...zajmuje się ocenianiem literatury w sieci.
Stukasz w klawiaturę i chcesz porozmawiać o swoich wypocinach?
A może wolisz poszukać znajomych adresów w archiwum?
Czuj się jak u siebie i baw się dobrze!

POZNAJ NAS

Aktualności



Oceniający


Jest nas wielu i różnimy się od siebie jak tylko można, więc na pewno znajdziesz w naszym gronie osobę, która bez trudności oceni twój materiał.
wybierz



Zgłoszenia

Chciałbyś zgłosić swój tekst do oceny? Wystarczy umieścić swoje zgłoszenie w księdze zgłoszeń. Pamiętaj, aby przedtem przeczytać regulamin.
księga zgłoszeń

[66] ocena: trzy-serca.blogspot.com

26 lutego 2016

Adres bloga: Trzy serca
Autorka: Patrycja Hry
Tematyka:  romans, obyczajowe, dramat
Oceniające: Nea i maxie



SZABLON


Powiem tak – ani nie zachwyca, ani nie morduje. Czytelnie, dość minimalistycznie, funkcjonalnie, więc to, co najważniejsze, zostało zachowane. Trochę męczą mnie trudne do rozszyfrowania czcionki w nagłówku, zwłaszcza że nie wiem, po co są dwie różne, skoro dałoby się jedną. Ale to chyba rzecz gustu.
Na podstronie o autorce nie ma justowania tekstu.
Na podstronie o blogu tekst, nazwijmy to, opisowy wypadałoby wyjustować, wyśrodkowanie wcale nie pomaga w czytaniu.
Także na podstronie ze SPAM-em dobrze byłoby wyjustować tekst.

TREŚĆ

PROLOG


Moje duże brązowe oczy były ozdobione fioletowymi sińcami zdradzającymi, ile nieprzespanych nocy miałam na koncie przez ostanie dwa tygodnie. Zdradzały nie tylko to. Pokazywały również, ile łez wylałam w poduszkę, tak by nikt nie słyszałfioletowe sińce przywodzą na myśl raczej pozostałości po uderzeniu niż oznaki niewyspania. Sińce spowodowane niewyspaniem mogą być brązowe, szare, żółte lub sinofioletowe, ale raczej nie fioletowe. Z kolei ilość wylanych łez obrazują raczej oczy opuchnięte, nie fioletowe. Plus, nie ma takiej opcji, żeby fioletowe sińce potrafiły pokazać, ile ktoś wylał łez przez dwa tygodnie – opuchlizna spowodowana płaczem zwyczajnie schodzi o wiele szybciej, więc jeśli płacze tylko nocami, to zanim zacznie znowu płakać, nie ma już żadnych objawów, że poprzedniej nocy też tak było. 

Rany, opisywanie postaci przy pomocy dostrzeżonego przez nią odbicia jest już tak wyświechtane, że to aż nie uchodzi, by to wykorzystywać. A zwłaszcza w formie pierwszego opisu w całym tekście! Da się to zrobić na milion sposobów sprytniej – nawet nie wspominając o tym, że czasami tekst funkcjonuje bez szczegółowego opisu głównego bohatera, naprawdę. W dodatku podanego w jednym akapicie.

Po co ten odstęp tuż po opisie postaci? Nie wygląda to na przeskok czasowy, więc o co chodzi? Może ma podkreślać dramatyczność jej aparycji…? 
Ech, swoją drogą, trochę się to robi męczące, wylewanie łez i rozpaczy nie wiadomo do końca nad czym. Gdyby narrator raczył się odnieść do konkretów, zamiast napawać się własnym smutkiem, zrobiłoby się miło. Zwłaszcza że to jest męczący opis emocji, nie poruszający – trąca lekką pretensjonalnością.

Dźwięk odpalanego silnika zwiastował pozostawienie starego życia za sobą, opuszczenie Gdańsk z praktycznie obcą kobietą u boku – siostrą mego ojcaGdańska.

Nazywała się Anna Kalinowska i była singielką – dlaczego to ma dla bohaterki znaczenie w tym właśnie momencie? Wydaje mi się, że stan matrymonialny nowej opiekunki nie gra głównej roli. Inaczej by było, gdyby miała dzieci, wtedy naturalnym wydawałoby się wspomnienie na ten temat. Ale teraz? W dodatku to irytujące spolszczenie, singielka

Życie potrafiło być ironiczne. // Potrafiło dokuczyć. // Potrafiło zadać ból – o panie, Palło Cołelo narracji pierwszoosobowej. Naprawdę, o wiele lepiej brzmiałoby samo pierwsze zdanie, bez tych następnych, dramatycznie oddzielonych enterami, głoszących prawdę objawioną znaną każdemu człowiekowi, który na tym padole łez spędził więcej niż trzy-cztery lata.

Oburzona zerknęłam na twarz kobiety (…) – czym ona się tak bulwersuje, przepraszam? Że Anna próbuje zagadać w trudnej sytuacji, do osoby, z którą ma teraz spędzić spory fragment życia? To nie tak, że tylko bohaterce wali się świat i chociaż rozumiem, że w tym momencie może nie chcieć z nią gadać, to coś tu nie gra. Może kwestia dobrania słów. Niechęć, obojętność – zrozumiałabym. Ale oburzenie? Czym, kurde, oddychaniem?

Trzydziestoparoletnia kobieta nie oderwała wzroku od przedniej szyby (…) – jej wiek, jak rozumiem, ma kluczowe znaczenie dla tej rozmowy, sceny i w ogóle?

ROZDZIAŁ 1.


Na szerokich parapetach obszernych korytarzowych okien przesiadywały uczennice, zalotnie zakładając nogę na nogę, szczebiocząc do rozmawiających z nimi chłopaków. Pokręciłam zniesmaczona głową – no tak, bo wszystkie uczennice, jak jeden mąż, na przerwach tylko to robią. A zwłaszcza te na parapetach! Nie ma bata, żadna, która tam usiądzie, nie okaże się normalniejsza niż rozszczebiotana dziewuszka szukająca męża.
Ja wiem, że to narracja pierwszoosobowa i jest bardzo subiektywna, ale pamiętaj, że jednocześnie każde słowo narracji nakreśla nam postać. Jeśli chcesz, by była generalizującą osobą, w porządku. Jeśli nie, coś nie pykło.

Był to mały kawałek trawy o wymianach pięć metrów na trzy otoczony białym płotem zbudowanym z szerokich desekwymiarach.

Znowu, w środku narracji zrobiona jest przerwa, chociaż po niej narracja nadal opowiada o tym, co się działo w tamtym momencie, bez przeskoku czasowego. Po co je robisz?

(…) zobaczyłam w szybie odbicie zmierzającego w moją stronę chłopaka – albo mało który uczeń się porusza w tej szkole, albo mało tam chłopców, skoro coś takiego aż tak zaalarmowało bohaterkę, by się zainteresować nieznajomym i przerwać czytanie. Poza tym, jak dalej czytamy, chłopak był na schodach. To jakim cudem aż tak dokładne odbicie pojawiło się w tej szybce? Ona była zrobiona z jakiegoś kryształu, czy coś? Nie wiem, u mnie w liceum też takie cuda były (o rany, może to nawet to samo liceum, skoro we Wrocławiu?), ale w szybkach od gablotek nie oglądałam odbić przemieszczających się po korytarzu uczniów.

Był bardzo pewny siebie – jak dla mnie, aż nadto – a to poznała po wzroście, błysku w oku, czy po tym, jak schodził ze schodów? 

Czyli on do niej szedł, ale nie? Narracja na początku zasugerowała, że koleś szedł do bohaterki, po czym się okazuje, że całkowicie ją zignorował i to ona się nim żywo zainteresowała, aż się zorientował, że ktoś się na niego gapi. Bohaterka naprawdę nie ma teraz innych problemów, tylko podziwianie szkolnego inwentarza?
Poza tym w ten oto subtelny sposób, z siłą rozpędzonego bizona, zasugerowałaś nam, kto będzie zaplątany w miłosną intrygę.

Cała ta scena byłaby całkiem miła i naturalna, gdyby nie to, że nadal pamiętamy o nieszczęściu bohaterki. Ona straciła ojca, dom, całe dotychczasowe życie, a wodzi oczami za przystojniakami? Nie wydaje mi się, żeby to była normalna metoda wyparcia problemów – zwyczajnie w takiej sytuacji powinna się skupić na tym, co jest ważne, a randomowy gość z czupryną czarnych włosów nie jest ważny. Ważne są szkolne formalności.
No i bohaterka wychodzi na hipokrytkę. Zniesmaczają ją dziewczyny szczebioczące do chłopaków (i, olaboga!, siedzące przy tym na parapetach), ale sama robi maślane oczy do zupełnie obcego gościa. Bo ona może. Ona jest smutna i ten oto gość, jako potencjalny Tru Lov, ma jej poprawić nastrój.
Bo przecież oznajmiła wcześniej, że ona też nie jest święta, a szczebioczące dziewczyny drażnią ją wyłącznie dlatego, że nie zważają na jej nieszczęście i ból egzystencjalny. Walić ból, miłość jest lekarstwem na wszystko! 

(…) która coraz bardziej zaczęła tonąć (…) – tonąca sylwetka na korytarzu? Bohaterka do tej pory nie przejawiała skłonności do poezji, więc to określenie trochę zgrzyta w zestawieniu z kolejnymi zdaniami. Sylwetka może zawsze po prostu zniknąć wśród innych, nie?

(…) znajdujący się zaraz nade mną dzwonek obwieścił koniec przerwy, co spowodowało, że na parę sekund ogłuchłam, a przez następną minutę miałam wrażenie, jakby tryliony małych dzwonów dźwięczało mi w głowie – jeżu kolczasty, oni tam powiesili Dzwon Zygmuntowski na tym korytarzu? Owszem, szkolne dzwonki mogą wydawać przeszywające dźwięki, ale to chyba pewne… wyolbrzymienie?

Starannie wyuczona formułka przeszła przez gardło podstarzałego już nauczyciela (…) – to sformułowanie sugeruje, że powiedzenie tego przyszło mu z trudem. I nie rozumiem dlaczego. Przecież to nauczyciel, wita nową uczennicę, skąd jakieś uprzedzenia? I jak często dochodzi im nowy uczeń w trakcie roku, że miał to sformułowanie tak opanowane, co? 

(…) zaczesując nader rozkapryszone włosy (…) – narracja pierwszoosobowa rządzi się własnymi prawami, mimo to zastanowiłabym się, czy używać tego określenia w takim kontekście.

Naprawdę? Z całej klasy tylko dwaj koledzy spod gabloty na nią patrzyli? Nawet wśród skrajnych snobów byłoby zainteresowanie nową uczennicą. Ale to chyba taki narracyjny zabieg, który drukowanymi literami nam zaznacza tylko ci goście będą się liczyć, ignoruj wszystkich innych.

– Proszę. – Nauczyciel wskazał ręką w kierunku wysokiego chłopaka, którego nie miałam przyjemności poznać. – Usiądź przed Konradem. Konrad – wychowawca zwrócił się do niego – mam nadzieję, że oprowadzisz nową koleżankę po szkole i otoczysz opieką. // – Oczywiście, proszę pana – oczywiście! Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji. Ech, stworzyłabyś chociaż pozory, że wcale to nie o to chodzi, wcale nie te postaci, wcale nie ten wątek… idziesz ramię w ramię z łatwizną oraz sztampą, wiesz? To zniechęca.


Wychyliłam się trochę w bok, starając się zerknąć w stronę niebieskookiego – o rany, naprawdę? To się nie godzi, dlaczego ludzie nadal z takim uporem używają tych określeń? One nie są dobre, nie są sprytne, nie są ładne!
Drugi Tru Lov został objawiony!

ROZDZIAŁ 2.


Jednak ludzie przestali dostrzegać takie rzeczy, _oślepi na otaczające ich piękno – o rany, serio? Takie przemyślenia, zwłaszcza w narracji szesnastolatki, są pretensjonalne, płytkie i irytujące. Człowiek przychodzi poczytać romans, a dostaje pseudofilozoficzną powieść odtwarzającą wszystkie utarte poglądy odnośnie zepsucia naszego społeczeństwa. I w ogóle skąd u niej nagle takie wyczulenie na otaczające piękno, skoro jeszcze przed momentem angst tryskał jej uszami. 

Coraz rzadziej można było zauważyć przystającego przechodnia, który z nieukrywanym zachwytem na twarzy przypatrywałby się miasteczku, tonącemu w bieli i różu – od kiedy to Wrocław jest miasteczkiem? Wydaje mi się, że to dość spore miasto. No i jak długo tu mieszkam, a już chwila będzie, Wrocław nigdy nie tonął w bieli i różu. Może poszczególne parki owszem, ale cały Wrocław? Nie.

Nie wiem, nie widziałam jeszcze, żeby obcy ludzie wyśmiewali jeszcze bardziej obcych ludzi spotkanych na ulicach. Nawet jeśli ci obcy ludzie biegali w dziwnych strojach albo coś w tym rodzaju. A tymczasem bohaterka stoi sobie w miejscu i patrzy na drzewa, bodaj w parku, i wszyscy dokoła sobie z niej drwią?
Ktoś tu bardzo chce zrobić z tej dziewczyny męczennicę. 

O rany, cały ten fragment o ukrytym pięknie świata, który bohaterka, tak wyjątkowa i skrzywdzona, zaczyna zauważać dopiero po potwornej stracie, jest… zły. Pretensjonalny, na siłę wzniosły i głęboki, przez co przekaz umiera. Gdyby bohaterka w narracji nie porywała się na ocenianie ogółu ludzkości przez pryzmat własnego życia, tylko zachwyciła się tym, co ją otacza, tak po prostu, byłoby w porządku. Ale bohaterka swoje objawienie wykorzystuje, żeby wsiąść na niewinnego bohatera zbiorowego – ludzkość.

Do niedawna zachowałabym się tak jak ci, którzy mnie teraz mijali – a nie lepiej zachowywałam? I wypadałoby wytłumaczyć tę nagłą przemianę bohaterki, bo na razie coś tu mocno nie styka. 
Ach, to był mały płatek. Sure thing.

Stałam tak, przyglądając się wszystkiemu dookoła, dopóki moje blade usta nie wykrzywiły się w nostalgicznym uśmiechunostalgia jest tu źle użyta [źródło]. 

Siła uderzenia była na tyle duża, że zgięło mnie w pół – to czym ona dostała w głowę i dlaczego nie straciła jeszcze przytomność, skoro ją prawie do ziemi przycisnęło?

Miałam wrażenie, jakby mój kark wbił się między łopatki – czekaj, bo żeby się zgiąć wpół od siły uderzenia, to musiałaby dostać w tył głowy, a wbicie karku między łopatki jest ruchem w przeciwną stronę (dość mało prawdopodobnym w dodatku). 

Aha, znowu przerwa nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co. Żeby podkreślić przełomowość przemyśleń bohaterki?

Zakręciło mi się w głowie, zatoczyłam się lekko i, w momencie, gdy miałam upaść, powstrzymało mnie stanowcze, jak dla mnie trochę zbyt brutalne, szarpnięcie za łokieć – przecież ona jest najpewniej dalej zgięta wpół. Nie mogła się po prostu podeprzeć dłonią dla złapania równowagi. Ale rozumiem, imperatyw opkowy nie wybiera. 

Jak mocno ją do siebie ten koleś przycisnął, że aż poczuła bicie jego serca? No i naprawdę, dlaczego ten tekst nawet nie stwarza pozorów? Dlaczego bohaterka ma interakcje wyłącznie z potencjalnymi Tru Lovami?

No chyba nie. Ona zemdlała, bo dostała w łeb piłką do kosza? Jak oberwałam taką w twarz i poszła mi krew z nosa, jak na złość nie mdlałam! A szkoda, bo bolało cholernie. Co to za delikatny kwiatuszek, że traci przytomność od czegoś takiego?

Podniosłam gwałtownie głowę, co spowodowało nieprzyjemną falę mdłości (…) – takie objawy daje wstrząśnienie mózgu. Jeśli naprawdę jej się tak zrobiło od oberwania chędożoną piłką, I call bullshit.

Zdumiona rozszerzyłam oczy, spostrzegając, że spod stołu widać dwie pary stóp – mniejszych, okrytych białymi skarpetkami oraz większych – czarnymi – bo to jest bardzo, ale to bardzo ważna informacja dla tej historii. Żądam informacji, jakiego koloru są skarpetki ciotki i bohaterki!

Nim całkowicie straciłaś przytomność, zdążyłaś wyjąkać, w którym domu mieszkasz – widzę to tak: pamiętajcie… Imperatyw… dom… przy ulicy… nie zapominajcie o Imperatywie! Przecież to niedorzeczne, serio, nikt nie wykrztusza z siebie informacji o miejscu zamieszkania tuż przed omdleniem. A już zwłaszcza że nie uważa tego miejsca za dom. Prędzej by podała adres w Gdańsku.

– Czego nie zrobiłeś – dodałam wrednie – no bardzo to wredne, aż mu w pięty pewnie poszło. Poza tym, naprawdę, tuż po odzyskaniu przytomności właśnie to skupia jej uwagę?

Dlaczego bohaterka ma refleksje o relacjach z ciotką w tym właśnie momencie? Z czym to się łączy? Nie wiem, ja bym się skupiła na własnym weltschmerzu w takiej chwili, nie na analizie życiowych zdarzeń. Cały ten akapit jest nienaturalny, bo znajduje się w złym miejscu.

(…) bambusowym przedpokoju (…) – mieli ściany z bambusa?

Nie przywykłam do tego, że ktoś się mną interesuje. Szczególnie tutaj, gdzie na każdym kroku jestem ignorowana, popychana i niezauważana – o rany, robi z siebie straszną ofiarę. Mogłaby zwrócić tym osobom uwagę, zamiast biernie to przyjmować… a potem skarżyć się obcemu chłopakowi.

Jakie wstrząśnienie mózgu? Rany, często przy upadku z konia tak się nie dzieje, a bohaterka oberwała zwykłą piłką od nastolatka. Gdyby to jeszcze była piłka lekarska, ale nie, to piłka od kosza. Duża i twarda, ale niezbyt ciężka.

„Więc to ty mnie uchroniłeś od upadku”, przemknęło mi przez myśl, gdy rozpoznałam sposób i siłę, z jaką mnie złapał – przecież on ją złapał bardzo mocno ((…) stanowcze, jak dla mnie trochę zbyt brutalne, szarpnięcie za łokieć). Po co teraz to robi, skoro nie ma takiej potrzeby? A już to, że ona się musi z tego uścisku wyszarpnąć nie najlepiej o nim świadczy. Na miejscu bohaterki bym się dwa razy zastanowiła, czy kiedykolwiek jeszcze wchodzić do tego parku. 

Ech, bohaterka działa o wiele lepiej we własnych słowach oraz czynach – najgorzej się robi, kiedy wplata do narracji swoje przemyślenia. Nazywa wszystko jednoznacznie po imieniu i trąca to straszną pretensjonalnością… oraz attention whoryzmem.


ROZDZIAŁ 3.


Rozpostarłam ramiona, wprawiając się tym samym w jeszcze szybszy wir – to chyba tak nie działa. Właśnie stworzyła większą powierzchnię oporu dla powietrza, więc powinna zwolnić, zamiast przyśpieszyć.

Najbardziej zrzędliwa i marudząca persona na świecie – na bora, tak doskonale się opisujesz. 

Przyjrzałam się jej uważniej. Włosy zaplecione w warkocz, delikatny makijaż i elegancki strój spowodowały, że zaczęłam się zastanawiać, czym się zajmowała. // – Dzwonili do mnie z pracy. Mają jakieś problemy z serwerami, plus padł nowy system. Drugi informatyk wyjechał, więc… // – Hej! Stop… stop – przerwałam jej, machając ręką, nie mając bladego pojęcia, o czym mówiła. – „Muszę jechać do pracy” wystarczyłoby w zupełności. I informacja, gdzie to do cholery jest – to Klara jeszcze tego nie wie? Nie rozumiem tego uporu, przecież ostatecznie będzie musiała mieszkać z ciotką przynajmniej przez najbliższe dwa lata – będzie jeść jej jedzenie, mieszkać w jej domu, chodzić w ubraniach zakupionych za jej pieniądze… I nie może się zdobyć nawet na odrobinę uprzejmości? Już nawet nie wspominając o tym, że przecież kobietę również musiała dotknąć ta strata.
I o ile jeszcze można zrozumieć niechęć bohaterki, unikanie kontaktów z ciotką, odcięcie się od świata i tak dalej, to jednak zupełny brak zainteresowania tym, co dotyczy jej przyszłości? Naprawdę, pytanie o pracę to nie jest obietnica wieczystej przyjaźni. Bohaterka jest mistrzem dramatyzowania.

– Twoje nowe dokumenty, kieszonkowe, klucze z domu i nowy telefon – wymieniała jednym zdaniem – jakie nowe dokumenty? Przecież szesnastolatkowie mają tylko legitymacje. Znaczy można mieć niby dowód tymczasowy, ale nie wiem, czy zdążyłaby go wyrobić w takim krótkim czasie. A klucze to chyba do domu?

Znowu tajemnicza przerwa w środku tekstu – i tym razem nie mam pomysłu, jaką funkcję niby pełni, ale spoko.

Bohaterka traktuje ciotkę na dystans, chłodno i nieprzyjemnie, po czym poświęca cały akapit wyrażaniu przerażenia, że ciotka niczego do niej nie czuje, jakby nie była zdolna do emocji. Naprawdę, bohaterko? To trąca dość mocno hipokryzją, nie żebym narzekała.

Nie rozumiem, czemu Klara wciąż nie chce uwierzyć w to, że ciotka może się zwyczajnie o nią martwić. Widać, że nie aż tak bardzo jak ojciec, ale wydaje mi się, że się stara. I nie pojmuję tej bohaterki. Nie sposób jej dogodzić. Ciotka stara się być miła – źle. Ciotka obiecuje jej stabilność finansową, właściwie wolną rękę, dając przy tym kilka kosztownych prezentów – też źle. A dlaczego? Bo się nie martwi i przyznała, że też nie planowała pojawienia się Klary we Wrocławiu. I bądź tu, człowieku, mądry. W dodatku rzuca tak niemiłe oskarżenia jak I wybacz memu ojcu, że umarł o dwa lata za wcześnie – przecież to był brat ciotki, jak ona może? Rozumiem, że sobie cierpi i rozpacza, ale są pewne granicy cierpienia i rozpaczania. Ciotka nie zrobiła jej niczego, czym by sobie zasłużyła na takie traktowanie. 
Nie wiem, czy taka była twoja intencja, ale w tym starciu kibicuję ciotce, nie bohaterce, bo wzbudza we mnie więcej pozytywnych emocji.

Czułam, że moje spojrzenie było wrogie, ciskające błyskawice – Klara tylko to czuła, nie była pewna? 

Ten ojciec był w końcu cyfrowo wykreowaną postacią czy tylko na fotografii? Narracja nie mówi niczego konkretnego i nie wiadomo, czy bohaterka patrzy na ten projekt – który jest jej ojcem – czy wyszła z projektu i siedzi na pulpicie, a na tapecie ma zdjęcie ojca. Dobrze by było, gdyby narracja nie zostawiała takich dziur, bo to trochę irytujące.

Potrafiłam co chwilę wpatrywać się w stary telefon, w nadziei, że ktoś z tych, którzy nazywali się moimi przyjaciółmi, zadzwoni – bo Klara nie może przełknąć dumy i wybrać numeru? Zaczynam odnosić wrażenie, że to taki typ człowieka, który w każdej rzeczy jest w stanie znaleźć coś, na co można ponarzekać.
Ale w ogóle, tak przy okazji, nie za dużo tego dobrego? Nikt jej nie lubi, ani w Gdańsku, ani we Wrocławiu, ciotka to zło wcielone pozbawione emocji, same nieszczęścia, nic, tylko się ciąć – to już przesada. Bohaterka zaczyna popadać w przesadę, nawet pewną karykaturalność, a zwłaszcza, że przechodzi wszystko jak mrówka okres, że się tak wyrażę.

No i oczywiście, że polazła na to boisko. Masz świadomość, że to było do przewidzenia?

Końcowy opis rozstania się graczy i zauważenia bohaterki trąca streszczeniem oraz niechęcią pisarską – jakbyś już nie miała siły do tych akapitów, ale trzeba było je wyklepać. Sam opis gry był całkiem przyjemny. Męczyła mnie tylko świadomość, że gdyby to nie Tru Lovowie grali, nie napisałabyś go z taką dokładnością. To chyba największy problem tego tekstu aktualnie… poza dość irytującą główną bohaterką.

ROZDZIAŁ 4.


(…) coś pomiędzy stłumionym krzykiem a prychnięciem zdychającego osła – nie mnie oceniać, jak się ludzie śmieją, ale gdybym usłyszała taki ni to krzyk, ni to ryk, to bym chyba dostała zawału, a nie założyła, że ktoś się zaśmiał zduszonym głosem.

Patrzyłam na nich, jak się przekomarzali. Nie chciałam im przeszkadzać, a raczej sobie, bo miałam z ich komentarzy niezły ubaw. Wyglądało na to, że tych dwóch doskonale się dogadywało, mimo pozorów, jakie stwarzali w tamtej chwili – i zastanawiam się jeszcze, w jaki sposób sprawia pozory, że chłopcy się nie dogadują? Przecież przekomarzanie jest ściśle związane z żartowaniem, osoby, które się nie lubią, raczej nie będą się przekomarzać. 

Sporadycznie wyłapywałam ekspresję wyrażaną mimiką (…) – rozumiem, że wyłapywanie jej cały czas przerasta bohaterkę? Ale w ogóle, ekspresja wyrażana mimiką? Nie dało się tego jakoś po ludzku napisać, wyłapywałam zmiany w jego mimice?

Kamil wpatrywał się w moje oczy bardzo intensywnie, mimo że nie było tego widać po jego twarzy – wiesz, oczy są częścią twarzy, więc nawet jeśli było to widać tylko w jego oczach, to jest równoznaczne z tym, że również w twarzy.

Kolejna dzika przerwa w środku tekstu!

Część dnia, która została znienawidzona przez niemal całą ludzką populację ziemską – a jest jakaś ludzka populacja pozaziemska? 

Część dnia, gdy z głębokiego snu wyrywa cię przeraźliwa melodia budzika, którą,jak jakiś ostatni masochista, każdy sam sobie wybrał – piszesz, jakby już nie było ludzi korzystających z tradycyjnych budzików… Nadmierna generalizacja. Nie wspominając, w sumie, o ludziach lubiących rano wstawać.

Wydaje mi się, ze to roztrząsanie korzystania z budzików oraz ich istnienia przy tym czwartym już razie (wyłączyłam poranny zawał serca zwany budzikiem) robi się naciągane i męczące. Wystarczy napisać raz, żeby czytelnik zrozumiał, naprawdę.

I tu usłyszałam egzotyczne bębny oraz pierwszą zwrotkę śpiewaną przez osławioną wszem wobec Kolumbijkę – osławiona wszem wobec? Pierwszy raz widzę. Można coś ogłosić wszem i wobec, ale takiego zwrotu nie znam i mam spore wątpliwości odnośnie jego poprawności.

A tu nie wiem, czy ta przerwa w tekście jest potrzebna. W gruncie rzeczy potem dalej jest opisywany poranek bohaterki, tylko kilkanaście minut później, więc…

Pełna przeciwieństwa entuzjazmu udałam się do pomieszczenia znajdującego się naprzeciwko pokoju dziennego – z cyklu Jak użyć milion słów, gdzie wystarczyłoby jedno. Dało się napisać udałam się tam, by uniknąć powtórzenia kuchni.

Naprawdę ten kompletny brak wdzięczności sprawia, że bohaterka wychodzi na zwyczajnie niegrzeczną. Nie mówię, że od razu powinny stać się z Anną jak matka i córka, ale już obojętność byłaby lepsza niż ta otwarta wrogość Klary. I to naprawdę tak trudno powiedzieć dziękuję? Ponadto znowu pokazujesz, jak bardzo jest zmienna – wcześniej, gdy Anna robiła tylko kawę – źle, teraz, gdy stara się przygotować śniadanie – też niedobrze, bo zrobiła bałagan i za dużo jedzenia. Nie dogodzisz. 
Ale doceniam to, że zamiast odwrócić się sztywno i trzasnąć drzwiami, usiadła i jednak przyjęła tę pałeczkę wyciągniętą na zgodę.

Nie wiem, skoro Klara nie lubi, jak ludzie ją szturchają, może niech zacznie tego unikać? Ja nienawidzę takiej formy kontaktu fizycznego i poruszam się na tyle zwinnie wśród wielu ludzi, że nie dotykam nikogo, chociaż większość idzie jak owce na rzeź, ślepo i bezmyślnie.

Naprawdę? Bohaterka chyba naprawdę ma ze sobą jakiś problem – gdybym ja usłyszała, jak w szkole mówią, że coś jest nie halo, bo zmieniłam szkołę w podejrzany sposób, to bym po prostu podeszła i powiedziała, że to sprawy rodzinne. I już. Ale lecieć od razu policzkować plotkujących? Totalnie nie przysporzy to więcej plotek!

Kolejny facet trzeci raz w ciągu kilku dni złapał ją, sprawiając jej ból, ale Klara zdaje się nie zwracać na to uwagi. Naprawdę, takie zachowanie to sygnał, by uciekać, a nie by się ładować w taką relację, noale… Co ja tam wiem o życiu. 

ROZDZIAŁ 5.


Nie miałam odwagi. Wystarczył jeden jedyny raz, gdy spojrzał na mnie tak, jakby umiał dotknąć mojej duszy. Przerażające doświadczenie. Nie chciałam przeżyć tego ponownie – zestawienie tej kwitnącej miłości i obecnego angstu po starcie ojca wcale się nie gryzie. Wcale.
I w ogóle, to trochę niedobrze, jeśli bohaterka boi się potencjalnego obiektu westchnień, tbh. Nie wiem, to zakrawa na jakąś patolę albo coś.

Ciekawe czy w każdej prywatnej szkole ludzie są tacy oschli, przemknęło mi przez myśl, gdy tak wodziłam wzrokiem po pomieszczeniu – a nie sądzisz, że informacja, że ciotka posłała Klarę do prywatnej szkoły, byłaby warta przedstawienia wcześniej? Mogłaby okazać się dobrym punktem wyjścia do zastanowienia się, kim właściwie jest ciotka z zawodu, zamiast przedstawienia z kopertą wypchaną banknotami o wysokim nominale. Ale wiem, przecież Klary to wcale nie interesuje. 

Dzika przerwa w tekście atakuje!

Była blada, podobnie jak moja. Jasne pasma włosów opadały mu łobuzersko na czoło. Wydawał się bardzo dojrzały (…) – co? Blada twarz i łobuzersko opadające włosy czynią człowieka dojrzałym? Poza tym słaba to ucieczka przed czyimś spojrzeniem, zacząć się mu wgapiać w twarz jak sroka w gnat.

Intrygowałam go, zupełnie jakbym była jakimś obiektem badań – a te wnioski skąd? Bo ostatnimi przykładami nadal są włosy, serio. Potem następuje tyrada o jego męskości (na którą sobie trochę śmiechłam, pojęcie szesnastolatki o męskości zwykle jest mocno życzeniowe), a zaraz po niej ten wniosek. W narracji pierwszoosobowej potrzeba lepszych dowodów niż łobuzerskie włosy, żeby dojść do takich przemyśleń.

Ciężko cię rozgryźć, a zazwyczaj nie mam tego problemu z ludźmi – wiesz, że to trąca sztampą? Zwłaszcza jak widzimy, że bohaterka ni cholery nie jest intrygująca oraz tajemnicza, tylko miota się jak zagubione dzikie zwierzątko.

Czy bohaterka nauczy się spotykać z ludźmi w inny sposób niż spektakularne zderzenia z nimi? Lub z przedmiotami w ich otoczeniu? Bo ten motyw już jest wyświechtany, a na przestrzeni tekstu miętolisz go jeszcze bardziej.

Przedramię tkwiło w silnym uścisku męskiej dłoni – na bora, znowu?!

Ja to bym na miejscu Klary trzymała się przestrzeni, gdzie jest dużo ludzi, a nie szła pokornie w jakiś opustoszały korytarz z gościem, którego spotkałam dwa razy i przy każdym spotkaniu zdołał mnie szarpnąć. Co najdziwniejsze, bohaterka zdaje się mieć świadomość, że Konrad jest porywczy. 

Z moimi stusześćdziecięciomatrzema centymetrami wyglądałam przy nim jak karzełek – spróbuj wymówić stusześćdziecięciomatrzema stu sześćdziecięcioma trzema

Co jak co, rozumiałabym, gdybym to ja sama się roześmiał, ale on chichrający mi się bezwstydnie w twarz – w tym zdaniu są literówki i jeszcze urwało ci od sensu.

– Ach! Fakt! – Zdawał się niezwykle rozentuzjazmowany niczym Golden Retriever po raz pierwszy nad jeziorem. – Mam wtyki tu i tam – nie zdziwiło mnie to, mówiłam: szemrany typ – i tak jakoś znam twoje wyniki i osiągnięcia z poprzedniej szkoły – jeśli to jej nie przekona, że z gościem jest coś bardzo nie w porządku, to ja kapituluje. 

Cóż za zbieg okoliczności, że kiedy chłopak ma się pojawić w domu bohaterki celem wykonania projektu z informatyki, ciotka wyjeżdża na niespodziewaną konferencję. Przypadeg? 

I aż nie chce mi się wierzyć, że Anna miałaby się obrazić, gdyby Klara powiesiła w swoim pokoju lampki choinkowe albo plakaty. A już jakie są przeciwwskazania aby rozstawić ramki ze zdjęciami przyjaciół, to już nie mam bladego pojęcia. I to aż dziwne, że przy przeprowadzce nagle zmieniła się z bałaganiary w taką pedantkę. Chyba że to jakiś objaw nerwicy, ale wtedy dobrze byłoby o tym ciut wcześniej wspomnieć, były już ku temu dobre okazje, bywaliśmy w jej domu z narracją.

Czy ona naprawdę dostała ataku paniki dlatego, że nie mogła znaleźć przekąsek? Wiem, że złożyło się na to jeszcze kilka elementów, ale i tak wygląda to dość groteskowo. Trudno ocenić w pełni wiarygodność – wiadomo, ludzie mają różną wrażliwość – bo nawet nie ma pewności, jak dawno dotknęła ją tragedia. Ile pomocy otrzymała, by sobie z tym poradzić. Ten stopień paniki pasuje do osoby z patologicznymi problemami, a bohaterka chyba nigdy nie miała takich nieprzyjemności? Przynajmniej narracja milczy. Raczej wygląda mi na marudę i bezczelną dziewuchę, nie skatowaną psychicznie osobę.

A przychodzenie z kimś do cudzego domu (kurczę, jakby nie patrzeć, do domu prawie obcej osoby) bez konsultacji tego z zapraszającym jest już zwyczajnie niegrzeczne. Ja wiem, że tego wymagał imperatyw, ale to strasznie naciągane. Bo przecież Konrad nie miał żadnego powodu, by zabierać ze sobą Kamila. 

Jezu, ten atak paniki prawie śmiertelny był? Wynikła z tego jakaś taka nienaturalna drama, która trąca Imperatywem Narracyjno-Fabularnym prawie na kilometr. Słabo. Wiesz, to nie tak, że tego nie wolno napisać, że ona atak, oni ratują. Chodzi raczej o to, że tekst jest okrojony do tego stopnia, że to się robi zbyt przewidywalne oraz nudne.

Mam wrażenie, że podczas ataku paniki nie skupiałabym się na szczegółach obejmujących mnie kolegów i nie analizowałabym ich zachowania/wyglądu, tylko bym… panikowała. Przez to narracja brzmi tak, jakby bohaterka ich wkręciła, żeby się do nich poprzytulać, bo jej ból oraz objawy są odsunięte na dalszy plan na rzecz narracyjnego zachwytu nad kolegami.

Podobnie nie sądzę, aby Klara miała obowiązek im się z czegokolwiek tłumaczyć. Co jak co, ale przecież są sobie właściwie obcy. Szczególnie że bohaterka uważa swoją dolegliwość za coś bardzo wstydliwego. Mogłaby coś zmyślić, co by ich uspokoiło, a oni z grzeczności nie powinni dopytywać – czy postanowią się o nią zatroszczyć, to już ich sprawa, ale nie muszą wiedzieć wszystkiego.

Dostałaś ataku hiperwentylacji. Może z nazwy wynika, że to jakaś super klimatyzacja, ale tak nie jest – mało śmieszny ten żart. 

– Właśnie taka jesteś? – spytał Kamil, który do tej pory wydawał się znudzony, a teraz się ożywił, przypatrując mi się dość osądzającym wzrokiem. – Gdy robi się dla ciebie niewygodnie, podwijasz ogon i uciekasz? Dojrzałe zachowanie, nie ma co – skwitował – no tak, bo czepianie się, że praktycznie obca laska nie chce ci powierzyć swojego medycznego sekretu, jest o wiele dojrzalsze. Powinien przyjąć na klatę, że mu nie chce powiedzieć, i udawać, że naprawdę nic nie miało miejsca – bo przecież w obecnej chwili jest dla niej praktycznie obcy. 

No i wreszcie ktoś tu wykazuje jakąś zdrową postawę. A pan, który wytyka innym niedojrzałość, zamiast przyznać, że rzeczywiście nie powinno go tu być, pozbierać się i wyjść, po raz kolejny stara się wetknąć nos w nie swoje sprawy. No bo musisz przyznać, że nic mu do tego, czy Anna wie o atakach paniki Klary. 

Było widać, że jest zszokowany odkryciem, iż Konrad wiedział więcej o mnie niż on – a jakie to ma znaczenie? Nie wiem, zrobili sobie zawody, kto więcej informacji wyciągnie z tej histeryczki?

Rozmowa z chłopakami jest dla mnie żenująca. Konrad robi się jeszcze bardziej bezczelny niż Kamil, wjeżdża na nią i żąda odpowiedzi, których bohaterka nie musi mu udzielać. Nie czuje się tym skrępowany ani tym, że przytargał kumpla, nawet ignoruje bohaterkę na chwilę, żeby pocisnąć koledze na jej temat. I jeszcze porównuje ich do kochanków. Chyba skisnę, naprawdę.

Usiadłam na trawniku, podkurczając nogi, obejmując je ramionami w kolanach – w kolanach ramionami, bo tę chwilę wychodzi, że Klara ma ramiona w kolanach. 

Miałam w nosie, że przesiąkały mi spodnie. Mokre pośladki były na ostatniej pozycji na liście rzeczy, którymi się przejmowałam. Zostały zdegradowane przez moją samolubną i egocentryczną osobę, użalającą się nad sobą i dbająca o własny smutek – angst bardzo. Wiesz, gdyby się nie przejmowała, raczej nie warto by o tym wspominać przy okazji narracji pierwszoosobowej, bo wychodzi, że jednak się jakoś przejęła. Na tyle mocno, że uznałaś za konieczne napisać o tym w tym momencie. 

Dobra, bohaterka ma chwilę angstu na trawie, jak to zastanawia się nad sensem własnego istnienia, po czym bum! przychodzi Kamil. I już nieważny angst, nieważna rozpacz, nieważne zgorzknienie i brak chęci do życia. Czas analizować Kamila i jarać się tym, że on chyba też o niej myśli, że jest taki tajemniczy i nieodgadniony.
Ech. Takie pierdoły zabijają potencjał tekstu, naprawdę.

ROZDZIAŁ 6.


Nie miałam pojęcia, co było takiego przełomowego w moim ataku, ale ze zdumieniem odkryłam, że poranne wstawanie zaczęło być czymś więcej niż przykrym obowiązkowym rytuałem – przecież ataki paniki są takie przyjemne, że po nich od razu się lepiej wstaje każdego dnia! Nie rozumiem, dlaczego bohaterka łączy atak paniki z tym, że zaczęło jej się lepiej żyć. Miała tylko ten jeden, od którego wszystko zmieniło się na lepsze?

To takie irytujące. Jedyną radością w jej życiu jest dwóch kolegów, w dodatku tak nachalną radością, że tylko ich wymienia jako motywację dla własnej egzystencji. To naprawdę spora przesada, zwłaszcza że wszyscy wiemy, do czego to prowadzi.
Poza tym szkoda, że napisałaś streszczenie, zamiast od razu przejść do konkretnych scen po jakimś odstępie czasowym. W ten sposób wciskasz nam na siłę przemianę bohaterki, zamiast ją wykreować. Pisanie tak nie działa.

Widzę, że tutaj bohaterowie mają tylko oczy, włosy oraz sportowe sylwetki, nic więcej. A już na pewno niczego więcej nie dostrzega bohaterka. To prawie uprzedmiotawiające dla tych biednych chłopaków, być ocenianymi jak atrakcyjny kawałek mięska.

(…) starając się dotrzymać mu kroku, na który składały się moje dwa – czyli on szedł tak szybko, że nie mogła go dogonić… ale on na nią nie czekał, bo…? Chciał ją zgubić, czy co?

Okropny sęp z tego Konrada, tylko kombinuje, jakby to zrobić, żeby ktoś odwalił za niego robotę. Chyba że to wysługiwanie się Kamilem ma także drugie dno – wiedział, że ma się spotkać z Klarą i postanowił mu to uniemożliwić, wiedząc, że ten nie odmówi przyjacielowi w potrzebie. I w ogóle jejku, z Klary taki detektyw… Przecież Konrad sam wcześniej przyznał, że Kamil odwala za niego całą robotę.

Opis tego zmartwienia z zupełnie neutralnego nagle przeobraża się w opis jakiegoś poważnego wkurzenia, serio. Zaciśnięte do białości usta, napinające się mięśnie żuchwy? To nie jest zmartwienie, to jest zdenerwowanie, delikatnie mówiąc.

– Nie chcę plotkować na jego temat, to mój przyjaciel. Brat. Kocham go, ale… – zamilkł na chwilę, jakby ciążyło mu na sercu coś mało wesołego. – Powiem ci tylko tyle, że każdy inny na jego miejscu miałby w dupie oceny i wyciągałby ledwo na „dostateczny” – to zdanie znowu nadmiernie generalizuje, a w dodatku zamiast rozjaśnić, tylko bardziej komplikuje sprawę. Na jego miejscu? To znaczy? Nie wiem, czy Konrad właśnie omija jakiś sekret przyjaciela (co wygląda dość groteskowo w zestawieniu ze sceną po ataku paniki), czy po prostu dość nieudolnie zapisałaś to, co chciałaś przekazać. Zwyczajnie co to za kryterium, że jest w tak wielkich problemach, że dostateczny mu wystarcza, gasp?
I czy Konrad naprawdę nie ma żadnych wyrzutów sumienia, że jeszcze dokłada roboty przyjacielowi, jeśli wie, że ten jest w trudnej sytuacji? 

Co się tyczyło Kamila, to przez te tygodnie nie zauważyłam, by kiedykolwiek miał na sobie coś z rękawami poniżej barków – czekam na wytłumaczenie stwierdzenia rękawów poniżej barków


– Jestem dość spostrzegawcza – odparłam, uśmiechając się w duchu, czując intensywną woń brzoskwiń – ale dopóki nie padła ekspozycja o przyzwyczajeniach kolegów, bohaterka nie czuła zapachu brzoskwiń. Ten fragment dało się o wiele ładniej rozpisać, bez podręcznikowego wymieniania zaobserwowanych zachowań, tylko płynnie wplatając je w tekst, ech.

– Przed tobą nikt nie zwrócił nigdy na to uwagi. Mimo że znają Konrada od początku roku – powiedziawszy to, przystanął – może to dlatego, że to niezbyt ładnie komuś niezbyt bliskiemu wypominać, że ma na sobie wczorajsze ubranie? Poza tym to siłowe wciskanie nam, że bohaterka jest taka wyjątkowa i tak dba o tych dwóch kolegów, inaczej niż inni. Oraz inaczej niż ona sama została potraktowana przez dawnych znajomych. Dałoby się to subtelniej przemycić, nie irytując czytelnika.

(…) jedna czerwono-żółta, będąca symbolem Wrocławia (…) – na naszej fladze jest też nasz herb, jeszcze się nie spotkałam z gołą flagą.

Czemu w twojej historii każda traumatyczna informacja musi nieść ze sobą przeciwwagę w postaci trulovsków? Czemu pocałował ją akurat teraz? Cholera wie. Może chciał jeszcze dołożyć przyjacielowi, który przecież patrzy, a przecież też się na pewno kocha w Klarze.

Zupełnie nie rozumiem logiki dialogu. Anna rozmawia z bohaterką o jej problemach w szkole i wspomina ojca, porównując do niego bohaterkę. Mogłoby się zdawać, że wywoła to jakąś reakcję – zdumienie, złość, zmieszanie, zaciekawienie, dlaczego ciotka to zauważyła. To wydaje się wstępnie przełomowym momentem.
Ale nie. Bohaterka zupełnie ignoruje tę wypowiedź, jakby nie usłyszała, że wspomniano o jej ojcu, i natychmiast wypytuje o rodzinę Kamila. Płynnie, bez komentarza narratora, po prostu. Nie wiem, jaki w tym ciąg przyczynowo-skutkowy. Na pewno nie jest to naturalne, zwłaszcza przy jej pieczołowicie pielęgnowanej traumie.

(…) otworzyłam się na oścież – uwaga, nastąpi niski żart z drobnej pomyłki: ależ ona na niego leci, szalona! Koniec niskiego żartu.

Sama nie miałam nic przeciwko ich towarzystwu, które miało się przedłużyć do poranka – dzięki, narratorze, nie zorientowałam się, chociaż postaci właśnie przeprowadziły na ten temat całą rozmowę, że koledzy chcą zostać na noc. No totalnie mi to umknęło.

(…) skrupulatnie pomijając szczegóły z życia Kozłowskiego, co niezmiernie mnie podirytowało – sama przed chwilą podkreślała, że mimo wszystko znają się dopiero trzy tygodnie i wcale nie są ze sobą bardzo blisko. No więc? Co jest irytującego w tym, że nie spowiadają jej się z każdej minuty swojego życia? Kobieta-bluszcz?

Wy mnie nie naciskaliście, a mogliście zachować się zupełnie inaczej – bohaterka ma chyba jakieś zaniki pamięci, jeśli uważa, że tamto, co chłopcy odstawili w salonie Anny, nie było naciskaniem. 

Bohaterka dziwi się filozoficznemu pytaniu Konrada – i prawidłowo, bo wyskoczył z tym naprawdę znienacka. Ale zamiast zażartować albo spytać, czy go popieprzyło, na przykład, co wydaje się naturalną reakcją, bohaterka zupełnie szczerze odpowiada. Serio, znają się trzy tygodnie. Wcześniej gawędzili o samopoczuciu kolegi. A teraz rozmowy przy kawie o tym, czym jest życie? I to tak z kijem w tyłku?

Znowu przygryzłam wargi, tym razem do krwi – to naprawdę nie jest tak proste, jak się wszystkim wydaje, serio.

Uzewnętrznianie się po niemal dwóch miesiącach milczenia było intensywnym przeżyciem – oto jak przy pomocy jednego zdania zniszczyć klimat emocjonalnej sceny. Nazwać emocje, nie je pokazać. I jeszcze przejść nad sceną do porządku dziennego, element fabularny odhaczony, jedziemy z koksem. Ech.

Znowu, bohaterka tonie w oczach Konrada. Tak często rozpisujesz się o włosach albo oczach, że naprawdę przestanę widzieć te postaci jako coś więcej poza nimi.

Tęsknię za Gdańskiem, za moim starym, prostym zżyciemżyciem, nie zżyciem.

Staram się zrozumieć Annę – nie widać.

O ile scena odkrycia emocjonalnego była całkiem niezła, to nie daje mi spokoju jedno. Konrad mówi, że potrzebuje szczerej rozmowy z kimś spoza miejscowego syfu. Więc co robi bohaterka? Bohaterka zaczyna gadać wyłącznie o sobie. To naprawdę niezręczne jak dla mnie. Wiem, że są różne typy ludzi, ale to już nawet nie trącało brakiem głębszej empatii, tylko skrajną, ja wiem, bezczelnością? Ech. Chyba ktoś, kto słyszy prośbę muszę z kimś szczerze pogadać, pozwala osobie proszącej mówić? A nie nadaje tylko o sobie?

ROZDZIAŁ 7.


(…) że nie ujrzę już nigdy wschodzącego słońca mojej duszy – czasami przemyślenia bohaterki o jej samopoczuciu oraz życiowym nieszczęściu brzmią nieźle. A czasami brzmią tak. I czytelnik nie wie, czy się śmiać, czy śmiać się głośniej.

Te filozoficzne wstępy, które zaczęły się pojawiać na początku każdego rozdziału, dużo tekstowi odejmują. To są streszczenia, w dodatku ekspozycyjne. Zamiast pokazać przemianę bohaterki, sadzisz pół strony suchych przemyśleń o tym, jak ona się zmieniła. Doprawiając to pseudofilozoficznymi przemyśleniami. To nie działa na dłuższą metę – masz dość słabą główną bohaterkę, a w ten sposób jeszcze bardziej ją spłycasz. To nigdy nie działa na odwrót, naprawdę.

Nawet nie zauważyłam, kiedy odpłynął w objęciach Morfeusza – o rany, to wyrażenie powinno się znaleźć wśród wyrażeń zakazanych w książkach dla młodzieży, serio. To jakaś plaga. To już nawet nie brzmi dobrze. Od tego porządni ludzie walą czołami w biurka. 

Szkoda, że narracyjnie całkowicie zignorowałaś przyjście Kamila i wracamy do rozdziału zwyczajnie w chwili, w której on już tam jest.

Serio, nie porównałabym Kamila do tresera dzikich zwierząt, który zostawia bohaterce tyle przestrzeni, ile powinna mieć. Kamil teraz jest może mniej nachalny niż wcześniej, ale to nadal nie jest ten poziom wyrozumiałości oraz nonszalancji, jaki próbuje nam wepchnąć do gardła narracja. Nie, Kamil jest nadal dość bezczelnym typkiem, serio.
A równocześnie sam nie chce odpowiadać na niewygodne dla niego pytania, więc chyba powinien być w stanie zrozumieć, że Klara nie chce się dzielić wszystkimi szczegółami swojego życia. 

Czy pytania Kamila tak na mnie działały? Sprawiały, że wracałam do przeszłości – bolesnych obrazów, wyrytych w zakamarkach pamięci – dobra, nie chcę wyjść na marudę, ale czy ona w poprzednim rozdziale nie wypłakała morza łez, opowiadając wszystko Konradowi? W czym teraz taki wyjątkowy ten Kamil niby, hm?

Nie wiem, po co była w tej rozmowie ta metafora z zabawką. Nie wiem, czy osoba tuż przed emocjonalnym wyznaniem byłaby w stanie tak płynnie wyrzucić z siebie podobną przenośnię, do tego stopnia dopracowaną. Trochę te coelhizmy mnie miażdżą.

(…) opowiadał z takim spokojem i opanowaniem, że równie dobrze mógłby recytować wiersz – to trochę kiepsko recytował, recytacja wcale nie polega na uśpieniu publiczności.

Na mnie zbroiłyzrobiły

Krytyczne zwężenie zastawki pnia płucnego – profesor Religa twierdzi, że poprawnym terminem jest znaczne zwężenie, nie krytyczne. Wiem, że to nie brzmi aż tak dramatycznie, ale pozwolisz, że zaufam panu profesorowi. 

Aż ciężko mi uwierzyć, że lekarz szkolący się na kardiochirurga nigdy nie osłuchał serca swojemu dziecku. Może wtedy wykryłby wadę, zanim stała się na tyle poważna, że wymagała operacji. A wtedy prawdopodobnie wystarczyłaby zwykła walwuloplastyka. 
Poza tym, zanim pojawią się objawy związane z ograniczoną wydolnością fizyczną powinna się pojawić sinica i aż nie chce mi się wierzyć, że lekarz jej nie zauważył i nie rozpoznał. I to jeszcze lekarz, który szkoli się w zakresie danej specjalizacji. 
I czy naprawdę sądzisz, że ktokolwiek pozwoliłby mu operować własnego syna? Zasady o tym, że nie powinno się leczyć swoich bliskich istnieją nie bez przyczyny. 

On tylko puścił materialepuścił materiał

Uwierz mi, lekarze raczej nie czytają swoim dzieciom Atlasów Anatomicznych ani nowych wydań Bochenka. True story


O rany, ta końcówka poetycka mnie zgniła. Cała opowieść Kamila była bardzo rzeczywista, do kupienia, odpowiednio emocjonalna. Ale kiedy bohaterka wyskoczyła z tymi coelhizmami i, nie wiem, tworzeniem wiersza o nieszczęściu oraz uciekającym życiu, zgniłam.
Nie, ona nie wie, jak to jest. Nie ma pojęcia, jak to jest żyć, odliczając lata do swojej śmierci. To co innego niż strata rodzica. Strata boli, rozrywa serce, ale tak naprawdę to wszystko. Nieuleczalna lub bardzo groźna choroba to klatka. Jej pręty powoli się na tobie zaciskają. Bohaterka, za przeproszeniem, gunwo o tym wie. To czyni tę scenę tym bardziej niestrawną i zwyczajnie denerwującą.
Przykro mi, nasza Heroino, tym razem to nie ty jesteś najbardziej poszkodowana z całego tekstu. Kamil ma przesrane, krótko mówiąc, i czego nie zrobisz, nie jesteś najbiedniejszym skopanym szczeniaczkiem. Serio.

ROZDZIAŁ 8.


Dzika przerwa w tekście powraca!

Zupełnie psujesz klimat końcówki poprzedniego rozdziału tym wtrętem o Konradzie i jego bokserkach.

Przygryzłam wargi, jak zawsze, gdy coś zaprzątało mi głowę – może zamiast czytelnikowi wciskać tę informację, pozwolisz mu to zaobserwować? Czytelnicy nie są głupi, z pewnością samodzielnie zauważą, że bohaterka zagryza wargi, ilekroć coś ją męczy.

Ta buta mnie przerasta. Naprawdę, Klarze nie jest głupio, że Anna znalazła ją śpiącą z dwoma obcymi facetami w jej domu? Ta nie dość, że niczego nie komentuje, to jeszcze chce im zrobić śniadanie, a Klara tylko na nią warczy. Ja na miejscu Anny chyba straciłabym cierpliwość. 

Z całych sił starałam się przedrzeć przez skorupę perfekcyjnej bizneswoman. Próbowałam pod tą warstwą sztywności i wyrafinowania ujrzeć ludzką osobę. Bezskutecznie – czy my na pewno rozmawiamy o tej samej osobie? Bo żadne zachowanie Klary nie świadczy o tym, że stara się znaleźć jakąkolwiek nić porozumienia. A jeśli ktokolwiek się tu musi przez coś przedzierać, to jest to właśnie Anna, nie Klara. 

Najwidoczniej praca była dla mniej wszystkimniej. A ja tam się z tym nie zgadzam. Przecież się stara. Może nie ma doświadczenia przy dzieciach, ale na pewno nie można jej zarzucić, że się nie stara. Chyba że Klara oczekiwała, że Anna nagle rzuci wszystko i zamieni się w matkę ze Stepford. Ale jestem pewna, że i wtedy Klara nie byłaby zadowolona. 

Pięła się po szczeblach korporacyjnej drabiny niebios jak anioł marzący o tym, by zasiąść po prawicy Boga – porównanie korpo do nieba bardzo. 

Na bora, a nie można po prostu usiąść i pogadać? Zapytać, dlaczego nie utrzymywali z ojcem kontaktów? Spróbować poprzez rozmowę dojść do odpowiedzi na wszystkie dręczące Klarę pytania? Przecież najwyraźniej nie ma z tym problemów, skoro nie miała przeciwwskazań, żeby ładować się z buciorami w prywatne życie Kamila i Konrada, a ostatecznie Anna to rodzina, więc teoretycznie taka rozmowa miałaby większe uzasadnienie. 
Ale przecież zawsze można powarczeć – może też załatwi sprawę.

Chciałam się tego dowiedzieć. Chciałam to zrozumieć. Ją zrozumieć – jej dotychczasowe przemyślenia, nawet z tego rozdziału, oraz zachowanie, całkowicie temu przeczą.

Przecież nie będziemy przez dwa lata żyć jak przysłowiowy pies z kotem. To by nas obie wyniszczyło – jak dla mnie to jedynym agresorem w tej relacji jest Klara. 

W praktyce, gdy byłem w zerówce, chorowałem. Częściej leżałem zasmarkany w łóżku niż bywałem w przedszkolu. A że zerówka obowiązkowa… – w 2003 zerówka jeszcze nie była obowiązkowa. Więc wystarczyłoby, że rodzice przygotowaliby Konrada do nauki czytania i pisania i mógłby normalnie iść do pierwszej klasy. 

– Z reguły noworodki są brzydkie – żachnęłam się, chowając kopertę – z biologicznego punktu widzenia palnęłaś bzdurę. Noworodki muszą być ładne i delikatne, żeby wzbudzać w dorosłych odruchy opiekuńcze. Z tego samego powodu szczeniaczki i kocięta są takie słodkie. 

Jednak, czemu wszystkie te pamiątki chowała? – jeśli specjalnie kreujesz ją na nieco bezmyślną egoistkę, to w porządku. Ale jeśli nie, to bohaterka wychodzi na bardzo krótkowzroczną oraz skrajnie nieempatyczną. Czy to takie trudne wpaść na to, że może z jakiegoś powodu pamiątki sprawiały jej ból – ale nie potrafiła się ich pozbyć?
Już nie wspominając o tym, że to grzebanie w cudzych rzeczach z pomocą kolegów (!) jest skrajnie nieodpowiednie i jestem zniesmaczona.

– A to co? – spytał retorycznie Kozłowski, sięgając chamsko po szarą kopertę oznaczoną czarną pieczątką oraz niewyraźnym pochyłym pismem – jak miło, że bohaterka wreszcie dostrzegła, że zachowanie Kamila jest co najmniej nie na miejscu. W ogóle dziwi mnie, że nie wolała pójść schować się z tym do pokoju czy łazienki, tylko ogląda to pudełko wspólnie z chłopakami. 

– Nie znam łaciny – przyznałam się szczerze zakłopotana – panie Jezu Cierpiący, przecież lekarze nie piszą wypisów łaciną! Tylko nazwy chorób co najwyżej są pisane po łacinie, ale z pewnością używają też polskich zamienników. To tak, jakby bohaterka myślała, że msze dalej odprawia się po łacinie.

I oni sobie tak siedzą i rozmawiają o poronieniu Anny, która jest u góry i w każdej chwili może zejść na dół. A tak po prawdzie to może jeszcze nie spać i słyszeć każde ich słowo – zakładam, że są podnieceni takim odkryciem i pewnie mówią trochę głośniej niż normalnie. A szczerze wątpię, aby poronienie było informacją, którą Anna chciałby się dzielić z jakimiś obcymi chłopakami. 

Po prostu mi głupio, że grzebałam w jej rzeczach – ale takie refleksje ma dopiero po tym, jak rozbebeszyła całą bolesną przeszłość, nie w trakcie ani tuż przed? I kolegom też wydaje się to totalnie normalne, że wleźli z buciorami w czyjeś życie? Ok.

Spoko… Czyli z Anną nie pogada, bo tak słabo się znają, ale z Konradem i Kamilem już może, bo znają się o tyyyyyle lepiej…Yup, seems legit.


ROZDZIAŁ 9.


Bardzo mnie irytują te pseudofilozoficzne wstępy do każdego rozdziału. Zwłaszcza że brzmią bardziej jak Prawda Objawiona, a nie przemyślenia postaci – więc zupełnie nie rozumiem zasadności ich istnienia. Palło Cołelo po prostu.

Wyglądało to tak, jakby ktoś przez przypadek wsypał po powieki niewielką ilość gwiezdnego pyłupod.

Koszmar, który znienawidziłam całą sobą – to brzmi, jakby koszmaru z ojcem wcale nie nienawidziła. Ma takie mech, niech będzie, niezłe efekty? Ja rozumiem, teraz śni jej się katowany na stole operacyjnym Tru Lof, ale ojciec chyba też ważny, nie?

Tak. Pomarańczową piłkę zagłady. Niedoszły morderca sierot. Sadysta pozbawiający przytomności – ten fragment byłby bardzo przyjemny i wywołujący na ustach uśmiech, gdyby nie dwie sprawy. Pierwsza – zupełnie nie pasuje do tego, o czym myślała przed chwilą bohaterka, sprawia, że jej przemyślenia oraz podejście do tego, co się jej stało, wydają się całkowicie trywialne. To źle. Druga – do tej pory bohaterka nie wyrażała się w taki sposób w narracji i nawet nie dawano nam sygnałów, że ma tego typu poczucie humoru, raczej ironiczne, autoszydercze komentarze w ogóle jej na myśl nie przychodziły.

Inaczej pewnie znowu skończyłabym nieprzytomna, lub jeszcze gorzej – serio, to jest piłka. Duża i twarda, jak dobrze napompowana, ale nadal piłka. Ludzie wychodzą bez szwanku po kopnięciu przez konia w klatkę piersiową, a przypominam, to jest półtonowe zwierzę (albo i cięższe). A to jest piłka.

Super, że pokazujesz nam, że bohaterka lubi park, szkoda tylko, że wspominasz o tym dopiero, gdy jest ci to potrzebne – bohaterka ani razu wcześniej nie myśli o parku, nie planuje do niego wyjścia, nie niecierpliwi się koniecznością siedzenia w domu. Wręcz przeciwnie, kiedy nie wie, co robić, woła kolegów i siedzą w domu. Wydaje mi się, że wymyśliłaś ten wątek na poczekaniu.

Czemu wszyscy chłopcy kręcący się obok Klary są piękni? Tam każdy jeden jest ideałem w oczach bohaterki. 

(…) otoczone gęstymi końskimi rzęsami – konie, owszem, mają ładne rzęsy, ale wiesz, gro ludzi konia z bliska nie widziało. Uznają to za defekt urody, nie pochwałę. Po prostu użyłaś bardzo niefortunnego porównania.

E tam, i tak się z nim umówi. Idę o zakład, że to piękne ciało w końcu zawróci jej w głowie. 
Swoją drogą, kiedy on się niby do bohaterki przystawiał? Narracja sugeruje, że to się dzieje już któryś raz z rzędu – nie powinniśmy być o tym informowani, ja wiem, wcześniej? Super, że próbujesz rozszerzyć perspektywy bohaterki, szkoda tylko, że to trójkąta romantycznego wprowadzasz jeszcze jeden wątek pseudoromantyczny. Trochę już dość.

– Ale pocisk! – oni są licealistami czy gimnazjalistami? Wiem, wiem, nie wolno ludzi szufladkować, blablabla, a wracając do sprawy – wypowiedź bohaterki wcale nie była błyskotliwą, ciętą ripostą, od której buty same spadają. Ech.

Chybnęłam, słysząc szczęk – co jej się stało?

Posłałam jej groźne spojrzenie, jednak po chwili złagodniałam – czym sobie na to niby zasłużyła? Że bezczelnie przyniosła jej napój, zamiast zawołać ją, żeby sobie sama wzięła z kuchni, leniwa dupa?

Dłonie, splecione na podbrzuszy, jakby w ochronnym geście, trzymały bukiecik stokrotek, z których opadały miękkie i podłużne płatkina podbrzuszu

Wtedy upuszczała nieżywe kwiecie, a suknia w miejscu, gdzie przed ułamkiem sekundy trzymała dłonie, barwiła się szkarłatem, spływającym jej po nogach i sunącym dalej do mych bosych stóp – skoro Anna miała taką długą suknię, to Klara przecież nie mogła widzieć jej nóg.

Zastanawiam się, czy moment ujawnienia treści snu jest zręczny. To trochę takie deus ex machina, na zasadzie – potrzebuję go opisać teraz, więc będzie! O tyle lepiej by działał, gdybyśmy te sny widzieli na żywo, w chwili śnienia, jak bohaterka budzi się z krzykiem, a potem przez cały dzień obrazy ją męczą, jak próbuje je zrozumieć. Teraz nie mamy żadnego emocjonalnego połączenia z jej przeżyciami.

(…) zamajaczyła coś niezrozumiałego pod nosem (…) – na bora zielonego, co?

Przypadkiem trafiłam na to pudło, gdy po zapalaniu stołu napojem, chciałam zmienić obruszalaniem

Boru, naprawdę? Przecież Anna ma rację. Nie dość, że Klara rzeczywiście grzebała w jej rzeczach (po prawdzie wcale nie musiała otwierać tego pudełka) to jeszcze się nie przyznała. Ba, nie dość że ani myśli przepraszać, jeszcze oburza się na Annę, zupełnie jakby to była jej wina. A przecież Klara aż się prosiła o nakrycie, skoro nawet nie chciało jej się odtworzyć tego, jak wyglądała szuflada, zanim zaczęła w niej grzebać (a czas na to miała, bo zdążyła już pójść i wrócić z parku, właściwie to chyba minęły całe dni od tego incydentu). 
A już tego, że przeglądała takie cudze, prywatne drobiazgi z obcymi chłopakami nie będę nawet komentować. Nie sądzisz, że choćby z tego powodu powinna odczuwać wyrzuty sumienia? Tymczasem nawet nie kryje się z tym, że uważa, że to wszystko wina Anny i to Anna jest wobec niej niesprawiedliwa. Cóż, Anna powinna jej ukręcić łeb za taką bezczelność.
Wyjście z domu też nie oczyści atmosfery – a może ją pogorszyć. 
W ogóle dziwi mnie to, że Anna nie ma nic przeciwko nocującym u Klary dwóm młodzianom, ale oburza się, gdy Klara wychodzi z domu po dwudziestej (ostatecznie krzyczy: Ani mi się waż wyjść z domu o tej porze!, a nie ani mi się waż wyjść teraz z domu!). I w ogóle, dała się oskarżyć o to, że ta dziewczyna jest nieznośną, małą, wredną, egocentryczną egoistką! Nie wierzę, Anna powinna mieć, nie wiem, większe jaja. Bohaterka naruszyła jej największą, najbardziej bolesną świętość, a scena jest odmalowana tak, jakby to wcale nie był taki big deal, w ogóle to biedna Klara, taka szykanowana.

Anna była już w futrynie – ale tak całkiem w środku tej futryny? 

Wydaje mi się, że szczegółowy opis domu w momencie, w którym narrator jest tak roztrzęsiony i rozkojarzony, że nie może z powodu drżących rąk wybrać numeru w komórce, jest nie na miejscu. Odbiera narracji wiarygodności.

Od ziemi po piwnicze okienka, wokół domu, ciągnął się ciemnobrązowy pas z ozdobnych cegieł – to się nazywa cokół. 

Kolejny obszerny opis, który jest zupełnie nie na miejscu – ty też zwracasz uwagę na wszystko, co jest w czyimś pokoju, czy odkrywasz szczegóły stopniowo? Narracja pierwszoosobowa jest bardzo specyficzna. Subiektywnie przesiewasz informacje z subiektywnego otoczenia – to pokój jednego z chłopaków, więc powinien mówić mnóstwo o nim samym, natomiast to, że narratorem jest Klara, powinno mówić też coś o niej. A nie mówi nam ani jednego, ani drugiego.

ROZDZIAŁ 10.


Wyjustuj ten rozdział!

Czy Klara też nie miała przypadkiem lampek choinkowych w pokoju? Nie bardzo rozumiem jej zachwyt oraz rozbawienie tym wystrojem – w ogóle tego nie tłumaczy. Co, nie pasuje jej to do Konrada? Ale dlaczego?

I kolejna dzika przerwa atakuje, tym razem w środku dialogu!

Konrad znowu ją szarpie, ale ona nadal zdaje się nie zwracać uwagi na to, że to wcale nie jest zdrowe. 
Poza tym, nie rozumiem, o co rozegrała się cała ta drama nad kubkiem czekolady? Bohaterka strzela następnego focha, cholera wie dlaczego, Konrad ją jakoś uspokaja – w sumie też nie do końca wiem jak – i bohaterce przechodzi, ale jest obrażona. Mam wrażenie, że stało się coś, o czym narracja zapomniała wspomnieć, bo w ogóle nie czaję hintów emocjonalnych… no, bo ich nie ma.
Chodzi o to, że się fochnęła bohaterka, że Konrad pomyślał, że na niego leci? Czy o co? Bo nic nie zapowiadało, żeby Konrad miał takie pomysły. Nie można wyciągać tego typu wątków zupełnie z odwłoka, serio.

Skoro pije czekoladę haustami, to ta czekoladowa przyjemność na pewno nie będzie dawkowana. Łyknęła ją jak wieloryb plankton.

Szarpaniem – drugim w tym rozdziale – próbuje ją uspokoić… po raz drugi w tym rozdziale. Albo Konrad totalnie nie zdaje sobie sprawy z własnej siły, albo tu się naprawdę kroi jakaś zakamuflowana patola.

– Rozmawiam z tobą, Kamilem… mam kontakt z innymi ludźmi. Tomek, Długi, Woju… Deus. (...) Uspołeczniłam się (…) – kiedy? Naprawdę, to jest ważne dla tekstu. Ważne jest, by to wszystko pokazać, stopniować, dawkować, zapoznawać z tym czytelnika. Zmiany postaci trzeba jakoś pokazać, a nie o nich poinformować. Teraz nikt ci nie uwierzy, nikt nie widział bohaterki, która ma kontakt z kimś poza Anną, Konradem i Kamilem.
Dlaczego tak rozpaczliwie trzymasz się wyłącznie tych dwóch wątków? One spłaszczają całą historię przez to, że prowadzisz je niewymiarowo i jeszcze unikasz innych kwestii do poruszenia.

Ona za palca ma kikuta? Odniosła wypadek, w którym straciła palca, a my o tym nie wiemy? Rany, narracjo, put your shit together.


Nie, serio, to ciągłe wyolbrzymianie przeżyć bohaterki – zupełnie jakby ją palili żywcem, ilekroć koledzy znikali jej z oczu – jest aż śmieszne, nie dramatyczne oraz poruszające. Uśmiecham się szyderczo pod nosem, zamiast jej współczuć. Wiesz dlaczego? Bo nie opisuje tutaj cierpienia po stracie całego życia. Bohaterka w ten sposób opisuje, jak potwornie jej się żyje, kiedy nie widzi na horyzoncie swoich Tru Lovów. I to jest śmieszne, nierealne, trochę żałosne, przepraszam za wyrażenie. Znają się – może – miesiąc? Półtora? Niedługo, opisy parku sugerują trwającą wciąż jesień? W każdym razie pora roku się nie zmieniła, więc dużo czasu nie minęło.
W taki sposób mogłaby cierpieć z tęsknoty za ojcem, a nie za dwoma kolegami ze szkoły, serio. Chociaż nawet takie przeżywanie śmierci ojca wydaje mi się wciąż wyolbrzymione. Z Klary wyłazi drama queen pełną gębą.

Co wychowanie w duchu pieniądze szczęścia nie dają ma wspólnego z chodzeniem na koncerty czy festiwale? Bo nie czaję tej głębokiej filozofii, którą się z nami tym razem dzieli nasza dzielna heroina.

O rany, dlaczego te postaci praktycznie nigdy nie rozmawiają normalnie? Tylko jak mają przeprowadzić rozmowy skutkujące bondingiem, w tyłkach pojawia im się taki gigantyczny kij, który się ciągnie aż do przełyku, i zaczynają bredzić o filozoficznych pierdołach na temat życia, cierpienia oraz śmierci? Serio, ludzie – owszem – poruszają takie tematy, ale nie w ten sposób. Rzadko kiedy się zdarza, żeby trzy osoby z różnych tak de facto środowisk aspirowały do zostania nowymi Palło Cołelo.

Och, oczywiście, przytuliła się do faceta i natychmiast Świat Naprawiony. To takie… tandetne. Chodzi mi o to, schematy są fajne. Ale są fajne wtedy, kiedy użyje się ich w nieco nowy, trochę zaskakujący, świeższy sposób. A nie, po prostu, wciepniesz sobie schemat Podstawowego Romansu z Minor Problemami do tekstu i szafa gra.
No właśnie nie gra.


ROZDZIAŁ 11.


Ech, znowu podniosły, filozoficzny, przedramatyzowany wstęp o tym, jakie to potworne życie ma nasza bohaterka i jak bardzo nie potrafi go naprawić, zupełnie nie wiadomo dlaczego i o co chodzi, ale dramat musi być.

Dochodziła ósma, a my zamiast spać, leniwie pokonywaliśmy kolejne metry dzielące mnie od domu ciotki – przecież on mieszkał chyba ze trzy domy od niej. To zaiste tak bardzo daleko…

Wiedziałam, ż konfrontacja z Anną była nieunikniona, ale mimo to, każdy kolejny krok stawiałam z coraz większym ociąganiem oraz ciążącym na barkach poczuciem winy, że zachowałam się jak niewdzięczna gówniara że. No nareszcie dochodzi do jakichś sensownych wniosków. Ciekawi mnie tylko, skąd ta nagła zmiana? Co sprawiło, że spojrzała na tę sytuację z innej perspektywy? Narracja nawet słowem się nie zająknie, ot, po prostu znienacka następuje przemiana.

Spojrzałam na niego sod bykaspod

Te porównania do harpii wydają mi się trochę nie na miejscu. Anna ma pełne prawo do tej wściekłości, już nie tylko z powodu naruszenia jej prywatności, ale też dlatego, że Klara zachowuje się jak rozwydrzona gówniara.
Poza tym w jednej chwili Anna jest zdenerwowana do granic możliwości i wysyła Klarę na górę, a już po chwili siedzą sobie jak gdyby nigdy nic i jedzą śniadanie? I w ogóle szparagi na śniadanie? No ale co kto lubi. 

Choćbym nie wiadomo, jak się starała za nic nie potrafiłam ukryć sińców pod oczami oraz przekrwionych białek – przecież ona przez całe to opowiadanie ma podkrążone oczy, więc czemu akurat teraz zwróciło to uwagę Anny? Są bardziej podkrążone niż zwykle, czy jak? 

A tu się nagle okazuje, że to dwa dni później. Poszłaś na skróty, nie wyjaśniając, co zaszło po powrocie Klary od Konrada. W ogóle wyczuwam w Annie lekką hipokryzję – jak Klara zostaje w domu sama i rano Anna zastaje ją na kanapie z dwoma chłopakami, to nie ma sprawy, nic nie zaszło, ale znika na noc i od razu chryja, bo była u chłopka? Bo tak to przedstawiasz – że Anna była zła nie dlatego, że Klara wyrwała z domu po ich kłótni i zniknęła na całą noc, tylko dlatego, że spędziła ją u Konrada. 
Ale i tak najbardziej oburza mnie to, że pominęłaś scenę kłótni oraz wyjaśniania sobie wszystkiego. To mógł być przełomowy moment dla ich relacji – mógł popchnąć to w jedną albo w drugą, jakoś je rozwinąć, a tu dostajemy figę z makiem.

Tą prawdziwą, nie wyidealizowaną bizneswoman, rekina komputerowego, pnącego się po szczeblach korporacyjnej drabiny

Nie zawsze była samabyłam

Szybko przypadliśmy sobie do gustu, a jeszcze szybciej się pokochaliśmy – pokochali się szybciej, niż przypadli sobie do gustu? 

Zamrugałam oczami (…) – a czym się, na bora zielonego, mruga, jak nie oczami?

Anna w tej dość krótkiej opowieści pokazuje o wiele więcej wiarygodnych, poruszających emocji niż Klara przez wszystkie rozdziały. Anna nie ma w sobie przedramatyzowania, jest szczera, poruszająca, załamana. Klara przypomina miotającą się nerwowo drama queen szukającą odrobiny atencji. Anna za to naprawdę cierpi.
Mniej czasami znaczy więcej.

Upychałam w domu c nowe meble, starając się zagospodarować panującą w nim pustkę i w momencie, gdy niemal zapomniałam, czym jest rodzina, zadzwonił telefon…coraz to nowsze meble

Nie wiem, wydaje mi się, że Klara jest zbyt normalna jak na przełomową rozmowę, którą przeżyła kilka godzin temu. Nie jest rozkojarzona, nie błądzi myślami, nie pochmurnieje nagle, nic, żadnych emocji. Natychmiast całą sobą skupia się z powrotem na chłopakach, kto by się przejmował wątkiem rodziny, skoro romans czeka!

Wytłumacz mi, gdzie jest logika w umówieniu się z kimś i spędzeniu z nim całego dnia jako sposób na jego pozbycie się. Przecież to się nigdy nie kończy tak, jak się to zaplanuje. I na usta aż mi się ciśnie: a nie mówiłam?

Konrad, zawsze miły i potulny, był wściekły – no nie wiem narratorze, o kim my myślimy, mówiąc Konrad, ale chyba nie o tej samej osobie. Przecież nawet Klarze zdarzało się już wcześniej zauważać, że jest porywczy. Gdyby to był Kamil, to prędzej bym w to uwierzyła, ale kiedy nazywasz Konrada człowiekiem spokojnym, czuję się, jakbyś chciała mi wcisnąć kit. 

Poza tym, jakie to przewidywalne. Włóżmy niechcianego, obleśnego konkurenta, sztuczną randkę, żeby wywołać zazdrość u Tru Lova jednego albo drugiego. Naprawdę, ten tekst nie ma w sobie niczego świeżego, to takie… smutne. Bo nie jest napisany źle, prawdę mówiąc, ale ta powtarzalność motywów, odtwórczość, kompletny recycling bardzo mu szkodzą.

POPRAWNOŚĆ


– powtórzenia; często też całych fraz na przestrzeni opowiadania – oczy Konrada są zawsze czarne jak węgielki;
– problemy interpunkcyjne (niedomykanie niektórych wtrąceń, gubienie przecinków przed ile, co, a, przed niektórymi niż, jak, , zanim/nim);
– literówki;
– gest nie odnosi się do min, uniesienie brwi czy uśmiech to nie gest;
– pleonazmy;
– błędy ortograficzne (nieważne zamiast nie ważne, do woli zamiast dowoli, gubienie ogonków, żądzą zamiast rządzą, nie wiadomo zamiast niewiadomo);
– wcięcia akapitowe robione spacją;
– liczby oraz godziny zapisujemy słownie;
– sporadyczne problemy z deklinacją;
– wstawianie przecinków w zbitki wyrazowe, które ich nie lubią;
– gubienie spacji;
– niepoprawna odmiana słów obcego pochodzenia.

PODSUMOWANIE


Wyjątkowo zaczęłabym od pochwały – bo czuję, że się należy, a zwykle o nich zapominam w ferworze walki. Otóż ten tekst nie jest zły. Ma potencjał, zalążek, z którego dałoby się zbudować lekką, ale ciekawą historię miłosną. Potyka się jednak niekiedy na tak podstawowych kwestiach, że nie sposób odbierać go z pełnym zadowoleniem. Spróbujmy więc opowiedzieć sobie o wszystkim po kolei.
Zacznijmy od narracji – która wyszła nieźle. Widać, że czujesz, na czym polega narrator w pierwszej osoby, wciąż jednak uciekają ci różne niuanse. Musisz pamiętać, że to całkowicie, aż do granic rozsądku, subiektywna narracja. Z tego też powodu, żeby narracja nie zgrzytała, musisz trzymać w garści postać. Jeśli narrator i postać się rozłażą – a trochę tak się u ciebie dzieje – wtedy tekst traci na wiarygodności. Przede wszystkim wiele wydarzeń jest wyolbrzymionych przez narratora, ale my nie czujemy tego, że to jest świadome wyolbrzymienie – to wygląda, jakbyś wyolbrzymiała to przez przypadek albo naprawdę wierzyła, że ten właśnie wątek zasługuje na takie przedstawienie. A tak nie jest. Przykłady starałam się wymienić podczas komentowania poszczególnych rozdziałów.
Brakuje też pełnej, nazwijmy to, personalizacji narracji. Czasami wpadasz w trzecioosobową wszechwiedzącą manierę – Klara opisuje to, co widzi, takim, jakim jest, jakbyś zapomniała, że Klara będzie dostrzegała rzeczy w określonej kolejności i obserwacja będzie się wiązała z jej emocjonalnym – lub jego brakiem – stosunkiem do danej rzeczy/sytuacji. To się odnosi chyba do wszystkich opisów, jakie tworzysz. Wyziera z nich twoja niezręczność – na przykład przy opisach postaci – albo zapominalstwo – przy opisach pomieszczeń oraz otoczenia. Klara, na przykład, może przede wszystkim zwracać uwagę na oczy chłopaków, bo może to ją kręci, a dopiero potem patrzy na resztę. Ale ty opisujesz to tak, jakby panowie składali się z koloru oczu oraz włosów, wsio. Uświadom sobie, że narrator to postać – a potem spróbuj przenieść znajomość własnego myślenia/patrzenia na to, jak piszesz tę postać. Bo twoja narracja od czasu do czasu umiera, a od czasu do czasu ożywa i brzmi nieźle, tak jak powinna nie najgorsza narracja pierwszoosobowa.
Wiesz, co jeszcze ją morduje? Pseudofilozoficzne, pseudogłębokie przemyślenia od czasu do czasu.
To nie tak, że postać nie ma mieć przemyśleń. Ale litości. Twoja narracja uwielbia Objawione Prawdy Życiowe, jakbyś pisała książkę o tym, jak dobrze żyć, nie romans nastolatków. To wygląda śmiesznie, kuriozalnie, nie pasuje, odbiera tekstowi powagi, którą usiłujesz w niego władować. Zrezygnuj z tego i w narracji, i w dialogach – a w dialogach akurat zwłaszcza! Tak jak już o tym wcześniej wspominałam, twoje postaci w niektórych momentach przechodzą z trybu nastolatek jak każdy inny do trybu domorosły filozof-myśliciel-następca Coehlo.
Właściwie, skoro już tak się zbliżamy do kwestii tych postaci, czas najwyższy ją odpowiednio poruszyć – zwłaszcza że to jeden z większych problemów tego tekstu.
Klara Kalinowska może i nie jest typem Mary Sue, który już na wejściu rzuca się w oczy, ale niestety, jeśli pozbieramy wszystko do kupy, daje nam to dość jednolity ogląd, że Klara do tego mało zacnego grona jednak się zalicza. 
Klara to dziewczyna skrzywdzona, osierocona, przepełniona angstem, uważająca się za przeciętną, a jednak wzbudzającą powszechne poruszenie pośród osobników płci przeciwnej, kryjącą się za maską gniewu i kiepskiego sarkazmu. Ja rozumiem, że strata ojca na nią wpłynęła, ale zdajesz się zapominać o tym w momentach, kiedy ci to nie pasuje – czyli wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się Kamil i/lub Konrad. Najbardziej chyba mnie jednak boli jej zachowanie względem Anny (choć ostatnie rozdziały, a szczególnie jedenasty, mogą być zapowiedzią naprawy tych stosunków), której nawet nie stara się zaakceptować i zrozumieć, a za każdy miły gest odpowiada warknięciem. Klara to równocześnie osoba, której strasznie ciężko dogodzić – odnoszę wrażenie, że czego by Anna nie zrobiła, to i tak nie będzie pasować Klarze.
Właściwie nawet nie chodzi o to, że postać nie może taka być. Może! Ale problem leży w tym, że opisujesz to… niewiarygodnie. Niech będzie egoistyczna, paskudna, trudna do wytrzymania, pyskata oraz wybuchowa. Pisz ją jednak tak, żeby czytelnik z czystym sumieniem mógł to zauważyć i zaakceptować – bo teraz tekst wygląda, jakbyś próbowała Klarę wybielać. Wiadomo, narracja pierwszoosobowa przekazuje prawdę objawioną z punktu widzenia wyłącznie Klary, ale wiesz, otoczenie może na nią reagować normalnie. Nie uginaj ich do niej. Nie sprawiaj, że Anna nie ma problemu z jej pyskowaniem albo że uważa, że sobie zasłużyła. To pierwszy twój grzech – dopasowywanie otoczenia do Klary, kiedy piszesz ją jako postać ambiwalentną (chociaż nie wiem, czy było to zamierzone, czy po prostu wyszło ci przypadkiem).
Drugi twój grzech łączy się z innym problemem tego tekstu, do czego przejdę później. W każdym razie Klara zachowuje się tak, jakby strata ojca oraz de facto całego poprzedniego życia przejmowała ją wybiórczo – wciskasz guzik i puf! mamy traumę. Wciskasz drugi raz i puf! Klara zapomina o traumie. Dlaczego i kiedy? Gdy na horyzoncie pojawiają się nasi chłopcy, a ty akurat nie potrzebujesz dramatycznego pocieszania czy Poważnych Rozmów. Zauważ, że ciągle podkreślasz ogrom roli chłopaków w życiu Klary – do tego stopnia, że deprecjonujesz traumę po stracie ojca. Klara bardziej przeżywa koszmar o Kamilu niż koszmar ze śmiercią ojca. Coś tu jest mocno nie halo. Ja rozumiem, że chciałaś pisać romans, ale skoro decydujesz się na budowanie postaci z traumą, budują ją taką. Traumy nie da się wyłączyć, trauma towarzyszy człowiekowi zawsze i wszędzie, mniej lub bardziej widoczna. Jedne rzeczy skojarzą się ze stratą, inne mniej. Każdy reaguje inaczej. I to ty musisz wiedzieć, jakie reakcje będą naturalne dla Klary – bo teraz zachowuje się trochę jak liść na wietrze. Skąd zawieje, tam poleci, niech będzie wola Imperatywu Narracyjnego.
Za to Kamil Kozłowski i Konrad Walczak mogliby właściwie być jedną osobą. Poza tym, że każdy dostał cechy pozwalające ich odróżnić (przy czym większość z tego skupia się na tym, jaki to Konrad jest silny i umięśniony, a Kamil taki słabowity, chorowity i inteligentny), jak choćby to, że (całe szczęście, bo inaczej chyba bym nie umiała ich odróżnić) mają inne kolory włosów i oczu. Poza tym niestety są już swoimi kopiami. Każdy ma trudną sytuację w domu (choć nadal nie uraczyłaś nas wytłumaczeniem, na czym polega ona u Konrada, a ta u Kamila wydaje mi się odrobinę naciągana), obaj lubią szarpać Klarą, jak gdyby nie można było rozwiązać w inny sposób pewnych spraw, obaj zdają się wpychać z butami w jej życie, nie bacząc na to, jak to fatalnie świadczy o ich dobrym wychowaniu (o którym przecież zapewnia nas narrator). No i oczywiście nie można zapomnieć, że obaj kochają się w Klarze. I tu się nasuwa moje pytanie – gdzie ta męska solidarność, przyjaźń po grób i cała reszta? Czy to się przypadkiem nie powinno wykluczać? Bo aż ciężko mi uwierzyć, że się sobie nawzajem z tego nie zwierzyli. 
Zresztą trudno mi do końca nazwać ich problem. Widzisz, z jednej strony są wstępnie inni – ale to za mało, żeby stworzyć pełnokrwiste, ciekawe postaci. Idziesz w nie najgorszą stronę, bo o każdym coś da się dodatkowego powiedzieć (Konrad to leń i oportunista, Kamil jest dość milczący), jednak jak na głównych bohaterów, nie czuć ich dostatecznie dobrze. Masz jeszcze czas, by ich rozwinąć – więc spróbuj to zrobić. Daj im więcej scen z Klarą, mniej Głębokich Rozmów, więcej poznawania się. Na ten moment nawet nie umiem ci doradzić, jak ich przedstawić inaczej, żeby wyszło dobrze, bo nie wiem, w którą stronę chciałaś iść.
Pamiętaj – nie może ich definiować wątek romantyczny. Oni muszą mieć życie poza narracją. Nie istnieją tylko po to, żeby kręcić się wokół Klary, a powoli ich do tego sprowadzasz. Właściwie zabrakło dobrego wytłumaczenia odnośnie tego, jak i dlaczego się nią zaopiekowali. Zabrakło budowania więzi. Po prostu nagle dostajemy bliskich przyjaciół, a przecież znają się dopiero tygodnie, może miesiące. To zbyt krótki okres, zwłaszcza przy ilości scen, jakie dostajemy, by nawiązać wiarygodnie taki kontakt. Musisz być na to bardziej wyczulona, bo teraz znowu Imperatyw zaczął rządzić tekstem i nakłania postaci do robienia czegoś, co nie do końca pasuje do sytuacji.
Co do domowych problemów Kamila – sposób, w jaki opisałaś jego kłopoty z ojcem, jest naciągany pod względem realności. Wyszło na to, że facet został kardiologiem, bo syn zachorował? Kroił go i tak dalej na własną rękę? Po nocy w szpitalu czy w ogóle w piwnicy? To wszystko kreuje psychopatycznego rodzica – a na to Kamil jest za mało skrzywiony. Znowu wyłazi twoja tendencja do dramatyzowania. Zastanów się, jaką siłę jaki wątek ma mieć. Czasami mniej znaczy więcej, naprawdę. Samo życie ze świadomością, że stuknie dwudziestka i mogiła, jest dość przytłaczające, naprawdę. Nie trzeba dodawać psychopatycznej, patologicznej rodziny, chyba że koniecznie chcesz o tym pisać – ale wtedy to nie może być pisane jako takie mech, takie tam, mam ojca psychopatę, a co u ciebie?. To poważny, skomplikowany problem, Kamil musiałby być bardziej zniszczony, żeby to działało. Kamil jest po prostu wycofany. To nie jest trauma ani nic, on wydaje się mieć taki charakter.
Ostatnia wyróżniająca się postać to Anna Kalinowska. Przez długi czas była dla czytelnika postacią ciężką do rozgryzienia, szczególnie że opisywana wyłącznie za pomocą subiektywnej narracji głównej bohaterki, która – co najgorsze – często bywała sprzeczna sama ze sobą. Nie wiem, dlaczego Klara początkowo tak mocno upierała się, by jej nienawidzić, niezależnie od jej starań, ale momentami aż zapędzała się w kozi róg z tymi oskarżeniami, bo to, co Anna robiła czy mówiła, stało w sprzeczności z tym, jak było odbierane przez Klarę. 
Starałaś się wykreować Annę na kobietę sukcesu, która pnie się po szczeblach kariery w korporacji i poprzez oczy Klary jakby zupełnie negując możliwość, że kobiety pragnące rozwijać się zawodowo mogą być również dobrymi matkami. 
Przyznam, że po jedenastym rozdziale po prostu żal mi Anny, a raczej tego, co ją spotkało. Szczególnie że odebrałam to tak, jakby partner zostawił ją w depresji po starcie dziecka, zamiast pomóc jej się pozbierać. 
Mimo to jest chyba najlepszą twoją postacią. Jest najbardziej rzeczywista – w zachowaniu, w traumie, w przeszłości, w reakcjach. Anna… po prostu ci wyszła. Na tę rolę, na ten etap historii, jest dobrze. Wiadomo, zawsze może się zrobić gorzej, ale tego ci nie życzę. Możliwe, że to zasługa tego, że mniej się na niej skupiałaś – i dałaś jej żyć w tekście. Pozostałych próbowałaś ugniatać pod fabułę oraz narrację, przez co przerysowałaś ich albo właśnie pozbawiłaś wyraźnych rysów. Niekiedy lepiej dać historii trochę płynąć, bo im ciaśniejsze ramy sobie wyznaczysz, tym częściej będziesz je łamać, choćby nieświadomie.
Anna żyje. Pozostali ważni bohaterowie duszą się, ale trudno jednoznacznie pokazać czym. Może nadgorliwością, może brakiem przemyślenia pomysłu. W każdym razie wymagają poprawy, jeśli nadal zależy ci na tym tekście.
Jeśli chodzi o innych bohaterów… bądźmy szczerzy, jakich innych? Pojawia się Deus. Deus jest samobieżnym stereotypem z niższej klasy romansów – nachalny, natrętny, zadufany w sobie, natarczywy, ze skłonnościami do naruszania przestrzeni osobistej, może mieć każdą dziewczynę w szkole poza bohaterką, więc to bohaterki właśnie pragnie. W dodatku dostaje jeszcze bardziej oklepany wątek, czyli randka po to, żeby się odchrzanił. Prawdopodobnie figuruje jako powód do wywołania zazdrości któregoś z chłopaków.
Chyba po tym podsumowaniu, jakie mu zafundowałam, widzisz, że jego kreacja nie jest kreacją? Że niczego ciekawego, dobrego ani oryginalnego nie wnosi? Nie rozumiem sensu jego istnienia – i jedyne, co jeszcze może się zadziać, to odkrycie głębokiej, filozoficznej duszy naszego nieprzyjemnego podrywacza, co też już zostało ograne. 
Ostatnim sporym zarzutem jest… szablonowość. Zdaje się, jakbyś wzięła wątki ze wszystkich tandetnych romansideł i bezrefleksyjnie wrzuciła je do tekstu, nawet nie próbując ich przerobić poprzez pryzmat własnych postaci. Przez to zamknięta w sobie Klara, która ma trudności z nawiązywaniem kontaktów z innymi poza dwoma kolegami, umawia się z nachalnym, przerysowanie obleśnym kolesiem – bez mrugnięcia okiem, wrednie odpyskowując, zupełnie jakby była zdrową postacią.
Możemy już odhaczyć też motyw zazdrości. Kończysz ostatni rozdział sceną gniewu Konrada, który widział pocałunek z Deusem – oczywiście tak w stylu anime, Klara nie chciała się całować, ale Deus ją po prostu pocałował, żeby Konrad mógł zrobić scenę zazdrości.
I w ten zarzut wpisuje się również płytkość tego tekstu. Nie chodzi mi o Prawdy Życiowe czy coś, po prostu w tym tekście jest tylko jeden wątek. Miłość Klary i chłopaków. Gdzieś tam miota się jak ryba wyjęta z wody biedna Anna, walcząc od czasu do czasu o uwagę antenową. W tej historii nie masz niczego poza tym – Klara ogranicza się tylko do chłopaków, chłopaki do Klary (i koszykówki), Anna kiwa się między nimi i naprawdę podziwiam ją, że zachowała całkiem dobrze skonstruowany charakter. Wszyscy wiemy, że piszesz romans i że to ma być trójkąt miłosny – ale nawet nie stwarzasz pozorów. Nie pogłębiasz postaci innymi wątkami, ich zainteresowaniami, jakimiś drobnymi przygodami, czymkolwiek. Oni wszyscy istnieją tylko dla romansu, niczego więcej. To… straszne. I nudne. Czytelnik wie, czego się spodziewać, więc właściwie po co czytać? Można zajrzeć do epilogu, żeby się upewnić, z kim bohaterka skończy, pretty much.
Rozwinięcie tej historii o inne motywy od razu by ją uskrzydliło, dało więcej swobody, a tobie możliwości kreowania postaci. W romansie przecież to postaci są ważne – bo musimy chcieć czytać o rozwijającym się uczuciu, relacjach, musimy móc zrozumieć emocje, żeby się z nimi utożsamiać albo cokolwiek. Ale wszystko spłycasz, gnasz do tych związków, przytulasków i całusków na złamanie karku, porzucając całą resztę. Szkoda.
A na sam koniec muszę jeszcze wytknąć, że nie wiem, po kiego grzyba umiejscawiałaś akcję we Wrocławiu, skoro w ogóle nie czuć tu tego, że to Wrocław. Wiesz, trafiła kosa na kamień, to moje rodzinne miasto, naprawdę dobrze je znam – a postaci nawet ani razu nie umawiają się pod Fredrem albo pręgierzem. Nie idą na rynek. Do Parku Południowego czy Szczytnickiego. Nawet słowem nie wspominasz o rzekach – Wrocław to nasza polska Wenecja, mamy ponad sto mostów i od cholery kładek. Nie da się iść przez miasto dziesięciu minut, żeby nie trafić na jakiś kanał Odry, na przykład.
Dlatego pytam – po co Wrocław? Prawdopodobnie mogłabym zadać takie pytanie odnośnie każdego innego miasta, które byś wybrała, bo przemycanie smaczków otoczenia jakby w ogóle cię nie interesuje. A to taka frajda! Ludzie z tego miasta mieliby sporo zabawy przy czytaniu, ludzie spoza miasta czuliby wiarygodność narracji.
Możesz nie znać Wrocławia, oczywiście, to nie grzech. Ale w takim razie mogłaś wybrać własne miasto. Jeśli za to Wrocław to twoje miasto… dlaczego nie ma w nim Wrocławia?

Ocena: po dyskusji stwierdzamy, że Twoja historia plasuje się trochę powyżej przeciętnej, ale jeszcze wiele brakuje jej, by stać się dobrą. 

1 komentarz

  1. Dziękuję za ocenę.
    Podpisuję się pod nią rękami nogami, mało tego, byłam pewna, że wyjdzie to dużo gorzej.
    Powiem szczerze, że to opowiadanie to taki mój osobisty eksperyment. Nigdy wcześniej nie pisałam w narracji pierwszoosobowej, ani nigdy wcześniej nie pisałam typowego romansidła, ani nie pisałam o tak młodych osobach. Jest to trudne i to bardzo, miałam zawsze świadomość, że to opowiadanie pod tym względem kuleje, ale przynajmniej teraz wiem, gdzie coś poszło nie tak i co wypadałoby poprawić. Najchętniej przeredagowałabym je na trzecioosobową narrację, w której czuję się jak rybka wodzie, ale nie chcę się poddawać.

    Ocena trafiła do serducha, błędy zapamiętane i oczywiście postanowienie, aby dopieścić te dziecko, odchudzić z niektórych przesadnych treści i dodać tego, czego zabrakło.

    Dziękuję i pozdrawiam oraz życzę sukcesów ocenialni ^^

    OdpowiedzUsuń

Aktualności

Blogi zgłoszone w 2016: 2
Znajdź nas na Fejsie – KLIK
Szablon stworzony przez Agatę

Archiwum

© Design by Agata from Król Trefl & WioskaSzablonów
Script ScrollToTop | Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY.