...zajmuje się ocenianiem literatury w sieci.
Stukasz w klawiaturę i chcesz porozmawiać o swoich wypocinach?
A może wolisz poszukać znajomych adresów w archiwum?
Czuj się jak u siebie i baw się dobrze!

POZNAJ NAS

Aktualności



Oceniający


Jest nas wielu i różnimy się od siebie jak tylko można, więc na pewno znajdziesz w naszym gronie osobę, która bez trudności oceni twój materiał.
wybierz



Zgłoszenia

Chciałbyś zgłosić swój tekst do oceny? Wystarczy umieścić swoje zgłoszenie w księdze zgłoszeń. Pamiętaj, aby przedtem przeczytać regulamin.
księga zgłoszeń

[77] ocena bloga: niezaleznosc-hp.blogspot.com

27 czerwca 2016
Autorka: Condawiramurs
Tematyka: FF Harry Potter
Oceniające: Eredis, Skoiastel



Na pierwszy ogień – kilka słów o szacie graficznej. Font czytelny, kolorystyka znośna. Kolumna po lewej jest zbyt wąska, a informacje podstawowe w niej są zapisane upierdliwym maczkiem. Stworzył on ścianę tekstu, której nie chce się czytać, a wcale nie zamieściłaś tam jakichś bardzo odkrywczych danych – informowanie czytelnika, że czyta potterowskie FF, kiedy każdy najmniejszy element szablonu o tym mówi, jest zbędne i wydłuża niepotrzebnie kolumnę. Tak samo jak wspomnienie o pochodzeniu szablonu, skoro w menu po prawej znajduje się odnośnik do szabloniarni (trzecia wzmianka o szablonie pojawia się w niebieskiej ramce w rogu ekranu). To takie upychanie oczywistości na siłę. I powtarzanie się, bo niby czemu nie umieścić katalogu opowiadań i odnośnika do KKB w zakładce LINKI?

Masz niezaktualizowany spis treści – zatrzymał się na czternastym rozdziale.

Mimo wszystko nie rozumiem podstrony o bohaterach – wymieniasz uczniów i grono pedagogiczne. Masz do tej pory szesnaście opublikowanych rozdziałów, a przewinęły się… 53 nazwiska. Jeszcze nie przeczytałam opowiadania, ale zaczynam mieć pierwsze obawy, bo dodałaś w dopisku, że bohaterów będzie przybywać. Mam nadzieję, że był sens ich kreować i odnajdę go w tekście.


PROLOG
– To nie znaczy, że możesz rzucać się na niego z pazurami! – stwierdziła mamusia przez zaciśnięte usta, a następnie wyjęła różdżkę i machnęła w kierunku pozostałości zabawki, które natychmiast stworzyły jedną całość. – Nie da się mówić z zaciśniętymi ustami; już bardziej pasowałoby mi tutaj „przez zaciśnięte zęby”.

(...) jednak mamusia zdawała się nie zauważać, że tak naprawdę chodziło o bezczelność chłopca. Być może ona sama też nie zachowała się miło, nie chcąc pokazać Olivierowi konika, ale Ogórek był przecież nietykalny dla innych. – Z tego wynika, że to mamusia nie chciała pokazać konika Olivierowi.
Lily nie odpowiedziała, tylko pobiegła jeszcze szybciej, czując, jak jej policzki ponownie pokrywają łzy. – Nie pasuje mi tutaj słowo „pokrywają”; użyłabym „zalewają”.

W momencie, kiedy Hugo tracił już nadzieję, że Lily się odezwie, ta stwierdziła:
– Nie mam zamiaru.
– Co? – spytał zdziwiony Hugo.
Wcześniej było wspomniane, że Lily i Hugo byli sami, więc nie musisz w dwuosobowym dialogu podkreślać, kto wypowiedział tę drugą kwestię. Odbiera to lekkość.

– Nie mam zamiaru go słuchać. Ani jego, ani całej reszty. Nie będę płakać i dawać im sasty... satysfakcji. Jeszcze wszyscy się przekonają, co jestem warta – powiedziała hardo dziewczynka, patrząc się w oczy kuzyna, a on zobaczył w nich determinację. – Bardzo dojrzałe słowa jak na pięciolatkę… Hugo widzi w oczach kuzynki emocje; czy naprawdę mamy do czynienia z dziećmi?

Kwestie techniczne – zapisane kursywą Reparo jest mniejsze, chyba ma inny font. Dodatkowo w jednym z wcięć dialogowych wkradł się dywiz.


ROZDZIAŁ PIERWSZY
– Jeśli coś ci przeszkadza, nie będę cię zatrzymywał – stwierdził młody Potter, wpatrując się z rozbawieniem w młodszą siostrę. – Świetnie byłoby po tym zdaniu zakończyć akapit i resztę rozpocząć od nowego wcięcia. Głównie ze względów estetycznych. Długie opisy narracyjne po dialogu wpływają negatywnie na odbiór tekstu.

– Jeśli chcesz, żeby twoja zapchlona miotełka Ervina przeżyła swoją podróż do Hogwartu, radzę zdjąć ci te śmierdzące giry z fotela znajdującego się w moim przedziale – zakomunikowała słodkim głosem Lily. Albus znał ten ton aż za dobrze.
To samo tyczy się sytuacji, gdy pojawia się narracja, która odnosi się do zachowania innej osoby niż mówiąca – każdy z elementów (czyli taką narrację i ewentualnie dalszą wypowiedź) należy składać od nowego akapitu.

Mimo że Ślizgon nie powiedziałby tego na głos nawet podczas największych tortur, musiał przyznać, że jego siostra miała klasę. Potrafiła utrzymać swoje nerwy na wodzy nawet wtedy, gdy w duszy aż gotowała się ze złości. – Przed chwilą krzyczała: „Albus, wynocha stąd!”, więc wychodzi bardziej na niedojrzałą i rozhisteryzowaną małolatę, która nie lubi z wzajemnością swojego brata i dziecinnie się z nim codziennie przedrzeźnia.

Lily Luna Potter była jedną z niekwestionowanych królowych Hogwartu, czy Albus tego chciał czy nie. – Straszna ekspozycja postaci została ukazana tuż przed tym fragmentem, a tym akurat zdaniem potwierdzono wygloryfikowanie główniary. Lily nie zrobiła jeszcze niczego (poza oburzaniem się na brata), dzięki czemu można by jej przypisać taką cechę, a już została okrzyknięta królową. W dodatku brakuje przecinka przed drugim „czy”, tam występuje powtórzenie.

Wiedział również, że siostra może [czas] zranić jego ukochaną Ervinę. Nie sądził, aby była w stanie zrobić to permanentnie, w końcu sama lubiła quidditch (bo jego na pewno nie), ale na jakiś czas zapewne tak. – Te wtrącenie w nawiasie jest okropne. Już od pierwszej sceny prologu wiemy, że rodzeństwo się nie lubi. Da się to wywnioskować z dialogów, z zachowania bohaterów. Nawias tylko psuje wcześniej ładnie wykreowaną relację między nimi, przesadnie ją uwydatniając.

Albus pali papierosy, udaje dojrzałego, ale przekomarza się z siostrą i żegna się „ciao!” – po tej ostatniej kwestii w głowie mam widok jakiejś pierdołowatej cipci zamiast potomka Harry’ego Pottera. Przy okazji tych papierosów – czy to zabieg jednorazowy, by tylko w tej scenie pokazać, że Albus jest palącym, zbuntowanym cynikiem i potem już o tym zapomnisz, czy może zaskoczysz nas i okaże się, że jeszcze kiedyś powtórzy ten incydent? Bo jeśli go wprowadziłaś – miałaś nim coś na celu. Obyś myślała o swoich postaciach przyszłościowo.

Jej świ… przyj… najbliżsi znajomi dawno przyzwyczaili się do różnych jej dziwactw. – Lepiej: jej różnych dziwactw.
We wcześniejszym dialogu brzmiało to bardzo naturalnie i trafnie, ale żeby sama Lily mową pozornie zależną nie wiedziała, jak określić swoich znajomych? To już nie bardzo pasuje.

Kiedy zastanawiała się gorączkowo, co zrobić z Rayanem, drzwi otworzyły się po raz kolejny. Na szczęście zobaczyła w nich posiadacza tak samo wściekle rudych włosów co ona, a nie Changa, który po sierpniowej imprezie urządzonej w jej rodzinnym domu z pewnością musiał uznawać się za jej chłopaka. – Skąd tam jakiś Chang, skoro Cho po Drugiej Bitwie o Hogwart wyszła za mugola? Zresztą ten eufemizm brzmi topornie.

Pomijając tę kanoniczną nieścisłość, ani nie wiemy, kto rudy wszedł, ani dalej nie wiemy, kim jest Chang, ani nie znamy Rayana. W tym akapicie podałaś o dużo za dużo informacji ogólnych i jesteśmy w kropce. Ty masz ten obrazek w głowie i powinnaś go napisać w sposób klarowny dla nowych czytelników.
Na szczęście nieścisłości wyjaśniają się w kolejnych zdaniach, ale nie eliminuje to niesmaku, który zdążył się pojawić.
Strasznie niezgrabnie jest też pokazywać imprezowy charakter bohaterki, kiedy siedzi sobie w przedziale pociągu. Lepiej byłoby przedstawić to sceną imprezy, w momencie, w którym na coś się te informacje czytelnikowi przydadzą. Takie przemyślenia o niej nie są nam teraz potrzebne, burzą tylko scenę i wprowadzają chaos. Jakbyś nie wiedziała, o czym w danym momencie napisać i nie poukładała sobie wcześniej tekstu według kolejności informacji, które mają wypływać wraz z biegiem fabuły.
No ale ktoś wchodzi, tak? I po wejściu rudego nieznajomego jest długo, długo nic, jakieś wspomnienia, z których musimy sobie wyciągnąć wnioski o Lily i dopiero po jakimś czasie ktoś się odzywa. Akcja-reakcja? Nie tym razem.
(To samo tyczy się fragmentów rozmów innych bohaterów – chociażby między Grace-Bob –  ślimaczą się, spowalniają tempo opka, bo między wypowiedziami jest tona opisów. Jak chcesz prowadzić dialog, to prowadź go. Jak chcesz coś opisywać, to po co każesz coś mówić w międzyczasie bohaterom, skoro co chwilę na kilka akapitów przerywa im  narrator?)

Do niektórych nadal nie docierało, że Lily Luna Potter nigdy z nikim nie chodziła i że nie ma najmniejszego zamiaru tego zmieniać. – Czas: miała. I podobnie, chwilę dalej: Normalnie po prostu olałaby kolejnego idiotę, który wyobraża sobie Bóg wie co. – Wyobrażał. Pamiętaj, że jeśli już wybierasz czas, to musisz być konsekwentna. W żadnym razie nie wolno ci mieszać, jeśli nie ma to sensownego uzasadnienia – np. retrospekcja czy pisanie o ogólnikach i danych niezmiennych dla uniwersum (np. Hogwart jest Szkołą Magii i Czarodziejstwa).

Za jej kuzynem weszli kolejno: Alice, Grace, Sharon, Michael oraz Bob, taszcząc ze sobą bagaże i uśmiechając się do niej szeroko. Zmusiła się do wykrzywienia swoich ust w odpowiedzi. – Nieznajoma ekipa weszła tak, jak gdybym znała już wszystkich i mogłabym bez problemu wyobrazić sobie ich po kolei... Nope. To tak nie działa. Dla czytelnika są to nadal tylko totalnie nieznane imiona. W ogóle nie pomagasz mi w wyobrażeniu sobie sceny.

Jak zwykle Bob Patil i Grace Brown wyrazili odmienne opinie. (...) Grace i Bob zgodnie zamilkli i usiedli jak najdalej od siebie. Panna Potter już dawno założyła się z Alice Kingsley o to, kiedy ta dwójka zostanie parą. Bo że tak się stanie, było jasne jak słońce. Widzieli to wszyscy prócz samych zainteresowanych. – Po pierwsze – w mowie pozornie zależnej Lily nie wypowiadałaby się o swoich znajomych pełnym imieniem i nazwiskiem, już raczej jakąś ksywą. Pod tym względem tekst wypada sztywno i nienaturalnie.
+ No własne nie „jak zwykle”, bo zrobili to pierwszy raz. Nawet jeśli zdarzało im się, zanim weszłyśmy w tę historię z butami, to lepiej byłoby nie wypisywać oczywistości, ale pozwolić zauważyć, że dwójka bohaterów ma się ku sobie w myśl powiedzenia „kto się czubi – ten się lubi”. Tu natomiast wyjaśnił to narrator i właśnie z takiej narracji nie czerpie się przyjemności z czytania. Wykładasz wszystko jak na tacy i nikt nie musi wyciągać wniosków z zachowań bohaterów. To samo tyczy się opisu relacji Potter-Kingsley w tym rozdziale. Zamiast pokazać ją sceną, dialogiem – sucho opisał to narrator.

– Nie masz teraz zebrania prefektów, Hugo? – spytała Lily, uznawszy, że nie miało sensu wtrącać się w tę wymianę zdań, za to był sens, by przypomnieć Weasleyowi o spotkaniu. Grace i Bob zgodnie zamilkli i usiedli jak najdalej od siebie.
Podkreślone zdanie powinnaś umieścić w nowym akapicie, znów – zgodnie z zasadą, że zachowanie innego bohatera niż tego, który się wypowiadał, nie należy już do dialogu.

Ślizgonka miała znacznie gorszy charakter od niej samej, była bardziej cyniczna i wyrachowana. – Pozwól ujrzeć to, a nie przedstawiaj tego w narracji, bez potwierdzenia jakąkolwiek sceną, która dawałaby taki obraz bohaterki. Czy czytelnik może łaskawie sam oceniać postaci, czy narrator będzie mu cały czas opinię o nich wkładał do gardła?

Wydaje się, że piszesz te opowiadanie dla grona czytelników, którzy znają kanon, i wymagasz od nich tej wiedzy, bo sama skąpisz jej we wszelkich opisach. Gdyby Rowling pisała w taki sposób podstawę – nikt nie zainteresowałby się powieścią, której nie rozumie. Powieścią, której postaci nie potrafimy sobie wyobrazić. No a niestety FF należy do tych niewdzięcznych gatunków, które mimo popularnego uniwersum trzeba rozpisywać w pełni, jak gdyby nikt nigdy wcześniej o nim nie słyszał. Ale to też nie znaczy, że znający kanon mają ułatwione zadanie – piszesz o nowym pokoleniu HP, więc nawet najwięksi znawcy nie ogarną twoich historii i bohaterów.
Za słabo nakreśliłaś miejsca i gesty, czynności postaci (które by ich przedstawiły inaczej niż ociężała, streszczająca narracja), a za dużo przemyśleń i ekspozycji, które w tym momencie są kompletnie zbędne. To dopiero początek, nie musimy na siłę poznawać wnętrz bohaterów...

– Na brodę Merlina, zaczęło się dwie minuty temu! – wykrzyknął Weasley i jak szalony wybiegł z przedziału, przy okazji omal nie zabijając się o kufer Boba. – Przez dłuższy czas zastanawiałam się, co się zaczęło i dlaczego Weasley krzyczy. Dopiero po chwili zwróciłam uwagę na to, że to odpowiedź na zdanie wypowiedziane kilka akapitów wcześniej. Widzisz… nie ma płynności, bo najpierw postacie coś mówią, potem są wieloakapitowe przemyślenia narracyjne na inny temat i nagle znów powrót do dialogu. Chaos.  

– Naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem nie zostałaś Ślizgonką – stwierdziła Kings,ey, patrząc na Lily. (...) Jednocześnie nie pozwalała jej oczywiście na zbyt wiele, w końcu wszyscy musieli zawsze zdawać sobie sprawę, kto tu rządzi. – Literówka i czas.

Jak mogła się spodziewać, wierna świta wybuchła śmiechem, szczególnie zaś wyróżniał się piskliwy chichot Sharon Grey należącej do Hufflepuffu. Ich reakcja była tak cholernie przewidywalna... – Kolejna postać, która wpadła na jedno zdanie i zniknęła. Jak ją sobie wyobrazić i jak miałaby pomóc informacja, że dziewczyna jest z Hufflepuffu? Potem – fakt – opisujesz relację Sharon-Lily, ale znów (jak w przypadku Potter-Kingsley) opisem. Czytelnik poznaje bohaterów na siłę. Według narratora główna bohaterka spotyka swoich znajomych i nienaturalnie, za pomocą suchej narracji dopowiada sobie o nich w głowie ciekawostki, które przecież powinna znać... Nikt w myśli nie charakteryzuje przed samym sobą swoich znajomych, jak gdyby widział ich pierwszy raz w życiu! W opowiadaniu tym bardziej wydaje się to być metodą opisywania bez wyczucia, byleby czytelnik na szybko dowiedział się, kim te postacie są i jaką będą za chwilę pełnić funkcję w tekście – by potem nigdy do tego nie wrócić; mamy więc teraz raz na zawsze zapamiętać, kto jest kim. Gdy widzę taki system, to reaguję odwrotnie – nie skupiam się przesadnie, bo wieje nudą.
Kolejny przykład z tego rozdziału: relacja Lily-Grace – dokładnie ta sama metodyka. Tylko czekać na następny opis innej postaci. Od połowy forma rozdziału jest przewidywalna. Naprawdę sądzisz, że charakteryzowanie raz za razem następnych bohaterów (chociaż ledwo zdążyliśmy już poznać ich kilku) to dobry pomysł? Bo w wyobraźni namnożyło się nazwisk, ale twarzy niekoniecznie.

Dodatkowo rozdział pełen jest dopowiedzeń narracyjnych na temat głównej bohaterki. Coś w stylu: królowa jest tylko jedna; ludzie muszą wiedzieć, że Potter ukazuje wspaniałomyślność wobec tych, którzy nie zrobili jej nic złego; jaka ona wielka, cudowna, a przy tym zimna i ma wianuszek fanów.
Och i ach. Taka ekspozycja działa na niekorzyść postaci. Nie chodzi o to, że kreujesz złą bohaterkę, po prostu źle uwydatniasz jej cechy, a nie dostaliśmy jeszcze żadnego dowodu na to, że ona faktycznie taka jest. Do tej pory dużo mówi o niej mowa pozornie zależna. A co poza tym?

Po wprowadzeniu strzępków informacji o relacji Lily-Grace nagle przechodzimy do tego, dlaczego Lily nie jest w Gryffindorze, a potem jakimś magicznym cudem nienaturalnie cofamy się do przeszłości Marcusa Henrica Janviera. Jego nicnierobienie prezentuje nam narrator. Nie uczestniczymy w żadnej scenie, po prostu musimy przyswoić kolejne informacje rzucone w cholernie nudny sposób. Spójrz:

Gdy tydzień temu, osiem dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, przedstawiciel rodów Janvier ogłosił przy kolacji, że przeprowadzają się pod Londyn, tylko on, Olivier, wykazał wkur… niezadowolenie. Matka kręciła z niedowierzaniem głową, a następnie zaczęła płakać i śmiać się na przemian. Z pewnością dostała wtedy od męża pierwszy od wielu lat prezent, który ją ucieszył. Erneste Janvier pochodziła bowiem z jednego z najznamienitszych rodów brytyjskich, Blacków, i tęskniła za ojczyzną bardziej, niż kiedykolwiek byłaby gotowa się przyznać. Choć może miało to związek z tym, że pragnęła mieć więcej swobody, a mieszkanie w Londynie z pewnością ułatwiłoby jej częstsze spotykanie się z rodziną i większą możliwością pooddychania innym powietrzem niż tym zatrutym przez obecność małżonka.
Matka nigdy nie powiedziała na ojca ani jednego złego słowa. Za to właśnie Olivier czuł do niej ogromny żal. Odkąd dwa lata temu dowiedział się, że jego rodzicielka była doskonale świadoma licznych zdrad Janviera i nic z tym nie robiła, przestała stanowić dla niego wzór do naśladowania, choć nie potrafił jej za to znienawidzić.

Ułatwiłoby jej większą możliwością? Coś namieszałaś w podkreślonej części. Może: ułatwiłoby jej częstsze spotykanie się z rodziną i dałoby większą możliwość pooddychania innym powietrzem (...) ?

Piękny i poprawny styl literacki, urozmaicone słownictwo, a jednak takie fragmenty są jak – parafrazując Adasia – świątynia, w której nie ma Boga. Nie ma „tego czegoś”. Dlaczego? Ano zastanówmy się.
Tydzień temu, odkąd dwa lata temu… (czy zdanie podkreślone naprawdę jest istotne? A może lepiej je pominąć dla wygody czytelnika? No i skoro jest pierwszy września, a akcja miała miejsce tydzień temu, to wiadomo, że mowa o siedmiu dniach) przeskoki przeskoków, przemyślenia, opisy. Nadmiar informacji. Stagnacja. Tak wygląda większość rozdziału, mam nadzieję, że następne trochę odbiją od tego męczącego szablonu. Czytelnik chce wiedzieć… chce poznawać bohaterów, chce uczestniczyć w ich życiu, chce przyswajać nowe informacje o nich, ale niekoniecznie w tak spłycony sposób. Niby coś się dzieje, ale nie dzieje się nic. To pierwszy rozdział, coś powinno już się kreować, a postacie ożywać. A bardziej wciągający był prolog, naprawdę. Tam była konkretna, mocna scena!

Mam jeszcze jedną uwagę odnośnie działania imperatywu narracyjnego. Z trzy-cztery, jak nie więcej razy w tym rozdziale mają miejsce niewiadome... Należy przy tym podkreślić, że operujesz narratorem wszechwiedzącym pomieszanym z mową pozornie zależną z perpektywy różnych bohaterów i robisz to na przykład tak:
Niezależnie od powodów nie chciała go teraz widzieć na oczy ani tym bardziej się do niego odzywać. (...) nie zamierzała tolerować zachowania Brown w momencie, w którym z niewiadomego powodu zaczęła rozmyślać nad swoją relacją z Hugonem.
Wymijanie tematu, zgrabne ucieczki od nasuwających się automatycznie pytań nie są rozwiązaniem na medal. To po prostu zostawianie czytelnika samemu sobie. Poza tym, że akurat w tych przykładach akcja zaraz pójdzie w przód i nikt do tych fragmentów nigdy nie powróci. Po co w ogóle więc poruszać teraz taki temat i udzielić informacji szczątkowej?

Już w pierwszym rozdziale rzuca się w oczy też brak opisów otoczenia. Dużo dialogów, dużo opisów postaci tudzież narracyjnych retrospekcji. A gdzie w tym wszystkim świat?


ROZDZIAŁ DRUGI
Wpis zaczyna się monologiem Hermiony – nauczycielki Transmutacji i opiekunki Ravenclawu – na temat owutemów. Ktoś nijak niezwiązany z uniwersum nie będzie miał pojęcia, o czym mówi profesor Weasley.

Masz talent do opisywania relacji międzyludzkich, przy okazji zręcznie wplatając w nie opisy przemyśleń głównej bohaterki, ale mimo wszystko co za dużo – to niezdrowo. Tak się to mnoży, że znów popadasz w przesadną ekspozycję:
Lily nie zamierzała być gorsza niż Smith, więc skupiła się na słowach ciotki, choć nie notowała prawie nic. Nie potrzebowała głupich zapisków, żeby coś zapamiętać. Wiedziała, że jeśli zajdzie taka potrzeba, zawsze będzie mogła pożyczyć zeszyt od Patricka. – Nie lepiej byłoby, gdyby narrator skupił się na opisie czynów, wydarzeń, gestów postaci? Wnioski o tym, że główna bohaterka jest utalentowana i nie musi notować, by pamiętać lekcję, warto byłoby wynieść ze sceny, w której nie notuje, by na następnej lekcji wszystko umieć i być przygotowaną. Czy to nie byłby lepszy obraz ukazania jej geniuszu w tej dziedzinie? Czy Rowling też relacjonowała tak sucho: Hermiona była dobrą uczennicą, miała ogromny zasób wiedzy, lubiła się nią popisywać? Nie. Wynikało to z czynów bohaterki i tego, co czytelnik mógł sobie o niej wyobrazić za pomocą czegoś więcej niż narracji. Forma kreacji bohaterów leży i kwiczy, mimo że używasz poprawnie rozbudowanych zdań, masz bogate słownictwo i widać, że rozwijasz swój warsztat.

– Musisz zrobić elipsę, a nie koło – (...) Sama nie wiedziała, dlaczego akurat dzisiaj postanowiła zabrać głos.
Jej słowa przypomniały mi młodą Hermionę, a dalszy dopisek – wspomniany już wyżej imperatyw opkowy, czyli bohater robi coś, w sumie nie wiadomo dlaczego, chociaż opisuje to Wszechwiedzący. Byleby pasowało. No ale jakoś trzeba kopnąć fabułę w przód…

Przy okazji, zwróć uwagę, jak na gifie Hermi przewraca oczami. Wczuj się w swoje postacie i zacznij opisywać, jak zachowują się, gdy wypowiadają słowa. Jaką mają mimikę, jakie gesty wykonują. To tchnie więcej życia w sucho opisanych bohaterów.

Wciąż za długie opisy umiejscawiasz w dialogach, nawet gdy zmienia się podmiot – nie zaczynasz nowego akapitu. To tworzy ścianę tekstu, która powoli wykańcza oczy:
– Wiem, że nie ze mnie, Lily. I o to właśnie chodzi – przerwał Weasley, patrząc na nią zimno, i odszedł. Lily zdziwiło to na tyle, że aż przystanęła. Owszem, potrafiła powiedzieć podobne rzeczy do ludzi(...)
Co gorsza, robisz ten błąd nawet bez dialogów – naucz się stosować poprawnie akapity. Otwórz sobie dowolną książkę i zwróć uwagę na wcięcia.

Jeżeli już tworzysz scenę i prowadzisz ją w całości (jak na przykład czarowanie królików), to wynik końcowy jest naprawdę dobry i satysfakcjonujący. Masz niesamowity potencjał, silne opisy, które pozostają w wyobraźni. Niestety nadal wykorzystujesz to głównie na męczenie ekspozycji:
Owszem, potrafiła powiedzieć podobne rzeczy do ludzi, aby zranić bezpośrednio ich, ale teraz mówiła to tylko dlatego, aby dopiec Helenie. – I po co pisać takie coś? Nie możemy inaczej domyślić się, że Lily to ruda wredota? Z resztą to, że chciała dopiec Helenie, wynikało z jej postawy na zajęciach i słów wypowiedzianych w dialogu, więc po co dopowiadasz kolejny raz to, co stało się logiczne? Boisz się, że czytelnik sam nie wyciągnie wniosków? Takie przesadne naświetlanie cech charakteru jest okropnym nawykiem. Pozbądź się go i zacznij pisać dla tych, którzy nie mają problemu z czytaniem ze zrozumieniem.

Mimo że nie przepadała za tym przedmiotem, cieszyła się z możliwości obgadania z Alice tego, co stało się na transmutacji. – Dokładnie ten sam przykład jak wyżej. Jej niechęć do eliksirów czytelnik zobaczyłby oczami wyobraźni, gdyby bohaterka skrzywiła się, coś mruknęła pod nosem, westchnęła zmęczona lub ostatecznie powiedziała komuś, że ich nie lubi – to i tak strasznie łopatologiczny sposób na pokazanie osobowości postaci. Ty wybrałaś ten, który jest jednak jeszcze bardziej banalny, oklepany i nudny – po prostu o tym poinformowałaś narracją.

(...) wyjął telefon z kieszeni, ten wydobył z siebie serię kilku pisków i wyłączył się z trzaskiem. – Pewnie się czepiam, ale jeszcze nie widziałam telefonu komórkowego, który wyłączałby się z trzaskiem. Można trzasnąć klapką, gdyby był to właśnie taki model. Ale samo w sobie wyłączanie urządzenia raczej jest ciche.

Gabinet tej całej McGonagall robił, co prawda, wrażenie swoim wystrojem, zawartością i wielkością, co dokładnie wyraziła jego siostra(...) – siostra jego, czyli tego gabinetu, który pełni funkcję podmiotu. Zbędne „swoim” – logika.

Wstawki przemyśleń Oliviera na temat Brytoli są świetne. Dodają humoru, wywołują delikatny uśmiech i sprawiają, że chce się czytać dalej. Do tej pory jest to najbardziej charakterna postać. Nie czuć wokół niej tak silnej ekspozycji, poznaje się chłopaka przez mowę pozornie zależną i jest dużo mniej chaotycznie, gdyż akapity są krótsze i łatwiej odróżnić narrację główną od myśli bohatera, dlatego nie bój się korzystać z akapitów jeszcze częściej:

Sprzeczkę pomiędzy obrazami przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Postacie na portretach momentalnie zamilkły, a część wróciła do udawania pogrążonych we śnie. Oczywiście dyrektorka musiała wejść akurat w takim momencie, aby przerwać coś, co zapowiadało się na całkiem dobrą zabawę, no i zamknęło jego siostrze usta. Do kolejnych minusów Anglików należał najwyraźniej brak wyczucia czasu. A może tyczyło się to tylko McGonagall?
Widzisz, podkreślony fragment to narracja główna, na której opierasz swoje opowiadanie (bo niby skąd Oliver wiedziałby, że postacie na obrazach udają, skoro widzi je pierwszy raz?), natomiast kolejne zdania są już narracją personalną Oliviera, ale przejście jest słabo wyraźne. Może lepiej zapisuj taką mowę pozornie zależną kursywą lub z pomocą cudzysłowu – opisując myśli w pierwszej osobie liczby pojedynczej? Albo zacznij rozgraniczać różnice między narracjami za pomocą chociażby akapitów. Łatwiej będzie połapać się w tekście.

Genialna była sprzeczka obrazów. Scena ukazuje klimat Hogwartu i dzięki niej czytelnik łatwiej odnajduje się w gabinecie dyrektorskim. Wyobraźnia zaczyna działać.

Sam nie miał pytań, na które profesorka mogłaby odpowiedzieć w zadowalający go sposób, więc postanowił się nie odzywać, tylko nadal wpatrywał się obojętnie w profesorkę.

(...) gdyby Chang nie został kapitanem drużyny Krukonów, nawet nie splunęłaby na niego. – Czyli jeśli on jest kapitanem, to Lily spokojnie może to zrobić? Po co miałaby pluć? Ja wiem, że chciałaś podkreślić interesowność Lily (i byłoby tak, gdybyś napisała: nawet nie spojrzałaby na niego), ale z tym spluwaniem przesadziłaś i stała się dodatkowo smarkatą prostaczką, a to chyba nie było w twoim zamyśle.

Jak mogła umieścić kogoś tak dennie głupiego w Ravenclaw? – Czy istnieje jakiś rodzaj niedennej głupoty? Świetna głupota? Rewelacyjna?

Potter nie wiedziała, której ze swoich rówieśniczek nienawidziła mocniej – Amandy czy Heleny – ale nawet się nad tym nie zastanawiała. Wiedziała jedynie, że to inny rodzaj uczucia. Nienawiść do Smith była dość bolesna, przynajmniej w przeszłości, zaś ta do Krukonki – ostra oraz pełna wściekłości, podżegana przez Zabini i jej kampanię praktycznie cały czas. – Lily nie zastanawiała się nad tym, o czym narrator zrobił nam wywód… ech.

Lily jednak większą uwagę zwróciła na chłopaka. Wysoki i szczupły nastolatek o ciemnych, niemal czarnych, bujnych włosach miał pochmurny wyraz twarzy, jednak podobnie jak dziewczyna, która musiała być z nim spokrewniona, patrzył się prosto przed siebie, jakby nie zauważał wpatrujących się w niego uczniów. Potter podobało się zachowanie nowo przybyłych, choć jednocześnie nieco ją zatrważało. (...) Jego tęczówki, mimo że nie mogła dostrzec ich koloru, zdawały się bić jakimś blaskiem i siłą, która ją przerastała. Wyczuła w nich zaciętość i ogromną pewność siebie. – Ough… no tak. Kilka linijek różnicy, a lekkie zatrwożenie zmieniło się w siłę, która przerosła główną bohaterkę. A co ten chłopak jest, kurde, jakiś arcymag, że bije z niego taka aura? Nie czuję klimatu tej sceny, bo w czasie zwykłego przejścia przez korytarz tyle emocji pojawiło się w tekście, że obraz stał się przerysowany. Przypomina mi się filmowa scena z Czary Ognia, gdy laseczki z Beauxbatons szły przez Wielką Salę, wywołując podobne reakcje (zaraz po nich analogicznie było z uczniami z Durmstrangu). Tylko że tam słychać te reakcje – westchnięcia, widać ekscytację. Tutaj opisuje wszystko narrator, bohaterowie zawiesili się w czasie i przestrzeni. Omijasz wyrazy twarzy, gesty, OPISY. Skupiasz się tylko na przerysowywaniu wnętrza Lily, co sprawia, że historia powoli staje się nieznośna, tym bardziej, że główna bohaterka to wredota.

Pełna napięcia obserwowała, jak dwójka nastolatków dochodzi do stołu nauczycielskiego – dochodziła.

Rozmowa z tiarą na plus. Bardzo naturalna, niewymuszona ukazuje przez dialog charaktery bohaterów – tiara została tiarą, którą wszyscy dobrze znamy i kochamy. Natomiast Olivier przedstawił się jako niecierpliwy, niezainteresowany i… normalny. Ludzki. Niewyeksponowany. O taką kreację bohaterów prosimy częściej. Tym bardziej, że nie skupiłaś się tylko na rozmowie. W grę wchodziło też tło – wkurzona Lily, podekscytowani uczniowie… czuć, że jest się wśród nich.


ROZDZIAŁ TRZECI zaczyna się tak:
Pokój wspólny Gryfonów był kompletnie pusty; jak zwykle o tej porze. Musiał przyznać, że właśnie taki lubił najbardziej. – W drugim zdaniu rolę podmiotu domyślnego przejął pokój, który jest wykonawcą czynności wyrażonej orzeczeniem „być” w pierwszym zdaniu. To nie brzmi dobrze, w dodatku jest błędem leksykalnym.

„Na szczęście jej wtedy nie było, nie mogła więc tego usłyszeć”. To zdanie jest wsunięte między mowę pozornie zależną Hugo a narrację główną narratora wszechwiedzącego. Jej kursywą jest wyszczególnione chyba dla tych mniej kapujących czytelników… nie nastawiaj się na takich. Po prostu pisz tak, aby każdy wszystko mógł zrozumieć. Jeżeli te JEJ jest takie ważne, to podkreśl je w inny sposób – mniej dosadny. Zapisuj na przykład całość myśli bohaterów kursywą. Wtedy będziemy wiedzieć, że Hugo myśli o jakiejś kobiecie, ale nie musi wypowiadać jej imienia do samego siebie w myśli, bo przecież ją zna, ma jej obraz w głowie. Ma prawo myśleć o niej „ona”. To w czytelnika interesie będzie się domyślać i czytać dalej, by upewnić się w domysłach. Dalej też ma to miejsce: „(...) wolałaby, gdyby zakomunikował jej, że miłością jego życia jest Amanda Zabini, a nie ona”. Pisanie samej „onej” kursywą jest mało subtelne i okropnie oklepane, na dłuższą metę irytujące. Czuć na siłę prowadzoną tajemnicę.

Zegar nad kominkiem wybił właśnie piątą pięćdziesiąt, więc miał jeszcze siedem minut, żeby założyć pelerynę. – Zegar w pelerynie… tego jeszcze nie grali.

Wiedział, jak ważna dla Lily była szczerość. Nienawidziła kłamstwa, obłudy, choć czasem miał wrażenie, że dziewczyna nie do końca dobrze określa te pojęcia, że sama znajduje w nich ukojenie. – Określała, znajdowała.

Nie chodziło nawet o to, że przed tak wspaniałą, inteligentną i piękną dziewczyną każdy mógłby zrobić z siebie głupka, a już na pewno ktoś posiadający wrodzonego pecha. – Drugi raz już pojawia się wstawka o tym wrodzonym pechu, ale nikt jeszcze ani razu nie udowodnił w scenie, że Hugo jest pechowy. Do tej pory narrator i sam Hugo tak tylko mówią na dzielni…

Dlatego właśnie nie tylko Lily nie mogła się dowiedzieć, ale i jego marzenia nie mogły się ziścić, nawet jeśli miałyby na to jakąkolwiek szansę. Lecz i tak nie miały. Hugo zdołał się z tym jakoś pogodzić. Dziewczyna, w której się zakochał, nie zwracała na niego specjalnej uwagi. Czasem z nim rozmawiała, owszem, głównie na temat opieki nad magicznymi stworzeniami, którą oboje uwielbiali, jednak były to dość krótkie konwersacje. Traktowała go jak zwykłego znajomego i właściwie ułatwiało to jego przyzwyczajenie się do myśli, że nigdy nic z tego nie wyniknie.
Jeśli pogrubiona część jest nazwą przedmiotu szkolnego, to powinnaś rozpocząć człony wielkimi literami.

Nie widziałam jeszcze ani jednej takiej rozmowy, a już czytam o tym, że bohater się w kimś zakochał i wybranka jego serca niczego nie odwzajemnia. Gdzie i kiedy ta relacja się budowała i dlaczego tak chamsko mnie to ominęło? Skoro dopiero zaczyna się rok szkolny, masz piękną bazę do zbudowania tej relacji od początku, przedstawiając te rozmowy… Gdybyś ukazała też reakcję bohaterki, bardziej wczułabym się w uczucie towarzyszące Hugonowi – byłabym wtedy świadkiem rozwoju tych uczuć. Teraz nie robi to na mnie wrażenia, czytam o tym z taką samą mimiką, z jaką poznaję tablicę kalorii w McDonaldzie na odwrocie ulotki z tacki. Zapoznaję się z jakimś tematem. Nie przeżywam tego opowiadania z takim zapałem, bo dajesz mi w postaci narracji ważne informacje, ja się mam z nimi sucho zapoznać i iść dalej z tekstem… Nie ma w tym tego, co w pisaniu opowiadania trzecioosobowego jest najważniejsze – nie ma scen. Nie ma akcji – Hugo przez DZIEWIĘTNAŚCIE akapitów wstaje z łóżka i ubiera pelerynę-niewidkę, myśląc o jakiejś ONEJ i wspominając stare czasy.
Przy okazji kilka razy pomieszałaś mowę pozornie zależną bohatera z narratorem wszechwiedzącym. Wciąż powielasz te same błędy, co robi się bardzo męczące dla czytelnika.

(...) Hugo Weasley sięgnął w kierunku peleryny, jednak dokładnie w tym momencie usłyszał kroki. Przerażony podskoczył; jednak paranoja miała swoje uzasadnienie.

– Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć, więc postanowiłem przejść się przed śniadaniem i zobaczyć… eee… zamek – wytłumaczył nowo przybyły. – Przed sekundą prowadziłaś narrację mową pozornie zależną z perspektywy Hugona. I to przez prawie dwadzieścia akapitów. Dlaczego nie wiemy, kto wszedł? Kolejna sztucznie podtrzymywana tajemnica? To tak nie działa! Postać zdążyła wejść, powiedzieć coś, zaśmiać się. Nie mogę wyobrazić sobie jej twarzy, jej głosu, chociaż i Hugo, i narrator wszechwiedzący, do którego czasem wracasz, ją znają… Czytelnik nie ma takiej wiedzy, musisz o tym pamiętać.

Od razu poczuł więc sympatię do Francuza mimo nieprzychylnej uwagi chłopaka na temat Hogwartu, jak również faktu, że poprzedniego dnia nie wydał mu się zbyt serdeczną osobą. Kiedy razem z pozostałymi chłopakami wrócili z kolacji do dormitorium, Janvier praktycznie od razu zamknął się w łazience, a potem poszedł spać. Ledwo co się im przedstawił. Hugo podejrzewał jednak, że nowy Gryfon mógł być po prostu zmęczony.
Chwilę temu czytałam streszczenie z retrospekcji o tym, jak Hugo co dwa dni podglądał Helenę. Jeszcze wcześniej były retrospekcje ze wspólnych zajęć transmutacji… i tak dalej, i tak dalej. Teraz retrospekcja relacji Hugo-Olivier. Czy całe opowiadanie to jedna wielka retrospekcja? Ciągłe streszczanie czytelnikowi tego, co miało miejsce wcześniej, zapisane nawet najładniejszymi i najpoprawniejszymi zdaniami, nadal nie jest dobrym sposobem na opowiadanie. Trzecioosobowe opowiadanie bez scen zawsze będzie na swój sposób kalectwem.

– No tak, to pewnie dość trudne, zmieniać szkołę w połowie edukacji. Nie wyobrażam sobie, że miałbym uczyć się gdzieś indziej niż w Hogwarcie. – Na samą myśl Hugo aż zadrżał. – Dziwne, drżeć na myśl o jakiejś odległej idei, która nigdy nie będzie mieć miejsca. Myślę, że zdrowo rozumujący ludzie tak nie robią.

(...) zakomunikował Weasley, a jakiś tęgi jegomość z jednego z obrazów zaczął na niego krzyczeć. – Ani przed tym, ani po tym tekście tego krzyku nie było słychać. Ta informacja jest zbędna, skoro nie mogę się w nią wczuć. Jak gdyby nie miała miejsca. Jeśli piszesz, że ktoś krzyczy – niech ktoś krzyknie faktycznie! Buduj żywe tło. Udowadniaj, nie streszczaj! Show must go on!

Niektóre zbroje też są zmienne, ale akurat ta zawsze pozostaje taka sama. Ma charakterystyczną przyłbicę, widzisz? Uszkodzoną po lewej stronie oczodołu. Za nią musisz skręcić w prawo, żeby wyjść na klatkę schodową prowadzącą do wschodniego skrzydła zamku – (Hugo strasznie dużo mówi jak na człowieka, który jest niespokojny, zestresowany, niepewny) Chcesz się dostać na wschodnie skrzydło? Nic prostszego! Za przyłbicą w prawo!

W końcu to nie wina Weasleya, że ta szkoła miała beznadziejne zasady. – Szkoła nie może mieć zasad. To nie jest jednostka myśląca i nadająca sobie je sama. Na terenie szkoły ewentualnie mogą jakieś prawa obowiązywać.

(...) nie sprawiał wrażenia, że śmieszy go francuski akcent, a Janvier aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że jego wymowa w języku angielskim pozostawia wiele do życzenia. – W ogóle nie słychać problemów porozumiewawczych i błędów językowych w wypowiedziach Oliviera. Do tej pory mówi superpoprawnie. Używa nawet trudnych słów (np. „skomplikowany”) albo poprawnych skrótów przedmiotów… jedno opisuje narrator, a drugie niby wychodzi z postaci.

Och, nie uważał Weasleya za swojego kumpla, przynajmniej nie tak szybko. Nie sądził, żeby w kraju Wiecznego Deszczu mógł nawiązać jakiekolwiek przyjaźnie, ale przecież nie zamierzał być odludkiem. Wręcz przeciwnie, Olivier postanowił, że zmieni tę szkołę, jeszcze nie wiedział jak, ale tak właśnie brzmiało jego postanowienie. – Świetnie. A teraz badamy wnętrze Oliviera. Bez żadnego trudu, bez oporu narrator opisuje nam CELE jednego z głównych bohaterów. Chciałabym, by w życiu prawdziwym ktoś po cichu podpowiadał mi, co inni mają w głowach… opisywał mi to i mówił, co chcą osiągnąć. Wtedy nie musiałabym zadawać sobie trudu, by poznawać tych ludzi. Nie zadaję sobie tak samo trudu z poznawaniem twoich bohaterów. Nie muszę. Oni, na bora zielonego, robią to sami, tak bez powodu… To przykre.

Emma spojrzała na Lily zdziwiona, najwyraźniej próbowała analizować, dlaczego Potter sprawiła jej komplement.
Żałosne.
Zabini oczywiście zrozumiała intencję swojego największego wroga.
– Och, Potter, nie musisz być zazdrosna tylko dlatego, że zdajesz sobie sprawę, że ktoś taki jak on nawet na ciebie nie spojrzy.
Fioletowe fragmenty to coś, co czytelnik może sam wywnioskować z reakcji bohaterek. Zupełnie zbędne. Analizowanie myśli bohaterów to zadanie dla czytelnika, nie narratora! Nie podpowiadaj przesadnie.
Oczywiście – jak gdyby nie mogło być innej opcji, jak gdyby Lily nie mogła się pomylić, a Zabini nie mogła wypowiedzieć się w inny sposób. Najpierw uprzedzasz, co się stanie, potem się to dzieje i dostajemy na to dowód. Nie podoba mi się ten sposób.

Ostatecznie postanowiła zdecydować się na poruszenie tego tematu lub ominięcie go w trakcie konfrontacji z chłopakiem. Być może będzie warto poruszyć to od razu, a może wręcz przeciwnie, zostawić to jako argument na później, as w rękawie?

Tylko że przeciętność była tak bardzo przerażająca pod każdym innym względem, że nie chciała nawet myśleć o tym pojęciu. – Brak drugiego podmiotu w zdaniu, przez co mamy myślącą przeciętność.


ROZDZIAŁ CZWARTY
(...) denerwowało ją, że Weasley jak gdyby nigdy nic stoi obok Francuza, choć wiedziała, że to z jej strony dość irracjonalne uczucie. – Stał.

(...) co według niej powinien spróbować na śniadanie. –  Czasownik próbować łączy się z dopełniaczem (kogo? czego?).

Ted Lupin, stwierdziłby, że znowu nie potrafiła odróżnić grzeczności od niezdrowej fascynacji, a ponadto za szybko szufladkowała ludzi. (...) Znał ją zdecydowanie za dobrze, jednak nigdy tego nie wykorzystywał, co równocześnie ją fascynowało, jak i radowało. (...) Postanawiając chwilo odpuścić Grey nadmierną fascynację Olivierem, który zgodnie z jej oczekiwaniami okazał się frustrujący, jednak przeciwnie do nich niebezpiecznie bystry, panna Potter postanowiła ukrócić tę, w jej mniemaniu, bezsensowną rozmowę. – Mimo że między tymi słowami jest po kilka zdań przerwy, to jednak fascynacja rzuca się w oczy za mocno.

(...) razem z nią do poszczególnych stolików udali się Sharon, Megan, Mary i Peter. Panna Potter udała, że nie usłyszała cichego śmiechu Janviera. Śmiechu, który nie dość, że dodatkowo ją pogrążał, był naprawdę przyjemnym dla ucha dźwiękiem. – Przyjemnym ogólnie dla wszystkich, dla samej Lily czy dla narratora wszechwiedzącego? Dla niektórych czytelników może to być subtelna wzmianka o tym, że koniec końców w opku Olivier i Lily będą razem. Tak. Właśnie tak to wygląda. Dla mnie natomiast nie ma to nic wspólnego z subtelnością. Raczej to taki strzał w pysk – deux ex machina – wszystkie akapity udowadniały starcie między głównymi bohaterami (te, swoją drogą, ujęło mnie, było interesujące) a na końcu – właściwie nie wiadomo po co – taki oto dopisek nagle się pojawił. Co miałaś na celu?

– Czyżby? – zapytał dziwnym tonem, jednak nie kontynuował swojej wypowiedzi, a Hugo wolał się nie dopytywać, co Olivier miał na myśli. – Wy naprawdę się przyjaźnicie, nie chodzi tylko o rodzinę, co? – Piszesz, że Olivier nie kontynuował, ale dodał coś do wypowiedzi, więc kłamstwo.
To, że Hugo nie dopytywał się dalej, wynika natomiast z tego, że rozmowa się skończyła. Czytelnik sam będzie wyciągał wnioski. Poradzi sobie.
Dodatkowo: jak wyobrazić sobie „dziwny” ton głosu?

– Tak, przyjaźnimy się. A to, że jesteśmy rodziną, mogłoby tylko zaszkodzić naszej relacji. Jedną z najbardziej zwalczanych przez Lily osób jest jej rodzony brat, Albus.
Zastanawia mnie bieżąca postawa Hugona. Od samego początku był największym przyjacielem Lily, trzymał jej stronę, dotrzymywał jej tajemnic. Byli bardzo blisko, ich relacja według narratora to podobno przyjaźń w najczystszej postaci. A tu nagle w Hogwarcie dopiero co pojawia się jakiś tam Olivier i Hugo jakby nigdy nic opowiada mu takie rzeczy… tym bardziej, że był świadkiem pierwszego spięcia z Lily w czasie śniadania.

Nawet zadzierająca nosa Lily Potter całkiem mu się podobała, choć nie należała ona do typowych piękności. – Całkiem czyli całkowicie czy stosunkowo? Słowo to w tym kontekście może mieć dwojakie znaczenie. „Ona” zbędne.

Siadając na jedynym wolnym krześle, obok wyjątkowo chudego chłopaka, który musiał należeć do Ravenclaw, gdyż nie dzielił z nim dormitorium(...) – Ravenclawu. Chociaż akurat Ravenclaw czyta się nadal bez odmiany, to w formie pisanej nazwy wszystkich domów są jak najbardziej odmienne. No i to, że bohater nie dzielił dormitorium, nie jest wystarczającym powodem, by podejrzewać go o przynależność do Ravenclawu. Są jeszcze trzy inne domy...

„Nie wiedziała, dlaczego mu zaufała, szczególnie skoro przeżyła na własnej skórze tamte wydarzenia”. – Pamiętasz uwagę odnośnie pisania „ona” kursywą? Tutaj to samo dzieje się, dobitnie podkreślasz wagę TAMTYCH wydarzeń.
Do końca tego rozdziału ma miejsce już tylko i wyłącznie przesadna ekspozycja wnętrza bohaterki – opis potężnego bólu psychicznego, z którym się mierzy; dodatkowo dowiadujemy się o prawdopodobnym zakochaniu... już samo to, że przez ponad dziesięć akapitów ani razu nie pada imię bohaterki, czytamy tylko o jej wnętrzu – to absurdalne. Poznaję kogoś od dupy strony; od środka, a nie wiem, o kim w ogóle mowa… podejrzewam, że miał wyjść ciekawy zabieg literacki. A wyszedł mindfuck:
W końcu mimo wszystko należała do Homo sapiens, istot społecznych, potrzebujących bliskości, zrozumienia… [zbędna podwójna spacja]  Tamto lato stało się początkiem prawdziwej przyjaźni. (...) On za to znał jej imię, w końcu mieli razem większość zajęć. Ba, czasem nawet rozmawiali, szczególnie na temat opieki nad magicznymi stworzeniami. Mimo to jej zauroczenie właśnie nim okazało się znacznie gorsze niż marzenia o Jamesie.
Nie dość, że silniejsze, to jeszcze mniej prawdopodobne do spełnienia.
Nie rozumiała wrodzonej tendencji do samodestrukcji.
Nie rozumiała, czemu wpatruje [czas] się właśnie w jego plecy, zamiast zająć się pisaniem wypracowania na eliksiry”.
Ależ ta końcówka była nudna. Nic się nie wydarzyło. Ekspozycja goni ekspozycję. Zabijasz własne opowiadanie.


ROZDZIAŁ PIĄTY zatytułowany jest Wspomnienia. Tych wspomnień w każdym rozdziale jest dość dużo. Kolejna retrospekcja? No błagam…
Naprawdę pół rozdziału musiałaś zapisać męczącą wzrok kursywą tylko dlatego, by podkreślić, że opisałaś retrospekcję? Przecież narrator robi to wielokrotnie i bez niej. Ough. Ach, i przy okazji. Zacznij publikować rozdziały z większą interlinią, czyli odstępami między wersami. Jako że notki masz długie, poprawi to estetykę bloga, a czytelnicy na pewno będą ci wdzięczni.

W całym poście pomieszały ci się akapity. Mają różnoraką długość. Część wstawiłaś za pomocą spacji zamiast tabulatora.

Kilka miesięcy dzielących ją do rozpoczęcia nauki w Hogwarcie wydawało się wiecznością. – Od.

Staruszka szybko pokazała dziewczynce, jak piec, zarówno chleb, jak i ciasta. – Drugi przecinek zbędny.

W tej jednej kwestii Lily nie do końca wierzyła pani Grandmoor – jakoś nie chciało jej się wierzyć, by Albus mógł ją chociażby lubić.

Sąsiadka stała się również najlepszą przyjaciółką dziewczynki. – Naprawdę, bardzo trudno było to wywnioskować po czternastu akapitach wychwalania jej pod niebiosa… To takie odkrywcze wśród zdań: Jednak to najmłodsza latorośl państwa Potter, Lily Luna, pokochała staruszkę całym swoim małym serduszkiem i to ona odwiedzała ją zdecydowanie najczęściej. (...) Pani Grandmoor szybko stała się dla małej Potter wzorcem we wszystkim. (...) Pani Grandmoor szybko została niezaprzeczalnie najważniejszą osobą w życiu Lily, kimś niosącym bezpieczeństwo, mądrość, szczęście oraz ostoję, kimś niezmiennym i zawsze obecnym.
Nie pisz o oczywistościach – jeśli dajesz dowody na to, że były one sobie bliskie, to takie zdania tylko niepotrzebnie akcentują logiczne dla czytelnika fakty. Lejesz wodę i chcesz nas wszystkich utopić w morzu tautologii.

Lily odwiedzała sąsiadkę codziennie. Raz zdarzyło się, że nie zastała jej w domu, więc bohaterka weszła do środka i przeszukała wnętrze, włamując się nawet do sypialni. Ostatecznie, gdy nie znalazła niczego interesującego – rozpłakała się. To trochę irracjonalne. Czy nie bardziej naturalne było wziąć pod uwagę, że sąsiadka wyszła chociażby na zakupy i za chwilę wróci? Przecież Lily nie wiedziała o jej chorobie. Nie mogła niczego podejrzewać.

Cała retrospekcja związana z dzieciństwem Lily i wizytami u sąsiadki pisana jest mową pozornie zależną – narrator operuje słownictwem charakterystycznym dla dzieci, mówi o np. serduszkach czy dziewczynkach. Wszystko jest upupione i słodkie, że można porzygać się tęczą – zgodnie z myślą, że narrator wypowiada się z perspektywy dziesięciolatki. I słusznie, podobała mi się ta naturalność. Dopiero gdy zrozpaczona bohaterka wbiega do domu, bo pani Grandmoor zniknęła, zupełnie nagle mamy przeskok do postawy żony Wybrańca – przed chwilą nazywaną jeszcze mamą. Drażni takie określenie – na siłę znalezione, by zastąpić powtórzone Giny. Brzmi nienaturalnie wśród myśli i działań opisywanych z perspektywy dziesięciolatki.

Nie dopuszczała do siebie nikogo zbyt blisko, bo przecież wiedziała już, jak bardzo bolała strata. – Och, nikogo prócz Hugona przecież. Pamiętam, jak w pierwszym rozdziale napisałaś:
Jednak tutaj chodziło o Hugona, jedynego rówieśnika, którego mogła nazwać swoim [zbędne] przyjacielem. Prawdopodobnie gdyby poznali się dopiero w szkole, nigdy nie zbudowałaby z nim takiej relacji, w końcu nie była już wtedy tak naiwna jak w pierwszych latach życia. Jednak szczęśliwym zrządzeniem losu poznała chłopaka już jako niemowlę, choć oczywiście tego nie pamiętała.
To odrobinę niekonsekwentne, nie sądzisz?

Ach, zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia. Skoro tak cudowne momenty Lily przeżywała w domu ukochanej sąsiadki w okresie długo po akcji z prologu i zepsuciu Ogórka,  to dlaczego w czasach szkolnych okazuje się być totalną snobką? Naprawdę żadna z tych dobrych cech w niej nie została? Napisałaś też w tej retrospekcji, że największą pasją Lily jest fotografia. I co? Czy chociaż raz przyłapałam ją wcześniej czy później z aparatem? Czy chociaż raz myślała o tym, że jakiś widok jest dobrym pomysłem na zdjęcie? Poza tym, dobry Jeżu Anaszpanie, dziesięciolatka, która piecze ciasta, chleby, wyszywa, fotografuje, pielęgnuje kwiaty, uczy się nowego języka – francuskiego (i sztuki deklamacji) – ja wiem, że chciałaś ukazać fenomen, ale czy nie popadłaś w przesadę? Cudowne dziecko, ta Lily. Miss Mary Sue Junior 2016.

Olivier Syriusz Janvier nie miał najmniejszego zamiaru wiązać się z kimś na stałe. – Nie wierzę, że takim zdaniem zaczęłaś akapit. Serio… jeśli nie ma zamiaru, niech tego po prostu nie robi. Po co taka wzmianka? Jeśli uważa, że dawanie komuś złudnych nadziei to oszustwo, niech ukaże to swoją POSTAWĄ. Jego rozmowa z kolegami czy z dziewczynami, które go zaczepiają; jego słowa, jego czyny, jego myśli... Działanie. Akcja. Scena. To tworzy postać – na pewno nie robią tego takie wstawki jak ta.
To zdanie, jak i w ogóle 50% każdego rozdziału, JEST ZBĘDNE. Podłe streszczanie pomieszane z następtną ekspozycją. Narrator włazi Olivierowi do głowy już do samego końca rozdziału i wyciąga jakieś informacje, przekazując nam to suchym streszczeniem. Do usunięcia.

O wyglądzie nie musiał już nawet wspominać, w końcu podobnie jak większość męskiej części Hogwartu nie spuszczał z niej wzroku, kiedy znajdowała się w tym samym pomieszczeniu. – Taki obraz to gruba przesada, jak ta biedaczka Zabini to wytrzymuje? Do toalety też wszyscy odprowadzają ją wzrokiem? Poza tym to przekreśla życie większości samców w tej szkole. Spokojne spożywanie posiłków czy aktywność na zajęciach nie wchodzą w grę…

Celem nowego Gryfona nie było jednak zakłopotanie Hugona, więc skrócił męki kolegi. W końcu dowiedział się tego, na czym najbardziej mu zależało. Amanda Zabini i Lily Potter od dawna toczyły wojnę o dominację w Hogwarcie. Obie posiadały wierną świtę zarówno w postaci przyjaciół, jak i wyznawców [WTF?! Ktoś się do nich modli? Co to za popaprana sekta?]. Oliviera mocno to śmieszyło, jednak nie zamierzał stać się jednym z szarych, zwykłych uczniów, a więc nie mógł ignorować tak zwanej elity (...) – Nie rozumiem twojego zamysłu pisarskiego. Zamiast stworzyć scenę i dać czytelnikom prawdziwą rozrywkę z przeżywania emocjonującej rozmowy między szczwanym lisem Olivierem a naiwnym Hugonem (która pokazałaby pobudki ich obu, przedstawiłaby za pomocą słów i czynów ich podejście, ich charakter), to ty wspomniałaś sucho, że taka rozmowa miała miejsce i wynikły z niej takie rzeczy. W dwóch pozbawionych emocji zdaniach streściłaś coś, co mogło być cenną wskazówką dla czytelnika i dać obraz całości. Ożywić ci postacie. Stworzyć ci opko.
Dodatkowo – tu napisałaś, że go to mocno śmieszyło, a akapit wyżej pojawiło się zdanie, z którego wynikało, że: (...) zaintrygowała go relacja między tymi dziewczynami i chciał dowiedzieć się więcej na ten temat. Naprawdę wielka szkoda, że zamiast opowiadania piszesz streszczenie.

No i zamiast być częścią cudownego świata Hogwartu, uczestniczę w nudnym uniwersum à la Hannah Montana. Nawet jeśli przedstawienie życiowej relacji zachowań uczniów faktycznie jest celem twojej pisaniny i nie mam spodziewać się w tym żadnego grubszego i ambitniejszego wątku, to jednak nie usprawiedliwia to strasznie nudnej formy omijania każdej możliwej akcji i zastępowania jej trzynastoma sążnistymi akapitami w stylu:

Rozmowa z Hugonem utwierdziła go jednak w przekonaniu, że istnieje [czas] duża szansa, iż panna Zabini mogła się nim zainteresować tylko dla własnych korzyści związanych ze zwalczaniem Potterówny. Musiał więc pamiętać o tym w swoich relacjach z czarnowłosą Krukonką. Nie zamierzał jednak z nich zrezygnować, wręcz przeciwnie – po rozmowie z Weasleyem Amanda zaintrygowała go nawet bardziej, lecz wiedział już na pewno, że należy [czas] zachować ostrożność. Do tej pory jeszcze z nią nie rozmawiał, w przeciwieństwie do Lily, która wykorzystywała każdą nadarzającą się okazję, aby mu dopiec. Jej dziecinne zachowanie wyjątkowo go śmieszyło. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak wiele osób jest [czas] w nią ślepo zapatrzonych.

Wybacz, ale na tym etapie twojego opowiadania wiem już, że twój sposób narracji kaleczy opowiadanie i psuje zabawę. Nie interesuje mnie, co ktoś ma w głowie i co chce osiągnąć, jeśli ten bohater jest totalnie... martwy. Papierowy. Co czytelnika obchodzi jego rozbudowane wnętrze, kiedy nie zdążył go zainteresować na tyle, by go to ciekawiło w jakikolwiek sposób? Jak bohater się porusza, jakie pozory sprawia, jaki ma styl wypowiedzi – to jest ważne. Do tej pory żaden nie oddycha, żadna twarz nie wyraża emocji. Masz narrację trzecioosobową! Wykorzystaj to, baw się tym. Jesteś bogiem, więc tchnij życie w swoich bohaterów zamiast działać jak do tej pory – zdradzać tajemnice i plany na przyszłość nijakich kukiełek.

Podobna uwaga do tego, co dzieje się kilka zdań niżej w twoim tekście – streściłaś na szybko i byle jak rozmowę Hugona i Oliviera, potem okazuje się, że Olivier wcześniej kilka razy rozmawiał też z Lily i to również określiłaś jednym zdaniem: Do tej pory jeszcze z nią nie rozmawiał, w przeciwieństwie do Lily, która wykorzystywała każdą nadarzającą się okazję, aby mu dopiec. Ja byłam świadkiem jedynego dopiekania w czasie śniadania, nic innego nie miało potem miejsca. Na tym etapie treść nudzi mnie przeraźliwie i trudno mi wyzbyć się uczucia zniesmaczenia. Niby istnieją akapity, tekst jest, ale nic się w nim nie dzieje. Po prostu mam przed oczami kolesia, który się nie rusza, a ktoś inny podpowiada mi, o czym ten nieruchawy gość aktualnie myśli.
A właśnie – ten opis jest tak długi, że właściwie zapomniałam, czy gdzieś na początku wspomniałaś w ogóle, gdzie Olivier się znajduje i co robi...
Ups. Sprawdziłam. Nie podałaś takiej informacji. Po retrospekcji z dzieciństwa Lily po prostu przeszliśmy do Oliviera jako postaci, która zawisła gdzieś w czasie i przestrzeni. Żeby się chociaż błąkał po korytarzu i dokazywałyby mu obrazy, przerywając myśli. Albo gdyby siedział przy książkach i tak dużo myślał o Zabini, że nie mógłby się skupić na wkuwaniu… ale nie. Dopiero po CZTERNASTU AKAPITACH rozmyślania okazało się, że…

(...) Owszem, Puchonka Megan White aż kipiała od pomysłów, jak zagospodarować mu te dwa dni, jednak jej entuzjazm zaczynał go męczyć. Wyraźnie było widać, iż ta czternastolatka liczy [czas] na coś więcej, a więc wolał trzymać ją na dystans.
Zresztą dużo jej brakowało do urody Amandy Zabini.
– Dzięki, Hugo, ale chcę zostać ścigającym – przerwał nieco obcesowo Weasleyowi, który właśnie opowiadał mu o wakacie na pałkarza. – Kiedy odbywa się rekrutacja?

Tak, dokładnie! Okazuje się, że Olivier w ogóle nie był sam przez te czternaście akapitów, tylko cały czas stał obok niego Hugo i coś mu opowiadał! Masz trzecioosobówkę, więc powinniśmy to chyba wiedzieć zawczasu, prawda? Nie wiem, na jak długo Olivier się wyłączył z życia i dlaczego Hugo tego w żaden sposób nie dostrzegł, nie powiedział: „Ej, wcale mnie nie słuchasz!”, ale czas i tempo twojej historii wprawia mnie w zakłopotanie.

Na całe szczęście nie zamierzał się w nikim zakochiwać, bo wtedy takie zachowanie mogłoby mu przeszkadzać. – A to już było jakieś osiemnaście akapitów temu...

– Nie, pogoda nie zachęcała do bliższych kontaktów z dworem – odpowiedział Olivier (...)
– Masz szczęście, że akurat przestało padać. (...)
– Skąd wiesz? To w ogóle możliwe?! – Oboje się roześmiali.
Dlaczego Olivier zaczął nagle krzyczeć niczym jakaś nastolatka ze świty Zabini czy Potter?
Do tej pory od samego początku wydawał się zrównoważonym psychicznie bohaterem, który nie rozgorączkowuje się faktem, iż przestało padać. Fakt, Francuz wielokrotnie podkreślał swoje niezadowolenie odnośnie warunków pogodowych Brytanii, ale ta odpowiedź i zachowanie nijak do niego nie pasują. Są mocno przerysowane.

– Cóż, głupotą byłoby nie sprawdzić – stwierdził Olivier, wyciągnął w kierunku Amandy dłoń, którą ta bez wahania przyjęła, a następnie pociągnął Krukonkę w kierunku drzwi wyjściowych.

Zauważyłam też, że lubisz nadużywać słowa „jednak”. Nie pierwszy raz zdarza się taka sytuacja:


ROZDZIAŁ SZÓSTY
Potter uznał, że również tej czynności jego kumpel nie może [czas] być świadom, kiedy ten nawet nie zauważył, iż połowa porcji z plaskiem znalazła się z powrotem na talerzu.

– Niestety, nawet jakbym chciała cię posłuchać, Scor, to chyba nic z tego, ten wariat nie pozwoliłby mi ot tak odejść – odpowiedziała ze śmiechem Matylda Pince, poprawiając spadającą grzywkę. Albus nadal nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Zabiegał o względy dziewczyny od ponad roku (...) – nadal masz problem z akapitami. Tutaj nowe wcięcie powinno pojawić się z wejściem nowego podmiotu, czyli wraz ze zdaniem o Albusie. Nie będę już więcej wymieniać tego typu potknięć, pod tym względem musisz przejrzeć całą swoją twórczość.

A odkąd ich poznała na eliksirach, mniej więcej czterdzieści trzy godziny temu [cyferki tak bardzo ważne], to nie tylko przyczepiła się do nich jak rzep do psiego ogona, ale i cały czas perorowała. Początkowo Albusa nawet to rozbawiło; nowa Puchonka wydawała się całkiem urocza, kiedy próbowała ukryć stres związany ze zmianą szkoły za pomocą ciągłego gadania. Kiedy jednak podczas lunchu nie tylko ich nie opuściła, ale usiadła przy ich stole i nadal mówiła, doszedł do wniosku, że może to nie tylko stres, ale jej natura. Albo/i któryś z nich jej się podoba i w ten dziwny sposób próbuje [czas] zwrócić na siebie uwagę? Zaczął więc odczuwać niewielką irytację.
Kolejny rozdział niesie ze sobą kolejne streszczenia ważnych wydarzeń, które niby miały miejsce, ale czytelnik nie doczekał się okazji wyobrażenia ich sobie dokładnie. Nie mogę uwierzyć, że z takim zapałem marnujesz potencjał własnej historii i odbierasz bohaterom powód do życia. Wszystkie najważniejsze sceny, z których czytelnik mógłby wywnioskować postęp fabularny i rozwój postaci, opisujesz w dwóch suchych zdaniach. To cholernie irytujące – zamiast skomponować rzeczywistość za pomocą scen – dajesz czytelnikom filozoficzną papkę.

– Jest otwarta i komunikatywna, z tego, co mi wiadomo, są to zalety, drogi przyjacielu – powiedział Malfoy, siląc się na ironię.
[tutaj znajduje się 5 akapitów – 388 wyrazów]
– Jeśli w twoim słowniku otwartość i komunikatywność stanowią synonimy do gadulstwa i nagabywania nic niewinnych osobników, jak najbardziej masz rację.
Nie dziw się więc, że po tylu akapitach nie pamiętam już, do czego odnosi się ostatnia cytowana wypowiedź i muszę cofnąć się, by przypomnieć sobie początek dialogu. To istna katorga dla czytelnika – kiedy autor nie ma planu na rozdział i jego konstrukcję. Nie złożył go sensownie. Jak gdybyś pisała pod natchnieniem Bożym i wylewała, co ślina na język przyniesie, let it flow!
Nie pierwszy raz stosujesz taką metodę przedłużania dialogu, jakby ktoś włączył nagle stopklatkę – świat zatrzymuje się jak za magicznym przyciskiem rodem z teledysku Bomfunk MC – Freestyle.
Łaka maka fą!
Twoje tło jest martwe, a bawi się tylko narrator.

Lily Luna Potter nie grzeszyła wzrostem. Nie, żeby się miała kiedykolwiek komukolwiek do tego przyznać, no może oprócz Tedowi Lupinowi, jednak jej marne metr pięćdziesiąt osiem często doprowadzało ją do furii.
Jeśli bohaterka jest faktycznie niska, a ja od samego początku wyobrażam ją sobie jako przecudowną, szczupłą, wysoką, rudowłosą, to coś jest chyba nie tak, prawda? Piszesz o jej charakterystycznym wzroście (1,58 to doprawdy niewiele) dopiero w szóstym rozdziale. Jak i o tym, że często się denerwuje z tego powodu – a ani razu nie stworzyłaś sceny, w której taka informacja by wypłynęła, a to przecież tworzy postać! Nie wystarczy, że określisz, że Lily narzeka co jakiś czas na to, że jest niska. W ogóle nie powinnaś o tym pisać. To musi mieć jakieś przebłyski w scenach. Daj szansę Lily od czasu do czasu przekląć pod nosem na ten wzrost, jeśli podobno to robi. Bohaterka nie ma być po prostu tak sobie opisana – ona ma żyć w tekście.

Poza tym Lily nie potrafi zdjąć książki z półki, potem przez dziesięć akapitów jest myślami gdzieś indziej (dokładnie wspomina kilka wydarzeń z dni poprzednich, o których dowiadujemy się dopiero, gdy akurat sięga po książkę – nie było nam dane wziąć w nich udziału) i nagle wysługuje się Sharon, by podała jej tomiszcze. Swoją drogą, co ja tam wiem, ale w bibliotekach przeważnie są stołki i drabiny...

Powróciliśmy z potrójnej retrospekcji do teraźniejszości i mamy dialog. I to, uwaga! Dialog, czyli wypowiedź za wypowiedzią – wyjątkowo nie przerywa nam żadne streszczenie. Szkoda tylko, że jest w ogóle nieinteresujący. Sharon to chyba odpowiednik Emmy, tylko że z wianuszka Potter, tak? Dobrze pamiętam? Ledwo ją zapamiętałam, tak samo jak prawie nie znam żadnego innego bohatera poza Lily, Olivierem, Zabini i, od biedy, Albusem, a naprzedstawiałaś ich w pierwszym rozdziale masę. Na dodatek każda z nastolatek brzmi zupełnie tak samo. Wypowiada się w taki sam sposób, nie ma swoistego charakteru wypowiedzi, nawyków, powtórzeń… stylistyki językowej. Jakby wszystkie nagle pochodziły z tego samego środowiska i wyniosły jednakowe cechy z jednego domu.

Na tym etapie opowiadania nie rozumiem, dlaczego Lily w ogóle przejęła się informacją, że Olivier poszedł na spacer z Zabini. Mam wrażenie, że na siłę wprowadzasz dziwne stereotypy wzięte z krainy Wuja Sama, bo przecież szkolne gwiazdki tak majo. Lily zareagowała na wieść wręcz obsesyjnie.

– Nie martw się o mnie, jestem zdrów [zdrowa] jak ryba, a krótkie bieganie po zamku nikomu jeszcze nie zaszkodziło – stwierdziła Lily, krzywiąc się sztucznie.

Dziwnym trafem znajdowały się w dormitorium tylko we dwójkę, więc nawet jakby chciały, nie mogłyby nikogo więcej wciągnąć w tę… dyskusję. – To na pewno przypadek, a nie imperatyw?

– Nie dziwi mnie specjalnie, że akurat on zgodził się, żeby z tobą pójść. Jesteście siebie warci – stwierdziła Lily, która dopiero po wypowiedzeniu tych słów usłyszała, jak bardzo dziecinnie zabrzmiały. – Rychło w czas! Swoją drogą ta kwestia była najmniej dziecinna z większości, które miała okazję wypowiedź od pierwszego rozdziału aż do teraz. I, co ciekawe, mimo tego nagłego oświecenia, Lily i tak nie przestaje paranoicznie interesować się kwestią zwykłego spaceru Zabini i Oliviera, nadal zachowując się szczeniacko.

Zgodnie z oczekiwaniami, na twarzy Amandy pojawił się rumieniec wściekłości.
– Skąd…?
Najwyraźniej masz w swojej wiernej świcie kogoś, kto nie jest w ciebie zapatrzony tak bardzo, aby nie przekazać moim ludziom pewnych informacji – zakomunikowała Lily. (...)
– Jakże miło z twojej strony, że próbujesz mi pomóc, ale nie ma potrzeby, doskonale sobie sama poradzę – ­odparła Amanda, najwyraźniej wziąwszy się w garść.
Szybko jej to przyszło...

Do tej pory rozdział to właściwie trzy dialogi [Albus, Scorpus i Matylda; Lily i Sharon, Lily i Amanda] i masa ekspozycji między nimi. Nieźle mnie znudził. Dialogi te dotyczą jednej sprawy – wszystkie kręcą się wokół młodzieżowych uniesień miłosnych. Doprawdy czekam na inne wątki, bo te nie należą do najbardziej interesujących – chociaż mogłyby takie być w innej odsłonie – bez otoczki zerżniętej z twórczości Rowling.  Bo po co ci Hogwart, skoro piszesz o zwykłych nastolatkach? Nie czuć w ogóle atmosfery historycznego zamczyska pełnego magii. Nie czuć tajemniczego klimatu, który towarzyszy uczniom w trakcie spacerów po korytarzu. Twoje opisy są ubogie w elementy, które tworzą FF oparte o twórczość Rowling – porzuciłaś hogwardzką scenerię na rzecz kilku randek, rozpadów związków, zakochań… Rozumiem, że to bardzo ważne elementy młodzieżowego trybu życia, ale w tym wszystkim zdecydowanie za mało magii. Czasami mam nawet nieodparte wrażenie, że piszesz parodię. Marnujesz potencjał, jaki niesie za sobą korzystanie z uniwersum HP.
Udała się dobrze znaną sobie drogą do jednej z nieużywanych sal na trzecim piętrze, która była wyjątkowo dobrze oświetlana poświatą księżyca. Odkryła ją dwa lata temu [poświatę?] i od tamtej pory to właśnie tutaj zajmowała się przeróbką zdjęć, które wykonała.
Fotografia, którą odkryła wiele lat temu w rezydencji swojej sąsiadki, pani Grandmoor, z czasem rozwinęła się w prawdziwą pasję dziewczyny.
Ostatnie zdanie jest zbędne – o fotograficznej pasji czytelnik dowiedział się już w poprzednim rozdziale. Generalnie powinien dostrzec to dużo wcześniej – Lily powinna częściej od pierwszego rozdziału interesować się tematem – robić zdjęcia, przeglądać je, podziwiać widoki i zastanawiać się nad godnymi ujęciami. Ludzie, którzy mają pasję, właśnie tak robią. To sprawiłoby, że Lily byłaby bardziej ludzka. Nie musisz podkreślać, gdy pierwszy raz w opku robi zdjęcie, że to jej NAJWIĘKSZA PASJA. Co z tego, że sobie tak napiszesz? Czytelnik faktycznie zakoduje to dopiero wtedy, gdy będzie czytał o tym, że Lily działa aktywnie w temacie. To działania budują postać. Szybciej wczuję się i zauważę, że bohater coś lubi, jeśli będzie to robił z uśmiechem na twarzy i iskrą pasji w oczach. Jeśli o takim czymś wspomni tylko raz czy dwa narrator, a postać też tylko raz da na to dowód – to za mało.

Zresztą dziś nie fotografowała, tylko zajmowała się obróbką zdjęć, które zrobiła od początku roku szkolnego, a oczywiście sporo się ich zebrało. – Oczywiście? Ani razu od sześciu notek nie doświadczyłam tego.
No i jak ona te zdjęcia obrabiała? Na kompie? Przecież w Hogwarcie nie działa żadna elektronika. Czy za pomocą bliżej niezidentyfikowanego czary-mary, hokus-pokus, którego nie chciało ci się wymyślać? Wiesz… nie opisujesz czynów, to nie wiem, jak to sobie wyobrazić i jak się do tego ustosunkować.

O samej obróbce czytaliśmy też nieco wyżej. Stąd wniosek, że znów lejesz wodę.

Co prawda znalazła odpowiednie zaklęcie, jednak mimo wielokrotnych prób nadal nie potrafiła rzucić go w odpowiednio.

Za pomocą dość trudnego zaklęcia wywołała fotografie (...) – dlaczego nie wymyślisz zaklęcia? Nie opiszesz sceny, w której Lily je mamrocze nad papierem, macha różdżką, z ekscytacją obserwuje proces… odbierasz sobie największą zabawę z pisania – tworzenie – na rzecz streszczania. Niżej piszesz, że praca pochłonęła ją do reszty, ale ja tego nie widzę. Nie czuję, że ona faktycznie cokolwiek robi. Nie skupiłaś się na opisaniu tego, jak Lily rozkoszuje się chwilą dla siebie, więc koniec końców mam przed oczami niską rudowłosą dziewczynę, która bez żadnego wyrazu twarzy ma w rękach plik zdjęć. Bez jakiejkolwiek emocji.

Kiedy jednak jakiś czas później spojrzała na stary zegarek podarowany jej przez babkę Molly i odkryła, że właśnie wybiła dwudziesta druga, nie wiedziała, co bardziej ją przerażało – to, że zapomniała o randce z Rayanem, to, jak dosłownie w sekundę ogromną złość poczuła w stosunku do Oliviera Janviera, czy to, jak wielką siłą cechowało się to uczucie… – Czy informacja o pochodzeniu zegarka ma jakieś znaczenie? Jeśli nie, to nie zapychaj głowy czytelnika pierdołami. Zauważyłam, że często tłumaczysz zachowanie swoich bohaterów lub opisujesz rzeczy nieważne – jak gdybyś pisała first draft i nie zdążyła jeszcze zdecydować, co jest potrzebne, a co powinno trafić do kosza. W opowiadaniach nie ma miejsca na zbędne elementy, które nie są znaczące dla fabuły.

Spojrzenie na zegarek faktycznie mogłoby przypomnieć Lily o zapomnianej randce, ale skoro dziewczyna wcześniej była podobno pogrążona całkowicie w swojej pasji, to skąd teraz silna myśl o Olivierze? Tak z dupy?


ROZDZIAŁ SIÓDMY tuż pod tytułem zawiera w sobie dopisek: ff potterowski/młode pokolenie/obyczajówka/romans. Ta informacja jest ździebko nie na miejscu.

Według niego były one idealne, ale… do zamiatania. Ewentualnie jako narzędzia mordu”. – W poprzednim rozdziale zrobiłaś świetną rzecz. Zapisałaś myśl Oliviera kursywą. Sądzę, że w przypadku takich wypowiedzi jak ta, kiedy sugerujesz, że bohater ma na temat czegoś jakąś własną obiekcję, śmiało warto kontynuować taki sposób kreacji myśli bohatera. No i wtedy zapisuj je w pierwszej osobie.

Dwie osoby w środku zaplątały się między swoje nogi oraz sprzęt i krzyczały na siebie nawzajem, co przypominało mu nieco jego samego i Lily Potter z poprzedniego tygodnia. –  Przesada; w szkole jest wielu uczniów i mało prawdopodobne jest to, że Olivier przez cały tydzień kojarzył wszystkie kłótnie i krzyki, które mijał, z sytuacją na stołówce. No i szkoda, że nie opisałaś tej sytuacji sceną.

Olivier prędko doszedł do wniosku, że jedynie dwie osoby, w tym barczysty, mogą [czas] stanowić zagrożenie. Tylko one cechowały się zarówno celnością, jak i umiejętnością współpracy. Dodatkowo chłopak był bardzo skuteczny w blokowaniu, zaś dziewczyna, którą docenił, wyjątkowo szybka.
Dziesięć minut minęło wyjątkowo szybko(...) – Wolałabym sama poznać, że te osoby mają takie cechy. Dziewczyna mogłaby śmigać na miotle, wyprzedzając innych, a barczysty uczeń faktycznie kogoś zablokować. Wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego w tym opowiadaniu nie ma opowiadania; nic się nie dzieje na bieżąco, a wszystko jest tylko sucho podsumowywane?

Nie miał wcześniej możliwości, aby przyjrzeć się kandydatom na pałkarzy ani ich grze, jednak miał nadzieję, że wyciągnie prawidłowe wnioski po ich wyglądzie. A różnili się znacznie.
Chłopak nie odbiegał od stereotypu prawdziwego pałkarza w żadnym calu. Miał prawie dwa metry wzrostu, musiał ważyć ponad sto kilogramów, a szerokość w barach prawie na pewno przekraczała szerokość typowego łóżka. – A skąd to niby wiemy? Ktoś mierzył typowe łóżko, a potem stanął  z miarką przy chłopaku?

Wyglądała, jakby najmniejszy podmuch wiatru miał zrzucić ją z miotły, jednak pozory mogły mylić, w końcu nie doszłaby do tego etapu za ładny uśmiech. Hugo by się na to nie nabrał, ponadto nie była to Helena, prawda? Niska musiała mieć siłę i prawdopodobnie także cel. Przede wszystkim jednak czuł [kto?], że cechowała ją szybkość. Janvier podejrzewał, że to ona będzie w stanie mocniej go zaskoczyć i to na nią miał zamiar zwracać większą uwagę. – Od kogo i do kogo kierujesz pytanie?

Denerwowało go, że nie może [mógł] powiedzieć do miotły tego, co od niej oczekiwał (...) – oczekiwać łączy się z dopełniaczem (kogo? czego?).

Olivier nie potrafił powiedzieć, jak mu poszło. Co prawda wbił bramkę, lecz osiągnął to dzięki fatalnemu błędowi Middletone’a. Lądując na ziemi, Janvier miał wrażenie, jakby przez głowę przebiegło mu stado… hipogryfów, a akurat takie spotkanie z tymi zwierzętami nie sprawiłoby mu żadnej radości.
Piątka „finalistów” zebrała się przed Wellsem. Olivier miał wrażenie, że jego nogi za chwilę odmówią posłuszeństwa. – Nie musisz w jednym akapicie dwukrotnie z rzędu wskazywać jednego podmiotu, jeśli się on nie zmienił.

Tymczasem pewne z pozoru mniej lub bardziej znaczące wydarzenia zsumowały się, tworząc jedną wielką katastrofę. Jedna z jej przyjaciółek nie chciała jej znać, zaś drugiej nie chciała znać ona. – Kto by tam chciał być przyjaciółką katastrofy…

Miała nadzieję, że odzyska te cechy wraz z nadejściem lata, a tymczasem okazało, że jej stan tylko się pogarsza. – Pogarszał.

Cały fragment opisu przeszłości Anabelle rządzi się taką samą, nużącą metodyką, co fragmenty z retrospekcji o Olivierze, Albusie czy Lily – momenty, kiedy czytelnik dostaje DWADZIEŚCIA OSIEM akapitów suchej narracji pozbawionej jakiegokolwiek życia. Najnormalniej w świecie petryfikujesz swoich bohaterów.

Niby całość jest o Anabelle, ale nie ma jej w tych scenach, nie wiadomo, co dziewczyna w międzyczasie tych wszystkich wspomnień robi. Retrospekcje też da się pokazać za pomocą scen – snu, wspomnienia na widok jakiegoś zdjęcia lub pamiątki z przeszłości, przeglądania starego pamiętnika – whatever, pomysłów jest wiele. Musisz zacząć pokazywać, jak bohaterowie żyją, czym się zajmują – gdy Anabelle chodzi po korytarzach i faktycznie fascynuje się zamkiem; pokazać emocje, które jej przy tym towarzyszą.

Nie wiedziała więc dlaczego, kiedy podeszła do dwójki Ślizgonów, rozpoczęła słowotok na temat obrazów, które odkryła poprzedniego dnia na szóstym piętrze. Pokaż mi, jak Anabelle paple jak nienormalna w towarzystwie Albusa i Scorpusa. Daj jej zabrać głos! Pokaż w poprzednich rozdziałach, że faktycznie bała się nowych uczuć, które w niej kiełkowały. A w kolejnych rozdziałach – że staje się coraz pewniejsza. Nie zapewniaj mnie o tym cholerną narracją, tylko POKAŻ to w końcu.


ROZDZIAŁ ÓSMY
Czytelnik oczekuje zróżnicowania – w postaciach, w dialogach, w opisach, a także w scenach, których u ciebie tyle, co kot napłakał. Ten rozdział zaczyna się kolejnym suchym opisem tego, że Lily spóźniła się przed chwilą na zajęcia – poprzedzają to dłuuugie akapity tłumaczące, dlaczego tak się stało. Nie bardziej plastyczne byłoby opisanie faktycznie, jak dziewczyna biegnie na lekcję, zostaje zatrzymana przez Hermionę, rozmawia z nią [dialog] i pędzi dalej zdyszana? Sceny, sceny i jeszcze raz sceny.

Widać było, że wszyscy podekscytowani perspektywą pojedynku, nawet jeśli nie wyrażali tego na głos(...) – byli podekscytowani [czas]; ale wtedy usuń powtórzenie, gdyż nie będzie się dobrze prezentować.

Okazało się jednak, że wysiłki piątoklasistów na nic się nie zdały, ponieważ nauczyciel miał inną wizję ćwiczeń:
– Proszę państwa, proszę się uspokoić. Nie dobierzecie się sami, to byłoby zbyt proste(...) – W jakim celu spoilerujesz, co się zaraz stanie? Niech nauczyciel najpierw wspomni swoje, czytelnik sam sobie dopowie, że to zepsuło plany uczniom, tym bardziej że niżej wskazujesz, że mieli nietęgie miny, ktoś nawet marudził... Dżizas, ależ twój styl jest toporny.

Lily nie słuchała go jednak dalej. Ledwo zarejestrowała, że Hugo będzie pracował z Heleną. Była zbyt zszokowana, że został jej [Helenie? – mylący podmiot] przydzielony Francuzik.

Ignorowała go nadzwyczaj ostentacyjnie, zachowywała się, jakby w ogóle go nie widziała i na przykład popychała go albo rzucała kąśliwe uwagi związane z nim, ale nie do niego bezpośrednio. – Och tak, to bardzo dojrzałe, Potter, wiesz? Odstawianie drama queen. Autorko, Lily to twoja główna bohaterka – pokazałaś jej przeszłość, eksponujesz jej złożone wnętrze i na pewno nie masz na celu robienia z niej aż takiej gówniary. Zwykle nie wydaje się aż tak głupia, ale czasami ma paskudne przebłyski bycia niepoważną smarkulą.

Nauczyciel zapowiada pojedynek. Wyznacza pary. Ma mieć miejsce sensowna, ciekawa scena, ale oczywiście w ostatniej chwili przed rozpoczęciem nagle poprzedzają ją akapity eksponujące myśli Lily – doprawdy, przecież posługujesz się narracją trzecioosobową. Trzecioosobową, która zwykle charakteryzuje się tym, że nie wnika szczególnie mocno we wnętrze bohatera, a pozwala poznać je ze SCEN, w których ten bohater uczestniczy. Powinnaś przyspieszyć tempo akcji. Jeżeli coś ma się dziać płynnie – pozwól na to i niech się dzieje, nie przerywaj scen czymś takim:

– Proszę państwa, proszę się uspokoić. Nie dobierzecie się sami, to byłoby zbyt proste, w prawdziwym życiu nie będziecie pojedynkować się z przyjacielem, a wrogiem. Ja was podzielę i nie życzę sobie żadnych dyskusji.(...)
Nie mogła go przegrać. Obrona nie należała do jej ulubionych zajęć, jednak posiadając tak wielu kuzynów, potrafiła całkiem dobrze sobie radzić, znała również nieszkodliwe, acz dokuczliwe zaklęcia, które skutecznie mogły znokautować przeciwnika. Dzięki spędzeniu czasu w bibliotece, własnym podchodom, jak również niezastąpionej pomocy Sharon, dowiedziała się co prawda całkiem sporo o sposobie nauczania w Beauxbatons, między innymi o tym, że tamtejsi uczniowie pierwsze pojedynki odbywali już w połowie czwartej klasy, nie zamierzała się jednak poddać [za długie zdanie; ponij je]. Wręcz przeciwnie, satysfakcja z wygranej zawsze była większa, jeśli pokonało się kogoś mocnego. Olivier z pewnością był dobry z obrony, nie tylko ze względu na wcześniejsze uczęszczanie do francuskiej szkoły, ale również dlatego, że na ostatniej lekcji otrzymał z odpowiedzi ustnej powyżej oczekiwań, co dotychczas Lily udało się tylko raz, zaś najlepszemu uczniowi z tego przedmiotu, Albertowi Drowsingowi, trzy podczas dotychczasowej historii nauki w Hogwarcie.
Profesor Green dał im na pierwszy pojedynek pięć minut (...)
– Proszę ustawić się w kołach.

Widzisz już? Widzisz, jakie to nieznośne przerywać czytelnikom scenę jakimś wywodem, który mogłaś pokazać za pomocą sceny? Gdybyś wcześniej zaplanowała fabułę i opisała scenę, w której Olivier dostaje dobrą notę, to Lily nie musiałaby teraz tego wspominać, ale mentalnie szykować się na pojedynek.
To, że Lily chce wygrać, powinno wynikać z bijącego z niej samozaparcia, z wypowiadanych słów, z ewentualnych myśli, z mimiki jej twarzy. To, że potrafi walczyć – ze scen, które pokazują, jak się tego uczyła. Hermiona w powieści Rowling często przesiadywała przy książkach, Harry miał talent do czarów i było to pokazane za pomocą scen, w których walczył. A nie za pomocą opisów, że kiedyś się czegoś nauczył, a teraz JUŻ TAK PO PROSTU MA. Litości.
No i narracja w przykładzie wyżej – w jednym akapicie mowa pozornie zależna z perspektywy Lily, a potem wszechwiedząca wstawka o Olivierze – przecież to się kupy nie trzyma.

Scena samego pojedynku jest… poprawna. Ale mało emocjonująca. Nie słyszę krzyków, głośnych oddechów, przyspieszonego tętna. Nie czuję emocji, nie widzę mimiki twarzy bohaterów. Fakt, że miotają różdżkami i wypowiadają zaklęcia jest po prostu okej. Jedynie przyczepiłabym się do momentu z bańką na głowie – napisałaś, jakby to było jakieś hop siup – i mam świadomość, że Lily znała przeciwzaklęcie. Ale nie wierzę, że z grobowym wyrazem twarzy, niewzruszona wykonała je tak po prostu, bez emocji, bez wyrazu zdziwienia, gdy poczuła bańkę – no i w końcu dlaczego akurat Bąblogłowy? Przecież to zaklęcie niczego nie daje poza dostawą świeżego powietrza pod postacią bąbla.

Tempo tej sceny spowalniają długie zdania złożone i elementy typu po chwili czy chwilę potem.

– Masz rację, mogę cię po prostu popchnąć – powiedziała, jakimś cudem powstrzymując się od uderzenia go w twarz. – To bardzo honorowe – popychać i policzkować kogoś, kogo nauczyciel wystawił ci do pojedynku i kto sprawiedliwie z tobą wygrał, bo byłaś nieznośnie nieskoncentrowana, Potter…

Z prędkością błyskawicy stanęła na równe nogi, jednocześnie potrącając Janviera, najwyraźniej niespodziewającego się tak szybkiej reakcji, sprawiając, iż to on stracił równowagę, jednak zdążył się podeprzeć i nie upaść. – Idę o zakład, że Lily nie dotrzymałaby tempa błyskawicy nawet w jednej setnej; tym bardziej, że dopiero co powróciła jej zdolność poruszania mięśniami – nie rób z niej specjalnej heroiny.
Po reakcji postawiłabym średnik albo zupełnie przekształciłabym to zdanie, bo źle brzmi.
Skoro napisałaś, że Olivier się podparł, to logiczne jest, że nie upadł. Poza tym, nie przesadzajmy. Lily mierząca ledwo metr sześćdziesiąt w kapeluszu i postawny Olivier – takie maleństwo jednym, damskim pchnięciem raczej go nie wywróci.

– Później będziecie kontynuować tę jakże frapującą konwersację – przerwał im profesor Green. Lily nie usłyszała, kiedy podszedł. Najwyraźniej omawiał wcześniej pojedynki dwóch pierwszych duetów, dlatego nie zwracał wcześniej uwagi na ich cicho prowadzoną rozmowę. Teraz jednak Potter, widząc karcące spojrzenie profesora, poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Profesor Green był jedynym nauczycielem, którego się obawiała. Nie chciała, żeby wlepił jej szlaban. Szczególnie, że w takim przypadku musiałaby go odbywać z tym kretynem. – Patrz, co się stało w tym akapicie. Najpierw podmiotem jest profesor, który kończy kłótnię. Narrator wszechwiedzący opisuje, co nauczyciel robił wcześniej – Lily i Olivier byli zbyt zajęci sobą, by to dostrzec. Potem wchodzimy do wnętrza Lily i dowiadujemy się, że uciska ją w żołądku, następnie od razu jest przejście do mowy pozornie zależnej z jej perspektywy i narrator nazywa Oliviera kretynem. To wszystko w jednym akapicie.
Swoją drogą to ciekawe, że wiemy, co się dzieje w środku Lily, a nie wiemy, jaki ma wyraz twarzy. Domyślasz się pewnie, że czytelnik, czytając książkę, wyobraża sobie postać i jej wygląd zewnętrzny, jej zachowanie i mimikę, a nie wyobraża sobie np. skręcających się jelit, prawda?

Green poszedł dalej, a Lily poczuła, że dopiero teraz jest w stanie wypuścić z siebie powietrze. – Była [czas].

Korzystając z piątkowego wieczoru, Olivier wyzwał Hugona na „ostateczny”, jak go [Hugona?] nazwał, pojedynek w czarodziejskie szachy. Od tygodnia próbował ograć kolegę, ale dotychczas za każdym razem przegrywał z kretesem. Jak się okazało, nie był jedyny, wręcz przeciwnie.
No way, do tej pory nie było mowy o żadnych szachach. Naprawdę zaskakującym ewenementem dla mnie jest fakt, że ktoś zlepia opowiadanie dzięki retrospekcjom, jak gdyby zapomniał wcześniej napisać o tym, że bohater robi coś REGULARNIE. Tym efektem czytelnik załapuje się tylko na finałowe scenki, a nie może śledzić rozwoju fabularnego.

Mam wrażenie, że fabułę wymyślasz na bieżąco – nie planowałaś uprzednio pojedynków szachowych, tak jak i nie planowałaś fotograficznej pasji Lily – nie było o nich słychać,  dopóki nie stały się nagle potrzebne. Teraz jest ci na rękę wymyślanie jakiegoś zajęcia chłopakom – ale dlaczego nie możesz napisać, że dopiero zaczęli grać i w kolejnych rozdziałach przedstawiać tej gry? Czytelnik będzie mógł wziąć udział w ŻYWYM rozwoju relacji Olivier-Hugo. Przecież jeżeli mają się przyjaźnić, ta przyjaźń nie zakwitnie po streszczeniu nam, że kilka razy zagrali w szachy.
A jeśli ta gra nie jest wcale taka ważna; nie jest na tyle istotna, by o niej pisać – to po jakiego grzyba w ogóle wymyślać takie wątki? Przekształć to w coś, z czego coś wyniknie – w myśl zasady, że kiedy na scenie pojawia się karabin, to na pewno wystrzeli.

Wrodzona ambicja Janviera nie pozwoliła jednak mu tak po prostu się poddać, dlatego namówił Hugona do codziennej gry, wierząc, że kiedyś przynajmniej raz uda mu się zwyciężyć. Dwa dni temu uznał, że chyba musi pogodzić się z porażką(...) – tam każdy ma chyba jakąś wrodzoną ambicję, bo taka sama nie pozwoliła przegrać Lily pojedynku, który jednak wtopiła. Chciałabym te ambicje zobaczyć w tekście, wyczuć ją w postaciach – w charakterach, których im brakuje, bo są stworzone tylko dzięki suchym streszczeniom swoich przeszłości i ekspozycji wnętrza oraz bieżących myśli.

– I tak jestem przekonany, że jutro też będziesz chcieć grać – chciał.

– A co z tobą i Amandą? – zapytał. Olivier nie spodziewał się, że Hugo odwróci kota ogonem i pozytywnie go to zaskoczyło. Może Weasley jeszcze nie był stracony, jeśli chodzi o Helenę? Janvier postanowił zgodzić się na zagranie kolegi i odpowiedział na zadane pytanie:
– Nic wielkiego. Byliśmy na trzech spacerach i tyle.
Olivier nie spodziewał się powinno zacząć się od nowego akapitu. Ale nie o tym chciałam pomówić, a o tych trzech spacerach. Wydawałoby się po poprzednich przemyśleniach na temat Oliviera (długich ekspozycjach, w których podkreślono, że nie chce się zakochiwać, ale chętnie pospaceruje z Zabini i jest nią zainteresowany), że rozwój relacji Janvier-Zabini jest ważny i nie powinniśmy go przegapić, natomiast nie mieliśmy nawet szansy wziąć w nim udziału i prześledzić tego rozwoju, bo to już się wydarzyło, nie wróci i pozostaje nam tylko wiedza, że ktoś znowu nie zaprosił swoich czytelników do udziału w opku. Po co więc katujesz czytelników takimi przemyśleniami, skoro – gdy przychodzi co do czego – karmisz nas ochłapami?

Wyobraź sobie, jak to jest czytać, że Ron rozmawia z Harrym o ważnym Balu Bożonarodzeniowym, a rozdział później Rowling częstuje cię zdaniem: Wczoraj na balu Harry i Ginny przetańczyli całą noc, a Ron pokłócił się z Hermioną. Kilka godzin później… Taka pisanina nie ma sensu.

– Na Merlina, Hugo, ona już taka jest, chce mieć wszystko pod kontrolą, chce, żeby świat działał według jej własnego mniemania. Czego tu się doszukiwać? – Pamiętam, że wielokrotnie w myśli Lily za pomocą mowy pozornie zależnej przewijało się pojęcie kontroli, chęci kontrolowania, strachu przed brakiem kontroli… śmierdzi mi to, że Olivier wie wszystko, jak gdyby wlazł do jej głowy. Przecież ta dwójka rozmawiała ze sobą w opku może ze trzy razy i za każdym razem Lily była po prostu pyskatą dziewuchą, więc nie wiem, na jakiej podstawie Olivier wyciąga wniosek o jej charakterze. Na pewno zaraz dowiemy się z jakichś retrospekcji, że ta dwójka w międzyczasie wcześniej gadała przecież gdzieś ze sobą jeszcze po kątach, ale de facto sceny z ich wspólnym udziałem można policzyć na palcach jednej ręki, odcinając kciuk i paluch serdeczny.
No i czemu Olivier rozmawia z Hugonem takim tonem, jak gdyby to on przyjaźnił się z Lily od początku opka i znał ją najlepiej – a jest przecież odwrotnie?

Hugo wzruszył ramionami. Nie znał odpowiedzi na pytanie Janviera, ale czuł, że takowa istnieje. Doskonale znał techniki działania Lily, z których większości nie popierał, więc wiedział, że jej walka z Olivierem nie przypominała żadnej z dotychczas przeprowadzonych przez jego kuzynkę. – Co to w ogóle za dziwaczna analiza? Techniki działania Lily czyli to, co sprawia, że dziewczyna za każdym razem wychodzi na sukę, tak? Dobrze rozumiem? Czym się niby jej chęci popychania przeciwnika, myśli o policzkowaniu go i wszystkie potyczki słowne różnią od tego, co dziewczyna robiła w relacji z Zabini? No i dlaczego Hugo – ten największy przyjaciel i sojusznik Lily – nie stanął w jej obronie, tylko wzruszył ramionami? Podejrzewam, że relacje jego z zarozumiałą panną Potter uległy zmianie, ale umknęło mi gdzieś uniżanie wartości stosunku Hugo-Lily (nie ma na to potwierdzających scen, na ostatnich zajęciach z OPCM na przykład mrugali do siebie porozumiewawczo) i zawyżanie wartości stosunku Janvier-Weasley (nie licząc kilku partii szachów, które wcale nie miały miejsca).

Końcówka, w której Rosalie (Gdybym nie wiedziała z kanonu, że to córka Hermiony, miałabym kłopoty z zapamiętaniem tej postaci, teraz z twojego tekstu nie pamiętam nawet, w jakim była domu) powtarza pytanie „prawda?” spodobała mi się bardzo. To dobry zabieg, ale załamało mnie to, co go poprzedziło – ekspozycjo-retrospekcja tłumacząca jak krowie na rowie przeszłość i pobudki działania bohaterki. Jak gdybyś nabijała ilość bezsensownych wyrazów na rozdział... Sam sposób przedstawienia postaci pozostawia wiele do życzenia – myślisz, że jak wywalisz teraz raz a porządnie jej historię i uczucia, to czytelnik to zapamięta porządnie do końca?

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Im bardziej próbowała nie myśleć o Weasleyu, tym częściej jej wzrok sam go odszukiwał. Jej ciało i serce były przeciwko umysłowi, walka ta nie była więc sprawiedliwa. Nie miała pojęcia [ta walka?], dlaczego jej uczucia wobec Hugona zamiast zmaleć [przecinek] to po wakacjach jeszcze się zwiększyły. – W ogóle nie dałaś mi powodu, żeby ci w to uwierzyć, bo nie było ani jednej sceny, która sugerowałaby, że Helena patrzy na Hugona, faktycznie szuka go wzrokiem. Gdy bohaterka pakuje się na zajęcia, o jej uczuciach przypomina sobie nagle narrator: Ahaa! No tak, takie coś miało miejsce, ale niestety ty, szary czytelniku, tego nie uświadczysz! Streszczę ci to dwoma zdaniami!
Potem mamy tak samo suchy akapit streszczeń o tym, jak to Lily i Helena (chyba) przestały być BBF. Dodałam chyba, ponieważ całość brzmi tak:
Jej relację z Li… Potter. Helenie zajęło sporo czasu, aby przestać zamartwiać się końcem przyjaźni, którą jako jedenasto- i dwunastoletnia dziewczynka uważała za najpiękniejszą i najmocniejszą więź w swoim życiu. Dzięki sporej pomocy Alexa panna Smith przestała się obwiniać za pewne wydarzenia.
PEWNE WYDARZENIA. Grr, jak ja nie znoszę w tekstach takich tanich sposobów na wywołanie sztucznej tajemnicy. Albo napisz, jakie to były wydarzenia, albo nie poruszaj teraz tego tematu wcale, bo tylko wprowadzasz czytelnika w zakłopotanie.

Udało jej się przejść może z kilkanaście schodków, zanim jej największy wróg, własny umysł, ponownie postanowił ją torturować. – Rany, pakowanie, schodzenie ze schodów i trafienie na zajęcia zajęło jej dwadzieścia akapitów eksponujących ciągiem jej przeszłość i myśli — zupełnie nie jestem zdziwiona. Naprawdę podziwiam twoich czytelników, że dobrze się czują, czytając taką papkę. Jest sztucznie napompowana wiecznie zamyślonymi postaciami, które jedną czynność wykonują pół rozdziału. Serio. Jak ktoś lubi przedstawiać w taki sposób psychikę bohatera, to pisze to w PIERWSZOOSOBÓWCE. Nie trzecio.

No nie! Nie wierzę! Tyle czekałam na te korepetycje Oliviera i Heleny – myślałam, że będzie to jedna z kluczowych scen, bo przecież wcześniej Olivier bardzo nastawiał się na pogawędkę z nią, szczególnie po rozmowie z Hugonem… ale oczywiście rozmowa musiała się już wydarzyć wcześniej; pozostało po niej jedynie zdanie: Odkąd wczoraj na drugich korepetycjach z nowym Gryfonem Helena dostała nagłego olśnienia, nie mogła przestać zastanawiać się nad fenomenem Oliviera.
Po co zaczynasz w ogóle interesować czytelnika jakimś tematem, skoro potem omijasz go? Tworzysz randomowe sceny rozmów, umawiania spotkań, starć, które nie mają żadnego zakończenia i odnajdują wyjaśnienie dopiero w streszczeniach… Potem tworzysz nowe sceny i ich nie kończysz, budujesz podłoże pod nowe sceny i streszczasz ich finał... W koło Macieju. Po co prowadzić wątki, skoro nigdy nie doczekają się rozwiązania, a jedynie wspomnisz o nich mimochodem, jakby na odczepnego?

Nie zmieniało to jednak faktu, że Janvierowi, bez żadnego, widocznego przynajmniej, wysiłku, udało się dokonać w mniej więcej trzy tygodnie coś, co wydawało się wręcz nieprawdopodobne. – No właśnie… trzy tygodnie. Skoro Helena rozmyśla o tym w taki sposób, tym bardziej zastanawia mnie fakt, dlaczego jeszcze nie uczestniczyliśmy w scenie  Lily-Hugo? Stawiając się na miejscu Lily, jeśli w przeciągu trzech tygodni mój najlepszy (sic! – jedyny) przyjaciel świetnie bawiłby się z kimś, kogo szczerze nienawidzę (mając przy tym charakter rudej wredoty, którą Lily niepodważalnie jest), to chyba zwróciłabym na to uwagę wcześniej niż jakaś drugoplanowa postać i zareagowałabym w jakiś sposób? Tym bardziej, że Lily uchodziła do tej pory za przewrażliwioną histeryczkę – gdy dowiedziała się o zwykłym spacerze Oliviera, omal nie dostała zawału i zrobiła dramę.
Poza tym gdzie jest w takim momencie Sharon lub jej odpowiednik w grupie Zabini (patrz, jak imiona twoich postaci mocno zapadły mi w pamięć)? Podobno dziewczyny lubią ploteczki, czemu więc nie zajmują się tą sprawą? I gdzie przez ostatnie kilka rozdziałów zniknęła sama Zabini (możesz mi wierzyć albo nie, ale jej imienia też już nie pamiętam)?

Mam wrażenie, że pogubiłaś się we własnej historii albo od samego początku nie miałaś na nią planu. Mamy kilka potencjalnych pairingów, dziewiąty rozdział i jedyne, co się do tej pory wydarzyło, to rozmowy między nastolatkami o ewentualnych… pairingach.

– Przypominam, że w poniedziałek o siedemnastej czeka was pierwszy test sprawdzający wiedzę książkową. – Tag. Na pewno o siedemnastej, jeśli w Anglii obowiązuje dwunastogodzinny system zegarowy.

Większość rozdziału pozbawiona jest emocji, pełno w nim streszczeń oraz mało istotnych sytuacji. Dialogi są strasznie suche – każda postać mówi tak samo emocjonująco. Nikt niczego nie prawi sensownego, pozwalasz Hermionie powiedzieć nic nieznaczącą regułkę na temat zasad konkursowych z transmutacji, która najmniej wszystkich obchodzi, a najważniejsze elementy, na które się faktycznie czeka — streszczasz. Potem przechodzimy do Scorpiusa, który myśli dokładnie w taki sam sposób, takimi samymi słowami, taką samą konstrukcją zdań… co Olivier, Hugo czy wszyscy inni męscy bohaterowie, nawet grono pedagogiczne. Jest niecharakterystyczny, a ekspozycja o nim mdła. Jedyne, co podoba mi się w wypowiedziach chłopaków, to przekleństwa, bo chociaż trochę podkreślają charakter i wyróżniają ich z tłumu.

Przestrzegała tylko te punkty regulaminu, które uważała za rozsądne. – Przestrzegać (kogo? czego?) tych punktów.

Od kilku dni miała nieustanny ból brzucha i wszystko wskazywało na to, że będzie musiała skorzystać z rady Grace i udać się do Skrzydła Szpitalnego. Czy naprawdę była aż tak słaba? – Skoro Lily cierpiała od kilku dni na ten ból, dlaczego dowiadujemy się o nim po kilku dniach, jeśli najczęściej obserwujemy świat dzięki mowie pozornie zależnej tej bohaterki? Już wcześniej, gdy to się zaczęło, powinna wystąpić scena, w której Lily łapie się za ten brzuch, myśli o tym bólu, niepokoi się czy idzie do Skrzydła Szpitalnego po jakąś, nie wiem, magiczną tabletkę?

Najgorsze było jednak to, że to nie tylko grupa jej starych jak świat wrogów postawiła sobie za punkt honoru odgrywania wydarzeń z pieprzonych zajęć z obrony co najmniej trzy razy na dzień przed jej oczami, ale i to, że cała szkoła zdawała się o tym mówić przez co najmniej cztery doby. – Dlaczego na siłę wciskasz w hogwarckie realia jakieś śmieszne motywy zaczerpnięte z amerykańskich komedii młodzieżowych? Jasne. Kilka osób nieprzyjaznych głównej bohaterce mogło jej dokuczać trochę dłużej, ale na pewno nie interesowała się jej porażką CAŁA SZKOŁA. Jak jeden mąż, bo kilkaset młodziaków z radą pedagogiczną nie mają co robić i tylko ośmieszają naszą królową opcia.

Poprzedniego wieczoru panna Potter doprowadziła do płaczu jedenastoletnią Puchonkę błąkającą się jak zagubiona owieczka po drugim piętrze, ale nawet to nie sprawiło, że poczuła się lepiej. Wszystko dlatego, że na prośbę o wskazanie drogi do pokoju wspólnego Puchonów dziewczynka usłyszała od niej, żeby znalazła sobie innego debila, który będzie jej robił za osobisty GPS, szczególnie jeśli po miesiącu nauki nadal nie wie, jak dojść do własnej sypialni. (...) – Byłaby z tego idealna scena, doprawdy. Moglibyśmy obserwować rozwój postaci Lily z wrednej na bardziej wredną. No ale po co ożywiać postacie, jak można o nich pisać streszczenia… przez takie coś nie jest mi nawet żal tej biednej dziewczynki, bo nie zobaczyłam jej oczami wyobraźni. Nie wczułam się w scenę, bo sceny nie było.

Spójrz, co się dzieje w twojej historii: Lily idzie sobie korytarzem, rozmyśla o tym, co było wczoraj, a potem o tym, co było kilka godzin przed tym wczoraj:
Kiedy kilka godzin wcześniej Potter zobaczyła na błoniach swojego starszego brata, który – oczywiście – schował się za drzewem i palił mugolskie papierosy, po raz pierwszy w życiu miała ochotę do niego podejść i mu je zabrać, ale nie po to, by je wyrzucić, ale by samej się zaciągnąć.
Jak czytelnik ma się ustosunkować do takiej pisaniny? Ja już nie wiem, kiedy co miało miejsce, a czasem zastanawiam się, czy naprawdę działy się streszczane wydarzenia, bo nie mam na nie dowodu, a ich konsekwencji nie widać w postaciach. Ale dobrze, że brat wrócił do papierosa. Od pierwszego rozdziału minęło wszak trochę czasu; jeśli bohater popala i w jakiś sposób to kreuje jego postać, to powinniśmy o tym informację dostawać częściej niż raz na dziewięć rozdziałów, ale lepsze to niż nic.

Frank Abingale, drugi obok jej kuzynki, Rosalie Weasley, Prefekt Naczelny Hogwartu!
W dialogach mężczyzna brzmi identycznie przesympatycznie jak Olivier. Bardzo podobał mi się zwrot, w którym okazało się, że pokrzywdzona Puchonka jest siostrą prefekta. I tym bardziej żałuję, że nie wzięliśmy udziału w tamtej scenie, bo wtedy rozmowę Lily z Frankiem przeżywałoby się bardziej emocjonalnie.


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Każdy chciał zapoznać się z informacją zawieszoną obok drzwi prowadzących do Wielkiej Sali. Chęć dowiedzenia się przez uczniów [a niby przez kogo innego?], które z zajęć dodatkowych wprowadzone zostaną w tym roku w Hogwarcie, była tak duża, że mimo iż na zegarze dopiero co wybiła siódma rano, chyba nikt już nie spał. – Chyba? To wszechwiedzący tego nie wie?

Mimo że Weasley wiedziała, że spokój potrwa maksymalnie minutę, poczuła niechciany ucisk zazdrości, obserwując kobietę. Jednocześnie jednak sama poczuła niewielkie, ale jednak, zainteresowanie kolejną nowiną. – Podkreślone wyrazy są totalnie zbędne.

Rose podejrzewała, że lada moment ci, którzy poszli już na śniadanie, wrócą, aby dowiedzieć się, o czym mówi najnowsza wiadomość (...) – mówiła. Wielokrotnie mylisz czasy, więc pod tym względem sprawdź całe opowiadanie. Ja już więcej błędów tego typu nie wymienię.

Podobał mi się subtelny opis wyglądu Meadowes, po którym następuje opis relacji Eve-Rose. Inną rzeczą jest fakt, że Meadowes to przyjaciółka Lily Potter... ale matki Harry'ego. Zmarła w 1981 roku, zabita przez samego Voldzia. Nie wiadomo, czy miała dzieci; raczej nie, skoro nie miała też męża. Niczego nie wiadomo o żadnych krewnych – prawdopodobnie czarodzieje Meadowes umarli wraz z Dorcas.

– W ramach Integracji Międzyszkolnej w tym roku organizują zupełnie nowy konkurs (...)
– Jaki? (...)
– Teatralny            
– Konkretnie musicalowy

Och nie. Proszę. Kutwa. Mało inspiracji daje uniwersum Harrego Pottera? Dlaczego to nie może być jakiś pojedynek, konkurs à la Turniej Trójmagiczny? To jest opko o potomkach Harry’ego Pottera czy High School Musical? Kolejny raz? I błagam… powiedz mi, że to nie będzie Romeo i Julia…

– Wiadomo, który to będzie musical? (...)
– West Side Story.
Amerykański brodwayowski remake Romea i Julii. Oczywiście. No jakżeby inaczej… Czemu to musi być musical, który w całej rozciągłości przedstawia problematykę życia w Nowym Jorku w latach pięćdziesiątych? Przecież tam chodzi o konflikty na tle rasowym dzielące ówczesnych imigrantów i białych Amerykanów. Płaczę.

Bo nie mogło chodzić o nic innego, tego Lily była pewna. Miała zresztą zbyt dużo zajęć na głowie, by pozwolić sobie na jakieś większe przemyślenia. – Na kilka akapitów powróciliśmy do Lily i jej przemyśleń na temat prefekta. Dlaczego piszesz, że ma zbyt dużo zajęć, by pozwolić sobie na większe przemyślenia, gdy tuż przed tym (jak i troszkę po tym zdaniu) wylałaś kilkuakapitową, suchą narracją właśnie jej podejścia do tej sprawy?

Nie miała czasu na swoich dawnych wrogów, tak bardzo zaprzątali jej głowę nowi! Co prawda incydent z obrony przed czarną magią został już przez większość uczniów zapomniany, jednak Krukonka nadal musiała użerać się z Olivierem. – Jestem ciekawa tego użerania. Od tamtego feralnego pojedynku nie rozmawiała z Olivierem i nie mieli oni na siebie w opowiadaniu większego wpływu.

Przedwczoraj, po wyjątkowo nieprzyjemnej wymianie zdań z Olivierem, w której zarzucił on Lily wprost hipokryzję (a dokładniej – że jest zainteresowana fakultetami, choć mówi co innego), prawie że wpadła w panikę, ale na szczęście zdołała się opanować. Obecnie była jeszcze bardziej zdeterminowana, by go wykończyć, ale najwyraźniej nie mogła zrobić tego sama… – A no oczywiście… przedwczoraj jednak rozmawiali. Kolejne streszczenie wydarzeń, które miały już miejsce. Nie mam na to siły, przyczepię się więc do strony stricte emocjonalnej. Skoro Lily prawie wpadła w panikę, warto to opisać – ataki paniki objawiają się utrudnionym oddychaniem, nerwowym łapaniem oddechu, drgawkami, dreszczami, ciarkami – whatever. Jak ja mam sobie wyobrazić więc tę prawie-panikę? No i co Lily ma za powikłania na tle emocjonalno-psychicznym, skoro jedna opinia Oliviera psuje jej tyle nerwów?

Jak na zawołanie, zauważyła, że zbliża się do niej Alice. – Pierwszy przecinek zbędny (+czas).

Z jednej strony panna Potter chciała wziąć udział w tym przedsięwzięciu, cechowała się przecież pewnością siebie, umiała się wypowiedzieć, nie miała problemów z tremą, nowymi wyznaniami, a granie opanowała perfekcyjnie. – Prawie żadnej z wymienionych cech nie odnajduję w twojej Lily, bo to idealna, wkurzająca kukiełka. W ogóle oł gasz… jak można streścić w taki sposób charakter bohaterki? Chyba zapomniała już o robieniu zdjęć i okazuje się teraz, że jeszcze pani Grandmoor pewnie uczyła ją aktorstwa albo panna Potter (skoro mowa pozornie zależna, to czemu bohaterka sama siebie określa w taki sposób?) nauczyła się tego w jakiś cudowny, nieznany nam sposób, który pewnie poznamy dzięki jednozdaniowemu wyjaśnieniu dlaczego akurat tak, a nie inaczej.

Czasami zastanawiał się, czy Mark Wells miał jakiekolwiek potrzeby fizjologiczne. Od dwóch tygodni codziennie spotykali się na boisku, w weekendy nawet po dwa, a każdy następny był dłuższy od poprzedniego. – Czyli szachy z Hugonem już nieaktualne i teraz dowiadujemy się, że od dwóch tygodni jeden z głównych bohaterów codziennie działa na boisku? Aha.

Problem polegał na tym, że mimo iż odwiedzał już wcześniej to miejsce wraz z większością drużyny po tych torturach, to sam nie miał pojęcia, w jaki sposób tam dojść. Wiedział co prawda, że obraz z gruszką, który stanowił przejście do kuchni, znajdował się nieopodal pokoju wspólnego Puchonów, jednak już dawno dowiedział się, co oznacza „nieopodal” w Hogwarcie. Równie dobrze mógłby prowadzić poszukiwania w Zakazanym Lesie. – No dobra, tu kwikłam. Olivier, gdy o czymś myśli lub coś robi, wypada naprawdę naturalnie. Nie da się też nie wczuć w jego sytuację, gdy uczestniczy w scenie. To naprawdę dobrze wykreowana postać. Jakimś cudem rozwija się jego charakter – na początku częściej marudził na nowe miejsce zamieszkania, teraz robi to rzadziej i bardziej z przymrużeniem oka niż niezadowoleniem. Fajno.

Problem polegał na tym, że mimo iż odwiedzał już wcześniej to miejsce wraz z większością drużyny po tych torturach, to sam nie miał pojęcia, w jaki sposób tam dojść. (...) Olivier spytał się Heleny pod koniec zajęć, jak dojść do kuchni, jednak ta nie potrafiła mu odpowiedzieć na to pytanie. – A jednak mało inteligentny jest ten twój Olivier. Helena też. Schody do kuchni to jedne z tych, które się nie ruszają. Olivier, skoro bywał tam wcześniej, powinien był zapamiętać drogę chociaż w połowie i tam pytać dalej, a Helena chyba powinna ją po prostu znać, prawda? Przecież jest na piątym roku. Można ewentualnie podpytać zawsze jakąś postać z portretu lub błąkającego się ducha.

Ostatnio zastanawiałam się właśnie, jak tam relacja Olivier-Amanda i liczyłam po cichu na scenę jakiegoś spaceru, ale oczywiście wszystko rozegrało się za moimi plecami:

Owszem, od czasu do czasu chodził z nią na spacery, jednak aż do ostatniego weekendu ich relacja trwała na stopie czysto koleżeńskiej. Kilka dni temu jednak natknął się niespodziewanie na dziewczynę i sam nie wiedząc dokładnie jak [imperatyw?], wylądowali w Pokoju Życzeń. Zgodnie z wolą Amandy pomieszczenie przybrało formę magazynu, okazało się bowiem, że jakiś czas temu dziewczyna schowała w nim zapasy Ognistej Whisky oraz wina. Olivierowi zdecydowanie przypadł do gustu pomysł na alkoholowy wieczór (...). Jak można było się spodziewać, ich spotkanie skończyło się na dwóch pustych butelkach i wielu, mniej lub bardziej odważnych, pocałunkach. Nie doszło do niczego więcej, nie byli aż tak pijani [bo żeby robić coś więcej, to trzeba być pijanym?], zresztą później Olivier odprowadził Amandę do jej pokoju wspólnego, a sam udał się do swojego [logiczne] dormitorium.

Kolejny zmarnowany potencjał — rozkwit romansu. Jeżeli decydujesz się pisać opko o hajskulach, to rób to, ale rób to dobrze; do tej pory omijasz najciekawsze sceny, a szczegółowo opisujesz pierdoły takie jak szukanie kuchni. W streszczeniu tego, co wydarzyło się wcześniej, nie poznajemy odczuć bohaterów, emocji wyrażanych czynami, gestami, słowami, które wtedy im towarzyszyły. Jak się wczuć, panie premierze? Nie budujesz klimatu, a przy tym niszczysz to, pod co sobie sama zbudowałaś podwaliny. Pisałaś kilka notek temu o tym, że Olivier umawia się z Zabini na spacer? Tak? Po co? Mogłaś to pominąć i od razu streścić akcję w Pokoju Życzeń – skoro i tak nie budujesz relacji od podstaw; efekt byłby taki sam, jaki uzyskałaś teraz. Sucho wymieniasz, jak wszystko wyglądało, zostawiasz na to dwa akapity pozbawione emocji oraz przemyśleń — i idziemy dalej. Pewnie w stronę teatrzyku – nie zdziwię się, jeżeli on też nie będzie przedstawiony sceną i dowiemy się o nim z relacji z dnia następnego.

Nie, żeby Amanda specjalnie na niego naciskała, choć rzucała mu zarówno zalotne spojrzenia, jak i dwuznacznie teksty. – Przecież tego nie robi. Ostatni raz rozmawiali chyba w rozdziale trzecim.

– Wiem – odparła, jednocześnie sprzątając składniki, które musiała użyć do właśnie piekącego się ciasta. – I to też jest też kolejna z wielu ułomności twojej pisaniny. Buduj scenę szczegółowo, aby wyobraźnia czytelnika zaczęła pracować prawidłowo. Laska sprzątnęła jakieś składniki, bo pewnie piekła ciasto. I musisz wytłumaczyć, że piekła, bo inaczej czytelnik będzie się zastanawiał, co to za składniki. A mogłabyś to tak łatwo ominąć...
Określaj konkrety – nie wiem, czy wyobrazić sobie rozsypaną mąkę, a może turlające się po stole jajka. Może bohaterka ściera blat albo chowa wałek? Ma fartuch, więc pytanie Oliviera, co ona tam w ogóle robi w tym bałaganie, jest daremne. Tym bardziej, że:

(...) dziewczyna jest ubrana w fartuch i stoi przy rozgrzanym piekarniku.
– Co ty tu robisz? – spytał więc po raz kolejny nieco zdezorientowany, wskazując widelcem na piekarnik.
– Piekę – stwierdziła tylko, nadal się uśmiechając.
Piekarnik? W Hogwarcie? Przecież tam nie działa żadna eketronika.Wątpię, żeby chodziło ci na przykład o kuchnię gazową czy stary prodiż. Piekarnik to piakrnik… rety.

Ale wracając do ułomności w braku szczegółowości. W opisie nowej postaci skupiłaś się na oczach i włosach, a wystarczyłoby napisać, że ma umorusaną buzię od mąki albo brudne ręce, bo akurat gniotła ciasto. Twoi bohaterowie nie mają duszy i nie poruszają się w konkretnym tle, nie wykonują konkretnych czynności. Dajesz mi półśrodki, a ja mam sobie wymyślać i dopowiadać detale. I robisz to w każdym prawie zdaniu – skupiasz się tylko na wnętrzu i emocjach, ale napiszę raz jeszcze – to nie jest pierwszoosobówka.

– Może ci pomogę? – zaproponował coraz bardziej zbity z tropu Olivier. (...) Kompletnie nie znał się ani na pieczeniu, ani na sprzątaniu! – Och tak; bo wziąć szmatę do ręki i zetrzeć stół wymaga tytułu doktorskiego i trzech lat doświadczenia w pracy na stanowisku konserwatora powierzchni płaskich. Oczywiście w tym momencie możesz napisać, że to wcale nie tak miało wyglądać i chodziło o odkładanie produktów na swoje miejsce, ale wyobraźnia kreuje obrazy na podstawie tego, co piszesz, a nie tego, jak ty to widzisz w swojej głowie, więc Olivier mógł nie brać się za cukier puder, tylko wziąć miotłę i pozamiatać. I dlatego też warto dbać o detale.

A nie chciał jej się jej narażać.

Rayan wybrał Potter z innych względów niż umiejętności sportowe. Istniała jednak spora szansa, że teraz, kiedy Lily przestała okazywać mu względy, no i nie dała [pokazała] szczytu swoich możliwości podczas meczu (źle oczywiście nie zagrała, ale mimo wszystko), kapitan mógł zmienić zdanie. Oczywiście, że źle nie zagrała, bo jakby mogła, przecież to chodzący ideał. Nawet jak nie jest mocna w sporcie, to i tak nie mogła zagrać źle. No po prostu niemożliwość.

ROZDZIAŁ JEDENASTY
Nadzorującymi cały proces mieli być przedstawiciele Ministerstwa Magii i Kultury z każdego kraju biorącego udział w konkursie. – Ministerstwo Magii i Kultury? Serio? Ministerstwo Magii jest jedno i dzieli się na Departamenty, mogłaś więc zaangażować Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, skoro to konkurs międzynarodowy w ramach Integracji Międzyszkolnej. Albo już pal licho, trzeba było wymyślić sobie jakiś swój Departament Kultury i Sztuki Magicznej. Ale Ministerstwo Magii i Kultury brzmi strasznie, bo połączyłaś człony kompletnie od siebie oderwane. Jak gdybyś dla polskich realiów wymyśliła Ministerstwo Rzeczypospolitej Polskiej i Sportu. Ma to sens?

Nie znając naszej kultury i kalecząc nasz język, wparowuje do szkoły i zaczyna traktować ją jak swoją własność, jednocześnie twierdząc, że nienawidzi Anglii. – Mowa o Olivierze, który w każdym dialogu wypowiada się z poprawnością językową godną rodowitego Brytyjczyka. No i wszystkie oskarżenia Lily są mocno przerysowane, bo Olivier od początku był dla wszystkich sympatyczny, no poza samą Potter, ale tylko dlatego, że ta sama z siebie jest dla większości wredną suką. Teraz, w rozmowie z Hugo, wydaje się normalna, ale rozdział temu żałowała, że zachowała się jak świnia wobec młodziutkiej siostry prefekta, którego imienia nie zapamiętałam. Jeżeli istnieje jakaś droga rozwoju tej postaci, to po takich przemyśleniach i ostatnich załamkach Lily mogłaby ugryźć się w język, źle oceniając innych w towarzystwie jedynego przyjaciela. Sama nie jest lepsza.

– Za ostro? Za ostro?! – przerwała mu nieco za głośno Lily, jednak po chwili kontynuowała już znacznie ciszej: – Wpieprza się w nie swoje sprawy, więc mam prawo reagować! – Ostatni wykrzyknik świadczy o czymś zupełnie innym. Zastąpiłabym go kropką.

Rozmowy Lily z Hugo, a potem Rosalie i Maximilliene były dobre. Nauka w bibliotece czy korepetycje z eliksirów to udane sceny – bohaterowie rozmawiali naturalnie, ale brakowało mi opisu zachowań poprzeplatanych z ich myślami. Znów wpakowaliśmy się do ich wnętrz; dowiedzieliśmy się, że Rosalie np. poczuła frustrację. Ale jak ją objawiła? Mogła zmarszczyć czoło, westchnąć – gdyby to zrobiła, nie musiałabyś tłumaczyć, co bohaterka czuje. Czytelnik wydedukowałby to z jej zachowania – to sprawia większą frajdę w czasie czytania. Pod koniec sceny Rosalie znów coś poczuła, tym razem była to senność. Ale ja nie wyobraziłam sobie przymykających się oczu, nie zauważyłam dyskretnego ziewnięcia. Twoja narracja jest pod tym względem strasznie sucha, bo bohaterowie nie zachowują się naturalnie; tylko informujesz, co czują. Spodobał mi się natomiast sposób na przedstawienie myśli Rose. Zrobiłaś to za pomocą kursywy. Nie rozumiem, czemu do tej pory tak rzadko korzystałaś z tej możliwości. To wiele ułatwia i zdecydowanie nadaje lekkości całości, kreuje bohaterów dużo lepiej niż szczegółowy opis czyjegoś wnętrza, zapisany nudnym ciągiem narracyjnym na dziesięć akapitów.

Rozmowa Hugona z Olivierem o Helenie – pierwszorzędna! Ale dlaczego dowiadujemy się o dziwnych przypadłościach bohaterki dopiero teraz? Przecież nie raz wydarzenia przedstawiane były mową pozornie zależną z jej punktu widzenia. Nie mogła wtedy na przykład, nie wiem, faktycznie się zachwiać, nie mieć ochoty na posiłek, unikać schodzenia do Wielkiej Sali albo dłubać tam tylko widelcem w żarciu? W opowiadaniach potrzebne są hinty, na bora. Aluzje  jeżeli z bohaterem ma w końcu wydarzyć się coś przez ciebie jako autorkę zaplanowanego, to muszą to poprzedzać jakieś hinty, żeby czytelnik nie miał potem nagłego mindfucka, że: ale jak to? Przecież nie było o tym ani słowa! Musisz czytelnikowi nakreślać wskazówki, aby ciąg fabularny miał sens. Co innego, jeżeli jakieś wydarzenie faktycznie ma spaść na nas jak grom z jasnego nieba, a efekt zaskoczenia ma być jak najbardziej zamierzony (zwykle następuje przy tym nagły zwrot akcji). Ale długie niejedzenie i osłabienie organizmu albo (w przypadku Lily) ból brzucha (na który narzekała, a który nagle zniknął, bo chyba o nim zapomniałaś) to kwestie, o których czytelnik powinien dowiedzieć się wcześniej. Jeśli są ważne dla fabuły – rozwijają się, wspomina się o nich raz na jakiś czas, by czytelnikowi je utrwalić w pamięci (to się nie dzieje, gdy raz narrator o tym wspomni w ekspozycji). A jeśli nie są ważne – wywal je z tekstu, by nie lać wody. W ogóle wiele masz akapitów, które powinny pójść do śmieci – czy to ze względu na przegadaną ekspozycję, czy na prowadzenie wątków, które chyba nie mają większego znaczenia (nie wracasz do nich). Twój tekst pod tym względem prezentuje się jak first draft.

W liście skreśliłaś kilka błędów i obok napisałaś tekst poprawnie, pewnie po to, aby zaznaczyć, że nadawca stawia takie babole. Myli mu się u z ó i ż z rz, ale przecinki postawił perfekcyjnie…

Ten rozdział był najciekawszym do tej pory ze względu na brak wszędobylskiej, męczącej ekspozycji.


ROZDZIAŁ DWUNASTY
W czasie trwania eliminacji nie czułam tego, że się tam znajduję. Podałaś tytuły i autorów piosenek – dziewczyny wykonywały utwory Beyonce, Celine Dion czy Adele. Ale nie słyszałam śpiewu, nie czułam magii tej sceny. Trochę sucho. No i dlaczego o talencie wokalnym Rose dowiadujemy się akurat wtedy, gdy dziewczyna musi wystąpić?
Więcej uwag tutaj nie mam.


ROZDZIAŁ TRZYNASTY
W spisie treści widnieje taka oto ramka:
Trzeba więc się posiłkować opcją starszy/nowszy post.

Najchętniej kładłaby się do łóżka nie później niż o dwudziestej drugiej, ale w Hogwarcie było to trudne. – Było to trudne, ponieważ w Brytanii obowiązuje dwunastogodzinny system zegarowy.

Jej organizm nie potrafił po prostu spać, kiedy słońce, a tym świat, budziły się do życia, a chwile tuż przed świtem były jej ulubioną częścią doby. A przy tym + powtórzony spójnik. Dodatkowo organizm nie śpi; wszystkie procesy zachodzą w czasie snu normalnie – to odpowiedzialny za sen ośrodkowy układ nerwowy odpręża nasze ciało i umysł.

Ulotki, przerobione zdjęcia… tak. To było do przewidzenia. Czy takie coś nie miało przypadkiem miejsca w Szkole uczuć? Pomijając to, nietrudno domyślić się, że całość przygotował ktoś, kto Oliviera nie lubi. Czyli Lily. Co powinno się dziać dalej? Hugo zdecydowanie powinien w końcu odwrócić się od tej wrednej suki, a ona sama mogłaby stracić wszystkich wokół siebie, no może poza swoją głupiutką świtą.

Nie zrozumiała własnego zachowania, ale nie analizowała go później, gdyż ani razu nie spotkała chłopaka nigdzie indziej niż na zajęciach, które mieli z Gryfonami. – Lara nie analizowała swojego zachowania, ale narrator opisał nam metodykę jej rozumowania w poprzednim akapicie. Ekspozycją. No cóż. Stęskniłam się, dawno takowej nie było.
Poza tym naprawdę nie widzisz tego, że przynajmniej raz na rozdział ktoś zawsze musi nie myśleć o czymś (mimo wcześniejszej ekspozycji właśnie o tym), nie zastanawiać się długo nad czymś, coś innego musi dziać się z totalnego przypadku, bohater sam nie wie, dlaczego coś zrobił/pomyślał… stosujesz w kółko te same, oklepane i denerwujące frazesy.

Mimo to nie sądziła, aby zasługiwał na takie traktowanie przez kogokolwiek. Nie sądziła, by ktokolwiek zasługiwał. Dlatego zamierzała po cichu uratować tę sytuację. – Spoilerujesz, co bohaterka miała zamiar zrobić, zanim zaczęła się w ogóle zabierać za tę robotę. Autorko, proszę! Nie stosuj tego zabiegu nigdy więcej, bo psujesz zabawę jeszcze bardziej niż zwykle.

Lara z konieczności nauczyła się rzucania wyjątkowo trudnej grupy zaklęć należących do tak zwanych Czarów Iluzji już jako mała dziewczynka. Jej ojciec załatwił specjalne pozwolenie, by mogła używać różdżki – pod okiem opiekunów – od siódmego roku życia. Musiała w końcu opanować do perfekcji możliwość codziennego „reperowania” własnego ciała. – Aha. Okej. Bohaterka, którą poznaliśmy stosunkowo niedawno AKURAT potrafi używać wyjątkowo trudnych zaklęć, aby uratować dupsko Olivierowi. Szkoda, że dowiadujemy się o tym AKURAT wtedy, kiedy takie zaklęcia są potrzebne. Przypadeg? Nie sondze. Raczej połączenie imperatywu narracyjnego z totalnie złą kreacją postaci – jej wybitne umiejętności wychodzą w tym samym momencie, w którym są najbardziej potrzebne. To już któryś raz z kolei, doprawdy…
No i to reperowanie własnego ciała – u mnie wywołało mindfucka. Oczywiście dalej nie wyjaśniłaś w ogóle, o co chodzi, zostawiasz więc czytelnika z taką informacją i lecisz dalej z zupełnie innym tematem. Czy taki fakt o Larze, nie wiem, nie jest aby WAŻNY? Trzeba było zacząć wprowadzenie tej postaci od spotkania z Olivierem i przedstawieniem jej introwertycznego charakteru, potem umieścić scenę, w której reperuje to swoje ciało (cokolwiek to znaczy) i używa czarów, aby czytelnik poznał tę postać i jej umiejętności. Dzięki temu nie musielibyśmy teraz przyswajać informacji, bo dowiadywalibyśmy się o nich stopniowo; nic teraz nie sprawiałoby wrażenia tłumaczonego na siłę. Od dupy strony zaczęłaś kreację tej postaci.

(...) musiała przecież w jakiś sposób dostać się do pozostałych pokojów wspólnych, w których – była przekonana – czekał na nią taki sam widok. Na szczęście znała lokalizację wszystkich hogwarckich domów, w końcu jedenastoletnia dziewczynka nieotwierająca do nikogo ust musiała znaleźć sobie w zamku jakąś rozrywkę. Wiedziała, że prawdziwym wyzwaniem będzie dostanie się do środka. Na szczęście dwa dni wcześniej usłyszała niechcący, że obecne hasło do pokoju wspólnego Ślizgonów brzmiało „czarne mandragory” i miała szczerą nadzieję, że od tamtej pory się nie zmieniło. – No pewnie. Z zupełnego przypadku usłyszała hasło. Wiesz co? Wrzucanie co scenę takich akuratnych, cudownych przypadków wychodzi mi już bokiem. No i znów retrospekcja… trzeba było stworzyć dwa rozdziały temu scenę, w której Lara SŁYSZY to hasło. Teraz połączyłabym sobie fakty, że stąd je zna… nie musiałabyś tego tłumaczyć, sprawiając wrażenie, że wszystko jest wypadkową cudownie sprzyjającego losu. Naucz się łączyć sceny, fakty, relacje postaci – zrób sobie plan na opowiadanie. Rozpisz, co w którym rozdziale ma się wydarzyć, żeby kolejne epizody miały ręce i nogi, a całość trzymała się kupy. Bo do tej pory pod tym względem twój tekst leży i kwiczy.

Nadal śpiewając jakąś durną piosenkę z dzieciństwa, która z niewiadomych powodów chodziła jej po głowie, zbiegła szybko po schodach, czując rosnącą radość, a następnie… – Akurat Lily wydawała się mocno związana ze swoim dzieciństwem. Wspomnienia zniszczenia zabawki czy te pozostałe z odwiedzin u starszej sąsiadki wbiły jej się w pamięć, więc wychodzi na sentymentalną. Dlatego uważam, że do nuconej piosenki w ogóle nie pasuje epitet durna. Dodatkowo mamy kolejne niewiadome powody i brak emocji. Napisałaś, że bohaterka czuła rosnącą radość, ale mnie to nie obchodzi, dopóki łaskawie nie napiszesz, jak ta radość objawiała się u bohaterki – Lily mogłaby się głupkowato szczerzyć, czuć przyspieszone bicie serca spowodowane podnieceniem. To dopiero tworzy postać.

Oliviera Syriusza Janviera obudziło drętwienie w lewej stopie. Aż za dobrze wiedział, co to znaczyło. Coś miało się dzisiaj wydarzyć. Chwilę później uzmysłowił sobie, że doskonale widział [+e], cóż to takiego miało być. Eliminacje do musicalu, do którego musiał się zapisać z powodu Martina. – Zapisuje się na eliminacje, nie do eliminacji.

Scena, w której Olivier widzi pokój wspólny i piskliwe dziewczyny przeglądające przerobione ulotki i zdjęcia, jest przekomiczna i prześwietna. Nie wiem dlaczego, ale chyba najbardziej lubisz pisać sceny z Francuzem, bo wychodzą ci naprawdę naturalnie. Dialogi? Niewymuszone. Janvier? Reakcja taka, jaka pasuje do jego charakteru. Tło? Jest. Ekspozycji? Brak. Są emocje, mimika i gesty bohaterów. Słychać i śmiechy, i piski. Widzisz? Jak się postarasz, to jednak potrafisz oczarować! I najważniejsze – lekkość pióra. Tę scenę, jak i o dalszej furii Lily czytało się szybko i z uśmiechem na twarzy. Płynnie. Tempo jest odpowiednie i takie powinnaś zachować od początku do końca. W opowiadaniu musi się dziać i dzieje się, tylko szkoda, że tak rzadko.

Nie chciała patrzeć na tego obślizgłego gada. Cholernego intryganta. Przebiegłego gracza. – Czy ona naprawdę nie widzi tego, że sama jest jeszcze gorsza od niego? Olivier nigdy nie był dla ludzi wokół obcesowym sukinsynem, w przeciwieństwie do Lily. Takimi wstawkami wychodzi na totalnie zapatrzoną w siebie, zazdrosną i pustą. Zastanawiam się, czy taki faktycznie był twój zamysł.

(...) jakim cudem wciąż na tym wygrywał – na czymś można zyskać. Wygrać przez coś, dzięki czemuś. Bo na razie to brzmi, jakby Olivier na jakimś instrumencie wciąż wygrywał sobie jakąś melodię.

Och… występ Lily skróciłaś do słów: (...) jakieś trzy minuty. Tyle prawdopodobnie zajęło jej przekazanie tego, co przekazać jej kazano. Nie wiedziała, co powiedziała, nie kontrolowała własnych słów. (...) Nie pamiętała także, jak zeszła ze sceny. Nie zarejestrowała innych wystąpień. Niczego więcej o samym występie nie napisałaś; przypomina ci to coś? Bo mi występ (a raczej wygodne uniknięcie jego opisu) Rose w czasie wykonania utworu Adele. To przykre, jakimi ochłapami częstujesz czytelników, wcześniej przygotowując ich do tego, że taka scena będzie miała miejsce i zapewniając ich, że eliminacje są ważne (przecież musicalem interesuje się cały Hogwart!).

Inną rzeczą jest, że czarodzieje słuchali raczej piosenkarzy-czarodziejów. Nawet u Rowling wszyscy celebryci w świecie magii byli czarodziejami. Skąd Brytyjczycy znają gwiazdy popu z USA, w dodatku mugoli? Przecież nie używają radio, TV ani Internetu.

W tym momencie przypominam sobie scenę z Lily i prefektem, którego imienia nie pamiętam. Po co kilka rozdziałów temu scena ta miała miejsce i podkreślałaś w niej zainteresowanie Lily (a raczej jej chorą, chwilową fascynację), skoro teraz, do tej pory Lily jakoś ani razu nie zaprzątnęła sobie tą myślą głowy? Czy ta scena wtedy miała sens i dlaczego konsekwentnie nie prowadzisz rozpoczętych wątków? Przecież człowiek nie jest jak papierkowa kukiełka – może myśleć o wielu rzeczach, interesować się wieloma kwestiami. Wspominać, wracać myślami. Tylko nie odbieraj tego jako zachęty do stworzenia kolejnej kilkuakapitowej ekspozycji na ten temat! Raczej chodzi o to, byś zastanowiła się nad konsekwentnym prowadzeniem fabuły opowiadania. Skoro teraz Lily nie wraca do tamtych wydarzeń i przestała interesować się tematem prefekta, obniż jego wartość w jej oczach w scenie spotkania. Bo na dzień dzisiejszy jedno z drugim się gryzie. A jeśli podobno dalej siedzi jej gdzieś w głowie myśl o prefekcie, niech więc o nim myśli częściej. Buduj tę swoją Lily.

Ach, i jeszcze jedno. Nazwałaś ten rozdział Nieudany fortel. W poprzednim dowiedzieliśmy się, że Lily chce wcielić w życie swój podły plan. Patrząc na to z tej perspektywy, tytuł jest spoilerem, bo z góry wiemy, że pannie Potter się nie uda.


ROZDZIAŁ CZTERNASTY
(...) szczelnie odcięta od świata za pomocą grubych granatowych kotar – jeśli przymiotniki są równorzędne, czyli każdy z nich niezależnie odnosimy do określanego rzeczownika, to rozdzielamy je przecinkiem.

Czy on musiał być aż tak bezpośredni? I to pod każdym względem?! – To myśl Amandy o zachowaniu Oliviera. O wiele lepiej brzmiałoby, gdybyś odmieniła musieć w czasie teraźniejszym, gdyż myśl tę zapisałaś kursywą i dotyczy aktualnych wydarzeń.

Dlatego właśnie zamiast dalej prowadzić rozmowę, uśmiechnęła się do niego blado i położyła swoją dłoń na jego. – Chwilę temu sama się od niego odsunęła, potem w myśli narzekała na jego bezpośredniość (a przynajmniej dla mnie ton tej myśli był mocno pretensjonalny), a teraz jakby nigdy nic sama go prowokuje. Nie rozumiem.

Końcówka tej sceny – świetna. Już się bałam, że Olivier da się przekabacić Amandzie, ale na szczęście nic z tego! Widzisz? Zaczęłam się interesować, martwić o lubianego bohatera, a wkurzać na egoistyczną Zabini. To dobry znak, że przeżywam wreszcie tę historię i wczuwam się w sytuację bohaterów – scena była porządnie zbudowana, dialogi naturalne, opisy zwięzłe i konkretne. W końcu odnalazłam też emocje w bohaterach, bo wyrażali oni je i przedstawiłaś to, jak je wyrażali, a nie napisałaś po prostu, że komuś było wesoło czy smutno. Naprawdę dobra robota!

Miała, najwyraźniej, wystarczająco dużo problemów. – Te przecinki są zbędne, nie musisz  z tego robić wtrącenia na siłę. Łącznie brzmi równie dobrze.

W akapitach poświęconych Minerwie McGonagall brakowało mi jej myśli, jej wyrazu twarzy. Jeżeli jest zmęczona – spróbuj pokazać to inaczej niż zdaniem: Minerwa McGonagall była coraz bardziej zmęczona. Kiedy robi coś, staraj się konkretnie obrazować scenę. Zapisałaś: Dyrektorka musiała poświęcić kilka dobrych minut, aby poradzić sobie z magią, której natężenie wyczuła, jak tylko weszła do pokoju wspólnego Ravenclaw. Ale nie napisałaś, co zrobiła, więc w tym momencie w głowie mam bohaterkę, która stoi i radzi sobie… no przecież mogłaś opisać, jak macha różdżką i mamrocze jakieś zaklęcie. Jak rozmawia z uczniami, albo coś… brakło mi w tej scenie Minerwy, mimo że te kilka akapitów były stricte o niej. Reszta rozdziału bardzo mi się podobała, no może poza kilkoma ekspozycjami na temat Albusa. Ale generalnie widzę, że idziesz w coraz lepszym kierunku. Coraz więcej pojawia się scen. Dialogów. Postacie ci ożywiają. W porównaniu do pierwszych dziesięciu notek – dopiero teraz zaczyna się robić ciekawie.


ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
Frank Abingale znudzony wpatrywał się w ścianę, na której zawieszono portrety byłych dyrektorów Hogwartu. – Tak sobie myślę i myślę… kim był Frank? Nie pamiętam go totalnie. Dopiero po chwili, wraz z upływem tekstu przypominam sobie, że to ten prefekt ze Slytherinu, którym zainteresowała się Lily kilka notek temu. Jako że ocena ta zajęła mi kilka tygodni, tak jak przeczytanie twojego tekstu w całości i wyciągnięcie z niego wniosków, muszę się poskarżyć, że tworzysz bohaterów, kompletnie nie dbając o to, by czytelnik ich zapamiętał. Masz ich za dużo i nie są zbyt charakterystyczni, mieszają się.

Tak, pani profesor. W niedzielę zobaczyłam to zbyt późno, aby panią poinformować – potwierdziła Rosalie, jednocześnie spuszczając niego głowę. – Nieco.

„Frank zamrugał gwałtownie, z niedowierzaniem wpatrując się w zamyśloną Rosalie. Czegoś takiego akurat się nie spodziewał”. – Dlaczego nie zapisałaś kursywą?

– No nie wiem. Lily jest dość… samodzielna – oznajmiła Rosalie, śmiesznie marszcząc nos. – Dziwne, że mówi to uczennica, która powinna mieć świadomość, że Lily jako królowa ma swoją wierną świtę...

Ku zdziwieniu Franka okazało się, że doszli już pod drzwi Wielkiej Sali.
Obrzucił ją uważnym spojrzeniem i tym razem nie powstrzymywał już uśmiechu. musiał, skoro i tak, speszona, nie patrzyła na niego, tylko wpatrywała się w czubki swoich butów. – Zły podmiot; wychodzi na to, że Frank nie powstrzymywał uśmiechu z powodu Wielkiej Sali. No i brak wielkiej litery na początku zdania.

Frank obrzucił Eve Meadowes – ubraną dzisiaj w coś na kształt pomarańczowego worka, który pewnie sama nazwałaby sukienką – nieprzyjemnym spojrzeniem. – Uwielbiam wstawki o Meadowes. Wszak nie pamiętam zbytnio, jaką ona ma do odegrania rolę, z jakiego jest domu i praktycznie niczego o niej nie kojarzę, pamiętam jednak, że bohaterka ma nietypowy styl ubierania się i właściwie tylko to sprawiło, że gdzieś tam zakotwiczyła w mojej pamięci.

Była zbyt głośno, wywierała za duży wpływ na Rosalie oraz, najwyraźniej, miała prawdziwy talent do pojawiania się w najmniej odpowiednich momentach. Cóż, może nie powinien dziwić się, że w czasie kolacji ktoś w każdej chwili może [czas] pojawić się w przedsionku prowadzącym do Wielkiej Sali, jednak dlaczego ze wszystkich osób musiała być to akurat ona?! Co najgorsze, nie mógł jej nawet zarzucić braku zachowania, gdyż tym razem się z nim przywitała. Weasley, jak mógł się spodziewać, już na niego nie patrzyła (...) – Brak zachowania? Przecież każdy w jakiś sposób się zachowuje; czy to źle, czy dobrze. Może brak kultury osobistej? Nieprzyswojenie zasad dobrego wychowania? Czy jakoś tak.

(...) jak zwykle prezentowali się nienagannie jako jedni z najlepsi adwokaci w magicznym Londynie. – Najlepszych adwokatów.

Helena z radością pozwoliła przytulić się rodzicom i dopiero gdy ci usiedli z obu jej stron, a matka wzięła jej dłonie w obie ręce, odpowiedziała (...) – Skoro wzięła dłonie w swoje ręce (l. mn), to wiadomo, że w obie, a nie na przykład w cztery.

– Mamo, staram się. Jem więcej, ale na ogół nie jestem głodna. Ponadto czuję się o wiele lepiej niż kilka dni temu – dodała Helena, czując, że jej wyjaśnienia nie są wystarczające. – Dodała do czego? Przecież wcześniej padło pytanie ze strony jej matki, na które teraz po prostu odpowiedziała.

Helena usłyszała, jak lekarz woła [czas] jej nazwisko, a następnie poczuła, jak tata pomaga [czas] jej wstać, za co poczuła wobec niego wdzięczność. Gdy ruszyła, zachwiała się lekko; miała wrażenie, jakby jej nogi były z waty. Skupiła się całą sobą, aby przejść te kilkanaście kroków w miarę normalny sposób. I tak czuła się wyjątkowo winna, kiedy czuła na sobie pełne troski spojrzenie matki. – Czemu nagle ma problem z chodzeniem i nie potrafi przejść kilku kroków bez skupienia się? Skoro godzinę temu znalazła się w Skrzydle Szpitalnym, a nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią za pomocą proszku Fiuu zaprowadził ją do Świętego Munga, to chyba nie musiał jej pomagać chodzić? Inaczej nie powiedziałby (jak to napisałaś) że szkolne obowiązki wzywają i że jej rodzice niedługo przyjadą, więc nie ma się co martwić. Aż tak jej stan się pogorszył w te kilkadziesiąt minut, że nie mogła faktycznie chodzić, czy po prostu chciałaś nadać tej scenie większej dramaturgii?

Przecież gdy Helena czekała na rodziców, też nic nie wskazywało na to, że nie potrafiłaby przejść kilku metrów do gabinetu lekarskiego. A jeśli faktycznie była w aż tak kiepskim stanie, powinna na tym korytarzu pomyśleć raczej: Holy crap! Coś jest ze mną nie tak! A nie coś w stylu: Oj, czemu Hugo nie przyszedł mnie odwiedzić w Skrzydle Szpitalnym sam? Ojej, chyba jednak mnie nie kocha. Hmm… to gdzie są moi rodzice?

– Pani Clinton go pobrała, a nasze laboratorium go zbadało – odpowiedział lekarz. – Nie musimy korzystać z tradycyjnych sposobów mugolskiej medycyny. Po pierwsze, w uniwersum HP nie ma lekarzy, tylko magomedycy.
Po drugie, planowane wizyty u specjalisty w Mungu to absurd, bo przecież w Hogwarcie pracuje pielęgniarka, która rutynowe badania jest w stanie przeprowadzić sama; a nawet jeśli nie potrafi, to taniej będzie raz pojechać i ją tego nauczyć, niż jeździć przez trzy lata tam i z powrotem. Gdy w grę wchodzi kwestia specjalnego wyposażenia, to i tak Helena musiałaby wyjść z Hogwartu, na badania może ją przecież zabrać pielęgniarka szkolna. Przy czym warto zauważyć jeszcze, że pani Pomfrey była świetną lekarką.

Właściwie cały wątek białaczki jest do wyrzucenia, bo to niekanoniczne – KLIK. Generalnie Rowling wypowiada się jasno, że czarodzieje potrafią leczyć mugolskie choroby. Polecam wymyślić inne, specjalne, magiczne schorzenie.

Dalsza scena jak najbardziej na plus – gdyby pominąć niekanoniczność. Rozmowa z lekarzem, reakcje rodziców, opis emocjonalny Heleny – odpowiednio wyważone do tak delikatnego tematu.

Co prawda, miała grać u boku Oliviera, co początkowo bardzo ją denerwowało, zważywszy na to, że zgodnie z jej zamysłem Janviera już dawno nie powinno być w szkole, jednak koniec końców pogodziła się z tym. Ba, uznała, że być może to nawet lepiej – w końcu dzięki przedstawieniu może zyskać możliwość upokorzenia go publicznie w znacznie większym gronie. – Czy ta Lily jest naprawdę tak głupia, że nie domyśla się konsekwencji swojego poprzedniego durnego pomysłu i nie przewiduje, że jeśli zacznie upokarzać Oliviera, to zrzuci na siebie wszystkie podejrzenia, zresztą słusznie? Bo nie wiem, czy celowo kreujesz ją na bezmózgą.

Jednak takie przemyślenia powodowały w niej dziwnego rodzaju dyskomfort, nawet jeśli różnego rodzaju. – Jak wyobrazić sobie dziwny rodzaj dyskomfortu?
Nie rozumiem zdania. Poza tym jest ono elementem okropnej ekspozycji na temat Lily. Ekspozycja ta, jak można było przewidzieć, zawiera w sobie też kilka retrospekcji i opisuje wydarzenia, w których nie mieliśmy okazji wziąć udziału. Okropność. Liczyłam na to, że tak suche i banalnie informujące o wszystkim czytelnika akapity to stara metodyka i zaczęłaś rozumieć, że należy ją omijać szerokim łukiem. No nic. Najwyraźniej będę musiała szerzej określić zło wcielone, jakim jest ekspozycja, w podsumowaniu, bo problem jest jednak jak najbardziej aktualny.

Nie, kiedy nie chciała, aby chłopak zyskał pewność, choć pewnie i tak ją podejrzewał. – Podejrzewał pewność?

Najlepsze było to, że w jakimś sensie własna porażka dostarczyła jej rozrywki. Otóż kilka dni temu, w środowy wieczór, Rosalie i ten wkurzający Abingale, który nadal nie zwracał na nią zbyt dużej uwagi, zorganizowali spotkanie dla prefektów, które najwyraźniej miało za zadanie znaleźć winowajcę. – Och. No tak. Oczywiście, bo czego się spodziewałam… Chwilę temu czytaliśmy o tym, że McGonagall prosiła prefektów o pomoc w odnalezieniu twórcy galerii Oliviera. Potem uczestniczyliśmy w rozmowie, w której Rose i Frank planowali udowodnić Lily jej winę. Dialog ten był szczegółowy, zachęcający i sprawił, że cholernie nie mogłam doczekać się, jak Lily będzie rozpracowywana. Chciałam zobaczyć jej wyraz twarzy, usłyszeć, co ma do powiedzenia w tej kwestii. Być świadkiem ważnej sceny, do której położyłaś podwaliny. No ale oczywiście musiałaś, droga autorko, streścić wydarzenie, do którego tak usilnie prowadziłaś swoich czytelników. Nie masz pojęcia, jak bardzo jest to denerwujące i rozczarowujące zarazem.

– Nasłałaś tę swoją przyjaciółeczkę, jak rozmawiałem z Matyldą. Kolejny dowód, że jednak masz Mapę Huncwotów.
– Nikogo na nikogo nie nasyłałam – odpowiedziała szczerze Lily (...) – Bez sensu! Totalnie bez sensu jest pisać, że Lily była szczera! Bo gdyby nie była, uczestniczylibyśmy wcześniej pewnie w scenie, w której kogoś nasłała. Gdyby nie była szczera, teraz mogłaby ukrywać uśmieszek lub udawać. Powinniśmy się właśnie w ten sposób dowiedzieć o jej szczerości! Na pewno nie powinien nas o tym informować narrator, a idealnym dowodem szczerości byłby opis zdziwienia Lily i, przykładowo, jej myśli zapisane kursywą, coś w stylu: co on, do cholery, mówi?!  Okropne masz to zacięcie do psucia czytelnikom zabawy; chyba nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. Natomiast w tym wszystkim spodobał mi się pomysł na Pomarańczowy List.


ROZDZIAŁ SZESNASTY
Nie dość, że odczuwała w tej chwili zastrzyk pozytywnej energii, to jeszcze bardziej pokochała Amandę, najbardziej ekscentryczną, ale i najcudowniejszą oraz najbardziej szaloną osobą z jury, która na dodatek kazała im mówić do siebie po imieniu. – Jakim „im”? Uczestnikom, uczniom, młodym aktorom… Określ podmiot.

Puchonkę czasami denerwował brak zdecydowania Malfoya (...) szczególnie gdy ostatnio sama podjęła ostateczną decyzję – dla lekkości lepiej napisać: denerwowało niezdecydowanie.

(...) ale dzisiaj rozpierało ją zbyt wielkie szczęście – trzeci raz czytam o tym, że bohaterka ma dobry humor i rozpiera ją szczęście, ale poza nędzną ekspozycją (i retrospekcją, bo dowiadujemy się, że umówiła się ze Scorpiusem, czego wcześniej nie przedstawiła żadna scena) generalnie nie czuć jej emocji.

„A tym razem uważał, że Weasley ma [czas] rację.
Ponadto, no cóż, to przecież była ona”. – Och nie! Znów to robisz i kursywą podkreślasz ważność kobiety w oczach bohatera. Dlaczego tak bezpośrednio? Czytelnik nie jest przecież kretynem.

– Nie mamy wystarczających dowodów. Lily milczy, Alice milczy…
– Miałeś ją przycisnąć! Czegoś takiego nie można puścić płazem!
Nadal przeżywam fakt, że przesłuchanie bohaterek nie miało miejsca, a jedynie streściłaś je dwoma zdaniami. Teraz nie jestem w stanie w ogóle ocenić tego dialogu, bo nie mogę ustosunkować go do faktycznego zachowania wtedy i Lily, i Alice, bo ktoś, za przeproszeniem, odwalił tarło i uznał wątek przygotowywania West Side Story (tfu!) za ważniejszy i ciekawszy.

Frank jednak brzydził się kablowaniem – i z natury, i z powodu pewnych wydarzeń z przeszłości. – I sądzisz, że jak teraz o tym wspomnisz, to czytelnik to zapamięta do następnych notek, w których wyjawisz, dlaczego Frank tak ma? To oświecę cię, że to nie zadziała, ponieważ Frank nie ma charakteru, a jedynie cechy zdradzane w ekspozycji. Jeżeli używasz mowy pozornie zależnej, to czemu Frank jako informator tym bardziej nie nazywa rzeczy po imieniu? Nie ma usprawiedliwienia dla celowego utrudniania życia czytelnikom i wprowadzania kijowych tajemnic.


Gryfonka zbyt bardzo kochała szkołę – za bardzo.

(...) nigdy nie widziała, aby Puchonka była tak stanowcza ani tak bardzo ją olała. – Lepiej zabrzmi, gdy zamienisz „ani” na „i”.

– Nie odkręcaj konia… kota ogonem. Ten angielski, merde. – Ja wiem, że to dialog i słowa padają z ust Anabelle, ale jak już się poprawiła, to może warto zaznaczyć, że poprawny frazeologizm brzmi  „odwracać”, a nie „odkręcać”. Dodatkowo po tym następuje z jej ust taki ciąg: Okej, rozumiem, że McGonagall pewnie chciała od was dowodów. Cóż, nie jestem prefektem, więc na szczęście mnie to nie dotyczy. Rosie, możesz mnie męczyć dwa razy dłużej we wtorek, ale teraz, wybacz, muszę coś załatwić, skoro wy nie potraficie! Więc fragment z kotem wygląda, jakbyś wpychała te problemy językowe Francuzki na siłę…

Janvier, szybko, ale już nie tanecznym krokiem, ruszyła (...)  – pierwszy przecinek zbędny.

W kolejnym fragmencie Lily rozmawia z Hugonem:
– Cóż, zachowujesz się gorzej niż kobieta w ciąży – wypaliła Potter. – Dąsasz się nie wiadomo o co, ale nic nie mówisz. (...) Ponadto ciekawe, dlaczego [mowa o Helenie] jest w szpitalu? Z tego, co mi wiadomo, od dawna je bardzo mało. Pewnie ma jakąś paranoję na punkcie wagi, mimo że jest chuda. Anoreksja to zwykła słabość, godna pogar… – Szczerze nienawidzę głównej bohaterki. Nie wiem, czy twoim zamysłem była kreacja nieczułej, nieempatycznej gówniary, ale na taką właśnie Lily wychodzi. Jest nieznośna i drańska, a najdziwniejsze jest to, że na podstawie twojego opowiadania w ten sposób zbudowała ją… złość na chłopca, który dziesięć lat temu zepsuł jej zabawkę. Tag. Właśnie tak to wygląda. Postać przez całe opko, właściwie nie wiadomo dlaczego, zmienia się z bezecnej na jedynie bardziej odrażającą; z niekoleżeńskiej na kompletnie podłą gnidę.

Weasley nie wiedział jednak, że kiedy w złości pakował rzeczy do torby, z jednej z książek wypadło kilka nieudanych listów do Heleny. Nie wiedział, że Potter podniosła je i zapoznała się z ich treścią. Nie wiedział, że kiedy skończyła je czytać, może nie była w stu procentach pewna uczuć Hugona do Smith, jednak dowiedziała się jednego – zdradziła ją kolejna bliska osoba w jej życiu. – Wielu poświęceń wymagałoby zmienić ten opis w scenę, w której Lily faktycznie podnosi te listy? Moglibyśmy wtedy śledzić na przykład zmieniający się jej wyraz twarzy, zobaczyć, jak drżą jej ręce w nerwach… Moglibyśmy wczuć się w jej sytuację.
Podkreślony fragment jest właściwie zbędny, wiadomo – że chodzi o życie Lily, skoro to jej mowa pozornie zależna.

Co, technicznie rzecz biorąc, oznaczało, że obecnie posiadała tylko jedną, naprawdę bliską sobie osobę – Teda Lupina. Oraz że miała kolejnego wroga, ale po raz pierwszy w życiu nie chciała go zwalczać. – Hueh. Ted Lupin to jakiś gość, którego nazwisko przewijało się w tekście może z cztery razy, ale raczej nie pojawił się w żadnej scenie; Lily przywoływała o nim jedno czy dwa wspomnienia w swoich ekspozycjach.
I naprawdę chciałabym móc teraz pomyśleć odkrywczo: Aaa! To ten! Niestety. Nie wiem dokładnie czym się zajmuje, niczego o nim nie pamiętam, a nie chce mi się kolejny raz otwierać wszystkich rozdziałów i za pomocą CTRL+F szukać jego nazwiska, by przeczytać, kim ten koleś właściwie był i jaką pełnił funkcję w życiu Lily.
Generalnie kojarzę, że to chrześniak Harry’ego, ale z twojego opowiadania żadnej wiedzy o nim nie wyniosłam, nie zapamiętałam go. Trzeba było jego rolę oddać komuś ważniejszemu, kogo przedstawiają sceny. Bo Ted sobie najwyraźniej nie zasłużył na obecność w historii, skoro nie mogę go poznać, posłuchać jego słów, zobaczyć, jak się zachowuje.
Na dzień dzisiejszy niech więc to będzie ostatni przyjaciel Lily (swoją drogą pytanie za sto punktów: jak bardzo niedojrzałe jest zdegradowanie Hugona w trzydzieści sekund do pozycji największego wroga, bo biedaczek zakochał się w kimś, kogo królowa Lily nie lubi z niewiadomego powodu?).
Tak histerycznie, nieodpowiedzialnie i niedojrzale przekreślić dziesięcioletnią przyjaźń… och, Lily. Byłoby mi cię nawet żal, gdyby nie to, że jesteś cholernie pomieszanym zlepkiem różnych cech zależnych od klimatu sceny, co czyni cię chaotyczną. Ale do tego wrócę w podsumowaniu.

– Tak więc zrobiła to pani? – zapytała nieco nerwowo dyrektorka. – Dlaczego Minerwa jest zdenerwowana?

– Czy wiadomo, kto to zrobił?
McGonnagall aż się zachłysnęła i poczuła nagłą niechęć do siedzącej naprzeciw uczennicy. Shirley zrezygnowała z wytykania jej ciekawości, jednak zadała jeszcze bardziej kłopotliwe pytanie.

Skąd ta nagła niechęć? Przed sekundą Minerwa dała przecież do zrozumienia, że szanuje Larę za pomoc. Dyrektorka nie ma dwunastu lat, żeby jak Lily w trzydzieści sekund zmieniać swoje emocje pod wpływem jednego usłyszanego pytania. Gdzie to wyważenie emocjonalne nabrane z wiekiem, a także doświadczenie wynikające z wieloletniej pracy z uczniami? Ja wiem, że to postać sprawiedliwa i poważna, ale przy tym raczej spokojna. Dodatkowo mając przed sobą uczennicę z przykrą przeszłością i wiedząc o jej problemach, a także będąc naturalną, ludzką personą, osobiście uważam, że akurat w dialogu z Larą McGonagall nie zachowałaby się w ten sposób. W rozmowach z Harrym nie była zdenerwowana ani nie czuła niechęci, a przecież wtedy chodziło o Voldemorta, a nie o rozwieszanie plakatów informujących o tym, że jeden z uczniów ma pryszcze i dłubie w nosie. Nie przesadzajmy.
– Rozumiem, Laro – powiedziała najbardziej miękkim tonem, na jaki było ją stać. – Ech, no dobra. Wcześniej była wyważona, potem poczuła niechęć, teraz zmiękła. W międzyczasie poczuła się głupio, bo wpadło jej do głowy, że Lara nie może być przecież niebezpieczna, a sama nauczycielka pomyślała, że się starzeje… Minerwo! Kim jesteś i co zrobiłaś z McGonagall?!

Scorpius nie wiedział dokładnie, w którym dokładnie momencie zyskał pewność, że Anabelle to nie Rose. (...)  W końcu był facetem, a Anabelle nie była Rose. – Och, Scorpius! Jaki ty jesteś odkrywczy; że niby dwie różne dziewczyny nie są takie same? Jak na to wpadłeś? Niemożliwe.

Och, oczywiście różnice między dziewczynami widoczne byłyby na pierwszy rzut oka nawet dla kogoś, kto zupełnie nie znałby żadnej z nich. – Pogrążasz się, Scorpiusie.

Oczywiście sytuacje również znacznie się różniły – no to skoro sytuacje również się różniły, tak jak i różniły się od siebie dziewczyny, to jak na to wpadłeś, Malfoy, że Anabelle to nie Rose? Ech. Z każdym akapitem bohater pieprzy  coraz większe głupoty, już pomijając, że robi to za pomocą ekspozycji wywalającej ciąg myślowy i przywołującej kilkuzdaniowe retrospekcje. I ciągnie się to przez jedenaście akapitów.

Najwyższy czas zaprosić Puchonkę na randkę, szczególnie że – jakby na życzenie Scorpiusa – z okazji Nocy Duchów, która miała odbyć się za ponad tydzień, dyrekcja postanowiła zorganizować dodatkowe wyjście do Hogsmeade. – Dałabym sobie rękę odciąć, że jeśli ta ocena nie pojawiłaby się przed opisaniem tego wydarzenia w kolejnym rozdziale, to pewnie byłaby to (a może będzie i tak) sucha retrospekcja opisująca te ważne wydarzenie w kilku zdaniach.

(...) i że jej list najwyraźniej zadział – zadziałał.

Dzisiaj jednak coś się zmieniło, na lepsze. Po pierwsze, doprowadziła dość dziwnie zachowującą się ostatnio Amandę do prawdziwej histerii. – Szkoda, że nas to ominęło...

Po trzecie zaś, na próbie pani Eleonora pochwaliła jej grę aktorską, a kompletnie zrugała Janviera. Osobiście Lily nie uważała, że Olivier zasłużył na aż taki opieprz, choć nigdy nie powiedziałaby tego na głos. Potter z dnia na dzień stawała się ulubienicą nie tylko najważniejszej osoby z jury, ale prawdopodobnie największego autorytetu w kwestiach sztuki czarodziejskiej w całym kraju. Mimo że Krukonka nie zamierzała w przyszłości wybrać kariery ściśle artystycznej, nie mogła nie odczuwać satysfakcji. Ponadto taka sympatia mogłaby się przydać, gdyby dyrekcja, zdobywszy dowód o jej winie, chciała ją ukarać usunięciem z obsady musicalu. – No pewnie! Bo głównej bohaterce musi się wszystko udawać. Musiała dostać pierwszą rolę i musi grać najlepiej, mimo że z żadnej wcześniejszej sceny, a także z opisu tych wszystkich (pożal się, Boże) retrospekcji nie wynikało, że miała w ogóle do czynienia z grą i potrafi to robić. No i dlaczego Olivier dostał opieprz? Dlaczego nie kreujesz scen, abym mogła sama wywnioskować, czy uwagi w jego stronę były słuszne? Dlaczego w tej kwestii muszę zaufać Lily, której nie znoszę?

– Przepraszam. Mam list… – Lily została nieoczekiwanie wyrwana z zamyślenia przez, jak się okazało, ucznia pierwszej lub drugiej klasy. Potrzebowała chwili, by zorientować się w czasie i przestrzeni, a więc określić, że siedziała we własnym Pokoju Wspólnym, na jednym z najwygodniejszych foteli (...) – jestem z nią od kilku akapitów i czytam o niej za pomocą mowy pozornie zależnej i dopiero teraz dowiaduję się, gdzie bohaterka jest, abym mogła sobie wyobrazić tło, w którym się porusza. No cóż. Lepiej późno niż wcale.

Ponadto Lily rozprawiła się już z Amandą i nie odczuwała potrzeby strofowania dzieciaków w sposób, jaki preferowała, czyli mało dla nich przyjemny. Dlatego też, zamiast mu nagadać, rzuciła:
– Dawaj.
To „dawaj” wcale nie było mało przyjemne… Wcale. Ani, ani.

Dlaczego wydawało jej się, że czeka ją najgorsze?
Co najlepsze, Lily nie potrafiła przekonać samej siebie, że wszystko jest [czas] pod kontrolą. – No to chyba nie jest najlepsza informacja...

W posłowiu pod tym rozdziałem napisałaś: Po drugie, muszę Wam powiedzieć, że ciężko jest prowadzić postać Lily, ale mam nadzieję, że jej zmiana, a może raczej to, co ukrywa, staje się powoli widoczne...
Otóż nie. Lily w tej notce była taka sama jak wcześniej – obcesowa i wkurzająca. Fakt, że podziękowała z łaską małolatowi za list wynika raczej z tego, że miała dobry humor, bo pokłóciła się kolejny raz z Amandą, a Janvierowi nie poszło dobrze na próbie do musicalu. W gabinecie McGonagall sama przed sobą przyznała, że nie żałuje swojego wygłupu. Jedyną zauważalną przeze mnie zmianą jest to, że zaczęła witać się z Albusem.
Pytałaś też o Hugona i w tej notce mnie pozytywnie zaskoczył. Jego zmiany są widoczne, zyskuje pewność siebie, ale pech go nie opuszcza, bo jednak pogubił listy.
Rozumiem, że w podsumowaniu notki piszesz o tym, że chcesz ukazać relacje. Ale wybrałaś najkulawszą opcję – ekspozycję, a sceny, które powinny ukazywać faktyczne przemiany bohaterów zastąpiłaś w dużej mierze streszczeniami.
I w tym momencie zapraszam cię na podsumowanie wszystkiego, o czym do tej pory pisałam. Mam nadzieję, że rozwieję tym wszystkie wątpliwości i ostatecznie powyjaśniam kilka spraw.

Ale jeszcze zanim to nastąpi, chciałabym cię przeprosić, bo po niektórych punktach tej oceny możesz czuć się niedoceniona i źle potraktowana. Może wynikać to z faktu, że czasem nie mogłam powstrzymać się od rzucenia jakimś ciętym hasłem, bo tekst wywoływał u mnie przeróżne emocje: od rozczarowania po irytację najczęściej. Hasła te odnoszą się tylko do tekstu, który zupełnie mi nie podszedł. Nic nie tyczy się stricte ciebie, a jedynie twojego opowiadania.


PODSUMOWANIE

NARRACJA
Wydawałoby się podstawową rzeczą przy pisaniu powieści, opowiadań, miniatur – zdecydowanie o narracji. Myli ci się narrator wszechwiedzący z narracją personalną. Skaczesz, mieszasz, próbujesz tworzyć mowę pozornie zależną, ale ciężko czasem wywnioskować, co jest suchą, nieosobową relacją narratora, a co myślą bohatera. Często przyczepiasz kamerę nad głową Lily – w końcu to ona jest główną bohaterką –  i wtedy tekst odbiera się z jej perspektywy, z jej myśli wynika sarkazm, złość lub radość – zależnie od sytuacji; ale pełno jest też wtrąceń wszechwiedzących i wtedy odbijasz od tego sposobu. Postaraj się, by pod tym względem tekst był mniej chaotyczny. Nikt nie każe wybierać między jedną opcją a drugą, ale spraw, by różnice te były widoczne i różniły je akapity.
Perspektywa trzeciej osoby sprawdza się, gdy twoją opowieść napędza bardziej akcja niż wewnętrzne rozkminy bohaterów, a u ciebie jest do tej pory zupełnie odwrotnie. Akcji jest mało, a ekspozycji o aktualnych myślach postaci – dużo za dużo. Osobowość bohaterów czytelnik powinien poznawać w trzecioosobówce po ich słowach i czynach. Narracja trzecioosobowa raczej nie śledzi cudzych myśli, a jeśli to robi, to nie przeważa to całego tekstu – i najlepiej zapisywać wtedy takie fragmenty w postaci kursywy (myśli koniecznie w pierwszej osobie!) lub za pomocą cudzysłowu. Dzięki temu możesz sprawić, że czytelnik będzie doskonale wiedział, czy twoi bohaterowie są szczerzy i zajrzy do ich myśli. A ty nie dajesz szansy ich poznać, odkrywać z biegiem historii. Wiemy o nich wszystko od samego początku właśnie przez twój sposób narracji, bo całość podsumowuje „głos w tle”. Zastanów się, czy tak banalne i nudne rozwiązanie to jest to, co chcesz naprawdę osiągnąć.
I w końcu nie podoba mi się to, że bardzo często używasz w narracji sformułowań takich jak np. „na szczęście”, „najlepsze, że…” czy – analogicznie – „najgorzej, że…”. Przez nie odbierasz prawo o decydowania czytelnikowi, co jest okej, a co byłoby złe. Jasne, że może to robić bohater mową pozornie zależną, ale bardzo często w twoim przypadku takie ocenianie wymyka się narratorowi wszechwiedzącemu. W czasie zapoznawania się z większą częścią tekstu jako czytelnik nie muszę w ogóle myśleć; wystarczy, że przyswoję umiejętność czytania ze zrozumieniem. Zostaję o wszystkim poinformowana, dodatkowo nie muszę wyciągać wniosków odnośnie tekstu, bo sam nasuwa mi je narrator. Jakiś leniwy, niemyślący czytelnik złapałby się na taką przynętę, ale mnie to nie przekonuje. Wolałabym dostać opowiadanie, które wymaga ode mnie łączenia skutku z przyczyną, dociekania faktów, śledzenia rozwoju bohaterów… w osiemdziesięciu procentach twojego tekstu nic takiego nie ma miejsca.


WSZĘDOBYLSKA EKSPOZYCJA
Przyjrzyjmy się przykładowo fragmentowi z drugiego rozdziału:
Jednak aż za dobrze zdawała sobie sprawę, że przez Wielką Salę kroczył właśnie ten sam chłopiec, który niegdyś zniszczył jej ulubioną zabawkę z dzieciństwa. Dziwne było poczuć w sobie po raz kolejny protest tej małej, niewinnej dziewczynki, której, jak myślała, już dawno się z siebie wyzbyła. Mimo to przez kilka sekund czuła całą sobą złość i niemoc, jaką odczuwała jako pięciolatka, wpatrując się w zniszczonego Ogórka.
Jak okazała tę niemoc, skoro czuła ją całą sobą? Jak można wyobrazić sobie czyjeś wnętrze? Twoja narracja nie jest plastyczna. Owszem, jest emocjonalna, ale nie obrazowa. Na twoim miejscu wyzbyłam się w ogóle słowa „czuć się”. Piszesz często „Lily czuła się tak i tak”. To powinno mi pomóc ją zrozumieć, tak. Ale tylko pozornie, bo jak mam sobie wyobrazić czucie się? Od tego, jak czytelnik sobie zobrazuje ukazanie jakiegokolwiek uczucia przez dowolną postać wynika, jaki charakter nada tej postaci. Ty dajesz natomiast wolną rękę, pisząc „Lily czuła się źle i coś ją bolało” i na tym kończąc opis. Każdy gest, który wykona w czasie przeżywania tego bólu, jest zobrazowaniem tego, jaką Lily jest osobą. Jeżeli, przykładowo, marudziłaby znajomym, wyszłaby na taką, która lubi robić dramę i być w centrum zainteresowania. Jeśli wzięłaby tabletkę – wyszłaby na rozsądną i samowystarczalną. Jeśli zaczęłaby biadolić sama do siebie pod nosem i hiperbolizować problem – okazałaby się histeryczną bidulką. A ty odwalasz robotę na pół gwizdka i nie wskazujesz żadnej z opcji. Jeśli uogólniasz – każdy czytelnik inaczej odbierze jednego bohatera, a każde z tych wyobrażeń może nie pokryć się z twoją faktyczną wizją tej postaci – sama więc widzisz, jak ważna jest kreacja, której unikasz jak ognia.

NA CHWILKĘ ZAMIEŃ SIĘ ROLĄ ZE SKOIĄ

Ktoś napisałby: Skoiastel poczuła ból głowy. I co teraz? Jak to sobie wyobrazisz?
Dopóki nie skrzywię się i nie dotknę ręką czoła, nie wezmę tabletki lub komuś o tym nie powiem, nikt nie domyśli się, że boli mnie głowa. Coś muszę przecież zrobić w trakcie tego czucia... Bo na razie moja postać zawiesiła się w czasie i przestrzeni, a ktoś niewidzialny stoi obok niej, pokazuje na nią palcem i szepcze „ona się źle poczuła”. Nic nie wynika z mojego zachowania, z mojego wyrazu twarzy. Nie ruszam się. Jestem martwą, papierkową kukiełką.
Właśnie tacy są twoi bohaterowie. Przez całe opowiadanie częstujesz mnie półśrodkami. Dajesz mi postać i jej wnętrze, a ja mam sobie sama wyczarować zachowanie, tło, w jakim się porusza, mimikę twarzy. Twój tekst jest pod tym względem nierozbudowany, sztywny i sztuczny. Mogłabyś napisać poradnik pod tytułem: „Jak dobrze uniknąć pisania opowiadania, pisząc opowiadanie”.
Jeśli chcesz nad tym popracować, to zwyczajnie (bez presji i bez zbędnego perorowania o stanie psychicznym postaci) opisuj to, co bohaterowie robią aktualnie i jak to robią. Z tego czytelnik będzie miał dużo więcej frajdy, niż jeśli dostarczysz mu streszczenie, z którym musi się pogodzić – przeczytać, bezmyślnie przyswoić informacje o stanie rzeczy, i tyle. Nie na tym polega pisanie interesujących opowiadań czy powieści. Pokazuj, nie informuj.


BOHATEROWIE
Zwykle rozpisuję się o każdym bohaterze z osobna, ale tu nie odczuwam takiej potrzeby – ponieważ postacie wszystkie jak jeden mąż mają taką samą metodykę przedstawiania swoich myśli. Są papierowi. Dużo myślą, mało działają. Wszyscy wydają się w swoich przemyśleniach samotni. Bardzo mocno brakowało mi oddziaływania na siebie postaci – ich interakcji było niewiele, chociaż namnożyłaś bohaterów w tekście. Dodatkowo nie mają charakterystycznego sposobu wypowiedzi, specyficznych dla siebie zachowań, nawyków czy gestów, większości nie potrafię sobie wyobrazić, mam nawet problem z ich imionami. Naprawdę część z nich trudno przyswoić.
Dopóki Amanda nie pojawiła się w tekście, bodajże w rozdziale dziewiątym czy dziesiątym, od trzeciego nie mogłam przypomnieć sobie jej imienia, a z podstrony o bohaterach nie korzystam, bo to nie rozwiązuje wcale problemu słabej kreacji postaci wewnątrz tekstu. A ten cały Ted Lupin? Czy dane mi będzie go poznać? Dodatkowo teraz, po przeczytaniu całości, nie pamiętam nikogo z wianuszka Zabini. Wylatuje mi z głowy imię prefekta, który zainteresował Lily. Nie pamiętam nazwisk kadry pedagogicznej (poza Hermioną i McGonagall), imion członków rodziny Lily i Hugona. Ona sama, a także Hugo, Olivier, Helena i Lara jeszcze dają radę, bo często kreują ich sceny, część jest kanoniczna. Również te wieloakapitowe, ciężkie ekspozycje zrobiły jako-tako swoje. Ale zapamiętanie bohaterów drugoplanowych i dalszoplanowych to istny koszmar; dodatkowo jest ich w ogóle za dużo, połowa była ci totalnie niepotrzebna, bo zamiast zawiązywać fabułę konkretnymi scenami i w nich rozbudowywać charakter tylko naprawdę ważnych postaci, ty każdemu bohaterowi dałaś do spełnienia jedną rolę w tekście i bohater ten znika, gdy aktualnie nie jest potrzebny. A przecież postacie to ludzie, są więc dużo bardziej złożeni, ich potencjał można wykorzystać rozsądniej i zamiast nawalić trzydzieści jednocechowych nazwisk, lepiej byłoby kreować świat za pomocą dobrze skonstruowanych piętnastu charakterów i ewentualnie tła, któremu imiona i nazwiska nie są potrzebne. Wtedy wystarczy tylko określenie „grupa uczniów”.
Bohaterowie nie są prawidłowo rozpisani i wprowadzeni w historię; część poznajemy już w pierwszym rozdziale za pomocą imienia, nazwiska i ekspozycji – dowiadujemy się wtedy, jaką kto będzie pełnił funkcję w tekście (Albus – upierdliwy brat Lily, Sharon – jej służąca, Hugo – jej przyjaciel, Amanda – jej odwieczny wróg… i tak dalej). Tych, których poznajemy później, wprowadzasz taką samą metodą – imię, nazwisko i kilkanaście akapitów o przeszłości i przyszłych celach. Rozumiem, że masz obraz każdego z osobna w swojej głowie, ale czytelnik do niej nie zajrzy i nie pozna twojej wizji, dopóki nie przedstawisz jej odpowiednio w tekście; to, że w jednym z piętnastu rozdziałów opisałaś, jak Lily raz wraca do myślami do swojej przeszłości, nie czyni z niej od razu zamyślonej indywidualistki. Ja muszę mieć na to dowody. To, że Hugo lubi szachy i jest w tym dobry – fakt ten nie istnieje, dopóki Hugo nie zacznie regularnie w te szachy grywać. W ogóle samo wspominanie o czymś nie czyni postaci! Czynią ją czyny – Lily nie lubi fotografii i wcale nie ma pasji aktorskich, dopóki nie sięgnie po aparat czy nie będzie sobie czegoś recytować do lustra, gdy na przykład robi makijaż. Musimy przy tym wyczuć, że sprawia jej to frajdę, powinna więc wyglądać na radosną (nie wystarczy napisać, że jest radosna, ale należy określić, jak wyraża radość; np. uśmiecha się). Narrator wspomina o jej coraz to nowszych pasjach dopiero wtedy, kiedy są one potrzebnie w tekście, a to psuje kreację. Z przypadków nie czyni się postaci. Twoja pisanina pod tym względem wygląda, jak gdybyś wymyślała ją z rozdziału na rozdział – pojawia się jakaś cecha, o której wcześniej nie było mowy. To sprawia, że często odczuwałam, że pewne smaczki wymyślałaś na poczekaniu, natomiast od pierwszego rozdziału po ostatni powinno się mieć plan – nie tylko fabularny, ale również dotyczący każdej postaci. Sama wizja czy pomysł nie wystarczą, dlatego powinno zacząć się od first draftu, z którego potem usuwa się zbędne elementy – ekspozycje zastępuje się scenami, a charakter postaci kreuje konsekwentnie. Dopasowuje się charakter wypowiedzi, przypisuje komuś charakterystyczne gesty i tym podobne. Nie ma tutaj miejsca na chaos, bo akurat teraz pasuje mi coś do postaci, a potem albo o tym zapomnę, albo to porzucę. A niestety tak to właśnie wygląda w twoim tekście z mojej perspektywy.
Co dalej o bohaterach?
To, że Olivier jest Francuzem i ma inny akcent – nie usłyszę tego, dopóki będzie mówił poprawnie tak, jak piszesz. Na razie jest super ekstra bezbłędny językowo, tylko czasami wtrąca w wypowiedź „merde”. To już czyni go odrobinę charakterystycznym, ale nadal narrator nie ma podstaw, by stwierdzać, że bohater ma dziwny akcent czy mówi niepoprawnie.
A, jeśli jesteśmy już przy sposobie wypowiedzi Oliviera – gdybyś wybrała losowe rozmówki bohaterów i kazała mi je do nich przyporządkować – pomieszałyby mi się. Nikt się nie jąka, wszyscy używają takich samych słów, nikt nie jest szczególniej wulgarny (Scorpius raz czy dwa przeklął, ale to nie czyni go od razu megacharakterystycznym), nikt nie jest wybitnie sztywny czy wyluzowany – czasem uczniowie silą się na dorosłość (szczególnie Lily, Zabini i Olivier) i mówią jak nauczyciele, a po chwili ci sami bohaterowie walą chaotycznie jakimiś emocjonującymi wstawkami kończącymi się wykrzyknikiem. U ciebie każdy brzmi tak samo, to doprawdy zadziwiające. Dotyka to nawet nauczycieli – Hermiona w rozdziale dziewiątym dźwięczy identycznie jak Green w rozdziale ósmym.
O samej Lily dużo napisałam już wyżej – to połączanie (w zależności od sytuacji) bezuczuciowej, chłodnej królowej lodu, racjonalnej i logicznie myślącej nastolatki, jednocześnie dziecinnej smarkuli, a przy tym Marysujki, heroiny i drama queen. Te wszystkie cechy się wykluczają – możesz to nazwać bohaterem złożonym, a ja to nazwę kreacją à la widzimisię. Bohaterka objawia nam się w naprawdę sztampowej już odsłonie tego mdłego stereotypu przedstawiającego pyskate, niewychowane dziewuszysko jako ósmy cud świata. Nie ważne, jak mocno się wysilisz i w ekspozycji będziesz próbować ją tłumaczyć, zmieniać, usprawiedliwiać, to w dialogu i tak wychodzi z niej zawsze, ale to zawsze, prawdziwa suka. Jej impertynenckie odzywki, głupota i brak jakiegokolwiek rozsądku, nerwowość, histeryczność i idealność przeważnie sprawiały, że nóż otwierał mi się w kieszeni. Dajcie ludzie spokój z taką główną bohaterką. Przylepiasz jej charakter (uprzednio tłumacząc go wieloakapitową ekspozycją, dlaczego Potter zachowuje się akurat teraz tak a nie inaczej) zależny od scen, ale nie ma on żadnej podstawy. Bohaterka jest pustą wydmuszką opisywaną przez akapity nudnej jak flaki z olejem narracji, dopóki nie bierze udziału w scenie, w której musi się przecież JAKOŚ zachować. O co mi chodzi? Oto przykład:
Akapit przed pojedynkiem z Olivierem musiałaś wytłumaczyć czytelnikom, skąd Lily zna się na pojedynkowaniu, bo przecież nie pisałaś o tym nigdzie wcześniej – pod tym względem opowiadanie jest sztuczne tak samo jak zachowanie twoich postaci; nienaturalne, bo poznajemy podejście bohaterów w stosunku do konkretnej dziedziny tuż przed jakimś wyzwaniem, które tę dziedzinę poruszy. I znów wracam do uwag na temat first draftu; mam nadzieję, że mnie rozumiesz, bo to twój największy problem – naturalne wprowadzanie informacji na temat postaci w sposób przemyślany, z biegiem fabularnym, a nie duex ex dupa dopiero wtedy, gdy jest ci to bardzo potrzebne, bo inaczej czytelnicy nie zrozumieją, dlaczego postać akurat teraz mówi czy robi takie a nie inne rzeczy. Hugo udowodnił szachową pasję dopiero po iluśtam rozdziałach, gdy zagrał z Olivierem. Rosalie – dopiero w dwunastym okazało się, że śpiewa profesjonalnie! Dlaczego we wcześniejszych rozdziałach nie nuciła, nie podśpiewywała sobie pod nosem? Jej koleżanka, pamiętam, powiedziała wtedy, że nie słyszała nikogo, kto lepiej śpiewałby niż Rose. Czemu więc ona to wie, a my dowiadujemy się dopiero, gdy nadchodzi czas przesłuchań? Nie możesz każdej postaci przedstawiać sekundę przed sceną, w której musi się ona wykazać. To się powinno dziać naturalnie, śpiew musi być częścią życia Rose, tak jak fotografowanie częścią życia Lily. Twoim celem powinno być przedstawienie nam w czasie trwania historii naturalnych ludzi, którzy muszą ożywać z każdym kolejnym zdaniem, a nie żyć tylko w pojedynczych scenkach. I tu przychodzi jeszcze problem za częstych retrospekcji.


CZAS I TEMPO AKCJI
Twoje opowiadanie wlecze się jak flaki z olejem. Powinnam łyknąć je w kilka godzin, gdyby mogło poszczycić się lekkością narracyjną, niestety ekspozycje spowalniają je i skreślają bohaterów, a obsesyjnie częste retrospekcje – cofają nas co chwilę w inny moment życia postaci, co jest cholernie nieznośne i jeszcze bardziej spowalnia tempo. A szkoda, bo ze swoją poprawnością językową masz ogromny potencjał. Potrafisz pisać, cholibka! Ty naprawdę potrafisz pisać, tylko jeszcze nie wiesz do końca, jak zbudować opowiadanie, aby opowiadaniem faktycznie było – w takiej narracji i czasie, na jakie się zdecydowałaś.
Wracając do kwestii tempa i czasu, często czułam się po prostu albo zmieszana, albo mocno zirytowana. Sytuacja, w której bohater przez dziewiętnaście sążnistych akapitów schodzi po schodach to istna katorga dla czytelnika – wierz mi lub nie. Inna sytuacja, w której bohater przez piętnaście akapitów rozmyśla o czymś, a dopiero potem okazuje się, że nie jest sam – fatalny zabieg, jeśli mieszasz w tych akapitach narratora wszechwiedzącego z mową pozornie zależną na przykład Oliviera.
Natomiast jeżeli już pojawia się scena (mecz quidditcha czy pojedynek), tempo przyspiesza, ale że nie jest tych scen wcale tak dużo, to opowiadanie wydaje się wtedy nienaturalnie nieregularne pod tym względem.
Sceny spowalniają też elementy takie jak nadużywanie „chwilę później” czy „po chwili”, ponieważ te wyrazy to ogólniki – nie określają konkretnego upływu czasu, kojarzą się raczej z dłuższym odcinkiem, natomiast w scenach meczy czy pojedynków liczą się sekundy.
Długie zdania złożone, które czasami pleciesz, również mają wpływ na tempo. Negatywny. Często miałam wrażenie, że czytam, czytam, czytam i nic się nie dzieje, oczy mi się zamykają, dochodzi do mnie masa informacji zapisana poprawnymi zdaniami, ale brakuje im polotu i tego czegoś. Tej lekkości, którą tak trudno nadać, bo każdy z twoich bohaterów to urodzony filozof i nawet, gdy stosujesz mowę pozornie zależną, która powinna być nieco luźniejsza i ożywiona niż narracja narratora wszechwiedzącego, to jednak te długie frazesy dotyczące złożoności psychiki są toporne.
Strasznie też spowalnia ci tempo pisanie w zdaniach złożonych totalnych oczywistości, przez co sztucznie wydłużasz rozdział. Przykładowo w rozdziale trzynastym, kiedy Olivier i Lily są na eliminacjach do musicalu, napisałaś: „Gryfon, idąc w kierunku szeregu uczniów biorących udział w eliminacjach, popatrzył na nią i uśmiechnął się szeroko”. Bez sensu. Od początku wiemy, że scena dzieje się w takich okolicznościach, więc wtrącenie o tym, że uczniowie są tam z powodów eliminacji, jest daremne.  
Opko spowalniają ci akapity przemyśleń wplecione między dialogi – występują na początku opowiadania, potem na szczęście są coraz rzadsze. Dodatkowo w twojej histroii czas płynie w ogóle jakoś chaotycznie. Zaczynam rozdział, a tu po dziesięciu akapitach okazuje się, że jego akcja dzieje się kilka dni po jakimśtam wydarzeniu, które miało mieć grube znaczenie dla fabuły, natomiast potem opisane jest zaledwie kilkoma zdaniami. W międzyczasie bohater wspomni, co działo się jeszcze wcześniej i w takim momencie mamy do czynienia z retrospekcją w retrospekcji. To jest banalny zabieg, bo łatwiej coś streścić niż stworzyć scenę od zera. Ale to również nie czyni opowiadania, więc na początek zrezygnuj chociaż z tych retrospekcji, które występują już w retrospekcjach (jak to w ogóle beznadziejnie brzmi), potem ewentualnie z czasem pozbądź się ich większej ilości i zastąp je scenami. Dopiero wtedy twoje opowiadanie zacznie mieć jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy; fabuła nabierze sensu, a opowiadanie – tempa.


TŁO, KLIMAT OPOWIADANIA
Hogwart jako typowy High School z typową, przewidywalną hierarchią uczniowską i typowymi charakterami: przystojny facet po zmianie szkoły, wredna suka z wianuszkiem głupszych od niej koleżanek i oczywiście jej odwieczna wrogini, która walczy mało błyskotliwymi tekstami gimbazjalnymi i ma także swój głupkowaty wianuszek; gdzieś w tle zakochany, nieśmiały pechowiec – to też już ktoś kiedyś robił. Nie jest to ani nowatorskie, ani ciekawe, ale nie mnie oceniać pomysł, a jedynie sposób wykonania.
Nie mogę jednak przejść obojętnie obok faktu, że pomieszałaś taką amerykańską młodzieżówkę z uniwersum Harry’ego Pottera. Nie skończyłoby się to wcale źle, gdybyś zrobiła z tego celową parodię.
Totalnie olałaś opisy atmosfery życia w SZKOLE MAGII I CZARODZIEJSTWA na rzecz kilku przewidywalnych pairingów i problemów młodzieżowych. Zwyczajnie nie umiem przeboleć, że twoje hogwardzkie FF i twoje high school to dwie oddzielne, kompletnie niełączące się historie. Zespala je czasami świadomość, że nazwy przedmiotów są specyficzne i czasem ktoś nawet machnie różdżką. Raz opisałaś schody, które wprowadzają często uczniów w błąd i utrudniają drogę na zajęcia. Czasem wspomnisz, że śniadanie jest w Wielkiej Sali (przy okazji schodzenie na śniadanie jest tak samo nużące i hamerykańskie jak wystawianie Romea i Julii); oczywiście był obowiązkowo mecz quidditcha i jakiś tam pojedynek, w pierwszych rozdziałach opisałaś ceremonię z Tiarą, raz też akcję, gdy w gabinecie McGonagall obrazy kłóciły się ze sobą. Ale tak generalnie, na co dzień to mamy raczej „Szkołę Uczuć”. Nawet musical okazał się kolejnym, typowo amełykańskym motywem wykorzystywanym w tanich produkcjach dla młodzieży. West Side Story? To już było tyle razy w opciach, że naprawdę miałam chęć zwymiotować... Jakby wszystkie brytyjskie baśniowe musicale były zbyt słabe. Albo gdyby wymyślenie swojego stricte klimatycznego dla uniwersum HP scenariusza było za dużym wyzwaniem.
Równie dobrze mogłabyś pisać własną historię, wymyślając własnych bohaterów – bo czasem miałam wrażenie, że atmosfera Hogwartu bardziej ci przeszkadza niż pomaga, trzeba ją w końcu opisywać, aby poruszać wyobraźnię czytelników. A ja nie czułam się jak w Hogwarcie, tylko jak w pierwszym lepszym collegu.


INNE UWAGI
Jednym z częstych błędów, który popełniasz, jest mieszanie czasów – teraźniejszego z przeszłym. Drugim – błędne, za rzadkie wcięcia akapitowe (szczególnie przy dialogach) o nieregularnych długościach. Czasem w tekst wkradają ci się dywizy, ale czytałam, że nad tym już pracujesz; zdarza ci się również zgubić podmiot i zdania nabierają wtedy innego sensu. Dość dużo w twoim przypadku jest również powtórzeń: kiedy, gdy, ale, a, jakby, jakiś, być, mieć, chcieć, musieć, czuć, który, jednak, chwila. To te najczęstsze. Czytaj na głos opowiadanie przed publikacją. To pomaga wykluczyć te powtórzenia, na które negatywnie zwraca się uwagę w czasie czytania. Pamiętaj też o zasadzie dwunastogodzinnego zegara, ale tutaj – bądź rozsądna. Podawanie godzin co do minuty jest bezsensowne – jaką ważność ma informacja, że Lily położyła się o szóstej piętnaście wieczorem? Dużo bardziej obrazowo ujęłabyś to, gdybyś napisała, że o tej porze roku za oknem słońce jeszcze nie zachodziło, więc Lily miała problem z zaśnięciem. Sama godzina nie tworzy opisu tła, które urozmaica nam tekst i wpływa na wyobraźnię czytelnika.

Dalszą kwestią są błędy, które wypisała ci maximilienne w poprzedniej ocenie, a których nie poprawiłaś – chodzi o zgodność z kanonem (np. Hermiona w przyszłości nie uczyła w Hogwarcie, ale rozpoczęła pracę w Ministerstwie Magii w Depertamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów), a także kwestię twojej kreacji niecharakterystycznych, jednolitych bohaterów czy tworzenie na siłę poczucia tajemniczości (np. gdy ktoś wchodzi, my nie wiemy kto, a narrator jest wszechwiedzący). Z ciekawości zapoznałam się z opinią na PomackamyGayaruthiel zwracała ci już uwagę przykładowo na pierwszy rozdział i zbyt dojrzałe zachowanie pięciolatki, a także dalszą, przerysowaną wredność heroicznej i idealnej Lily (plus zażenowanie dialogami Zabini-Potter, które cuchną gimbazyjną sieczką). I znów – nie chodzi o to, że wykreowałaś złą postać, tylko że postać ta nie rozwija się, jej zachowania wykluczają się wzajemnie – raz jest taka, raz siaka; ale zawsze to ta wkurzająca Mary Sue z ostrym jęzorem. Nawet Pysiowata z Recenzowiska w swojej ocence zauważyła, że: jedyne, co mi się nie podobało to dużo opisów, którymi zagracasz całe rozdziały. Osobiście brakowało mi interakcji między bohaterami. Wyraźna większość to ich rozmyślania bądź powroty do przeszłości. Chociaż nie chcę komentować całej pracy, to jednak w tym wypadku Pysiowata trafiła w sedno.
W każdym razie, nie odbijając już od tematu, radzę nie zgłaszać się do kolejnej ocenialni, dopóki nie popracujesz nad tekstem przy pomocy choć kilku rad zawartych w tej i poprzednich ocenach, bo to nie jest w porządku wobec następnych oceniających, którzy będą musieli się powtarzać.

***

Na koniec polecamy zgłosić się ponownie do maximilienne (znajdziesz ją tu: KLIK); jeśli chcesz wykluczyć wszystkie niezgodności kanoniczne, to właśnie ona może ci pomóc. Jest to o tyle ważne, że widzimy, iż do opowiadania podchodzisz poważnie i kilka poprawek naniosłaś – wynika to z dopisków, które umieszczasz pod rozdziałami; wskazujesz w nich, co zmieniło się w twojej historii. Polecamy pracę z kimś, kto sprawdzi twoje opowiadanie pod tym względem, gdyż kilka aspektów wciąż mocno kłuje w oczy.

Na dzień dzisiejszy? Przeciętny z plusem, ale walcz dalej z tą historią; nanoś poprawki, rozpracuj fabułę i poukładaj ją, by całość miała ręce i nogi. I tak widać, że jest lepiej niż jeszcze kilka miesięcy temu, więc w ramach motywacji pomyśl, jak dobrze może ten tekst wyglądać za kilka kolejnych…

Cieplutko pozdrawiamy.

Dziękujemy Forfeit za betę.

21 komentarzy

  1. Na razie napiszę tyle: dziękuję za ocenę. Obecnie mam małi czasu, dlatego nie napiszę dłuższego komentarza wcześniej niż za około dwa tygodnie. wiem, ile znaczy odzew od autora ocenianiego bloga, dlatego postanowiłam się odezwać :) do napisania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie cierpliwie czekamy :)

      Usuń
  2. Cześć. Zanim zjawię się z komentarzem odniośnie oceny, chciałabym rozwiać pewwne wątpliwości. Eredis, pisałaś do mnie swego czasu maila, że chciałabyś napisać ocenę "Niezależności" z pomocą innych osób z załogi WS, na co się zgodziłam. Jednak w powyższym tekście podmiot to ewidentnie jedna osoba, zaś kiedy pojawił się już nick oceniającej, była to Skoiastel, a nie Ty. Pytam również dlatego, że chciałabym w sposób prawidłowy (Ty/Wy) kierować właściwy komentarz. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przybywam z odpowidzia :)
      Na Docsie Google pisalysmy ocene wspolnie, kazda swoje fragmenty innym kolorem kierowala sie bezposrednio do ciebie. Na koncu ujednolicilysmy kolor oceny.
      Ja pisalam fragment, w ktorym jest moj nick, jednak jak sie przyjrzysz, to zauwazysz, ze caly post opublikowany zostal z konta Eredis. W kazdym razie nad ocena pracowalysmy wspolnie i zgadzamy sie ze soba w calosci.

      Pozrawiam :)

      Usuń
    2. właśnie widzę, że jest z konta Eredis, w końcu do niej się zgłosiłam i z nią to umówiłam. Dlatego podejrzewałam, że może będzie podmiot "my". Ale dobrze, w takim razie wiem już,że w komentarzu do oceny będę pisać "Wy" :)

      Usuń
    3. Tak bedzie dobrze :)
      ...
      Moj telefon zabija znaki diakrytyczne.

      Usuń
  3. Po pierwsze jeszcze raz dziękuję za ocenę i przepraszam za zwłokę. postanowiłam, pisząc komentarze, jednocześnie poprawiać notki, co dodatkowo spowolniło pracę ;).
    Po przeczytaniu tej oceny w głowie miałam jedno słowo: „ekspozycja”. To Wasz główny zarzut i długo zastanawiałam się, jak na niego odpowiedzieć.
    Odnoszę wrażenie, że traktujecie tę, jak ją nazywasz, ekspozycję, jak zło wcielone. Zgadzam się z tym, że w moim opowiadaniu jest jej bardzo dużo. Zgadzam się z tym, że proporcjonalnie do tego opisów zewnętrznych postaci, ich zachowania czy miejsc jest jak na lekarstwo. Zgadzam się, że przez długi czas również wydarzeń nie było za dużo, choć przecież już od pewnego czasu ich przybyło i teraz ta znienawidzona przez Wasekspozycja jest mieszana z akcją, zaś sami bohaterowie są pokazywani z perspektywy innych również poprzez zachowanie podczas rozmowy itd.
    Piszesz, że niektóre myśli czy zachowania bohaterów mogłabym przedstawić, korzystając z opisu wydarzeń, przez co czytelnik sam by to zauważył. Z pewnością tak.. Ale ja robię to między innymi po to, aby uwidocznić specyficzny sposób myślenia danego bohatera czy też jego charakter poprzez użycie narracji pozornie zależnej. Dla przykładu: faktycznie mogłabym pokazać to, że Lily nie potrzebuje robić na transmutacji notatek, bo i tak to zapamiętuje, na przykładzie lekcji, ale mnie nie chodziło o to, żeby podkreślić jej mądrość, a to, co napisałam później – że w razie czego poprosiłaby o nie kolegę, gdyż uważa, że jej się po prostu należy, by ludzie spełniali jej zachcianki. Chcę pokazać jej sposób myślenia. Nie piszę sucho: „Lily jest dobra z transmutacji, więc nie potrzebuje notować”, więc Wasz przykład z Hermioną nie należy do zbyt dobrych. Gdybym rozwlekła to na dwie lekcje, nie uzyskałabym takiego efektu, jakiego pragnęłam.
    Podejrzewam, że mogłyście oczekiwać czegoś innego po opowiadaniu potterowskim, bardziej przygodowego, i właściwie trudno się dziwić. Dlatego właśnie dopisałam w zakładce „O opowiadaniu”, że obfituje ono w refleksje, opisy bohaterów i różne punkty widzenia, zaś nie jest to opowiadanie ściśle przygodowe czy fantasy. To jest przede wszystkim opowiadanie o ludziach i dla ludzi. Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że w tym opowiadaniu nie ma opowiadania. Jest dużo ekspozycji, dużo nazywania emocji – i częściowo na pewno za dużo – ale ona w dużej mierze jest właśnie po to, aby uwidocznić mój zamiar. Podkreślanie pewnych kwestii w narracji, uwypuklanie ich wręcz, właśnie temu ma służyć. Ma wyśmiewać pewne zachowania, na przykład panny Potter. Ponadto przyjęłam sobie, że większość bohaterów chcę wprowadzać taką właśnie „ekspozycją”, to miał być pewnego rodzaju wstęp, rozumiem, że nie każdemu może to odpowiadać. Mam tendencję do wydłużania wszystkiego, zdaję sobie z tego sprawę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy lubią opowiadania pełne akcji, obfitujące w wydarzenia, opisy zachowań. Inni lubią spokojne obyczajówki. Jeszcze inni: refleksje i opisy relacji międzyludzkich. Ja zdecydowanie należę do tych ostatnich. Lubię czytać opowiadania czy książki, w których zachowanie bohaterów pokazuje, jacy oni są, kiedy mogę przeczytać to poprzez ich bezpośrednią narrację, a jeszcze bardziej: kiedy istnieje możliwość zobaczenia tych samych wydarzeń z perspektywy różnych osób. Cóż, jednym słowem więc: ja lubię ekspozycję. Wynie i szkoda, ale z pewnością nie można stwierdzić, żebym z takiego powodu była mistrzem „pisania opowiadania bez opowiadania”. To, że nie ma w nim nie wiadomo ile akcji, za to jest sporo refleksji, opisów uczuć i relacji, wcale nie oznacza, że nim nie jest. Tak samo w literaturze; są książki, które bazują na refleksjach.
      Równocześnie jednak macie rację. Wybrałam trzecioosobówkę ze względu na ilość bohaterów, możliwość pokazywania różnych punktów widzenia i poćwiczenia tej narracji, ale powinnam w niej większą uwagę zwracać na narratora wszechwiedzącego, a przede wszystkim nie mylić dwóch typów narracji. Ponadto nie da się ukryć, ż poprzez pokazywanie zachowania bohaterów, że z tego, jak mówią i co robią podczas konwersacji, można wiele wyczytać. Że nie powinno się podkreślać rzeczy oczywistych i że warto używać czasem kursywy, aby przedstawić mysli bohaterów. Dlatego też, mimo że nie mam zamiaru zrezygnować z ekspozycji, nieco ją zmodyfikuję oraz dodam więcej opisów samych wydarzeń: na przykład zmieniłam w jednym rozdziałów opis uczuć na dialog, podopisywałam w rozmowach więcej uwag na temat zachowań czy wyglądu postaci.
      Umieściłam „Niezależność” w świecie potterowskim z kilku powodów: jednym faktycznie było to, że chciałam nieco ominąć konieczność kreowania tła. Drugim – to, że chciałabym, aby ta historia była ff, a że świat potterowski jest mi dobrze znany i pasował do ogólnego zarys opowiadania – życia nastolatków – postanowiłam z niego skorzystać. Młode pokolenie ze względu na ilość bohaterów zdecydowanie pasowała do mojego opowiadania. Faktycznie traktuję magię niekonwencjonalnie, choć nie powiedziałabym, że nie ma żadnego znaczenia. Każdy mój autorski pomysł jest z nią powiązany. Ponadto chcę pokazać, że świat czarodziejski powinien wiązać się z mugolskim w dużym stopniu; musical od początku miał być mugolski; wiedziałam, że to kontrowersyjne, ale taki był zamiar.
      Macie częściowo rację z tym, że niektóre rzeczy wymyślałam na bieżąco, choć są to raczej bardziej szczegółowe rzeczy (być może wzięłam jednak na głowę zbyt dużą ilość bohaterów, bo początkowo miało być ich mniej). Cóż, w jakimś stopniu jest to z pewnością błąd, choć podejrzewam, że skoro piszę opowiadanie w odcinkach, to pewnie nawet jakbym napisała bardzo skrupulatny plan rozdziałów, coś bym zmieniła. Zdecydowanie jednak przemyślenie nie tylko wątku głównego, ale również pobocznych, to bardzo istotna kwestia, i dobrze, że to zauważyłyście.

      Usuń
    2. Co do kanonu staram się go trzymać. Hermiona wg Rowling pracowała w ministerstwie i w mojej historii okaże się, że też tak było: zanim zaczęła uczuć w Hogwarcie. Właściwie wspomniałam już o tym między wierszami, ale napiszę o tym w przyszłości.
      Z powtórzeniami mam problem i cały czas próbuję je zwalczać, tak więc dziękuję za każde zwrócenie uwagi. Co do zmiany czasów, nie zawsze macie rację. W przypadku mowy zależnej dopuszczalne jest używanie czasu teraźniejszego, ale w dużej części przeszły faktycznie brzmiał lepiej i to poprawiłam. Dziękuję także za uwagę dotyczącą akapitów; poprawiłam to.
      Nie zgadzam się zdecydowanie z tym, że bohaterowie się zlewają. Być może nie skupiam się aż tak na zachowaniu czy sposobie wypowiadania się postaci, ale myślę, że w opisach wystarczająco dokładnie pokazuję, jak różnie patrzą na te same sprawy i jak inne cechy mają… a jednak marzenia i potrzeby niejednokrotnie takie same. Żaden z nich nie jest taki sam jak inny i bardzo zdziwiło mnie stwierdzenie, że są „papką”. Oczywiście, powinnam bardziej wyróżniać sposób ich mówienia (Hugo często się jąka, swoją drogą), ale czegoś takiego stwierdzić nie można.
      Chciałabym również zauważyć, że nie wszystko da się opisać za pomocą wydarzeń, szczególnie jeśli opisuje się tak wielu bohaterów: nawet jakbym nie miała takiej wizji na opowiadanie, jaką mam, część sytuacji musiałabym przytaczać retrospektywnie, żeby kompletnie nie stanąć w miejscu z akacją. Inna kwestia, że – jak już wspomniałam na górze – jednym z moich głównych założeń jest opisywanie sposobu myślenia i refleksji bohaterów, a tego typu fragmenty są do tego stworzone.
      Teraz bardziej szczegółowo (chronologicznie z oceną); tutaj będę się już zwracać per „Ty” (nadal fascynuje mnie, jak podzieliłyście się oceną rozdziałów):
      Jeśli chodzi o uwagi ogólne: co do linków macie rację; włożyłam je wszystkie w jedno miejsce. Nie zgadzam się jednak z tym, że nie powinnam napisać, o czym jest blog. Może akurat teraz widać po szablonie, że jest potterowskie, ale to nie zmienia faktu, że nadal nie wiadomo, że to, dla przykładu, ff o młodym pokoleniu; uważam, że potencjalny czytelnik powinien móc się o tym dowiedzieć, zanim zacznie lekturę.
      „Lily Luna Potter była jedną z niekwestionowanych królowych Hogwartu, czy Albus tego chciał czy nie. – Straszna ekspozycja postaci została ukazana tuż przed tym fragmentem, a tym akurat zdaniem potwierdzono wygloryfikowanie główniary. Lily nie zrobiła jeszcze niczego (poza oburzaniem się na brata), dzięki czemu można by jej przypisać taką cechę, a już została okrzyknięta królową.” - Samo zdanie może i jest ekspozycją, ale na tle całego tekstu - już nie. Czytelnik przecież trafia w jakiś konkretny moment, kiedy Lily "jest już na szczycie", musi mieć japunkt zaczepienia, żeby wiedzieć, o co w ogóle chodzi. Zmieniłam to nieco, bo akurat Albus nie jest „zaślepiony” swoją siostrą, ale w takim przypadku tego typu informacja z pewnością nie jest błędem.
      Dla mnie Harry był ciapcią, Albusa bym tak nie nazwała. Scorpiusa – zdecydowanie tak – ale Albusa? Nie wiem też, dlaczego z góry uznałyście, że zapomnę o tym, że Potter ma palić papierosy. To niezbyt przyjemne.

      Usuń
    3. „Kiedy zastanawiała się gorączkowo, co zrobić z Rayanem, drzwi otworzyły się po raz kolejny. Na szczęście zobaczyła w nich posiadacza tak samo wściekle rudych włosów co ona, a nie Changa, który po sierpniowej imprezie urządzonej w jej rodzinnym domu z pewnością musiał uznawać się za jej chłopaka. – Skąd tam jakiś Chang, skoro Cho po Drugiej Bitwie o Hogwart wyszła za mugola? Zresztą ten eufemizm brzmi topornie.” – „Chang” to popularne azjatyckie nazwisko. Eufemizmu tutaj żadnego nie ma, może chodzi Ci o peryfrazę (posiadacz rudych włosów), ale z pewnością nie o eufemizm. Na to właściwie powinnaś zwrócić uwagę, jeśli już, bo włosy się ma, nie posiada, mój błąd. Faktem jednak jest to, że dość często chce przedstawić zarówno opisy, jak i rozmowę, co może być mylące dla czytelników, szczególnie na początku opowiadania. Dlatego na przykład w tym rozdziale postanowiłam nieco później „wprowadzić” bohaterów do przedziału, w którym siedziała Lily, żeby zmniejszyć zamieszanie.
      „Jak zwykle Bob Patil i Grace Brown wyrazili odmienne opinie. (…) + No własne nie „jak zwykle”, bo zrobili to pierwszy raz. Nawet jeśli zdarzało im się, zanim weszłyśmy w tę historię z butami, to lepiej byłoby nie wypisywać oczywistości, ale pozwolić zauważyć, że dwójka bohaterów ma się ku sobie w myśl powiedzenia „kto się czubi – ten się lubi”. Tu natomiast wyjaśnił to narrator i właśnie z takiej narracji nie czerpie się przyjemności z czytania. Wykładasz wszystko jak na tacy i nikt nie musi wyciągać wniosków z zachowań bohaterów. To samo tyczy się opisu relacji Potter-Kingsley w tym rozdziale. Zamiast pokazać ją sceną, dialogiem – sucho opisał to narrator.” – Cóż, w tym przypadku narrator zależny chciał podkreślić, że to było dokładnie tak, jak zwykle. Nie opisuję bohaterów od pierwszej klasy, więc pewne rzeczy muszę wyraźnie podkreślić. Co do kwestii relacji Potter-Kingsley, masz trochę racji; z pewnością dobrze byłoby to pokazać za pomocą dialogu, ale nic mi nie zabrania (a właściwie nie zabroniło) przedstawić to w taki sposób w późniejszych rozdziałach. No i powinno być napisane „właśnie”.

      „Ślizgonka miała znacznie gorszy charakter od niej samej, była bardziej cyniczna i wyrachowana. – Pozwól ujrzeć to, a nie przedstawiaj tego w narracji, bez potwierdzenia jakąkolwiek sceną, która dawałaby taki obraz bohaterki. Czy czytelnik może łaskawie sam oceniać postaci, czy narrator będzie mu cały czas opinię o nich wkładał do gardła?” – To Lily tak uważa, nie narrator wszechwiedzący. W następnych rozdziałach będzie można poznać nie tylko Alice, ale i innych bohaterów również z perspektywy wydarzeń lub zdania innych postaci. W tym rozdziale postawiłam na perspektywę Potter, więc mamy perspektywę Potter. Inna kwestia, że sama Kingsley nie jest aż tak istotną postacią. W tym rozdziale chodziło przede wszystkim o to, żeby pokazać, w jaki sposób Lily zachowuje się wobec rówieśników, jaką ma wśród nich pozycję. Wiem, że ten rozdział wybitny nie jest, za to jest przegadany, że sporo rzeczy jest wyłożonych jak na tacy, ale żeby pokazać moją bohaterkę i jej ewolucję, uważam to za niezbędne.

      Fragment z Olivierem nie jest cofnięciem się w czasie. Było zaznaczone, że Janvierowie przybyli do szkoły trzy dni po rozpoczęciu roku szkolnego, a więc te rozmyślania z pierwszego rozdziału dzieją się w tym samym czasie co podróż Lily do Hogwartu.

      Usuń
    4. „Wciąż za długie opisy umiejscawiasz w dialogach, nawet gdy zmienia się podmiot – nie zaczynasz nowego akapitu. (…) Co gorsza, robisz ten błąd nawet bez dialogów – naucz się stosować poprawnie akapity. Otwórz sobie dowolną książkę i zwróć uwagę na wcięcia.” – Przy zapisie dialogów – tak, ale w opisach… No nie. Gdyby tak było, to w tekstach mnożyłyby się krótkie akapity.
      „Pewnie się czepiam, ale jeszcze nie widziałam telefonu komórkowego, który wyłączałby się z trzaskiem. Można trzasnąć klapką, gdyby był to właśnie taki model. Ale samo w sobie wyłączanie urządzenia raczej jest ciche”. – Na tym polega magia…

      „Jak mogła umieścić kogoś tak dennie głupiego w Ravenclaw? – Czy istnieje jakiś rodzaj niedennej głupoty? Świetna głupota? Rewelacyjna?” – Nie i dlatego to podkreślam.
      „Potter nie wiedziała, której ze swoich rówieśniczek nienawidziła mocniej – Amandy czy Heleny – ale nawet się nad tym nie zastanawiała. Wiedziała jedynie, że to inny rodzaj uczucia. Nienawiść do Smith była dość bolesna, przynajmniej w przeszłości, zaś ta do Krukonki – ostra oraz pełna wściekłości, podżegana przez Zabini i jej kampanię praktycznie cały czas. – Lily nie zastanawiała się nad tym, o czym narrator zrobił nam wywód… ech.” – Słusznie, poprawiłam.
      W narracji z perspektywy Lily często zależy mi na przerysowaniu jej zachowań właśnie poprzez ekspozycję.
      Można powiedzieć „zdrów jak ryba”.
      To opowiadanie ma głównie dotyczyć relacji międzyludzkich, a cóż, miłość jest jedną z najważniejszych, więc…
      „– Nie dziwi mnie specjalnie, że akurat on zgodził się, żeby z tobą pójść. Jesteście siebie warci – stwierdziła Lily, która dopiero po wypowiedzeniu tych słów usłyszała, jak bardzo dziecinnie zabrzmiały. – Rychło w czas! Swoją drogą ta kwestia była najmniej dziecinna z większości, które miała okazję wypowiedź od pierwszego rozdziału aż do teraz. I, co ciekawe, mimo tego nagłego oświecenia, Lily i tak nie przestaje paranoicznie interesować się kwestią zwykłego spaceru Zabini i Oliviera, nadal zachowując się szczeniacko”. - Bo Lily jest sprzeczna, a raczej: nie chcąc zostać „zdemaskowana” zachowuje się w sprzeczny sposób. Dziecinne jest to, że interesuje ją ten spacer, nawet jeśli mówi to, co mówi. Potter podejrzewa, słusznie czy nie, że ten spacer może oznaczać coś więcej (weźmy pod uwagę, że ona wie, do czego zdolna jest Amanda), co jej się nie podoba, ale jeszcze bardziej nie podoba jej się to, że w ogóle tak to interpretuje, tylko że zagłusza to sama przed sobą. Na tym polega jeden z jej największych problemów.
      Lily ukrywa pasję fotograficzną, więc niekoniecznie trzeba wspominać o tym od razu, podobnie jak Rose ukrywa talent do śpiewania. Ale może nieco wcześniej faktycznie dobrze byłoby o tym wspomnieć. Jeśli zaś chodzi o Potter, to zdjęcia obrabiała za pomocą magii, co zostało wyraźnie napisane. Faktycznie, dobrze byłoby opisać dokładniej, jak Lily pracuje nad zdjęciami. Ale nie trzeba robić wszystkiego od razu. I tak dokładnie opisałam, w jaki sposób to robi. Przyjdzie i pora na sam opis pracy i to w dość ważnych okolicznościach.
      „Kiedy jednak jakiś czas później spojrzała na stary zegarek podarowany jej przez babkę Molly i odkryła, że właśnie wybiła dwudziesta druga, (…) – Czy informacja o pochodzeniu zegarka ma jakieś znaczenie? Jeśli nie, to nie zapychaj głowy czytelnika pierdołami. Zauważyłam, że często tłumaczysz zachowanie swoich bohaterów lub opisujesz rzeczy nieważne – jak gdybyś pisała first draft i nie zdążyła jeszcze zdecydować, co jest potrzebne, a co powinno trafić do kosza. W opowiadaniach nie ma miejsca na zbędne elementy, które nie są znaczące dla fabuły”. – Z tym akurat się nie zgodzę. Może pochodzenie zegarka nie ma stricte znaczenia, ale to, co można z tego wyczytać – że Lily mimo wszystko jest sentymentalna – już tak. Ponadto nawet jeśli ta informacja nie miałaby ukrytego żadnego innego znaczenia, tego typu opisy, oczywiście nie w nadmiarze, uważam za istotne w opisywaniu tła. Od czasu do czasu wpleść coś takiego - co zresztą same zauważyłyście w innym miejscu i co pododawałam dzięki tej sugestii.

      Usuń
    5. „Dwie osoby w środku zaplątały się między swoje nogi oraz sprzęt i krzyczały na siebie nawzajem, co przypominało mu nieco jego samego i Lily Potter z poprzedniego tygodnia. – Przesada; w szkole jest wielu uczniów i mało prawdopodobne jest to, że Olivier przez cały tydzień kojarzył wszystkie kłótnie i krzyki, które mijał, z sytuacją na stołówce. No i szkoda, że nie opisałaś tej sytuacji sceną”. - Opisałam ją w czwartym rozdziale.

      To, że nie przytoczyłam jeszcze korepetycji Oliviera z Heleną, nie znaczy, że nigdy tego nie zrobię.

      „Podobał mi się subtelny opis wyglądu Meadowes, po którym następuje opis relacji Eve-Rose. Inną rzeczą jest fakt, że Meadowes to przyjaciółka Lily Potter... ale matki Harry'ego. Zmarła w 1981 roku, zabita przez samego Voldzia. Nie wiadomo, czy miała dzieci; raczej nie, skoro nie miała też męża. Niczego nie wiadomo o żadnych krewnych – prawdopodobnie czarodzieje Meadowes umarli wraz z Dorcas. - i znów: po pierwsze jest coś takiego jak zbieżność nazwisk, po drugie skoro nie wiadomo, co się z nimi stało, to ktoś przecież mógł żyć. Ponadto chciałabym zauważyć, że Dorcas, którą nazywasz przyjaciółką Lily Evans-Potter, została nią tylko według różnych ff, w rzeczywistości była starsza niż Potterowie i jeśli już robić z nich przyjaciółki, to raczej po szkole.
      „Z jednej strony panna Potter chciała wziąć udział w tym przedsięwzięciu, cechowała się przecież pewnością siebie, umiała się wypowiedzieć, nie miała problemów z tremą, nowymi wyznaniami, a granie opanowała perfekcyjnie. – Prawie żadnej z wymienionych cech nie odnajduję w twojej Lily, bo to idealna, wkurzająca kukiełka. W ogóle oł gasz… jak można streścić w taki sposób charakter bohaterki? Chyba zapomniała już o robieniu zdjęć i okazuje się teraz, że jeszcze pani Grandmoor pewnie uczyła ją aktorstwa albo panna Potter (skoro mowa pozornie zależna, to czemu bohaterka sama siebie określa w taki sposób?) nauczyła się tego w jakiś cudowny, nieznany nam sposób, który pewnie poznamy dzięki jednozdaniowemu wyjaśnieniu dlaczego akurat tak, a nie inaczej”. – Ona cały czas gra swoją wielką rolę „drama queen”.
      „Czasami zastanawiał się, czy Mark Wells miał jakiekolwiek potrzeby fizjologiczne. Od dwóch tygodni codziennie spotykali się na boisku, w weekendy nawet po dwa, a każdy następny był dłuższy od poprzedniego. – Czyli szachy z Hugonem już nieaktualne i teraz dowiadujemy się, że od dwóch tygodni jeden z głównych bohaterów codziennie działa na boisku? Aha.” – Szachy były wcześniej. Ale fakt, wspomnieć o treningach można było też wcześniej.

      Usuń
    6. „Jakimś cudem rozwija się jego charakter – na początku częściej marudził na nowe miejsce zamieszkania, teraz robi to rzadziej i bardziej z przymrużeniem oka niż niezadowoleniem. Fajno.” – Cóż, taki był zamiar.

      Dzięki za uwagę o piekarnik oraz mało fortunną nazwę ministerstwa.

      „Nie znając naszej kultury i kalecząc nasz język, wparowuje do szkoły i zaczyna traktować ją jak swoją własność, jednocześnie twierdząc, że nienawidzi Anglii. – Mowa o Olivierze, który w każdym dialogu wypowiada się z poprawnością językową godną rodowitego Brytyjczyka. No i wszystkie oskarżenia Lily są mocno przerysowane, bo Olivier od początku był dla wszystkich sympatyczny, no poza samą Potter, ale tylko dlatego, że ta sama z siebie jest dla większości wredną suką. Teraz, w rozmowie z Hugo, wydaje się normalna, ale rozdział temu żałowała, że zachowała się jak świnia wobec młodziutkiej siostry prefekta, którego imienia nie zapamiętałam. Jeżeli istnieje jakaś droga rozwoju tej postaci, to po takich przemyśleniach i ostatnich załamkach Lily mogłaby ugryźć się w język, źle oceniając innych w towarzystwie jedynego przyjaciela. Sama nie jest lepsza.” –Właściwie to jest progres, bo Lily wcześniej raczej nie wyraziłaby tego tak wprost. Ale przyjdzie i czas na to, że zacznie się gryźć w język ;). No i oczywiście, że to jest mało sprawiedliwe xD.

      Jeśli chodzi o list francuskich przyjaciół Oliviera, napisałam wyraźnie, że to ten drugi kolega popoprawiał błędy i dopisał przecinki ;).

      Jeśli chodzi o Larę: jej niecodzienne umiejętności miały wyjść dokładnie w tym momencie, już wcześniej to zaplanowałam, a powodu, dla którego musiała opanować ona tak trudne i specyficzne czary, z pewnością nie mogę jeszcze podać.

      „Inną rzeczą jest, że czarodzieje słuchali raczej piosenkarzy-czarodziejów. Nawet u Rowling wszyscy celebryci w świecie magii byli czarodziejami. Skąd Brytyjczycy znają gwiazdy popu z USA, w dodatku mugoli? Przecież nie używają radio, TV ani Internetu”. – Szczególnie mugolscy czarodzieje mogą, zresztą wykorzystałam i czarodziejskich, i nieczarodziejskich wokalistów.

      „Nazwałaś ten rozdział Nieudany fortel. W poprzednim dowiedzieliśmy się, że Lily chce wcielić w życie swój podły plan. Patrząc na to z tej perspektywy, tytuł jest spoilerem, bo z góry wiemy, że pannie Potter się nie uda” – Słusznie, dzięki za uwagę.

      Cóż, faktycznie samego występu Rose czy Lily nie pokazałam, ale przede mną jeszcze sporo możliwości, aby przedstawić dokładnie samą prezentację. Pewnie wtedy, kiedy będę pisać z perspektywy widowni lub kilku postaci.

      Usuń
  4. „– No nie wiem. Lily jest dość… samodzielna – oznajmiła Rosalie, śmiesznie marszcząc nos. – Dziwne, że mówi to uczennica, która powinna mieć świadomość, że Lily jako królowa ma swoją wierną świtę...” – Rosalie to wie, ale sama ma doświadczenie z kuzynką i wie, że ta dość łatwo potrafi ją wyprowadzić z równowagi.

    „Po drugie, planowane wizyty u specjalisty w Mungu to absurd, bo przecież w Hogwarcie pracuje pielęgniarka, która rutynowe badania jest w stanie przeprowadzić sama; a nawet jeśli nie potrafi, to taniej będzie raz pojechać i ją tego nauczyć, niż jeździć przez trzy lata tam i z powrotem. Gdy w grę wchodzi kwestia specjalnego wyposażenia, to i tak Helena musiałaby wyjść z Hogwartu, na badania może ją przecież zabrać pielęgniarka szkolna. Przy czym warto zauważyć jeszcze, że pani Pomfrey była świetną lekarką”. – Pielęgniarką może i była świetną, ale lekarką w ogóle nie była (dzięki swoją drogą za uwagę na temat nomenklatury, zmieniłam na „uzdrowicieli”). Uważam, że lepiej, aby to nauczyciel zabrał uczennicę do szpitala niż pielęgniarka, która w szkole jest tylko jedna.
    Jeśli chodzi o kwestię zwykłych chorób: cóż, nie wiedziałam o tym, my fault. Ale chyba z tą niekanonicznością będę musiała dalej żyć, przemyślałam sprawę i tego typu choroba najbardziej pasuje. Zresztą osobiście nie zgadzam się z taką wizją, co wsadziłam w usta magika. No, ale i tak dziękuję za uwagę; dzięki niej zaznaczę, że jest to niezgodne.

    Myślę, że nawet ktoś taki jak McGonagall może mieć gorszy dzień, ale faktycznie nieco przesadziłam z huśtawką jej nastrojów, dlatego nieco zmniejszyłam ich ilość

    Cóż, napisałam w rozdziale szesnastym, że Lily poczuła wyrzuty sumienia. Może próbuje przekonać siebie, że to nie z powodu Oliviera, ale to nie znaczy, że tak nie jest.

    Dodatkowo chciałabym zauważyć, że: pisze się „to wydarzenie”, nie „te wydarzenie”, „hogwarcką”, nie „hogwardzką”, „to starcie”, nie „te starcie”, „ zresztą to, że chciała”, nie „z resztą (…)”, „nieważne”, a nie „nie ważne”…

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie dzieliłyśmy się rozdziałami, ale według chronologii tekstu rozmieściłyśmy swoje uwagi do każdego z nich.

    Skoro po takiej ocenie nadal uważasz, że ekspozycja jest zła, bo opisujesz, zamiast pokazywać, to w takim razie na ten temat nie mam niczego więcej do dodania, żyj sobie z takim przekonaniem i sypiaj spokojnie ;) Ja natomiast nawet po twoim komentarzu nadal uważam, że ekspozycja jest... beznadziejna. W każdej odsłonie literackiej, nie ma dla mnie na nią tłumaczeń. Można kształtować stronę emocjonalną bohaterów bez perorowania sucho w wielolinijkowych akapitach o tym, jacy oni zwyczajnie są. Jak już napisałyśmy w ocenie – show, don't tell. To, co bohater myśli, można wyrażać za pomocą jego czynów, jego słów, natomiast filozofowanie w każdym przypadku, mnie osobiście, ale śmiało podejrzewam też o to innych czytelników, zwyczajnie nudzi i mierzi. Jak obserwować zachodzące zmiany? Wynosić wnioski z lektury? Myśleć? Po co czytelnik ma czytać coś, co nie zapewnia rozrywki? W przypadku twojego opowiadania wystarczy przyswajać informacje i czytać ze zrozumieniem. To nie bawi.

    Ekspozycja jest zła, ponieważ to pójście na łatwiznę. Zabija lekkość narracyjną i marnuje potencjał tekstu. Zacytuję komentarz Nearyh spod innej ocenki:
    „[Pisanie bez ekspozycji] To jest trudne, ale też zupełnie zmienia spojrzenie na pisanie, sprawia, że to się robi zabawne. Wnika się bardziej w postać, żeby dobrze oddać jej emocje. Nazwać je jest łatwo, słów nam przecież nie brakuje. Ale zastanowienie się, jak postać to przeżywa, a potem pokazanie tego czytelnikowi, jest ciekawsze i bardziej wymagające”.

    Co do zlewania się bohaterów – napisałyśmy o tym, bo takie miałyśmy odczucia. Nie napisałam, że nie pamiętam imienia Zabini ani nie kojarzę, kto jest z jakiego domu i jak niektórzy mają na nazwisko, aby zrobić na złość czy podkolorować problem. Nic z tych rzeczy. Ja ich naprawdę nie pamiętałam, a to znaczy, że nie zapadli w pamięć, nie byli charakterystyczni, występowali za rzadko, pełnili tylko jedną funkcję (która się skończyła) i zniknęli na kilka rozdziałów lub to ja mam jakieś problemy z koncentracją, co od razu wykluczam.

    „Być może nie skupiam się aż tak na zachowaniu czy sposobie wypowiadania się postaci, ale myślę, że w opisach wystarczająco dokładnie pokazuję, jak różnie patrzą na te same sprawy i jak inne cechy mają…”
    Opisy, opisy, opisy... Ale opisy nie tworzą postaci i świata, w którym bohaterowie muszą egzystować, a to, jak sobie poradzą, wynika z tego, jaką postawę będą wyrażali swoim sposobem bycia. Ludzie nie wyciągają o innych wniosków, bo zaglądają im magicznym sposobem do głowy i dowiadują się (poprzez mowę pozornie zależną? sic!) o ich celach, historii czy problemach. Ludzie obserwują innych, wyciągają wnioski, słuchają ich. Pisząc opowiadanie pełne ekspozycji, spełniasz swoje zachcianki i w oklepany sposób piszesz, jaki kto jest, przy okazji robisz ze wszystkich filozofów, ale czytelnik nie będzie się aż tak dobrze bawił jak w przypadku, w którym dałabyś mu możliwość oceny i wyciągania wniosków. W twoim tekście narzucasz od razu, kto jest dobry, kto jest zły, kto jest taki, siaki czy owaki, a czytelnik tylko czyta i przytakuje. N u d a.

    Hugo się jąka? Naprawdę? Nie zauważyłam.

    Fragment zacytowany o Lily-królowej – jest okropny! Nadal uważam, że nie powinien w ogóle mieć miejsca w tekście, bo zamiast faktycznie pokazać czytelnikom, że Lily jest królową, to po prostu mi to przekazujesz i od samego początku opcia mam wskazane palcem, kto jaki jest, a nie mam na to dowodu. Po co mi taka informacja? Lily zostanie królową dopiero, gdy wyjdzie to ze sceny, w której inni ją tak traktują, a ona swoim zachowaniem pokaże, że faktycznie jest pierwszą damą Hogwartu.

    Eufemizm? Masz rację, zupełnie nie o to chodziło i nie wiem, skąd on pojawił się w ocenie. Normalnie jak gdyby ktoś go dopisał za mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Nie opisuję bohaterów od pierwszej klasy, więc pewne rzeczy muszę wyraźnie podkreślić”. – Nie musisz, uwierz mi ;) Możesz je wprowadzać, przyzwyczajać delikatnie do nich czytelnika, zaznaczać subtelnie scenami. Hinty, hinty, hinty. To, że Hugo jest pechowy wynika ze scen, w których ewidentnie coś mu nie wychodzi, a nie zrobi z niego pechowca opis: "Hugo miał zawsze pecha". Nawet jeżeli tłumaczysz takie bezpłciowe eksponowanie bohaterów ich mową pozornie zależną, to tego nie czuć, bo Hugo myśli tymi samymi frazami, słowami, co wszyscy bohaterowie... więc nie dziw się, że część osób odbierze to wszystko jako pomyloną narrację wszechwiedzącego, a przy okazji bohaterowie wydają się jak z jednego gara wyjęci.

      Pokazuj, że Lily lubi fotografię sceną, w której ukrywa się z aparatem albo myśli o tym – wtedy czytelnik zakuma, że laska lubi to robić w ciszy i samotności, ale nie dowie się tego AKURAT przypadkowo wtedy, gdy jest ci to potrzebne w opowiadaniu. To samo tyczy się śpiewania czy wszystkich innych cech charakteru kogokolwiek – streszczasz elementy, na które nie ma dowodu, a jak już jest, to pojawia się idealnie AKURATNIE.

      „To Lily tak uważa, nie narrator wszechwiedzący” – nie wyjaśniaj mi tego tutaj. Jeżeli to ma być myśl Lily, to zrób z tego myśl – pierwsza osoba + kursywa. Bo aktualnie to brzmi, jak zwykła, sucha informacja dla czytelnika, aby raz przeczytał, zapamiętał i lecimy dalej z tekstem...

      Usuń
    2. Pamiętaj, że piszemy teraz o pierwszych rozdziałach. Wtedy czytelnik nie wie, jaką masz narrację, jaki masz styl, jacy są twoi bohaterowie. Wtedy w ogóle nie jest zajmujące to, co oni mają w głowach, jeśli się ich nie zna. Czytelnik musi na początku zmierzyć się ze stylem, który przyjęłaś. A twoja metodyka w pierwszych rozdziałach wygląda tak, jakbyś chciała wyrzucić wszystkie niezbędne czytelnikowi informacje od razu, na szybko., by potem mieć je z głowy.

      „Wiem, że ten rozdział wybitny nie jest, za to jest przegadany, że sporo rzeczy jest wyłożonych jak na tacy, ale żeby pokazać moją bohaterkę i jej ewolucję, uważam to za niezbędne” – Jak chcesz pokazać ewolucję w pierwszym rozdziale? Jeśli opisałaś Lily w nim wylewnie, to za dziesięć, gdy do ewolucji dojdzie, nikt już tej notki i tych ekspozycyjnych akapitów nie będzie pamiętał. Natomiast gdybyś stworzyła scenę, w której przykładowo ktoś wywraca się, a Lily przechodzi tylko obok obojętnie, natomiast Hugo kogoś podnosi z ziemi, to od razu podkreślasz, że Lily jest ta „zła” i ma taki i taki charakter, a Hugo – ten dobry. Zastanów się, czy gdybyś wywaliła większą część ekspozycji o Lily i zostawiła jedynie scenę, w której na pierwszych zajęciach Lily pod nosem śmieje się z Heleny, a potem źle traktuje innych i jest bezczelna – czytelnicy mogliby sami się kapnąć, że ma taki charakter. Natomiast to, jak się zachowuje i co myśli w samotności pokazywałoby jej charakter z drugiej strony, z dala od grania drama queen. Do tego ekspozycja jest zbędna, a wręcz wprowadza zamęt i banalizuje cały projekt.

      Mogłabyś zbudować scenę, w której bohaterka siedzi w przedziale, zadziera nosa, obserwuje otoczenie z góry, myśli sobie kursywą różne ironiczne, typowe dla niej, zdanka. Inni przechodzą obok niej, zwracają się do niej jak należy, swoją postawą pokazują, jak ją odbierają – jedni ją lubią, szanują, inni nie – dowiadujemy się tego z ich zachowania przy niej tudzież za jej plecami. Więc od razu mamy podstawy pierwszych relacji. Lily spojrzenia, gesty, wyrazy twarzy, myśli, czyny – to ją tworzy. Zamiast pisać, jaka jest, pozwól czytelnikowi samemu się tego dowiedzieć. Nikt ci nie napisze, że twoja historia jest totalnie nieciekawa, ale gdybyś postawiła na sceny, które budują bohaterów – czytelnik miałby dużo więcej frajdy w przeżywania twojego opowiadania. Bo na razie nie ma w tym niczego zajmującego poza spełnieniem obowiązku czytelniczego i zapoznaniem się z tekstem.

      „Na tym polega magia…” – Na głośnym wyłączaniu się telefonu? Nie wiem, może opisz to bardziej... magicznie.

      „Nie i dlatego to podkreślam” – dlaczego podkreśliłaś to, co jest logiczne?

      „Na tym polega jeden z jej największych problemów” – jak wyżej – nie tłumacz mi tego tutaj, ani nie podkreślaj tego w tekście informacyjną ekspozycją, tylko stwarzaj sceny, które przedstawiłyby czytelnikom zamierzenia.

      „Jeśli zaś chodzi o Potter, to zdjęcia obrabiała za pomocą magii, co zostało wyraźnie napisane. Faktycznie, dobrze byłoby opisać dokładniej, jak Lily pracuje nad zdjęciami. Ale nie trzeba robić wszystkiego od razu” – Kiedy chcesz przedstawić sposób obrabiania zdjęć za pomocą magii, skoro nie w scenie, w której Lily je obrabia? Dla mnie to ona większą część opowiadania stoi i niczego nie robi, poza tym, że coś sobie myśli w trzeciej osobie o sobie.

      Ona cały czas gra swoją wielką rolę „drama queen” – Nope. Ona nie gra. To ty ją streszczasz.



      Dzięki za poprawę błędów. W kwestiach, których nie poruszyłam – przyznaję ci rację.

      Dziękuję też za obfity komentarz ;) dyskusja jest zawsze w cenie.

      Skoiastel.

      Usuń
    3. Widzisz, ja uważam, że dobrze jest pokazywać bohaterów na różne sposoby, w tym używając ekspozycji. jak wspomniałam, osobiście ją lubię; czytanie o uczuciach w opowiadaniach czy książkach najbardziej lubię właśdnie w takiej formie. Ale o gustach się nie dyskutuje.
      Dzięki tej ocenie zrozumiałam, że ważne jest wypośrodkowanie, dlatego mam zamiar nieco zmnienić proporcje między ekspozycją a wydarzeniami. Plus pracować nad niemyleniem stylów narracyjnych itd.

      Usuń
    4. Tym bardziej cieszymy się, że na coś się przydałyśmy :)

      Usuń

Aktualności

Mrs. Mayhem pomyślnie
ukończyła staż. Pojawiła się jej
pierwsza ocena
:) Gratulacje!
Blogi zgłoszone przed Fuzją: 1
Blogi zgłoszone w 2016: 4
Znajdź nas na Fejsie – KLIK
Zbieramy pierwsze lajki ;)
Szablon stworzony przez Agatę

Archiwum

© Design by Agata from Król Trefl & WioskaSzablonów
Script ScrollToTop | Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY.