyraźniej oburzyła czy coś w tym stylu. W obecnej wersji tylko ty wiesz, o co chodzi. Przecież nie wejdę ci do głowy.

      Yukiji nareszcie znalazła sobie cel, chce odnaleźć, albo przynajmniej dowiedzieć się, kim jest autor dziennika. Przez kilka lat była jakby "zawieszona", aż tu nagle znajduje coś, co było z nią w jakiś sposób powiązane ( w końcu, to po części jej dziennik ). Po prostu poczuła taką potrzebę, że musi... – Tego też nie wiedziałam. Dla mnie ten notes nie jest wcale taką poważną dla Yukiji sprawą. Ukradła go i ubzdurała sobie, że go odda, okej, ale w tekście nie widać, że to jakiś superważny wątek, który zmienił życie Yukiji o sto osiemdziesiąt stopni. Może byłoby to widać, gdyby minęło więcej czasu i stworzyłabyś więcej scen, które udowadniałyby ważność notesu, zanim Yukiji zacznie stawiać warunki niebezpiecznym gospodarzom. Ona go ile razy otworzyła? Ile o nim myślała?

      Też pozdrawiam! ;)

      Usuń

Aktualności

Teksty zgłoszone w 2017: 3
Stan poczekalni: 11/26
Czekamy na twoje zgłoszenie!
Szablon stworzony przez Agatę
Zgłoś tekst i spróbuj swoich sił!
21.03.2019 najlepsi autorzy
otrzymają nagrody! – [KLIK]

Ankieta

Ankieta ewaluacyjna WS

Archiwum

Oceniający

© Design by Agata from Król Trefl & WioskaSzablonów
Script ScrollToTop | Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY.