życzy wesołych świąt!

WS jest ocenialnią, zajmującą się obszernym opiniowaniem treści literackich. Piszesz i chcesz wiedzieć, co myślą o tym inni? Zapraszamy!

więcej o nas

Aktualności



Oceniający


Jest nas wielu i różnimy się od siebie jak tylko można, więc na pewno znajdziesz w naszym gronie osobę, która bez trudności oceni twój materiał.
wybierz



Zgłoszenia

Chciałbyś zgłosić swój tekst do oceny? Wystarczy umieścić swoje zgłoszenie w księdze zgłoszeń. Pamiętaj, aby przedtem przeczytać regulamin.
księga zgłoszeń

[116] ocena bloga: boso-po-mokrej-trawie.blog.onet.pl / CZĘŚĆ 2

28 marca 2015


Autorka: Morya
Tematyka: ff HP – czasy Huncwotów
Oceniają: FenFor i Skoia

CZĘŚĆ PIERWSZA: TUTAJ


Rozdział 41 – Nie przesadzaj z zaklęciami
W opowiadaniu, w którym zaklęcia praktycznie nie występują, nie da się z nimi „przesadzić”, ale mam nadzieję, że ten rozdział jednak zapowie jakąś zmianę w tym temacie...
Pomińmy fakt, że, jak już wspominałam, Pomfrey leczyła złamania jednym machnięciem różdżki, a nie płynami typu Szkiele-Wzro, za pomocą których leczenie było czasochłonne i bolesne.

(...) musiałam składać dzisiaj więcej kości, niż w ciągu całej tegorocznej zimy! – Przecinek zbędny.

Nie rozumiem, po co właściwie Moterry przyszedł do Pottera? Aby ten mógł mu dokuczyć – najwyraźniej. Nie przeprosił (męska duma, niezdolność przełamania się mimo chęci, powierzchowne uspokojenie wyrzutów sumienia?); raz właściwie tylko próbował się odgryźć, ale potem, gdy usłyszał komentarz Jamesa, spasował. Więc w jakim celu powstała ta scena? Być może to sen Huncwota, ale nie mam na to żadnych dowodów poza tym, że w następnej scenie James budzi się w środku nocy (kiedy opisujesz coś takiego tuż przy sobie, musisz liczyć się z dezorientacją czytelnika). Nijak to się jednak ma do siebie. Właściwie kolejny raz zwyczajnie nie wiem, o co Ci chodziło.

- Czy ja coś słyszałam? – pielęgniarka odsunęła zasłonę, która dzieliła sale (,) i powieki Pottera zatrzasnęły się błyskawicznie. – Salę.

Sam wątek o tym, że Syriusz okazał się być pod zaklęciem, a jego monolog zastąpiłaś sceną, jest bardzo fajnym pomysłem. Propsuję. Początek dialogu z Rose, która jest pod wpływem zaklęcia rozweselającego, również mocno przypadł mi do gustu. Jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie, ale ta wypowiedź wywołała szeroki uśmiech:
- Frank jest taki kochany – oznajmiła. – On myśli o wszystkich same dobre myśli!
Naprawdę nieźle sobie to zaplanowałaś, że nie przedstawiasz wydarzeń od początku, ale najważniejszymi scenami od tyłu. Podejrzewałam, że znów będzie to okazja, by się zgubić, bo namieszasz, ale – o dziwo – póki co we wszystkim da się połapać. I w sumie pierwszy raz od dłuższego czasu jestem naprawdę zainteresowana, co stanie się dalej. Albo raczej: co stało się wcześniej, bo przecież to retrospekcja pisana jakby… hmm… wspak. Sama widzisz. Potrafisz pisać bardzo nierówno – po wielu potknięciach zaskoczyć czymś niezłym.

- No to nie powinno mnie tu być! – wyszeptała, by po chwili już po raz setny idiotycznie zachichotać.
- Ależ nie, nie, właśnie tu powinnaś być – wyszeptał przekonująco, po czym zacisnął palce w pięść i rąbnął nią kilka razy o najbliższe drzwi. – Świetny fragment.

Cyz mógłbym się dowiedzieć, gdzie byłaś i co robiłaś? – Czy.

(...) i przyjąc taktykę (...) – przyjąć.

Remus (,) co powiesz na wspólny spacer przy świetle księżyca? – Uwielbiam to nawiązanie.

To chyba jeden z tych niewielu udanych rozdziałów. Dialog Remusa z Rose, w którym wszystko jej wypomina, jest naprawdę mocny! Nareszcie ktoś powiedział jej prawdę prosto w oczy, bo już podejrzewałam, że tylko mnie irytuje jej zachowanie. Ale moment… przecież Syriusz miał opowiedzieć coś Jamesowi, a tymczasem dalej ukazujesz sceny, w których nie było żadnego Huncwota, a jedynie Edith. Rozdział zaczął się tajemniczo, a skończył, tylko dodając niewiadomych, a niczego nie tłumacząc. To dość mylące. Liczę, że w kolejnym dowiemy się o kontynuacji wydarzeń ze skrzydła szpitalnego.

Edith rozsiadła się na podłodze przed pokojem wspólnym Krukonów, łacząc [+ą] stopy i przyjmując pozycję godną BKS Yengara. – B.K.S. Iyengara.  

- Raczej nie, obca mi Gryfonko, zważając na to, że jest pierwsza w nocy. – No nie do pomyślenia, że (biorąc pod uwagę merysujkowość Edith, jej popularność i trzymanie się z Huncwotami) ktokolwiek jeszcze jej nie zna. A już szczególnie prefekt naczelny. To powinna być dla niej obraza.

Kilkaset kilometrów dalej, w Szpitalu Świętego Munga, Daniel Oumen otworzył swoje niebieskie oczy. – Mam nadzieję, że ładnie rozwiniesz ten wątek, a nie posłużysz się kolejnym streszczeniem i skupisz na miłostkach Rose.


Rozdział 42 – Czas, byś zobaczył ją z innymi mężczyznami
Och, no i mamy kolejną już datę (24 stycznia, piątek), ale nie zadatowałaś poprzedniej notki, więc nie wiem, czy opisywane wydarzenia działy się po poprzednim rozdziale, czy raczej znów mamy do czynienia z retrospekcją. Chyba już się nie dowiem, co zdradził Jamesowi Syriusz przy pani Pomfrey i jak skończyła się dość niebezpieczna sytuacja z Edith nafaszerowaną poczwórnym zaklęciem rozweselającym. Czy to nie było aby… niebezpieczne? Wciąż mam okropne luki fabularne, a przecież niczego nie pomijam.

Meh… Co ta Rose znów wyczynia? Dopiero co unikała Bartona, kłóciła się z Remusem, nie wiedziała widocznie co czuje, a teraz prosi swojego faceta, aby uderzył Syriusza, bo ten ją przytulił. Czy to nie za bardzo poplątane? Znów się pogodzili i wielka miłość? Kiedy? Jak? Gdzie? Wydaje mi się, że długie odstępy czasowe między pisaniem rozdziałów wpływają na to, że nie pamiętasz, o czym pisałaś wcześniej i kto jest w jakiej sytuacji w Twojej historii. A potem czytelnik się gubi. Poza tym Rose kolejny raz wyszła na dziecinną.

Britain prychnęła rozbawiona, choć nieco nieszczerze. Nie za bardzo przepadała za Dorcas i było to dla Jamesa aż nazbyt oczywiste. Miały zdecydowanie inne podejście do życia, wyznawały zupełnie inne wartości. – Nie zauważyłam wcześniej, żeby się nie lubiły. Wymyśliłaś to podczas pisania tego rozdziału? Do czego Ci to nagle potrzebne?

Nie nadążam za Tobą. Znów wprowadziłaś kolejne postacie. Piszesz o tym, że Dorcas zna kolegów Lucjusza i zdarza się, że spędza z nimi czas, aby oderwać się od paczki Gryfonów, ale ja poznaję ich dopiero teraz i od razu chamską ekspozycją. W dodatku Dorcas nie było w Hogwarcie w pierwszym semestrze. Nawet jeśli już wcześniej się kumplowała z Lucjuszem i resztą, czemu jej nie powitali, gdy wróciła? Zrobili to po cichu jak nasi Gryfoni (w przeciwieństwie do zdezorientowanych czytelników, którzy oczekiwali wyjaśnień)? Nigdy nie rozmawiali z nią na korytarzu, w czasie lekcji czy meczu. Z narracji dowiedziałam się w kilku zdaniach, że Jonathan to krukońska kopia Malfoya, a Seth jest starym znajomym, w którym Collins się kiedyś kochała. Nie minęło kilka linijek, a Dorcas już się mizia z tym drugim. To jest tak bardzo nie w porządku wobec czytelników, że już mi się nawet nie chce tego komentować. Jakbyś miała za mało niezamkniętych wątków… Ci dwaj i cała ekipa na przyjęciu wydają się odklejeni, wzięci z kosmosu. Nie uważasz, że jako uczniowie powinni być wspomniani już wcześniej, gdzieś w tych czterdziestu dwóch rozdziałach? Może chociaż na jakiejś lekcji? Bądź w czasie turnieju, o którym chyba zapomniałaś… Wydawało mi się, że jeżeli chodzi o Hogwart, to poznałam już wszystkich najważniejszych bohaterów, a Ty wyjeżdżasz nagle z jakimiś randomami, w grę wchodzi też prefekt z poprzedniego rozdziału. Nie potrafisz naturalnie wprowadzać postaci i za każdym razem robisz to na siłę, ekspozycją i nie zważając na to, że czytelnik ma za sobą czterdzieści rozdziałów, więc jakiś obraz szkoły też już powinien mieć, prawda?

Było to jawne wyciągnięcie przez nią ręki po ich ostatniej sprzeczce i jej sposób na udowodnienie, że umie zachowywać się jak jego zwykła przyjaciółka. – Nawet po tylu ekspozycjach kolejna potrafi zaboleć.

Bułgał pociągnął z niego potężny łyk (...) – Bułgar.

Ech, Lily czuje się niekomfortowo w towarzystwie Willa, a przynajmniej mówi o tym narrator, ale koniec końców sama go zagaduje i zaczyna rozwodzić się nad jego uśmiechem. Na głos. To się wyklucza.

Gdy udajesz czarującego (,) by podejść ludzi (,) zakrawa to już o przestępstwo.

William otworzył szeroko oczy w wyrazie ironicznego zaskoczenia (...) – mogę sobie wyobrazić szeroko otwarte oczy jako efekt zaskoczenia, ale co w tym jest ironicznego? Był to gest przesadzony, mocno groteskowy?

A niby co mnie różni od ciebie albo Jamesa?!
- Naprawdę tego nie widzisz? – Remus załamał ręce.
- A co mam wi…
- Ona nawet obejmuje cię w inny sposób! – wrzasnął w końcu zniecierpliwiony James (...).
Potter to kłamczuszek. Przecież Edith po kryjomu całkiem niedawno prawdopodobnie była zainteresowana Jamesem (a przynajmniej jej zachowanie przy nim i narracja o tym świadczyły), więc dlaczego miałaby inaczej przytulać akurat Syriusza? Jakoś nigdy nie było mi dane to dostrzec. Tak samo miłość Syriusza do Edith wzięła się znikąd.
Poniższe wytłumaczenie wcale nie usprawiedliwia dziewczyny:
A więc po tym długotrwałym, nieco bezowocowym flircie z Erykiem przyszła pora na nowego chłopaka. Przecież to oczywiste. I tak dziwne, że taka dziewczyna jak Edith tak długo pozostawała w stanie właściwie randkowej lewitacji. – Szczególnie że nie tylko Alessio i Eryk byli ofiarami Edith, ale również James, Peter (wspólny bal) czy Syriusz. I chyba miało być: bezowocnym.


Rozdział 43 – Frank Longbottom jest ostatnim niewinnym człowiekiem
Kolejny rozdział, który zaczyna się babską paplaniną o uczuciach. Otrzymujemy dialogową ekspozycję o tym, że Dorcas miała na weekend umówić się z Erykiem, ale ostatecznie ten nie zaprosił jej na idealną (zaplanowaną wraz z Edith) randkę, bo poszła w tango z Sethem. Okazuje się, że akcja tego rozdziału dzieje się dwa tygodnie po pocałunku z tym drugim i nie wiemy, co wydarzyło się pomiędzy tymi fragmentami, bo sceny dobierasz wybiórczo i strasznie randomowo, a prawda jest taka, że każda kolejna jest nudniejsza od poprzedniej (chyba że akurat nie dotyczy problemów miłosnych, ale takich scen jak kot napłakał) i gdyby większości nie było, to opowiadanie na niczym by nie straciło.
W ogóle nie pamiętam, by Dorcas całowała się z Frostem (chyba w czasie odliczania sylwestrowego? Naprawdę nie pamiętam, a powinnam). Po tylu scenach przeróżnych całowań nie wiem, czy to mi to umknęło i taki wątek faktycznie się pojawił, czy teraz po prostu streszczasz to, co nie dostało czasu antenowego.
Może chociaż w jakimś stopniu zaangażowałabyś czytelników, gdyby te miłostki nie były takie… zmienne. Odbiorcy nawet nie mają szansy zastanowić się, kto do kogo pasuje, bo każdy z każdym ma jedynie jakiś incydent i leci do kolejnego.

Raz Dorcas nie wie, czy nazwałaby spotkanie randką, a potem stwierdza, że było całkiem romantycznie? Albo klei się do każdego, albo szuka dziury w całym.

Krukoni zawsze się mądrzą. – Czy to w ogóle potrzebuje komentarza?

- O kim ty mówisz? (...) Wystarczyło tylko, żebyś nie wpakowała się w ramiona kolejnego faceta ledwo dwa tygodnie po tym, jak cię pocałował! – Pytanie całkiem na rzeczy po tych wszystkich zawirowaniach, tak samo te chłodne wyrzuty Edith.  Chyba jednak nie za dobrze o kimś mówią, prawda? Pomyłki tego typu nie są już zabawne. Za dużo romansów i romansików.

- Vanilla! – zawołał w końcu James tak głośno, że mury szkoły zatrzęsły się w posadach, obrazy jeden po drugim posypały się na posadzkę, a stojący najbliżej uczniowie na zawsze pożegnali się ze swoimi bębenkami.


- Vanilla, moja droga – zaczął, z trudem łapiąc oddech po tym zabójczym pościgu. – Mam gdzieś rywalizację międzyszkolną, wszyscy wy zagraniczni snobi możecie się doprawdy z tym wypchać, nie obchodzi mnie to! – wykrzyknął, rozglądając się groźnie dookoła. – I ten męczący pseudodramatyzm przez pół opka...

Choć po prostu ją uwielbiał, nie przypominał sobie, by kiedykolwiek w życiu rozmawiał z Vanillą na jakiś poważny temat (...). – Och, jak upierdliwe jest to, że James Potter uwielbia wszystkie kobiety, mając już swoją dziewczynę, rety. A w ogóle czy musisz tak strasznie przesadzać z emocjonalnością bohaterów i aż tak obcesowo wylewać ich uczucia? Sprawiać, że są otwarci na wszystko i wszystkich, wszyscy się kochają, mimo że tak naprawdę ledwo się znają, bo przecież Vanilla to uczennica z WYMIANY? Czy oni nie mogą się po prostu lubić?

– Słuchajcie – Frank spoważniał i lekko zakłopotany podrapał się po karku. – Mam pewien problem. Dlatego szukałem was cały dzień.
Cały dzień? A nie mieli lekcji, na których się widzieli? A jeśli to weekend, to co ze wspólnymi posiłkami? No i przecież Frank znalazł przyjaciół w pokoju wspólnym Gryfonów, czyli pierwszym miejscu, jakie powinno mu przyjść na myśl, gdy zaczął ich szukać. To gdzie on chciał ich znaleźć, w lochach? Na wieży? Na błoniach?

- No tak. Jakby nie można było napisać: Następne zadanie: s m o k.
Jakie to okropne zżynanie z kanonu. To znaczy nie chodzi o to, że się opierasz na kanonie, tylko wykorzystujesz to, co się wydarzyło w książce, aby opisać dzieje dwadzieścia lat wcześniej. Jakbyś nie mogła wymyślić czegoś swojego. Co więcej, zadania w turniejach się nie powtarzały, więc to śmieszne, że pierwszą myślą Vanilli były AKURAT smoki.

- Ten Krukon pocałował Dorcas i chciał się z nią umówić na randkę, ale Dorcas pocałowała się z innym Krukonem i to z nim poszła na tę randkę, na którą miała pójść z tamtym, bo ona nie wiedziała, że to z nim ma pójść na tę randkę i teraz już wie i jest jej przykro, że mu jest przykro, ale okazuje się, że mu wcale nie jest przykro, więc jej będzie jeszcze bardziej przykro, że mu nie jest, bo on jest właściwie tylko zawiedziony, bo myślał, że ona jest inna, bo zobaczył ją kiedyś na balu w ładnej sukni i wydała mu się bardzo czarująca, a potem odkrył, że wcale nie jest czarująca, mimo że się zawsze ładnie ubiera i teraz nie chce mieć z nią nic do czynienia, bo myśli, że jest niedojrzała, ale ona może to odebrać jako afront i chcieć mieć z nim do czynienia właśnie dlatego, że jest niedojrzała, a przez to dla niego wcale nie tak czarująca jak wcześniej – wzięła głęboki oddech. – A ty co uważasz?
Tego.Się.Naprawdę.Nie.Da.Czytać. I nie chodzi o formę, bo słowotok jest całkiem przyjemny, zabawny, prawidłowo spełnia swoją funkcję, ale fabuła ostatnich scen, którą Edith tutaj próbuje zlepić i streścić, wychodzi tanio. Gdyby ten element romansu był jedynie tłem, jednym z wielu różnych wątków, czytelnik odniósłby inne wrażenie. Problem w tym, że z właśnie takich sytuacji składa się całe opko.

Alicja ma już zupę zamiast mózgu. – Non stop. I kisiel w majtkach – gdy tylko pojawia się w jakiejkolwiek scenie, to zawsze z Frankiem i zawsze na jego kolanach, i zawsze z językiem w jego ustach...

Fabuła tego opowiadania to klapa, mimo że James Potter w końcu przypomniał sobie w tym rozdziale, że odbywa się turniej. Masz tyle naprawdę wartościowych wątków jak chociażby ten, albo przynajmniej historię Daniela, więc mogłabyś wykorzystać potencjał, jaki daje Ci uniwersum potterowskie (nie wiem, który raz już o tym wspominam, naprawdę), a opisujesz, z przeproszeniem, taki... chłam. Że aż boli. Dopiero co Cię chwaliłam i już zostałam sprowadzone na ziemię.
Czytam, czytam i już sama nie wiem co. Jak to w ogóle komentować? Tryliard wątków, płaskich relacji. Ktoś komuś zrobił kawał, Gryfoni oczywiście zbiorowo wybuchnęli śmiechem, stereotypowo wytknęli coś Ślizgonom bądź Krukonom, James lub Syriusz powiedział coś głupiego… tak w kółko i w kółko. Pocałunek, rozmowa, panika, tłumaczenia, ple, ple, ple. To jednocześnie nudne i niezrozumiałe przez zupełny brak tła, skakanie.


Rozdział 44 – Cześć, jestem Rose
Rose mówiąca o swojej bezsenności wydaje się mniej więcej tak wiarygodna jak to opko. Skoro sam problem przedstawiłaś tak sucho, jak określić tłumaczenie? Jak krowie na rowie określasz, jaki problem ma dziewczyna, bo sam problem w rzeczywistości nie istnieje. Nie pokazujesz bezsennych nocy, nie przedstawiasz rozmyślań Rose, nie wspominając o procesie, który doprowadził do tego, że dziewczyna przyznała się najpierw przed samą sobą, co nią kieruje.

- Ja pochodzę z mugolskiej rodziny – wtrąciła zamyślona Lily. – Ale i tak uważam, że ta cała psychologia to strawa dla naiwniaków. – I to ma być chociaż cień wrażliwej, otwartej Evans?

- Nie chcę zrywać z Bartonem – westchnęła Rose. – Nawet go lubię. – Do podsumowania Rose z ostatnich rozdziałów. Z tego fragmentu wyłania się całkiem trafny obraz związków z Boso. Remus, Barton i ta przekonująca sympatia.
Zachowanie Rose kolejny raz jest godne pożałowania. Żałuję również, że nie udostępniłaś tekstu, z którym mierzy się James odnośnie turnieju, aby czytelnik sam mógł spróbować rozwiązać zagadkę. Opisujesz niesmak Pottera do (prawdopodobnie) tajemniczej poezji, która ma być wskazówką odnośnie do kolejnego zadania turniejowego, ale nic więcej.
Syriusz jest zazdrosny o Włocha o dziwacznym imieniu, które pojawia się w tekście, ale za nic w świecie nie potrafię go zapamiętać. Black rozmawia z Remusem o tym, że mógłby pogadać z Edith i stwierdzić, że nie podoba mu się ten prefekt. Dziwne – opisujesz sytuacje, które w ogóle mają znikome prawdopodobieństwo, bo znając Huncwota, to powinien wpaść na bardziej... abstrakcyjny pomysł. Może poszukać jakichś informacji o tym całym Włochu, które działałyby na jego niekorzyść? Może należałoby wywinąć mu jakiegoś psikusa? W Twoich Huncwotach nie ma ani krzty tego, za co wszyscy ich pokochaliśmy. Każdy po kolei zaczyna być rozmemłanym Romeo. Dopiero pod koniec tej sceny Syriusz decyduje się zadziałać. W końcu coś. Ale wciąż za mało, za słabo, za sucho.

- To zupełnie bez sensu – stwierdził. – Czytam to po raz setny, a i tak nie rozumiem ani słowa. – Mam tak z niektórymi scenami. Poważnie. Nie próbuję być złośliwa, tylko naprawdę już niewiele ogarniam.

Zupełnie wariujesz na poziomie tego całego turnieju. – Można odnieść zupełnie odwrotne wrażenie.

- Benjamin Moterry, ten, który złamał mi rękę, pamiętasz? Miał małe przejścia z Vanillą – wyjaśnił szybko. – No ale to Norberg, przecież wiesz, co się dzieje w jej głowie (...).
- James – rzuciła przez zaciśnięte ze zniecierpliwienia zęby. – James, czy ja wyglądam na entuzjastkę recyklingu?
Ten dialog jest świetny, ale znów – tylko dlatego, że Twoi bohaterowie są zwykle mocni w gębie i mają poczucie humoru. Jeżeli chodzi o całą scenę, to wciąż męczy mnie fakt, że ktoś taki jak James Potter bawi się w swata i prosi Lily, aby zaczęła chodzić z kimś, kto złamał mu rękę. Na dodatek z kimś z innego domu. Nie czujesz, jakie to okropnie absurdalne? I znów powrócę do wcześniejszej uwagi, tej o rozmemłanym Romeo.
A w ogóle od kiedy James zszedł się z Britain, ta niemal całkowicie zniknęła z opka.

Na korytarzu nikogo nie było, no chyba że by liczyć Sir Nicholasa, który znowu bez powodzenia szukał swojej głowy. – Chyba ktoś nie pamięta uniwersum, ponieważ Sir Nicholas to Prawie Bezgłowy Nick, a jak sama nazwa wskazuje, nie był bezgłowy. Jego głowę utrzymywało, jak sam powiedział, pół cala skóry i jedno ścięgno (mimo czterdziestu pięciu ciosów toporem w szyję).

W temacie wypracowania z eliksirów:
Kwantyfikacja ogółu składników przy rekapitulacji generacji reszty, o ile nie prowadzą do fluktuacji, dyfrakcjonuje permanentnie jedynie w przypadku defreaktacji. To o skrzekach – wyjaśniła z uśmiechem.
Gdybym chciała zamienić trudne słowa na ich definicje, musiałabym napisać, że ujęcie liczbowe (kwantyfikacja) ogółu składników przy streszczeniu wykładów (rekapitulacja) w czasie procesu przekształcania różnych postaci energii na energię drgań (generacja) reszty, o ile nie prowadzą do nieregularnej zmienności nasilenia przebiegu procesu lub zjawiska (fluktuacja), zmieniają kierunek rozchodzenia się fali na krawędziach przeszkód (dyfrakcja) stale, jedynie w pobliżu…hmm, defreaktacji. Nie trafiłaś, chyba że chodziło Ci o o defekację jako proces produkowania cukru z buraków. Ewentualnie o medyczne określenie usuwania kału… Nie? Też nie?
Teraz widać, że pomieszałaś pojęcia z różnych dziedzin (głównie fizyki) i wyszła kompletna bzdura. Idę o zakład, że dałoby się dobrać inne, trudne wyrazy zakończone na –cja, ale w temacie biologicznym (jeśli mowa o skrzekach, jak potem dodaje Edith), aby zachować sens wypowiedzi. Poza tym nie uwierzę, że jakikolwiek nauczyciel zleciłby piętnastolatkom pisanie wypracowania takimi słowami – bez przesady, nawet Hermiona nie byłaby aż tak szalona. Wyszło raczej zabawnie, a nie o to chodziło, prawda? A nawet jeśli… nic nie stało na przeszkodzie, by było i zabawnie, i z sensem.
Dalej mamy:
Akronomiczność w aspekcie gnostycznym. – Akronimiczność, jeżeli już. Przymiotnikowy w aspekcie filozofii wczesnochrześcijańskiej, huh? To na co oni piszą to wypracowanie? Bo na pewno nie na zajęcia z eliksirów, o skrzekach.
Rose pyta Edith, dlaczego ta nie powiedziała jej o Danielu. Problem w tym, że obok stali Dorcas i Syriusz. W ogóle nie zareagowali na tę wieść, a przecież to ważne, prawda? Nic ich nie obchodził los zaginionego? I wśród tej jednej, mega ważnej informacji pojawia się jeszcze wzmianka o szkole i miłości Remusa… Tak, bo wszystko jest teraz tak bardzo istotne, by przyćmić nowinkę o tym, że Daniel żyje. Przecież to nie ma sensu.
No i przepraszam bardzo, ale wydaje mi się, że coś tu nie gra – uczniowie wpadają sobie do Hogwartu wtedy, kiedy chcą (chociażby Dorcas, Edith po świętach), i kiedy tylko im się wymyśli albo zamarzy, to sobie z niego wyjeżdżają (Britain, Rose). Co na to w ogóle Rada Nauczycielska? Funkcjonuje jeszcze?

Tak długo była pewna, że nie usłyszy go już nigdy więcej. – Mowa o Rose, która rozczula się na widok Daniela. Oczywiście jest to kompletną bzdurą wyssaną z palca, bo Rose po rozmowie z Dumbledore’em o tym, że Daniel zniknął, praktycznie ani razu nawet o nim nie pomyślała i od razu poszła dać się pomacać Bartonowi. Skrzywdziłaś tę bohaterkę. 



Rozdział 45 – Dumbledore, cholera, poezji ci się zachciało!
To, co robisz jednemu z dwóch najpotężniejszych czarodziejów na świecie, boli. Dumbledore wychodzi na idiotę, którego nie da się brać na poważnie. Zwłaszcza że łatwo jest się domyślić, że po prostu wolałaś obrać łatwiejszą drogę.

Hmm, zakończenie zdecydowanie wyszło zbyt szybko… ale nie jest dla mnie na tyle ważne, żebym siedziała teraz nad poprawkami. – Zdajesz sobie sprawę, jak to brzmi? Czytelnik ma chcieć czytać coś na odwal? Stwierdzić, że to dla niego nie na tyle ważne, by wymagał od autora zaangażowania?

A mimo to Danielmiajuż nigdy nie wyglądać jak kiedyś. Daniel miał już. Tu piszesz o wyglądzie, po czym ciągniesz dalej, tyle że skupiasz się na zmianach w psychice (i dobrze, to przecież o wiele ważniejsze).

Nie chciał opowiadać o ucieczce, o zimie, chłodzie i samotności. Zrozpaczony czarodziej nie potrzebuje różdżki, powiedział. Znalazła go Edith. To ona przywiozła go do szpitala i siedziała przy nim dwa tygodnie, trzymając go za rękę, płacząc, przepraszając i – choć bardzo rzadko – po prostu milcząc. – Na moje oko to nie Daniel nie chciał opowiadać, ale wszyscy wiemy, że przy przypadkowym spotkaniu Edith i Oumena zadziałał imperatyw i teraz wygląda to tak, jakby nie chciało Ci się go tłumaczyć i udzielać odpowiedzi. Istotnych odpowiedzi, bo przecież Daniel wyrwał się śmierciożercom. To nie jest coś, co jest nieistotne, nie ma znaczenia fabularnego. To był jeden z ważniejszych i fajniejszych wątków tej historii, a teraz ma luki, których już nigdy nie wypełnisz, bo fabuła pójdzie w przód. Opieram te przewidywania na wnioskach o tym, jak prowadziłaś wątki do tej pory. Po prostu je urwałaś po kilku tłumaczeniach i… tyle. To za mało dla czytelnika. Zwykły ochłap rzucony na odczepnego. Lepiej nie zabierać się za poważniejsze sprawy, jeśli ma się zamiar tak kończyć. A raczej kończyć.
Poza tym, co to za czarodziej, który twierdzi, że nie potrzebuje różdżki? Chyba tylko taki z Boso Po Mokrej Trawie.

Czasem nawet śpiewała – aż do czasu, gdy Dumbledore zdecydowanie rozkazał, by wróciła do szkoły. – Albo nikt z dorosłych się nimi nie interesuje, albo sam dyrektor.

Dla Rose były zawsze tylko powodem chorej obsesji, by się ich jak najszybciej pozbyć. – No nie bardzo, bo to nigdy nie było pokazane w opowiadaniu, a mamy przecież już czterdziesty piąty rozdział. Gdyby Rose chciałaby się pozbyć tych pieniędzy, chyba mogłaby je przeznaczyć na rzecz jakiejś fundacji? Szpitala? Szkoły? Cokolwiek? Na pewno byłoby jakieś rozwiązanie, aby pokazać tę chorą obsesję wcześniej, a nie informować o niej (jak zwykle) dopiero, gdy  ma znaczenie fabularne i akurat jest Ci potrzebna.

Jak to możliwe, że jeszcze dzień wcześniej uznawała słabość do Remusa za największe nieszczęście, jakie mogło jąspotkać? On albo Barton – co za głupota, szkolne miłostki, które przecież tak naprawdę w ogóle jej nie obchodzą. Ją spotkać. Liczę, że powrót Daniela coś zmieni i Rose się ogarnie, skupi na czymś naprawdę ważnym.

Scena Jamesa u Britain jest… pusta. Nic nie wnosi. To zwykła zapchajdziura.

Jeżeli chodzi o w końcu zapodany nam (trochę za późno…) tekst zagadki, jest średniej jakości. Każdy wers brzmi jak wymyślony przez Coelho tytuł na BuzzFeeda, serio: Co za miłość rodzi bielmo? Te 15 ślepo zakochanych osób Cię zaskoczy!
Intryguje mnie: czemu śmierć zdaje ci się czarną? Czarną-złą? Czarną-oznaczającą koniec? Może pobawiłaś się symboliką, a może nie ma to większego znaczenia. Zobaczymy.
Problem z tym fragmentem jest taki, że bielmo to albo zupełnie mugolska choroba oczu (a przecież wiadomo, jak to jest w świecie czarodziejów z mugolskimi chorobami), albo tkanka miękiszowa w nasionach roślin, też raczej zupełnie niepasująca do świata magii… Miłość rodzi bielmo, czyli czyni nas ślepcami? Mowa o czymś bardziej romantycznym? Współgra z marzysz o innej skórze. Zdrada? Albo nie widzimy, że ktoś nas krzywdzi, oszukuje? Czy chodzi o zmianę własnej skóry? To wycie jest właśnie wyrwaniem się spod czyjegoś wpływu, odcięciem się i zakończeniem toksycznej relacji?
Jeżeli natomiast chodzi o samo rozwiązanie, to wyczuwam jakieś eliksiry, szczególnie po wersie: Dlaczego nie wypijesz zdrowia, chociaż jest płynne?

Czemu nie możesz się cieszyć euforią? – kojarzy mi się z zaklęciem rozweselającym, którego nadużywała ostatnio Edith. Chociaż wystarczyło, bym weszła na stronę o rozpisce eliksirów ze świata Harry'ego Pottera (Skoia robi to jako osoba, która średnio zna się na tym uniwersum) i znajduję tam informację o eliksirze wzbudzającym euforię. Jeżeli celnie strzelam, to mogłaś chociaż zmienić słowo euforia na jakiś inny synonim radości. W sumie istnieje jeszcze Felix Felicis, kojarzony z szóstą częścią przygód o Harrym.
Co cię powstrzymuje przed wyciem, zanim wejdzie [wzejdzie] słońce? – Jak nic chodzi o wilkołactwo.
Jednak dialogi bohaterów, którzy próbują dojść do rozwiązania, mnie rozbawiły. Pokazałaś dystans do swojej twórczości. Tytuł rozdziału nabrał sensu i nie jest już tak krzywdzący. To jednak już wiemy – potrafisz pisać dialogi. Szkoda, że wokół nich nie ma niczego innego; żadnego opisu miejsca, w ogóle żadnego dłuższego opisu narratorskiego. Nic.

- Jak to kiedyś powiedziała Vanilla? – zastanowiła się na głos Lily. – Ach tak, naprawdę podoba mi się twój system wartości. Czy to nie parafrazowanie słów Rona z pierwszej części filmu?

- Skąd ten sceptyczny ton, Remus? – Remusie. To imię też się odmienia w wołaczu.

- Czekanie na ciepłą wodę pod prysznicem. – Serio czarodziej podał to jako powód do smutku? Przecież wystarczy machnięcie różdżki...

– Widziałem już różne dziwactwa. Podobno niektóre puste dziewczyny nie wysyłają listów przez brzydkie puchacze.
Twarz Dorcas pokryła się rumieńcem. (...)
- Och – żachnął się. – Daj spokój – zeskoczył z parapetu, zacierając ręce. – A więc jak się to robi? Jestem bardzo ciekawy. Na co patrzysz najpierw? Na stópki? Dziobki?
Przewróciła oczami.
- Dzióbki? – powtórzyła. – Serio? Co to, przedszkole?
- Nie pouczaj mnie – mruknął. – To ty robisz rankingi puchaczy.
Świetne! To jeden z moich ulubionych fragmentów całego opowiadania. Jest ich niewiele, lecz ten na długo zapadnie mi w pamięci.
Chociaż muszę przyznać, że gdy czytam o takich scenach, w których spotykają się bohater z bohaterką, to z uwagi na całość Twoich dotychczas rozwiniętych wątków, spodziewam się, że za chwilę Dorcas i Eryk będą parą. A przynajmniej pójdą się gdzieś pomiziać.
- Kiedyś chciałam ugotować zupę po francusku – wyjaśniła. – Problem w tym, że nigdy nie mieliśmy w domu książki kucharskiej…
- Rose – James uśmiechnął się ciepło. – Czy to coś w rodzaju tych monologów złych charakterów, które wprowadzają zawsze dziwaczną atmosferę w filmie?
– Podoba mi się, bo jeszcze przed przeczytaniem wypowiedzi Pottera miałam podobne skojarzenie.

Więc jednak eliksiry… cóż, nie trudno było mi się domyślić, a przecież zagadkę Dumbledore’a rozwiązywała niemała grupa podobno niegłupich uczniów przez cały tydzień (!). Serio, to już Harry, Hermiona i Ron w Kamieniu Filozoficznym jako jedenastolatkowie byli bardziej rozgarnięci i zaaferowani, jeżeli chodzi o poszukiwanie odpowiedzi i rozwiązywanie tajemnic. A Ci tutaj tylko gadali o pierdołach… Dopiero pod koniec nieźle się zmobilizowali (chociaż to, jak wpadli na przykład na pijawki, jest trochę mało wiarygodne) i zaczęli pracować w grupie.
W sumie zgodnie ze swoją specjalizacją, na odpowiedź o eliksirach wpadła Lily, ale czytała poemat wcześniej już ze sto razy (jak przyznała) i nic. Najwyraźniej potrzebowała jedynie bodźca napędowego w postaci… lochów. Tylko wychodzi na to, że co? Przez cały tydzień tam nie schodziła? Nie miała żadnych zajęć? I oczywiście na odpowiedź wpadła dopiero, jak już pojawiła się Rose. A argument tamtej z rodziną… ech, już któryś raz dostajemy o niej szczątkowe informacje, jakby familia była cudowną wymówką na wszystko, ale nadal właściwie nic szczegółowego o niej nie wiemy.

- Co za miłość rodzi bielmo?
- To akurat łatwe – rzuciła Lily. – Amortencja, do której dodasz zbyt wiele rtęci.
Nie znalazłam żadnego źródła, które mówiłoby, że do Amortencji dodaje się rtęć. Poza tym zatrucie rtęcią jest naprawdę mocno szkodliwe, nawet w małej ilości. Warto wspomnieć, biorąc pod uwagę, że Twoi czarodzieje to mimo wszystko tacy bardziej mugole niż czarodzieje.
Podoba mi się jednak rozwiązanie i pozostałość z pergaminu. Ładnie to sobie zaplanowałaś. Szkoda tylko, że całość była dość mocno, hmm, przewidywalna dla zwykłego czytelnika, a bohaterowie męczyli się z zagadką cały tydzień. Rozczarowujące. Robisz z nich nieco cofniętych ignorantów. Ale koniec końców nieźle się bawiłam przy scenie rozwiązywania zagadki.


Rozdział 46 – Lily Evans, kozia dupa, czy chcesz zrobić z Jamesa trupa?
James jest strasznie (i strasznie irytująco!) naiwny, skoro wierzy Peterowi na słowo z tym cyjankiem w zupie. Wyszło sztucznie. Chciałaś pewnie pokazać jego przewrażliwienie, stres, ale się zagalopowałaś. Swoją drogą, czy prawie każde łaskawe pojawienie się Pettigrewa musi być związane z jedzeniem? Nawet z trucizną, no…?

- Taki z ciebie przyjaciel – żachnął się James. – Jak z koziej dupy pizza prosciutto. Porównanie przyjaciela do pizzy z rukolą w latach siedemdziesiątych? I to przez czarodzieja?

Jakby cholera każdy dzień był piątkiem, a McGonaggal rozdawała pączki na lekcjach.- To skandal – oznajmiła Edith. – Przekleństwa powinny być traktowane jak wtrącenia, czyli oddzielane z dwóch stron przecinkiem. Poza tym mam wrażenie, że tam, w Hogwarcie, dla Twoich bohaterów, to każdy dzień jest piątkiem. Albo sobotą. Kompletnie nie czuć, że ktokolwiek się wysila w trakcie tygodnia. No i nadal nie umiesz poprawnie zapisać nazwiska nauczycielki.

Naprawdę, nie była jakąś nieśmiałą dziewczynką ani panienką o IQ gada. – Mocno mugolskie.

- Oczywiście. Jeszcze nie wiesz, przed czym drży miasto? Jakie miasto? Może lepiej by pasowało Hogwart? Koniec końców są w szkole, a każde z nich pochodzi z innej części kraju (prawdopodobnie).

William nigdy nie wyglądał jak typowy uczeń Durmstrangu. Nie cechował go ten pewny siebie, gwałtowny krok, jakim Eryk czy Barton poruszali się wśród tłumu zachwyconych uczennic, niemal upajając się swoim poczuciem męskości, jak to często wyśmiewały z Rose i Edith. Jego brwi nie były ciemne i nie marszczyły się za każdym razem, gdy jakaś drobnostka nie przypadła mu do gustu (...) Chyba jednak ma w sobie coś typowego dla Dumstrangu, pomyślała, gdy już odchodził, bo zdecydowanie szedł spuścić Jamesowi lanie. – Łał, niezwykłe, myślałam, że każdy bułgarski czarodziej to taki typowy Krum-mięśniak-buc. Durmstrang ma wiadomą reputację i słynie, z czego słynie, ale bez przesady, nie generalizujmy. Grindelwald też uczęszczał do Durmstrangu, a napakowany i ponury nie był, szczególnie w młodości.

- To skandal – oznajmiła Edith.
„Skandal” było ostatnio jej ulubionym słowem i używała go za każdym razem, gdy tylko coś odstawało od normy. – Cofnęłam się aż o sześć rozdziałów i Edith ani razu nie użyła tego słowa w żadnej rozmowie.

Końcówka niezrozumiała. Nie wiem, co planuje głupiutka Edith, ale męczy mnie jej zachowanie. W każdym razie skoro Jamesowi tak ciężko przychodzi wymienienie pięciu zmysłów, sceny to tylko zwykłe zapchajdziury zamiast konkrety prowadzące do rozwiązania, a wątek turnieju ciągnie się tak paskudnie flegmatycznie, przy czym dużo ważniejsze od niego nadal pozostają tanie romanse, to już wiem, dlaczego całość ma aż sześćdziesiąt cztery rozdziały… Nawet po tytule spodziewałam się czegoś więcej niż bezowocnej sceny w bibliotece – kolejnej sceny o niczym.


Rozdział 47 – Podstępne kobiety
Rozdział zaczyna się rozmową dziewczyn (prawdopodobnie w żeńskim dormitorium, ale oczywiście tego nie wiemy) o Walentynkach. W takim razie gdzie kontynuacja poprzedniej sceny, w której nie wyjaśniło się, o co chodziło Edith w pokoju wspólnym (chyba tam?). Narobiła hałasu po nic, a liczyłam, że zdarzy się coś względnie ciekawego. Kolejna scena, która jest bez sensu, bo wątek zostaje przerwany. Pod koniec (jak to często u Ciebie bywa) jednak okazuje się, że tam, gdzie obecnie jesteśmy, przebywa również Frank z Alicją na kolanach (Syriusz ma rację, ich zachowanie na dłuższą metę naprawdę zaczyna wkurzać), a więc to wciąż nadal pokój wspólny? Więc gdzie wyparowała reszta? Ani Syriusz, ani James – nikt nie skomentował Walentynek w żaden sposób? To aż nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, jakie nadałaś im charaktery. Nie wierzę, że nie rzuciliby żadnego żartu w swoim stylu i nie dogryźli Lily (zwłaszcza biorąc pod uwagę relację jej i Pottera, której chyba już nikt nie rozumie).

- „Co z Torbergiem”? – mruknął z niedowierzaniem Moodney. – Co ty, Potter, nie widziałeś ostatniego meczu?!
W oczach Jamesa w końcu dojrzał nikły błysk zrozumienia.
- Ach, tak…
- Moterry połamał mu wszystkie żebra! – Mam wrażenie, że zapomniałaś o możliwościach, które daje magia. Złamane żebra? Wysłałyby Torberga na długie wakacje (jeszcze dłuższe od quidditcha) w naszym świecie, natomiast w Hogwarcie chłopak stosunkowo szybko powinien wrócić do siebie, więc chyba przedramatyzowałaś. Coś nie wierzysz w panią Pomfrey.

– Pamiętasz, jak szło to zaklęcie rozgrzewające? Właśnie próbowaliśmy tego z Torbergiem, ale koleś prawie spalił mi miotłę. – Przecież przed chwilą dowiedzieliśmy się, że Torberg leży połamany i znaleźli za niego zastępstwo…

- Oj przestań – roześmiała się Colins, lekko trącając ją w ramię. – Naprawdę mi zależy, wiesz? Więc po prostu się z nim zaprzyjaźniłam.
- Zaprzyjaźniłaś, Dor? – teraz Edith była już naprawdę zaniepokojona. – Ty nie przyjaźnisz się z chłopakami.
– Eee… A Syriusz? Remus? Peter? James? Frank? Wszyscy są jej ofiarami?

Scena z Confundusem niemal mnie zażenowała. Sytuacja aż nazbyt podobna do tej z Księcia Półkrwi między Hermioną a McLaggenem. Znów nie masz swoich pomysłów i delikatnie przerabiasz sceny pisane przez Rowling.

Nadal nie rozumiem Rose. Jest z Bartonem, kocha się w Remusie, ale przesiaduje u Daniela i u niego zarzeka się przed samą sobą, że i Bułgar, i Huncwot to tylko nic nie znaczące uczucia w porównaniu do Oumena, który sprawia, że dziewczyna płacze w szpitalu. Ale teraz, gdy znów jest w Hogwarcie, to jednak czuje przyspieszone tętno, gdy Remus pochyla się nad nią. Czyli co? Jest tak cholernie bezczelna, że wyznaje zasadę: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal? W szpitalu jedno, a w szkole drugie? I trzecie, tak przy okazji? Czy może jest tak po prostu głupia?

- Remus! – wrzasnęła Rose, niemal uderzając plecami o ścianę. – Jeszcze raz wejdziesz do naszego dormitorium bez pukania, słowo daję, potraktuję cię czarną magią. – Chłopcy nie mogą wchodzić do dormitoriów dziewcząt, ponieważ podczas próby wejścia na schody, zmieniają się one w zjeżdżalnię, co uniemożliwia przedostanie się dalej. Dzieje się tak przez zaklęcie Glisseo (którego Hermiona użyła również w czasie Drugiej Bitwy o Hogwart podczas ucieczki przed śmierciożercami). Naprawdę zaskakujące jest to, że po ponad czterdziestu rozdziałach okazuje się, że nie wiesz takich podstawowych rzeczy...

- Przyszedłem tutaj tylko po rękawiczki Edith, wysłała mi wiadomość – wytłumaczył, unosząc w górę prawie zupełnie zniszczony przez deszcz papierowy samolocik, jeden z tych, które bez przerwy latały po hogwarckich korytarzach, przekazując uczniom zarezerwowane tylko dla nich wiadomości. – Samolociki zostały spopularyzowane w latach dziewięćdziesiątych w Ministerstwie Magii (mówił o tym pan Weasley), wcześniej nawet w budynkach listy roznosiły sowy.

Edith była zawsze piękna, uśmiechnięta i roztaczała wokół siebie czar. Wszędzie było pełno jej włosów, śmiechu i gestykulacji, wobec których naturalną reakcją człowieka było po prostu zakochanie. Czy Edith linieje, że wszędzie zostawia swoje włosy?

Talia Edith prawdy nie powie, a patrząc na jej szczupłą sylwetkę w kostiumie do gry w quidditcha z pewnością nie przyszłoby nikomu do głowy, jakie ilości jedzenia jest w stanie na raz wrzucić w siebie tak zgrabna dziewczyna. – Czy zdajesz sobie sprawę, Morya, jak wygląda strój sportowy do quidditcha? Dziewczęta wcale nie miały innych. Patrz na Ginny:


To tak, jakby Syriusz przestał się sobą zachwycać, Rose marudzić, a Remus wszystkim docinać. – Na moje oko Remus bardzo rzadko taki jest w Twojej historii. Na początku nigdy, dopiero z czasem, a właściwie niedawno – wraz z rozczarowaniem miłością do Rose – tak mu się zdarzało. Nie jest to jednak coś, co bywało na porządku dziennym. Tak swoją drogą, to tęsknię za kanonicznym Lupinem, bo teraz kreujesz jakiś alternatywny obraz Remusa.
Tym razem dialog przy stole to kolejny Twój majstersztyk. Zmieniam zdanie. Nabijanie się z Pottera, który bierze wszystko do siebie, jest jednak całkiem zabawne.

– James ma duże doświadczenie z poważnymi środkami toksycznymi, jak choćby spray na komary albo trutka na szczury. Naprawdę myślisz, że czarodzieje w latach siedemdziesiątych używali sprayu na komary?

- No właśnie – potwierdziła Dorcas. – Mały, odgórnie napisany wiersz, który każe mu strzelić shota przed zgonem.
Remus niemal dźgnął Edith widelcem w oko.
- Zdajesz sobie sprawę, co ty właśnie powiedziałaś? – zapytał z niedowierzaniem.
Dlaczego na słowa Dorcas widelcem omal nie obrywa Edith? To wygląda, jakby pomyliły Ci się postaci.

Masz talent do rymowanek. Wychodzi przednio!


- Tylko nie Lily! – nie wytrzymał już James, uderzając otwartą dłonią w stół i momentalnie kończąc wszystkie wyliczanki. Przyjaciele przyjęli jego reakcję nie bez radości. – Nie ty, Evans! To… to już jest przegięcie! – Potter dobrze gada.


Rozdział 48 – Głos Lily nigdy nie brzmiał tak melodyjnie
Dlaczego z nią nie jest tak samo? Dlaczego w jej obecności musi ją zawsze zawstydzać, stresować i wyprowadzać z równowagi? Zachodzić podstępem? – Że jak? Kiedy?

- Ten Alessio – powiedziała w końcu. – To chyba kawał drania. – Zastanawiałam się poważnie w poprzednim rozdziale, o co może chodzić Edith i dlaczego jest taka markotna, a teraz dopiero przypomniałam sobie o istnieniu Włocha o dziwacznym imieniu (podobno inne oceniające nie miały tyle szczęścia i przypomniały sobie dopiero dzięki ocenie...). Za rzadko ostatnio była o nim mowa, by w ogóle brać go pod uwagę, na dodatek najwyraźniej stało się coś, co musiało zmartwić Edith. Szkoda, że znów częstujesz nas suchym opisem wyjaśniającym przeszłe wydarzenia, zamiast po prostu pokazać je najpierw sceną, gdy miały one miejsce. Zabijasz własne opowiadanie, dając nam tylko streszczenia. Nie pozwalasz wczuć się w sytuację, ocenić danej postaci, bo wcześniej dajesz recenzje całego gryfońskiego składu.

- Chyba gra na dwa fronty – oznajmiła, unosząc swoje zbolałe spojrzenie. – Widzisz, nawet nie mogę sama tego wywnioskować, bo jedyne, co dostaję, to reakcje i przemyślenia Edith już PO TYM, co najwyraźniej stało się jej powodem zmartwień, ale nie dostałam sceny. Przez to kolejny wątek wydaje się zwyczajnie nudny, przegadany. Bo w opowiadaniu nic się nie dzieje poza dialogami bohaterów o tym, co mało już wcześniej miejsce. Takie ploteczki na niskim poziomie. Sceny, jeżeli jakieś kreujesz, to przeważnie opisy posiłków bądź posiedzeń w dormitorium – w każdym z tych przypadków rządzą dialogi, ale kiedy ostatnio dostałam jakąś naprawdę wartościową, wnoszącą coś scenę, z której mogę coś wywnioskować? Ach, w sowiarni, gdy Dorcas kręciła z Erykiem. Lecz tam też wszystko opierało się jedynie na zabawnym dialogu. Daj mi, proszę, coś więcej.

Po pierwszej godzinie spędzonej w atmosferze przyjemnej, nawet nie tak sztywnej konwersacji w zupełnie naturalny, jakby wcześniej uzgodniony sposób zrobili z tego spotkania coś, co wśród szeroko rozumianej młodocianej publiczności uchodzić mogło jedynie za niewybaczalne pierwszorandkowe faux pa. Faux pas.

- Cóż – Lily niezgrabnie wzruszyła ramionami. – Niektórzy chłopcy tak mają. No wiesz. Tak bardzo chcieliby już być Jamesem Bondem, że zbyt szybko uznają się za dorosłych.
- No i wtedy trzeba wprowadzić poważne pojęcia – dodała Dorcas i otworzyła szerzej oczy w swój prześmiewczy, wzburzony sposób. – No wiesz. Zdrada. Kochanka. Romans.
- Związek - sprecyzowała rzeczowo Lily.
Edith skrzywiła się z obrzydzeniem.
- Rzygać mi się chce jak to słyszę – wymruczała.
- A komu nie? – zgodziła się natychmiast Dorcas. – W końcu nie jesteśmy jakimiś szalonymi trzydziestkami, prawda?
- Ci tak zwani mężczyźni - zamarudziła znowu Edith. – Z resztkami trądziku na czole i brodą, która nie łączy się z wąsami, nie dadzą mi przeżyć mojej młodości.
- To prawda – potwierdziła smutno Lily. – Nasze życie to po prostu przekleństwo.
Tak. Istne przekleństwo, bo w wieku piętnastu czy szesnastu lat dziewczyny jednocześnie mają pretensje o to, że Eryk jest przykładem faceta, który gra na dwa fronty (a nie zapominajmy o Rose grającej na trzy!) i nie chcą słyszeć o poważnych związkach z mężczyznami (przy okazji ta hipokryzja odnośnie niedojrzałości tak zwanych mężczyzn jest w wykonaniu tych gówniar zwyczajnie słaba). Czyli podejrzewany romans – źle, ale wierność w poważnym związku (godnym trzydziestolatki?) – jeszcze gorzej. Słabo mi, gdy czytam takie farmazony. Dawno nie było żadnego gifa z tej okazji.


Walcząc z przemożną chęcią zerwania z siebie parzącej ją, wełnianej sukienki (po której wskoczyłaby pewnie na stół i odtańczyła kilka zdecydowanie zbyt szybkich piosenek – no bo jak szaleć, to już na całego) wyznała Benjaminowi, że od dawna nie czuła się tak zawstydzona przed chłopakiem. – Fragment w nawiasie to nieporozumienie, zupełnie od czapy. Plus: po której tyczy się sukienki, a nie chęci, a przecież o to najwyraźniej Ci chodziło, prawda?

Zacisnęła mocniej dłonie wokół ramienia oślepionego Jamesa i pociągnęła go w kierunku przeciwnym do namiotu reprezentantów. Chłopak miał zakrwawione barki, a Lily zaciskała mocno dłonie na jego ramionach i go ciągnęła? Mało to delikatne w jego stanie.

Okej, dobra. Miałam przygotowane praktycznie całe wypracowanie o tym, że jak można pominąć najważniejszą scenę turnieju i dlaczego James musi być tak okropnym dupkiem wobec Britain, ale… nabrałaś mnie. To jeden z fajniejszych rozdziałów, ładnie zaplanowanych i emocjonujących, jeżeli chodzi o wkręcanie czytelnika. Mimo że wykorzystałaś motyw snu – sztuczkę starą jak świat – to jednak na tyle umiejętnie, że do końca trzymałaś w napięciu. To było naprawdę dobre.  


Rozdział 49 – Jęzory, ozory, kubki smakowe
Wyszło nieco gorzej, niż się spodziewałam. Ale wyszło dłużej. Buzi. – Okej, bo to już nie pierwszy raz, gdy narzekasz, że coś poszło jednak nie tak... Do tej pory machałam na to ręką, ale za n-tym razem postanowiłam zwrócić i na to uwagę. Zwyczajnie nie rozumiem, dlaczego publikujesz niedopracowany według Ciebie jako autorki materiał. To wygląda jak tani chwyt brania czytelników na litość, aby wyżebrać pochwalne komentarze. Dziwne, że czytelniczki nabierały się na to.

Ostatni gwóźdź to trumny – oto definicja każdego słowa Rose. – Chyba raczej: do.

Czy oczekiwała, że będzie zaniepokojony? Jak przez cały ostatni miesiąc? To przecież James, na litość boską. – Przecież Potter przez turniej zachowuje się, jakby miał paranoję.

Cały cholerny miesiąc gadania i waszych chamskich żartów i nareszcie mogę pójść, uwarzyć te magiczne szczyny i pożegnać się z turniejem raz na zawsze. – Jaki miesiąc? Zagadkę Dumbledore’a ekipa rozszyfrowała dopiero na początku lutego, a żarty pojawiły się dwa rozdziały temu, pod datą dziewiątego lutego. Dziś w Twoim opowiadaniu jest  osiemnasty lutego. Trochę ponad tydzień a miesiąc to jednak spora różnica.
Co w tym było wulgarnego, że Rose tak stwierdziła? I od kiedy James właśnie wulgarny nie bywa? Zupełnie na odwrót.

- Ale jeżeli spali mu ścianę żołądka… – broniła się ciszej. –  Dramatyzują. To turniej. Aż tak nie skrzywdzą uczestników, trochę luzu, bo się robi pseudodramatycznie.

W tą niezwykłą siatkę wpisane były trzy pary niskich drzwi. – Tę.

Były to trzy napełnione do połowy misy, a na dnie każdej z nich leżał złoty klucz. James bez zastanowienia zanurzył w jednej z nich dłoń, ale nie ważne, jak ją obracał, klucz zawsze wymykał się spomiędzy jego palców. – Zadanie dotyczyć miało podobno trucizn, a James tak sobie po prostu wkłada bez pomyślunku łapsko do misy? Ja bym się co najmniej trzy razy zastanowiła, czy czymkolwiek to nie grozi. Potter wykazał się bezmyślnością. No i nie mogę odnieść wrażenia, że, jak w przypadku używania Confundusa przez Dorcas, znów zżynasz z książki. W Księciu Półkrwi Harry i Albus stali nad misą z płynem i również musieli go wypić, aby zdobyć naszyjnik znajdujący się na dnie.

- Naprawdę myślałeś, że po prostu je wyjmiesz? – zapytała Vanilla z przekąsem.
Lekko wzruszył ramionami.
- Zawsze warto spróbować – wytłumaczył. – Nie musisz pisać, w jakim celu wypowiedział się  James, bo to przecież jasno wynika z kontekstu dialogu. Nic tym nie wniosłaś.

Barton zaśmiał się w typowy dla ucznia Durmstrangu sposób, co oznaczało szorowanie zębami i nieprzyjemny dla ucha warkot. – Bzdura. Takie zaśmianie się jest niewykonalne, a nawet jeżeli, to szorowanie zębami na pewno nie wywołuje warkotu. I nie każdy uczeń Durmstrangu jest taki sam!

Kiedy już skończyli, cała trójka drapała się już z zadowoleniem po brzuszkach. – Bo szesnastolatkowie to jeszcze mają brzuszki… Ogarnij narratora.

Uniósł je z powrotem przed swoje oczy.Swoje zbędne.
Uniósł wyżej ręce i z całej siły klasnął tuż przy swoim uchu. Usłyszał dźwięk [a co innego mógłby niby usłyszeć?]. Ale nie zabolały go ręce. Uniósł je z powrotem przed swoje oczy. Były mocno zaczerwienione. Zaklął. Umiał sobie wyobrazić funkcjonowanie bez wzroku, bez słuchu, ale… Rozejrzał się i podniósł z ziemi ostro zakończony kamień, po czym powoli i z rosnącym zaskoczeniem wcisnął go sobie w przedramię, rozcinając w końcu skórę. Ani nie drgnął. No patrzcie, jaki z niego teraz macho. – Chcesz się upewnić, czy masz sprawny zmysł dotyku, mimo że już wiesz, że nie czujesz rąk, gdy klaszczesz? Potnij się!


Pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mu do głowy, odrzuciło cholerę na najbliższe drzewo i dało mu czas, by czym prędzej zerwać się na zdrętwiałe nogi. – Jak rzucił zaklęcie, nie mając różdżki w dłoni? Jeszcze przed chwilą Wyrzucił przed siebie ręce i oplótł nimi najbliższy pień, a nie było informacji, żeby go puścił. Więc jak?

James bez zastanowienia rzucił w kierunku gada wszystkie zaklęcia, które chował zazwyczaj na okazje pokroju „ja i Lucjusz Malfoy w toalecie”. Niestety okazało się, że gada nie tak łatwo zawiesić w powietrzu jak Ślizgona. – Nie rozumiem, dlaczego to nie mógłby być przykład ze Snapem. Czy ktokolwiek pamięta jeszcze o tym uczniu? Taka wrażliwa Lily rzucająca po ścianach? Zresztą, Malfoy powinien już skończyć Hogwart, a nigdy nie miał zatargów z Potterem za czasów szkolnych. Co więcej, nawet, jeśli chciałaś to zmienić na potrzeby opowiadania, nigdy nie pokazałaś ani jednej sceny Potter versus Malfoy. To, że pisałaś o Lucjuszu w kolumnie bloga, oznacza, że zdajesz sobie sprawę z tej nieścisłości kanonicznej. Może i usprawiedliwiasz łamanie kanonu, ale kanon w tym przykładzie sam w sobie nie jest akurat problemem. Opowiadanie wybaczyłoby wiele tych i innych naciągnięć, jednak nie ma konkretnych scen (relacja Malfoy-Potter) – nie ma wątku, sorry.

Podobał mi się fragment turniejowych zmagań Jamesa. Przede wszystkim dlatego, że to w końcu jakaś AKCJA. Tak rzadko się zdarza, więc trzeba chociaż na swój sposób docenić. Nie marnowałaś weny na dialogi, ale ładnie opisałaś miejsce, a także zachowanie bohatera. Nie przesadziłaś z ekspozycją, tekst nie wydawał się zbyt emocjonalny (a w Twoim przypadku – często melodramatyczny), ale wystarczająco emocjonujący (wywoływał napięcie w czytelniku). Duży plus. Do końca pod względem opisów, już tych z perspektywy Lily, było całkiem smacznie.

- Spoko (,) spoko – powiedział zachrypniętym głosem.

- CHOLERA JASNA! – wrzasnął w końcu. – JUŻ TAM WYTRZYMYWAŁEM, ALE JA PIERDOLĘ, TO SIĘ MUSI W KOŃCU PRZESTAĆ DZIAĆ! (...)
- KURKA WODNA ŁÓDŹ PODWODNA, LILY! – wykrzyknął. – ZERO, DO LICHA, ZERO!
- James – rzuciła Lily, mimo woli nie umiejąc powstrzymać śmiechu. – Nie ma tu McGonaggal.
– Dlaczego najpierw James przeklina bez oporu, a dopiero potem używa eufemizmów? Powinno być raczej na odwrót. Koło siebie brzmi słabo. No i nadal nie potrafisz poprawnie zapisać nazwiska Minerwy.

(...) sprezentował Lily potężną dawkę najczarniejszego w jej życiu poczuciu humoru. – Potężną dawkę poczucia humoru.

Nie opisywał swoich odczuć w żaden poetycki sposób, ale cechował się imponującą fantazją (,) jeżeli chodzi o wymyślanie nowych, barwnych przekleństw. – Wychodzi więc na to, że Lily, która o humorze Pottera wie już od kilku lat, dopiero teraz zaczyna odbierać tę cechę jako jedną z tych, przez które się w nim najwyraźniej zakochała (a z drugiej strony jest dla niej Potter za mało dojrzały, co trochę się wyklucza z nowym umiłowaniem do jego humoru). Cóż. Lepiej późno niż wcale, ale aż takiego imperatywu to się jednak nie spodziewałam…

Łobuz należał do Britain, pomyślała, widząc drobną sylwetkę podbiegającą do noszy. Jak mogła o niej zapomnieć? Cały ten ranek, cały turniej, myśląc o Jamesie, ani razu nie pomyślała o niej.
Widok Britain tylko jeszcze bardziej ją uspokoił.
Uśmiechnęła się pod nosem.
Nie, łobuz wcale nie należał do Britain.
Łobuz był jej przyjacielem, jednym z najlepszych, jakich miała. I w ten sposób był dla niej jeszcze bliższy, niż kiedykolwiek mógł być dla Britain. – Logika Lily pozostała gdzieś w piwnicy. Przecież James był chłopakiem Britain, a Lily nie ma pojęcia (my z resztą też nie), jak układa się między nim a Colper i jaka jest ich intymna, osobista relacja, więc co to za wniosek z dupy? Nie zapytała Jamesa wprost o to, czy ich przyjaźń jest ważniejsza niż jego związek, więc te teorie Evans są bezsensowne i bez żadnego pokrycia.
A wracając do Britain, naprawdę już się nie pojawia. Wygląda to tak, jakby jej związek z Potterem był szczytem jej roli w opku, więc możesz spokojnie wkleić ją jako tło. Jeszcze gorzej jest z Ines, która w ogóle dołączyła do Snape’a i chyba umarła. Ze starości. Ale młodo.


Rozdział 50 – Sceny zazdrości
Początkowe dialogi są naprawdę fajne. Dziwne jest tylko to, że praktycznie każdy bohater opka (no może poza Alicją i Britain, której ostatnio w ogóle nie ma) jest wyszczekany, a takie przekomarzanki dość łatwo i naturalnie wychodzą autorom. Nie jest to do końca dobre, bo przez to bohaterowie się zlewają, a przecież fajnie by było, gdyby choć raz ktoś nie zrozumiał humoru grupki. Wciąż masz problem z wrzucaniem postaci do jednego worka. Uczniowie mogą się przyjaźnić i mieć ze sobą wiele wspólnego, ale na pewno non stop nie myślą tego samego. Vanilla bardzo szybko zaadaptowała się do nowego towarzystwa i nie ma w niej kompletnie niczego, co przypominałoby o tym, że panna jest z innej szkoły i dopiero przystosowuje się do nowego środowiska. Również inni nie są w ogóle skrępowani przy nowej. Poza tym, jakkolwiek śmieszne by nie były jej słowa, nie pasują mi do sytuacji. Dlaczego niby oskarża Pottera o coś takiego:
- Oczywiście, że miałabym pojęcie – żachnęła się. – Kto inny, prócz ciebie, spuszczałby mi kubeł łajna na twarz? – Przecież nigdy celowo nie był jej rywalem, nawet w turnieju współpracowali i wymieniali się informacjami.
Z Edith wcale nie było lepiej – a przecież ona również jest Francuzką. Przez pięćdziesiąt rozdziałów znajomi Path DWA RAZY zaśmiali się z jej pomyłki językowej. Jak na kogoś, kto spędził całe życie we Francji, to niezła z niej Angielka. W ogóle nie widać, by była z wymiany. Okazji aż się namnożyło, chociażby przy wspominkach o akcencie. Brytyjski jest przecież bardzo specyficzny, przy francuskim tym bardziej. Wszelkie różnice muszą wręcz razić.
Dodatkowo cała bieżąca rozmowa i przekomarzanka ciągnie się o długo za długo i męczy, znów nic nie wnosi. Gdy już mogliśmy sobie wyobrazić to, jak kto walczył z jaszczurem, mogłaś spokojnie zakończyć.

- Nie mogłaś użyć zaklęć niewerbalnych?- zdziwiła się Rose, bawiąc się bandażem zawiniętym dookoła dłoni Bartona.
- Mogłam i użyłam – Vanilla zgrzytnęła zębami. – Ale czy znasz jakieś zabójcze zaklęcia werbalne? Bo ja tylko takie na zapalanie światła, osuszanie plam i cerowanie gaci.
– W drugiej wypowiedzi chyba również chodziło o zaklęcia niewerbalne, prawda? Bo inaczej jest to bez sensu.

Barton używa niewinnego słowa ciamajda, a Vanilla rzuca kurnami. To dość… dziwne. Nie pasuje mi do charakterów, które przedstawiałaś wcześniej.
- Dowiemy się – odezwał się powoli Remus. – Co powiecie na nieoficjalny rewanż w Zakazanym Lesie? – Nie wierzę, że zaproponował to akurat Remus… No po prostu nie mogę. Wybacz, ale nie. Gwałt na kanonie to już za słabe określenie.

- Zachowanie Rose wobec Bartona – Colins zwróciła się w stronę swojej przyjaciółki. – Dlaczego robisz się dla niego taka wspaniała po każdej rundzie turnieju? – Poza kadrem? Ja nic tradycyjnie nie wyczułam, póki tego nie wytknęłaś jak krowie na rowie.

- Ja nie wiem – oznajmiła głośno Lily. – Naprawdę. Czy tylko mnie pociąg do brutalnych mężczyzn wydaje się dziwny? – To jedna z bardziej naturalnych skłonności w tym opku. Brzmi źle, ale taka prawda.

- Nie martw się, Lily, kiedyś i ja bym się z tobą zgodziła. Ale wiesz… Barton.
- Czemu mówisz jak tępa czwartoklasistka? – Naprawdę? Te pierwsze słowa wypowiedziała Rose? Co się z nią, kurde, dzieje? Po pierwsze, serio, porównanie się do tępej czwartoklasistki dla żartów jest słabe, gdy bohaterki rzeczywiście się tak zachowują, a nawet coraz gorzej z rozdziału na rozdział. Jakby nie dorastały, lecz cofały się w rozwoju. Po drugie, strasznie jest mi przykro, że zrobiłaś z Wing ciepłe kluchy. Na początku była tak stanowcza, pewna siebie, trochę zadziorna, a przede wszystkim wydawała się inteligentna i trudna. Teraz ma trzech facetów naraz, z czego:
 Daniel – leży w szpitalu poturbowany z permanentnie zniekształconą psychiką, a Rose jest przy nim, bo jej się przypomniało, że chłopak istnieje i jej przykro, że miała go gdzieś;
 Barton – niby przystojny, ale lekko głupkowaty, który podnieca ją, gdy jest brudny i któremu daje się macać, choć niby tego nie chce, a tak naprawdę wskoczyłaby mu do łóżka, bo go LUBI, a Daniel nie chciał się z nią spontanicznie miziać;
 Remus – chłopak o zmienionym o sto osiemdziesiąt stopni charakterze, który w życiu by nie poszedł na układ, by całować się z panną, która ma dwóch facetów i być tym trzecim.
To naprawdę wygląda bardzo źle i niekorzystnie dla odbioru charakteru Rose. Przykro mi, że tak zmieniłaś tę dziewczynę w przeciągu kilkudziesięciu rozdziałów, bo serio była chyba jedyną postacią na początku, która miała mózg, a teraz, gdy czytam o niej, nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.
No i po tej całej sytuacji, gdy Rose obdarowała Daniela pieniędzmi, wygląda to tak, jakby uspokoiła sumienie i mogła dalej bez stresu kleić się do Bartona. I co teraz, sprawa załatwiona, a Oumen znów zniknie na kolejne dziesięć rozdziałów, aż ktoś inny sobie o nim przypomni (bo jego dziewczyna jest zajęta zdradzaniem go)?

Ten rok to dla niej jakiś obrót o 180 stopni, po którym już naprawdę nie wie, na której nodze stoi i w którą ciągnie ją grawitacja. – W którą nogę ją ciągnie? Liczby słownie.
Ale jest w tym trochę racji. Jeśli Lily była kiedyś inna, to dobrze, bo teraz na pewno nie przypomina tej kanonicznej. Tylko że zmieniła się ot tak, bez żadnych powodów, a później i reakcji innych?

Uniosła wzrok, mieszając łyżką gorące mleko. Dokładnie naprzeciwko niej, na wysokości wejścia do Wielkiej Sali, stał sobie William Begg. Tuż obok o ścianę opierał się Eryk Fross (...) O czym rozmawiali? Eryk mówił o quidditchu (...). Jaką opowieścią mógł go rozbawić William? William milczał godzinami. Bywało, że uśmiechał się w prawdziwie rozbrajający sposób, z jakimiś iście szatańskimi ognikami w oczach. Przez resztę czasu po prostu się nie odzywał i przy okazji wzrokiem rozbierał cię na czynniki pierwsze. – Mimo dwóch wcięć akapitowych, których tutaj nie zamieściłam, to nadal brzmi, jakby Lily mieszała to mleko godzinami, obserwowała chłopaków tyle samo czasu i słuchała, o czym rozmawiają. Tylko że w Wielkiej Sali na pewno nie było wybitnie cicho. Jak więc w ogóle Lily mogła słyszeć rozmowy o quidditchu? I czy William rozbierał na czynniki również Eryka? To… no, dość dwuznaczne.

Był właśnie takim chłopakiem, który okaże ci minimum zainteresowania, co najwyżej podłapie twoje rozbawione spojrzenie i uśmiechnie się w pojednawczy sposób. A potem nagle pocałuje cię, oznajmi, że darzy cię szczerą sympatią i po prostu pójdzie spać.

Tuż obok o ścianę opierał się Eryk Fross, ze swoim szerokim tułowiem wstrząsanym kolejnymi wybuchami śmiechu i długimi, nonszalancko skrzyżowanymi nogami. – Spójrz na zdjęcie swojego Eryka w zakładce o bohaterach. Czy naprawdę ta twarz pasuje do takiego... opisu? Szeroki tułów? Naprawdę?

- Nikt – rzuciła. – Cholera – dodała, powoli ściągając kożuch z mleka, którego nie mieszała z wystarczającą werwą. – Przez tyle godzin nie rozmieszała jeszcze kożucha? No niemożliwe.

Nie wiedziała dlaczego, ale od pewnego czasu chyba próbował zyskać jej przychylność i, kto wie, może nawet przyjaźń. Za wszelką cenę próbował wyciągać z niej informacje na temat jej osobistego życia i zaczynała się już obawiać, że prędzej czy później po prostu mu się wygada. – Eee… Nie? Kiedy niby Syriusz się tak zachowywał? Ostatnio ciągnie go do Edith i tylko do Edith, z Lily praktycznie nie ma żadnego kontaktu. Zaklinasz opko narracją, znów opisujesz nam coś, co nie miało miejsca, czego nie mogliśmy przeczytać, sami wywnioskować, tylko rzucasz sobie losowe fakty na prawo i lewo, a my mamy się z nimi pogodzić, zapamiętać i tak po prostu im przytaknąć. Wygląda to tak, jakbyś przedstawiała nam co innego, a mówiła co innego. Ukazujesz, jak Syriusz lata za Path, a chwilę później wmawiasz nam, że jednak ciągle słodzi Lily, aby wyciągnąć od niej informacje… Widzisz? Nawet tego nie możemy sami wywnioskować, bo jak? Od razu tłumaczysz zachowanie Blacka, zamiast pozwolić nam się domyśleć, że on czegoś chce (i czego). To męczące i nudne. Czuję się okłamywana.



Właściwie dlaczego nie chce mu nic opowiedzieć? W końcu prezentuje męski punkt widzenia, zdecydowanie najmężniejszy z możliwych. To dziwaczne połączenie zachłannych paluchów i buzującego testosteronu. – Mimo tych wszystkich ekscesów z wcześniejszych rozdziałów, narrator nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.

James wpadł między lekcjami do Pokoju Wspólnego, już od wejścia biorąc porządny zamach wypchaną książkami torbą i ciskając nią na drugi koniec pomieszczenia. Nieliczni uczniowie, którzy nadal nie wyszli na lekcje [ę], z przestrachem uchylili głowy przed tą ważącą co najmniej 10 kilo bombą. Pokój wspólny zapisujemy małą literą. Naprawdę uważasz, że uwierzę, że każdy odwrócił się i spojrzał na Jamesa, jak na jakąś gwiazdę, gdy tylko przeszedł przez dziurę pod portretem i wszyscy automatycznie się pochylili, chowając głowę przed torbą ważącą dziesięć kilo? W dodatku nie wiem, jak bardzo napakowany musiałby być szesnastolatek, by cisnąć dziesięć kilo przez cały pokój wspólny z tak płaskim torem lotu, aby uczniowie schylali głowy.

Rozdęta ambicja, to pewnie to. – Dziękuję, narratorze!

Nie wiem nawet, jakich słów użyć, by skomentować zachowanie Edith. Przez całe opowiadanie kreowałaś ją w miarę konsekwentnie (gdyby na przykład porównać do nieszczęsnej Rose). Na nieznośną pannicę z charakterkiem, ale jednak robiłaś to racjonalnie i metodycznie. Teraz próbujesz wmówić mi, że ta sobie siedzi na kanapie i płacze… Sądziłam, że coś się stało, na przykład z Danielem, ale okazuje się, że nasza księżniczka opcia wyje, bo zakochała się bez wzajemności. To tak bardzo do niej niepodobne, że nawet nie jest mi jej żal, po prostu się dziwię. W dodatku nie mamy pojęcia, kiedy to uczucie się w niej odezwało i rozwijało, bo jedyna scena z jej miłością to ta, gdy poznaje Alessia. Dlatego też tak trudno uwierzyć nam w jakiekolwiek zakochanie czy też niepoprawne zachowanie bohatera, a także oczernianie go. Nie wciśniesz mi takich informacji po tym, jak w ostatnich prawie pięćdziesięciu rozdziałach Path była kimś zupełnie innym. To po prostu nie przejdzie.

- Co mam robić? – wyrzuciła. – Przecież się nie odkocham. – Tu się ciągle ktoś w kimś odkochuje.
- Alessia? Serio? Pałkarza Krukonów? – Alessio jest pałkarzem Krukonów? A Edith gra w drużynie i wcześniej go nie zapamiętała? Ciężko w to uwierzyć.

A jak już tak bardzo chcesz mu dawać szansę, to daj mu ostatnią, bo inaczej pójdziemy i spierzemy go tak po mugolsku, na chama, bez savoir-vivre’u. – Co to w ogóle ma znaczyć? Brzmi źle. Bardzo. Pewnie chodziło o to, że bez różdżek, ale wyszło jak: mugol=cham.

– Jest dobra z mugoloznastwa, zawsze siedzi nad tymi głupotami równie długo co ja. Idź, chętnie ci pomoże.
- To bardzo nieetyczne, Dorcas – upomniał ją ze śmiechem.
- Daj spokój, jest w czwartej klasie – wzruszyła ramionami. – Niczego z pewnością nie oczekuje, ale będzie co miała opowiadać koleżankom. Dlaczego szóstoklasiści mają zajęcia razem z czwartoklasistami, i w dodatku piszą wypracowania na te same tematy? Gdzie jest podstawa programowa? Poza tym jeżeli Dorcas siedzi nad tymi głupotami zawsze i równie długo, co Eryk, to znaczy, że oboje nie siedzą wcale. No chyba że znów poza kadrem...

- Mogę ci pomóc – zaoferował się natychmiast. – Jestem mózgiem z zielarstwa. – To Lily powinna być świetną uczennicą oferującą innym pomoc. Rozumiem, że może mieć zaległości, nie być z wszystkiego alfą i omegą, ale robisz z trzech nieoddanych prac koniec świata.

Coś przyjemnie przekręciło się w jej brzuchu. Zacisnęła wargi, powtarzając w myślach koniuszkom ust, aby nie ważyły się drgnąć (...) – Lily przez cały rozdział zwraca uwagę na Williama, porównuje go do innych facetów i doszukuje się w nim cech, które najzwyczajniej robią na niej wrażenie, ale rozdział temu – TAK, JEDEN ROZDZIAŁ TEMU – przecież przez ułamek sekundy zazdrościła Britain Jamesa, wcześniej ten śnił jej się po nocach i w ogóle Evans była dość... jednoznaczna w swoich uczuciach. I jednostronna – przede wszystkim. Dlaczego powoli robisz z niej Rose? Serio, czy w tym opku każdy musi kogoś mieć? To jest jakiś wyznacznik fajności? I ta choroba dotyka nawet Lily… tej dawniej rozsądnej Lily, za którą tak strasznie tęsknię – prawie tak mocno jak za Remusem.

Kopnęła go lekko pod stołem za okropną zniewagę, ale nawet nie przyszło jej do głowy pytać dlaczego. Tę.

Pałaszując wszystko, co znajdowało się w zasięgu ich rąk, omówili szczegół po szczególe ostatni mecz quidditcha i po raz setny tego miesiąca zastanawiali się, co komu do głowy strzeliło, by kończyć sezon w połowie roku. Też się zastanawiam, co takiego im do głowy strzeliło, aby psuć odwieczny grafik meczów. A szczególnie, że o większości z nich czytelnicy nie wiedzieli.

Syriusz, który znał Hogwart i jego nauczycieli nieco lepiej, nie spodziewał się z kolei po nich już niczego dobrego. – Jakich nauczycieli? To ktoś tu jeszcze uczy?

Czochranie jej i żartobliwe przyciskanie do piersi nie sprawiały mu już tej przyjemności co dawniej. Były jak stanowiące jednocześnie obrazę przypomnienie, że całując ją w policzek, nie może jej pocałować gdzie indziej. Niektóre rzeczy przestają zadowalać, kiedy człowiek zrobi się zbyt zachłanny. – Moralizatorstwo na siłę nie jest dobre. Już lepiej pozostań przy ploteczkach.

Alessio Petria, który zdradliwie zakradł się do Edith za jego plecami, nachylał się właśnie, żeby pocałować ją w policzek. Edith drgnęła, wcale się go nie spodziewając, po czym lekko się uśmiechnęła. – Kurczę, nic o gościu nie wiemy, ledwo w ogóle kojarzymy, że ktoś taki istnieje, a ta megadalszoplanowa postać, w której (nie wiadomo w ogóle dlaczego, za co) kocha się główna bohaterka opowiadania, podchodzi i całuje ją sobie ot tak. Dla mnie ta scena to jak dostać cegłą w twarz. Dopiero trochę dalej poznajemy gościa na tyle, że aż dowiadujemy się, jaką ma karnację i kolor włosów. To niedorzeczne, jak bardzo za późno pojawia się ten opis.

Alessio odszedł w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, a Path spokojnie zabrał się za swój deser. – Zabrała.

- Mam wrażenie, że mnie po prostu nie szanuje, wiesz? – powiedziała. – A to chyba bardzo ważne, jeżeli chodzi o jakąkolwiek relację, prawda? – O tym właśnie przed chwilą pisałam. Przed sekundą nie wiedziałyśmy, za co Edith w ogóle zakochała się w tym randomie, a teraz nie wiemy, za co się w nim odkochuje. Wszystkie oskarżenia o nim są dla nas niedorzeczne, bo koleś nie zrobił niczego złego w opku. Zrobił coś najwyraźniej tylko w Twojej głowie, Morya, ale tego nie ma w tekście. I tego bardzo, bardzo brakuje, bo Edith wyciąga teraz opinię o bohaterze z… powietrza. Znikąd. Dezorientujące i krzywdzące – mieszanka wybuchowa.

Mam wrażenie, że Eryk i William to ta sama osoba pod dwoma imionami. Nie, nie mylę ich, ale mam wrażenie, że są identyczni. Nie dość, że wrzucasz wszystkich uczniów Durmstrangu do jednego worka, przez co w mojej wyobraźni są niemal tacy sami, to jeszcze i charaktery mają kropla w kroplę. To naprawdę nie za dobrze.

- Głup to dobre słowo, biorąc pod uwagę, że nie uczę się na błędach i nadal próbuję zdobyć dziewczynę, która na moje starania odpowiada (,) całując Setha Macleggona. Czy nazwisko chłopaka ma jakiś związek z Cormacem McLaggenem?

- Nie uważasz tego za problem? Że chciałbym się spotykać z dziewczyną, która już raz mnie wystawiła?
Tym razem nie mógł już powstrzymać przewrócenia oczami.
- Och, przestań pierdolić, Fross – powiedział poirytowany. – Chcesz tego czy nie?
Eryk chciał coś odpowiedzieć, ale riposta zatrzymała się na czubku jego języka.
- Nie chcę – mruknął zdziwiony.
Nie wiem, po co ta cała scena i rozmowa. Eryk zaczepia Jamesa, aby z nim pogadać, a do wniosków dochodzi zupełnie samodzielnie. Często mam wrażenie, że Twoi bohaterowie mają wyłączone myślenie.

Po tradycyjnej dawce krzyku, bolesnych jęków i kilku naprawdę nieprzyjemnych obelg został w końcu zrzucony na ziemię, a wściekłe spojrzenie rzucone mu przez Rose szybko utwierdziło go w przekonaniu, że tam właśnie jest jego miejsce.
Uniósł spojrzenie w stronę chichoczącego Syriusza.

- Co dzisiaj robimy, Łapo? – zapytał pogodnie. – A czy przypadkiem nie było wcześniej mowy o scenie, w której cała paczka ma pójść do Zakazanego Lasu, rozwinąć wątpliwości o zwycięstwie w turnieju? Liczyłam na tę scenę, bo zapowiedziałaś ciekawą akcję, którą najwyraźniej porzuciłaś. Nie dość, że skrzywdziłaś Remusa, to jeszcze zupełnie niepotrzebnie.

- Nic nagłego – odparła beznamiętnym głosem. – Idę na spacer z Alessiem. Właściwie to wpadłam tylko po kurtkę. – Ale… ale przecież chwilę temu deklarowała, że zostanie z przyjaciółmi! Dlaczego? Co się stało? Nie przedstawiłaś sceny, dzięki której zmieniła swoje postanowienie, więc mam kompletny mętlik w głowie. I znów ten upierdliwy wniosek: Twoi bohaterowie nie myślą.

Szybkim, niemal agresywnym ruchem poderwał się ze swojego fotela i bez słowa ruszył za Edith. Przeskakując co drugi schodek, dogonił ją, kiedy właśnie wchodziła do swojego pokoju. – Oczywiście to niemożliwe, bo Syriusz nie mógł wejść na schody prowadzące do dormitoriów dziewcząt.

Czy wiesz, jaką przyjemnością jest przebywanie w twoim towarzystwie, patrzenie, jak przekomarzasz się z Peterem, śmiejesz się i znowu nudzisz, nie tracąc nic z tej twojej nadpobudliwości? Z kim? Przecież Peter od dawna nie występuje już w tym opowiadaniu.

- Tak! – oznajmił podniesionym głosem, nakręcając się już w jakiś szalony sposób. – Nie ma do ciebie prawa i tyle, bo traktuje cię jak popychadło, a wiesz, jak powinien ciebie traktować? – Ale… kiedy… on… ją… tak… traktował? Przecież Edith i Alessio w ogóle nie mieli ŻADNEJ takiej (ani innej) sceny!

Nareszcie Syriusz się odważył wyznać Edith miłość. Scena mi się nawet podobała, ukazałaś trochę emocji, choć za dużo w tym wszystkim było ekspozycji, bo przecież streszczałaś sceny, które nie miały miejsca, dialogiem. Standard. No i dość ciężko uwierzyć w miłość, która jest jedynie słowna – Syriusz mówił, jak to jest zakochany w Edith, lecz wcześniej nie było tego widać w żadnych czynach chłopaka. Wygląda to tak, jakbyś nagle wpadła na pomysł, że Syriusz musi zakochać się w Path, a dopiero po tym, jak o tym poinformowałaś czytelnika, zaczynasz wprowadzać jakieś sygnały obrazujące słabość Blacka. Powinno być odwrotnie, nie sądzisz?


PODSUMOWANIE ROZDZIAŁÓW 41-50
Jak widzisz pewnie po naszych komentarzach, nie tylko tracimy cierpliwość, jeżeli chodzi o zachowania bohaterów (głównie Rose, lecz również te wszystkie wielkie miłości: Syriusza, Edith, Lily, Dorcas, związek Jamesa i Britain, do porzygu eksponowane uczucie między Alicją i Frankiem), ale wciąż gubimy się. Gubimy się, jeżeli chodzi o postacie (Eryk, William, Vanilla, Alessio, jacyśtam Ślizgoni-znajomi Dorcas), gubimy się, jeżeli chodzi o wątki (szczególnie te, które istnieją poza opowiadaniem i potem są tylko streszczane), gubimy sens prowadzenia opowiadania (do niczego ono nie zmierza – wątek turnieju, wątek nauki, wątek śmierciożerców i Daniela, wątek rozgrywek quidditcha). Nic nie jest pierwszoplanowe i nic nie jest tłem – opowiadanie nie jest zawiązane żadną strukturą logiczną, wszystko dzieje się naraz, a część wątków porzuciłaś bądź wydaje się, że w ogóle o niektórych zapomniałaś. Opowiadanie doszło do momentu, w którym ciężko się je przyswaja. Nawet po komentarzach czytelników widać ich zmieszanie – często czytamy o tym, że opko jest super, ale w sumie ktoś czegoś nie pamięta i nie kojarzy, coś się z czymś nie łączy. Zauważyłyśmy, że często to właśnie tam streszczasz czytelnikom poprzednie rozdziały i wszystko tłumaczysz, co pomaga również i nam, ale takie coś nie powinno mieć przecież miejsca, prawda? Jak to świadczy o całym projekcie? Fatalnie.
Mamy nieodparte wrażenie, że całe opowiadanie do tej pory było pisane pod wpływem chwili, jakbyś dawno nie wiedziała jak i kiedy skończyć, więc ciągniesz, przedłużasz, lejesz wodę. Nic nie jest zaplanowane, fabułę wymyślasz na bieżąco, a wątki, na które nie masz pomysłu, po prostu porzucasz, z czasem rozwiązując je suchym streszczeniem. Kolejne wątki to znów jedynie miłostki i przygodne romansiki. To dawno przestało na nas działać, a właściwie nie działało od pierwszych rozdziałów. Wciąż wspominamy naprawdę ciekawy prolog zapowiadający konkretne, mocne opowiadanie. Te pięćdziesiąt rozdziałów nie pasuje do tak dobrego wstępu, a szkoda. Co dziwne, z czasem powinnyśmy widzieć progres (szczególnie na przestrzeni LAT), a z rozdziału na rozdział bohaterowie są coraz słabsi.
O kanonie i researchu już pisałyśmy – sprawa się tylko pogarsza. Uczniowie wciąż nie zachowują się, jakby żyli w latach siedemdziesiątych, ale to przestaje razić, kiedy zaczęłyśmy zdawać sobie sprawę, że aż do teraz nie zadbałaś nawet o podstawę kanonu – przekręcasz nazwiska, omijasz szerokim łukiem zasady panujące w Hogwarcie (obecność chłopaków w żeńskich dormitoriach), a Twoi czarodzieje to kompletni mugole.
Z ostatnich dziesięciu rozdziałów mocne były tylko dialogi, ale jak już wspominałyśmy, nie trudno je pisać, skoro każdy bohater w Twoim opowiadaniu ma taki sam charakter i cechuje go wyszczekanie, a jednocześnie przyjacielskie nastawienie do wszystkich, bo stworzyłaś śmieszne kółeczko wzajemnej adoracji. Co więcej każdy każdemu ufa i z każdym się przyjaźni. To jest męczące. Brakuje tej rywalizacji między domami, tej wzajemnej pogardy, bo przecież nie każdy musi każdego lubić. A co mamy? Dorcas przyjaźniącą się ze Ślizgonami, Edith latającą za Krukonami i sylwester u Bułgarów. Nie mówimy, że mają się nie lubić, ale kurczę, przecież są zawody quidditcha, jest turniej… Trochę intrygi by nie zaszkodziło. Harry w Czarze Ognia nawet z Ronem się pokłócił! A tu wszyscy się kochają.
Podobały nam się jednak: scena snu Lily (który wydawał się na tyle realistyczny, by nas fajnie zmylić) oraz scena turniejowa Jamesa (której wstępny motyw wydawał się lekko zerżnięty od Rowling i naciągany).
Jeśli już przy ściąganiu pomysłów jesteśmy, to uwierz, Morya, to się bardzo rzuca w oczy. Bardzo, bardzo – czy to moment w turnieju z piciem płynu z misy, czy też z Dorcas i zaklęciem Confundus. To naprawdę denerwujące czytać te same schematy, bo nie dość, że wychodzi mało oryginalnie, to w dodatku jesteś przewidywalna. I znów wygląda to tak, jakbyś nie miała planu na swoje własne opowiadanie, więc zapychasz czym się da. Już nie wiem, co gorsze – oklepane sytuacje z połowy fanfiction potterowskich czy przepisywanie książki. Zerżnięcie od Rowling a trzymanie się kanonu to nie to samo, zapamiętaj.
Lecimy dalej, bo do tej pory praktycznie nic nie zmieniło się na plus, wciąż powtarzasz te same schematy i te same błędy – przy okazji.


Rozdział 51 – Stracony apetyt
Nieraz oberwało Ci się za rozpoczynanie rozdziału od wypowiedzi niewiadomej osoby. Tym razem nie wypadło to aż tak źle. Podkręciłaś dramatyzm, waląc prosto z mostu i skupiając się na wadze słów, a nie konkretnym przypadku (przynajmniej takie odniosłam wrażenie). I w końcu kontynuowałaś uciętą w poprzednim rozdziale scenę, a nie urwałaś jej i nie zaczęłaś od nowego punktu – jak zwykle robiłaś. Względnie dobry początek zepsuło suche pisanie o emocjach, które tradycyjnie mogłoby zastąpić pokazanie ich. Dlaczego spojrzenie Edith było smutne, a próby żałosne? Gdzie jakikolwiek opis przeżyć Syriusza? Przecież musiało się w nim aż gotować od nadmiaru emocji! Podajesz jak w streszczeniu, że już w momencie wypowiadania tych słów zdał sobie sprawę, że nie dostanie odpowiedzi, na jaką liczył, i to wszystko. Jakieś przejawy rozczarowania, wstydu? Niepokój o to, że zniszczył wszystko i nawet nie będą się przyjaźnić jak dawniej? Jednak podoba mi się, że Black skupił się również na odczuciach Path. Umiał odnaleźć w sobie zdolność do empatii i spojrzeć na sytuację z punktu widzenia drugiej strony. To ważne, skoro rzekomo ją kocha (czego do tej pory w żaden sposób nie pokazałaś, jeśli mówimy o romantycznym uczuciu – wykluczając to, że Syriusz mówił o nim reszcie Huncwotów. Nie może być tak, że całe opko opierasz na dialogach).

Odmowa Edith wciąż chyba jeszcze do niego nie dotarła i nawet przez myśl nie przeszły mu ewentualne jej konsekwencje. Jedynym, co czuł, było ogarniające go znużenie. – Tłumaczy co nieco, ale: kłóci się z emocjonalnością Syriusza i gwałtownymi reakcjami, nie pasuje do jego wcześniejszego stwierdzenia o rozpaczliwej i żałosnej rzeczywistości, udowadnia, że znów wolisz iść na łatwiznę i uciec w ekspozycję.

Teraz dopiero poczuł, jak wielkim ciężarem było dla niego ukrywanie swojego uczucia przed Edith i jak bardzo chciał się tego ciężaru pozbyć. Czy to możliwe, że po prostu musiał wyrzucić z siebie ten jeden frazes, a sama odpowiedź Edith mało go obchodziła? – Dlaczego mówisz o tym tak późno? W ogóle dlaczego mówisz, a nie udowadniasz?

Tak, było mu teraz lepiej. – Wspomina o niesieniu ciężaru? Za mało. Pozwól poczuć, że tak właśnie jest. Kamień spadł mu z serca? Nie chciał więcej kłamać? Dzięki temu pozwoli sobie na swobodniejsze zachowywanie się przy Edith? Path już potwierdziła swoją obojętność, więc nie będzie się więcej łudził, żył w niepewności? Ten wątek, a raczej wątek, zarysowałaś tak słabo, że nie wiem, pod jakim kątem powinien być rozpatrywany.

W tej scenie Syriusz był pełen sprzeczności. Ale to taka sytuacja, że możesz wszystko obrócić na swoją korzyść. Zobaczymy, czy się wybronisz. Już sama się pogubiłam, czego Black chce, co przyniosło mu powiedzenie prawdy. To Twoja niekonsekwencja, wynik czytania chaotycznego tekstu czy świadomy zabieg mający coś na celu?
Rozmowa Gryfonek aż mnie zirytowała. Że niby martwią się o Syriusza, rozpad grupy, a potem pogaduszki i ploteczki w starym stylu?

– Potter naprawdę ssie (,) jeżeli chodzi o eliksiry.

Do ciszy nocnej zostało [została] jej jeszcze godzina. – Przecież nikt tu nie zwraca uwagi na takie sprawy. Wszyscy łażą gdzie chcą i o której chcą, a nawet mają gdzieś to, że chodzą nieubrani w środku zimy po błoniach czy bez butów, gdy dopiero padało. Wiem, że łatwiej nie kreować świata przedstawionego, ale jeśli mam datę, domyślam się, jaka pogoda może panować na dworze i uwierz, nie pamiętam, by Twoi bohaterowie owijali się szalikami czy zakładali kurtki poza sceną, gdy Remus przyszedł po rękawiczki do dormitorium Lily.

Gdy tylko wieść o tym incydencie dotarła do Huncwotów, w nagrodę sprawili Duszkowi (jak go pieszczotliwie nazywali) bokserki w podobny wzór. – Od kiedy? Zwali go raczej Irysiem.

Może i był olbrzymim Bułgarem na pozycji obrońcy Ravenclavu, ale chyba mógł się zdobyć na odrobinę delikatności, do cholery! – Co ci biedni Bułgarzy Ci zrobili?

Znów mam déjà vu. Alexa zachowuje się przy Eryku jak Lavender względem Rona w Księciu Półkrwi. Zżynanie od Rowling jest naprawdę coraz bardziej irytujące.

Nic nie biorę już za pewniaka i zdecydowanie piję tylko z zakręconych butelek. – Wiem, że to skrót myślowy, ale głupio brzmi. Jak można pić z zakręconej butelki? Przecież, jak sama nazwa wskazuje, jest ona zamknięta. Chyba chodziło o zakręcanej.

- I podobno jesteś słaby z mugoloznastwa, Fross, a tak dobrze utożsamiasz się z mugolkami z wiejskiej dyskoteki obawiającymi się pigułek gwałtu…


Czyli jednak głupi mugole, zwykli gówniarze, a nie żadni czarodzieje… A mentalnie na poziomie sześciolatka. Tego naprawdę momentami nie da się czytać bez pacnięcia dłonią w czoło.
- Rose i Dorcas nazywają to „mugolsko-rodzinną przypadłością” – wyjaśniła, jak zawsze zapomniawszy o różdżce. – Rozwiązałam największą tajemnicę tego potworka i już rozumiem, co dolega wszystkim bohaterom, którzy bawią się w mugoli! Okazuje się, że nawet nie muszą być mugolakami. Mugolsko-rodzinna przypadłość dopadnie każdego. W Hogwarcie chyba zapanowała epidemia tej choroby.

William rzucił jej zagadkowe spojrzenie, po czym wstał, szepcząc pod nosem kilka nieznanych Lily zaklęć, podczas gdy ona rozlewała herbatę do dwóch wysokich kubków, o których dodaniu nie zapomniały skrzaty. – Dawno, dawno temu za górami, za lasami Lily była zdolną i pilną uczennicą-feministką. Rozumiem: randka, chłopak chce być miły, postarał się, ale Evans znów wychodzi na pustą lalę.

Więc zamiast jakiejś spokojnej kawiarni siedzieli teraz tutaj, otoczeni wyczarowaną przez Williama olbrzymią bańką mydlaną chroniącą ich przed śniegiem, wilgocią i – od niedawna – zimnem, z rozłożonym na trawie kocem w barwach Gryffindoru i koszem pełnym smakołyków. – Mimo wszystko siedzieli na zimnej, wilgotnej ziemi – może w śniegu, może w kałuży (tego nie wiemy, bo po co nam świat przedstawiony), na zwykłym kocu, który powinien być chyba cały mokry. No i nie wiemy, czy w ogóle jest dzień, czy wieczór, ani nawet gdzie znajdują się bohaterowie.

Zeszły tydzień był naprawdę paskudny. Napięcie, które wytworzyło się między Edith a Syriuszem udzieliło się wszystkim, sprawiając, że bez powodu zaczęli chodzić wokół siebie nawzajem na paluszkach. – Do końca wierzyłam, że tym razem nie posłużysz się streszczeniem. Wielka szkoda, że wyszło jak zwykle. No i właściwie dlaczego prywatna sprawa między Path a Blackiem nagle udziela się wszystkim? Gdy Lily dawała setki razy kosza Jamesowi, to tak nie było. Gdy Alicja biegała za Frankiem, a on za nią, ale nie potrafili się skumać przez długi czas – wszystko działo się po staremu. Gdy Britain za pierwszym razem olała Jamesa – nic się nie wydarzyło. Gdy Edith płakała za Włochem, Vanilla za kimśtam z obozu, Rose za… hmm… w sumie, to nie wiem, którego jej faceta wymienić… W każdym razie też nic się nie działo. Więc dlaczego teraz cokolwiek uległo zmianie? Bo co? Bo kiepsko wpleciona w opowieść, przedstawiona intryga miłosna akurat teraz dotyczy wielkiej Mary Sue, Królowej Opcia, i Pierwszego Rozpłodowca z rodziny Blacków, który się w niej kocha? Przecież to nie ma sensu. Rozumiem przyjaźń i zrozumiałabym, gdyby jedna czy dwie postaci miały bóle współczujące – Peter albo Lily, na przykład – ale dlaczego akurat ta sytuacja musi być na tyle wyjątkowa, by wpływać na WSZYSTKICH, a wcześniejsze, tak samo pierdołowate romansiki nie? I w końcu – nie wmówisz mi, że nagle przez cały tydzień wszyscy chodzili jak struci, skoro Evans i tak świetnie bawi się z Williamem, a inne panny zbierają się na ploteczki. Litości. Fabuła swoje, a narrator swoje. W dodatku całą relację Syriusza i Edith po wyznaniu miłości znów streściłaś.

Kiedy jednak Lily zaczęła przyzwyczajać się do tej nowej sytuacji, zrobiło jej się głupio, że ostatnio bez przerwy tak spławia chłopaka. Jakkolwiek nie lubiła się do tego przyznawać przed samą sobą, William intrygował ją swoim zagadkowym uśmiechem i stanowczością swoich wypowiedzi. – Ty najwidoczniej nie lubisz się do tego przyznawać przed czytelnikami.

(„Intrygować” to pełne rezerwy wyrażenie, którego ludzie bystrzy i oziębli jak Lily używają zamiast „podobać się”). – Myślałam, że już się zupełnie pogrążyłaś, jeżeli chodzi o ekspozycję, ale widzę kolejny strzał w kolano. Dla pewności? Uwierz, czytelnik myśli.

Było całkiem miło, rozmowa Lily i Williama jakoś się kleiła, ale musiałaś wyskoczyć z kremowym piwem. Na brodę Merlina, czy nikt w tym opku nie umie spędzić dobrze czasu bez piwa, wódki, wina, innego alkoholu czy czegoś wyskokowego? Jeszcze wizja zbliżającej się imprezy. Rzekomo dawno żadnej nie zorganizowali? Nie tęskniłam. No i kremowe piwo jest bezalkoholowe, ale oczywiście James i Syriusz muszą bawić się w małych chemików i przerabiać trunki. A z eliksirów niby tacy słabi...
Mimochodem wspominasz o Edith, ale zmartwienie Lily jest niewyczuwalne. Suche zdania nie załatwią sprawy.

Kończysz rozdział dogłębną analizą Williama, jakbyś go recenzowała. Znów zwalniasz czytelnika z myślenia, a siebie z kreowania pełnoprawnego bohatera – tak, wiemy już, że go lubisz i faworyzujesz w romantycznie brzmiących opisach, jednak chłopak ani mnie ziębi, ani grzeje, bo istnieje tylko w Twojej głowie. Nie ma w nim nic indywidualnego, charakterystycznego. Dołącza do tej zlepki Bułgarów nie-Bułgarów (a w Brytanii dziwi go jedynie coś tak istotnego jak smak tamtejszego kremowego piwa) i kolesi latających za którąś z heroin.

Wybaczcie mi, ale jeśli nauczyłam się czegoś z hiszpańskich telenoweli, to tego, że miłość, na którą nie czeka się trzysta odcinków, jest niczego warta. – Złota myśl opka. Pochwaliłabym za dystans, ale mam dość. Może i tego się nauczyłaś, ale w praktyce wychodzi zupełnie odwrotnie. 

Na pocieszenie urządzam konkurs. Kto wymyśli najbardziej bolesną śmierć dla Britain wygra całusa od Syriusza Blacka.
Nie bójcie się ponieść wyobraźni, ta ofiara losu zasługuje na wszystko. – Już po Twoich wcześniejszych dopiskach wiedziałyśmy, że nie lubisz swojej bohaterki, ale ten przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Nie ma w tym nic złego, że niektórych swoich bohaterów lubi się bardziej, innych mniej, ale mam wrażenie, że Twoje odczucia mocno wpływają na fabułę. Britain jest dziewczyną jednego z głównych bohaterów, a powoli znika z opowiadania. Ostatni raz czytałam o niej, gdy Lily zobaczyła w oddali, jak podbiegała do Jamesa po turnieju, wcześniej… hmm… nie pamiętam! A wyobraź sobie, że istnieją czytelnicy, którzy ją lubią i jeżeli postać pełniąca dość ważne stanowisko po prostu sobie znika bez konkretnej przyczyny fabularnej, to robisz im na złość i wzbudzasz niechęć. Czuć, że unikasz kreacji Britain jak ognia i olewasz sceny z nią, zapominasz o jej obecności, a przecież dałaś jej bardzo ważną rolę do odegrania. W takim razie trzeba było w ogóle jej nie wprowadzać i olać wątek miłosny z Jamesem – przynajmniej jedną absurdalną kwestię mielibyśmy z głowy.
Ciekawe czy Snape też zniknął z opowiadania z tego samego powodu? I Peter? I Marquerite? Chlorissa? Violette? Antoine? Chłopaczki, których nie pamiętam – tamci ze Slytherinu? Ich też już nie lubisz?


Rozdział 52 – Studium niecywilizowanego małpiszona
Eryk przeciągnął się na swoim łóżku, prostując obolałe po treningu kończyny.
- Czy to czasem nie z deka nienormalne odczuwać przyjemność z powodu bólu kręgosłupa? – usłyszał i momentalnie obrócił głowę w kierunku wejścia do dormitorium. W drzwiach stała Edith, uśmiechając się od ucha do ucha. Eryk zmrużył oczy.
– Czyli co? Teraz nie tylko chłopcy wchodzą do dormitoriów dziewcząt, ale również uczniowie paradują po pokojach wspólnych innych domów? To po cholerę hasła i ukryta lokalizacja (tak, większość uczniów nie znało dokładnego położenia innych pokojów wspólnych)?

Path roześmiała się i przeszła przez pokój, rzucając się na łóżko nieobecnego Henry’ego Fieldsa. Henry był średniego wzrostu, piegowatym współlokatorem Frossa, o niezwykle urzekającym charakterze, którą [którego] cechowała zabawna, żartobliwa nieśmiałość. Eryk był święcie przekonany, że podkochuje się w Edith. – Piegi Frossa są teraz rzeczywiście bardzo istotne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to postać wymyślona na potrzebę tego akapitu i podreperowania ego Edith, no chyba że kolejnych wydarzeń, ale wątpię. Ciekawe, kiedy ziomeczek zniknie?
Poza tym dlaczego wszyscy tutaj muszą mieć w sobie coś niezwykle urzekającego i być poniekąd zabawni? Oraz czy może mi ktoś wyjaśnić, jak wygląda żartobliwa nieśmiałość?

- Zostawiłeś go w Wieży – wytłumaczyła, wciąż chichocząc, a Eryk odetchnął z ulgą. W jakiej Wieży? Jest w Hogwarcie takie miejsce, które nazywa się Wieża? Bo że każda wieża zamku miała swoją nazwę (a jest ich ponad dziesięć), to wiemy, ale takiej, jaką podałaś, nie pamiętam. Może chodzi o Wieżę Gryffindoru? Co w takim razie Krukon robił u Gryfonów?

- Brzmisz bardzo głęboko w taki naiwny sposób, wiesz? – rzuciła.
- Jak dojrzała czternastka? – upewnił się.
- Właśnie tak – uśmiechnęła się.
Twoi bohaterowie mają po szesnaście lat, Morya. Czy będąc w takim wieku, porównywałaś niedojrzałość innych do wieku zaledwie DWA LATA młodszego? To przecież tak nie działa, to prawie tak, jakby obrażali samych siebie (a sama Britain ma piętnaście lat!). Twoje postaci zachowują się, jakby pozjadały wszystkie rozumy i w życiu widziały już wszystko, o samym życiu wiedziały już wszystko… Przewracam oczami, gdy czytam takie farmazony pustych szczyli, a przecież nie taka powinna być moja reakcja, prawda?

Jestem zdziwiona, że Edith rozmawia z Erykiem o jego uczuciach, nic o nich nie wiedząc. A czy przypadkiem to nie ona wcześniej mówiła Dorcas o tym, że planowała z Erykiem jakąś tam superromantyczną niespodziankę-weekend, aby Fross mógł pobyć sam z hmm… właściwie jak ma Dorcas na nazwisko? I teraz wygląda to tak, jakby uczucia Eryka stały się nagle jakąś wielką tajemnicą, której nie można nikomu zdradzić (chyba że nie chodzi już o Dorcas, a jakąś inną pannę?).
Albo to ja coś pomieszałam, albo to Ty zapominasz o tym, co pisałaś chwilę temu (obie wersje są prawdopodobne – masz 64 rozdziały opowiadania, które tworzyłaś ładnych kilka lat). W każdym razie przez ostatnie notki nie dzieje się nic poza rozmówkami damsko-męskimi o uczuciach (ewentualnie damsko-damskimi, bo ploteczki), więc łatwo o czymś zapomnieć, coś pomieszać, coś pominąć. Kwestię bohaterów, których wciąż mieszam, albo wątki, w których się gubię, mogłyby wyjaśnić Twoje komentarze pod rozdziałami albo zakładka Podsumowania, ale nie mam zamiaru już z nich korzystać. Nie po to się pisze opowiadanie, aby potem tworzyć do niego jakieś wyjaśnienia i ułatwiacze, bo pierwotna wersja to kaszana, której nie da się czytać i nie chce się poprawiać.
Dochodzę do wniosku, że gdyby nie dialogi i jakieś kanoniczne ochłapy, nie mogłabym powiedzieć praktycznie nic o żadnym z bohaterów. Gdy myślę – przykładowo – o Eryku, to nie wyobrażam sobie go jako człowieka myślącego i działającego, tylko przypominam sobie, co ktoś kiedyś o nim powiedział. Ewentualnie pamiętam to, że chłopak śmieje się tułowiem i ma długie nogi, skrzyżowane, jakby chciało mu się siku. Ale wynikało to też z myśli Lily, więc nadal mówimy o poznawaniu bohaterów nie poprzez sceny, a poprzez to, jakie wrażenie robią na innych postaciach.

- Cóż, Lily – mruknął James, wlewając do swojego kociołka fiolkę jakiegoś czarnego, kleistego płynu. (...)
– Czekaj. Co ty tam przed chwilą wlałeś? – przypomniała sobie nagle.
- Ja? Krew żaby afrykańskiej – oznajmił jak gdyby nigdy nic.
– Narrator wszechwiedzący nie ma pojęcia, co wlał James, a on sam doskonale o tym wie? Serio?

Aż się uśmiechnęłam, gdy przez chwilę Lily była Lily. Przyglądałam się temu z takim zafascynowaniem jak sam Slughorn. Tylko znów karmisz mnie sprzecznymi informacjami. Evans mówi, że amortencja jest zakazana i śmieje się, że nie wyszła Jamesowi, a nauczyciel zaraz potem wesoło oznajmia, że za tydzień uczniowie będą sobie robić pod nią wywar… WUT?

- Lily… kwiatuszku mój ty najulubieńszy, słyszałem, że wspaniale poradziłaś dzisiaj sobie na eliksirach – oznajmił radośnie Syriusz, przysiadając się do niej na transmutacji i bez pytania rzucając swoje książki na ławkę, przy której zazwyczaj siedziała Rose. – Po co Syriusz pyta, skoro są razem w klasie i powinien być przy tej sytuacji?

- Jeszcze raz ktoś mi dokuczy z tego powodu – wysyczała przez zaciśnięte zęby Lily. – Jeszcze raz, a słowo daję, poczęstuje go czymś o wiele gorszym niż eliksir zakochania. – Ale Jamesowi to fajnie się dokuczało przed turniejem, w Wielkiej Sali. Co ty na to, Lily?

Jeżeli w ogóle można nazwać rozmową sytuację, w której jedna ze stron rzuca maksymalnie dwa słowa na minutę. – Przecież w poprzednim rozdziale rozmawiali ze sobą normalnie, pili piwko… O co jej chodzi? Widzi problem, którego nie ma.

- Kto ci powiedział? – przerwała mu Lily.
- No cóż, najpierw powiedział coś takiego Jamesowi, ale tak pół na pół, a teraz jeszcze podobno potwierdził, co prawda bardziej na gesty i zachowanie, ale za to mistrzyni w wykrywaniu sekretów Edith.
- Edith? – zdziwiła się. – I ona mi nic nie powiedziała?
- To naprawdę niezdrowe, to, w jaki sposób krążą między wami informacje – uśmiechnął się Syriusz.
– Tak, mnie również przeraża to, że nikt w tym towarzystwie nie jest w stanie dotrzymać tajemnicy, więc tak naprawdę nikomu nie można ufać. To tytułowanie każdego przyjacielem zaczyna być chyba nieco… niezręczne dla niektórych bohaterów.

- Powołując się na prawo Dorcas Colins (,) wzywam cię do odpowiedzialności, Black. – Dlaczego akurat Dorcas? Nie rozumiem, ale przynajmniej przypomniałaś mi jej nazwisko.

Ostatnio tak bardzo próbujesz się wkraść w moje łaski – sprzedaj mi jakąś porządną plotkę, zanim pojawi się McGoaggal. – Literówka każdemu się zdarzy, ale ciekawi mnie, jak jeszcze napiszesz to nazwisko.


- Jestem Syriusz Black – rzucił z nadętością tak prawdziwego amanta, że mimo wszystkich wyznawanych przez siebie wartości Lily nie mogła się nie roześmiać. – Od kiedy Lily wyznaje tu jakiekolwiek wartości? I co to ma do całej sytuacji?
Ja będę czytać Vogue’a na pętlach, a wy załatwicie ich w pięć minut, mam rację? – Po tych pięćdziesięciu rozdziałach wciąż zadaję sobie pytania, po co zdecydowałaś się na potterowskie opko. Wiesz, co to są mieszane uczucia? Kiedy cieszę się, że wybrałaś akurat czasopismo, które było już wydawane w tamtych czasach, ale uważam za głupotę podrzucać im gazetkę ze Stanów, kiedy w latach siedemdziesiątych w Brytanii panowały realia kompletnie niepasujące do nastolatków (a właściwie chłopców, bo mowa o Eryku) kupujących gazetki z ciuszkami i mówiących o nich tak, jakby wszyscy dookoła kojarzyli nazwy i tematykę owych gazetek. Nawet jeżeli gazetka była już wydawana w UK, to naprawdę wątpię, aby wpisała się w tamtą popkulturę. I to jeszcze wśród czarodziejów.
W rozmowie z Erykiem biorą udział bohaterowie, których zaledwie kojarzę, bo raz się gdzieś tam wcześniej przewinęli (Skoia ich kompletnie nie pamięta), a ty rzucasz samymi nazwiskami i funkcjami:
Z szerokim uśmiechem wślizgnął się na wolne miejsce obok Clarka Moodneya, kapitana drużyny (...).
- Liczą na naszą przegraną, Fross – podpowiedział mu Torberg, ich stary, kontuzjowany szukający (...).
– Po prostu złap znicza, Bones, a ja zatroszczę się o resztę.

Zaraz za nim nowa zdobycz Ravenclavu, Cornelius Bones, zastępujący Gordona na pozycji szukającego. Powodzenia z tłuczkami przy takiej budowie ciała…
- No cóż, nie wszystkim szukającym dane łączyć w sobie muskulaturę, powab i zręczność – oznajmił skromnie siedzący na trybunach James Potter i zmęczony swoją wielkodusznością ziewnął, zakrywając usta zielonym szalikiem z logiem Slytherinu.
Logiem to potoczna odmiana. Generalnie nie zaleca się odmieniać tego słowa.
Własnie szukający zazwyczaj byli niscy, drobni, sprytni i zwinni. Muskulatura była im zbędna, więc komentarz Jamesa jest bez sensu. Poza tym kibicowanie Slytherinowi przez Gryfonów to chyba szczyt wszystkiego. W czasach, gdy potęga Czarnego Pana rośnie, Ślizgoni (którzy, swoją drogą, w ogóle się nie wychylają, a powinni!) przechodzą powoli na ciemną stronę w masowych ilościach, a nienawiść między domami pogłębia się, mają wsparcie w Gryfonach! Nawet jeśli Gryffindor liczy na puchar, nie potrafię tego zaakceptować. Gryfoni powinni olać rozgrywki i mieć swój honor. No ale cóż...

Dalej, Goyle, oddaj Hockerowi tę pałkę (,) a nie wywijasz jak niepełnosprawna ośmiornica… nie [wielką literą] no, pani profesor, przecież mogłem go nazwać wieprzem (,) a nie zrobiłem tego (...). – I znów niebezpiecznie używać nazwisk osób, które nie wiadomo, w którym roku się urodziły. W tym przypadku Goyle senior mógł być w wieku Jamesa Pottera, jednak nie ryzykowałabym. Ale skoro odmładzasz Lucjusza Malfoya, to chyba wszystko Ci jedno, nie?

Trybuny na chwilę zamarły, po czym ożyły nie do końca poważnymi owacjami ku czci Eryka Frossa, krukońskiego obrońcy (...). – Przecież dobrze wiemy, kim on jest. Nie musisz znów przedstawiać nam jego funkcji.

(...) Eryka Frossa, krukońskiego obrońcy, który chyba jako pierwszy w historii qudditcha obroniwszy strzał czubkiem prawej stopy, z przyzwyczajenia chyba lewą nogą odruchowo wykopał pędzący w jego kierunku tłuczek. – Wydaje mi się, że Eryk powinien mieć połamane palce u prawej stopy (w końcu uderzył kafla czubkiem!) i złamaną lewą. Tłuczki to nie zabawki!
Fajnie, że tym razem mecz wyglądał inaczej niż wcześniej, choć wydaje mi się, że dałaś mniej opisów i wydawał się krótszy. Mimo wszystko postarałaś się, brawo.

- Pobijesz dziewczynę? – zdziwił się Gordon.
- ANDY HIGGS TO DZIEWCZYNA?! – wykrzyknął w przerażeniu Eryk. (...)
- No dobra, wiedziałem, że Andy to dziewczyna – wyznał w końcu Fross. – Ale totalnie was miałem. Jak na widelcu. – Serio Fross myślał, że żarty na temat płci będą śmieszne? To jest żałosne. Ile on ma lat, by bawić się w takie rzeczy i najeżdżać na jakąś dziewczynę tylko dlatego, że... jest dziewczyną. I w dodatku skopała mu dupę w czasie meczu.

- Potter, wypierdalaj z tym! – zdenerwował się już nie na żarty Krukon i chcąc odepchnąć trofeum od swoich ust (,) szarpnął w górę zranioną, prawą rękę. – Nie no, co Ty. Jak mogłabym pomyśleć, że tak ostra wypowiedź okraszona wykrzyknikiem, w zaistniałej w scenie sytuacji mogłaby być na żarty?

Podbiegła do łóżka Eryka i w geście głębokiej troski niemożliwie wyklepała jego policzki. – Co zrobiła? Przecież twarz Eryka była zmasakrowana!
A w ogóle, skoro Eryk ma połamane obie nogi, zwichniętą rękę i uszkodzoną twarz, to znaczy, że nie zagra już w quidditcha? Przecież ich szukający został wyrzucony przez połamane żebra, pani Pomfrey w Twoim opowiadaniu jest sierotą, która nie umie czarować, a inni medycy nie istnieją…

Dość ciekawie zakończyłaś mecz, a z uzyskaniem takiego, a nie innego wyniku, trochę mnie zaskoczyłaś. W pewnym momencie byłam pewna, że Bones nie zdobędzie znicza i jest prawdziwą ciamajdą, lecz pod koniec domyśliłam się, że pewnie zrobił wszystkim małą niespodziankę. I nawet przyjemnie czytało się ostatnią scenę. Poza tym Eryk trochę mi zaimponował, że potrafił pogodzić się z porażką i nie poddawał się do końca. Nie wyidealizowałaś go, bo przecież dostał łomot, ale też nie zrobiłaś z niego zazdrosnego nieszczęśnika. No i nie był również obojętny, bo przecież zdenerwował się na Jamesa i Edith. Koniec końców jego zachowanie w tym rozdziale spisuję na plus.


Rozdział 53 – Kwiaty we włosach, bulwy we włosach
Popracuj nad interlinią w tym rozdziale, bo całość wydaje się mocno zbitą ścianą tekstu, która odstrasza.
Widzę, że okres, kiedy wszyscy przejmowali się Edith i Syriuszem, już minął. Po co była wtedy więc ta dramaturgia? Zaczęłaś tak, jakby to miało być coś, o dziwo, poważnego, a skończyło się jak zawsze. Jeżeli zamierzałaś odpuścić i skupić się na lekkich sprawach, po co wyjeżdżałaś od razu z kocham cię?

- Dlaczego on zawsze musi być taki pewny siebie? – jęknęła Rose, obserwując Bartona, który właśnie udzielał wywiadu do „Czarownicy”. – Słowo daję, za chwilę mu przecież pęknie pierś od tego nadymania się. – To niech się taki Barton wreszcie jakoś zachowa, pokaże z  którejkolwiek strony, potwierdzi poprzednie tezy, bo ekspozycje w dialogach wychodzą mi już uszami. No i Rose, jako dziewczyna Bartona, powinna mówić mu to w twarz, a nie obgadywać za plecami z koleżankami.

Edith roześmiała się głośno i Dorcas w końcu jako tako się uśmiechnęła, ale tylko na chwilę, bo na jej usta szybko z powrotem wpełzł niezadowolony grymas. – Pokaż mi grymas zadowolenia.

– Żartujesz sobie? Te złośliwe uśmieszki i dwa słowa na minutę? Przecież on wobec mnie… był taki grzeczny, pamiętasz? – Lily rozmawia z Alicją o Williamie, a ta druga używa DOKŁADNIE takich samych słów określających Williama, których użyła Evans w swoich własnych myślach, rozdział temu. Przypadek?
Poza tym tak zupełnie serio, skąd one biorą te wnioski o chłopaku? Przecież on wcale taki nie jest. Tylko bohaterowie i narrator mnie o tym zapewniają, a fabuła – wprost przeciwnie.

Mam ochotę przescrollować całą rozmowę w skrzydle szpitalnym. Nic się nie dzieje, umieram z nudów. Nawet dialogi niczego już nie wnoszą… Ciągły humor na niskim poziomie potrafi być męczący. Zwłaszcza że każda postać jest tak samo zabawna, że aż się niedobrze robi. Najdziwniejsze, że Dorcas teraz przychodzi sobie do połamanego Eryka, a przed samym meczem chyba udawała, że go nie widzi… była przecież i taka akcja. Trudno mi zdefiniować już nie tylko (aż?), kim są Twoje postaci, ale nawet to, czego tak naprawdę chcą. No i Eryk też podobno nie kochał już Collins, a teraz się podobno na nią gapi (i to w jakimś równoległym wszechświecie, do którego Potter ma widocznie dostęp). Nie nadążam, serio. Nawet już nie chcę się wysilać i próbować.

- Taa – mruknęła Dorcas, ostentacyjnie przeżuwając swoją malinową gumę. Wracamy do ostentacyjnego żucia gumy? Tym razem Dorcas?

- Nogi na stałe powyrywane ze stawów, kostki przekręcone o 540 stopni – wielki balon z gumy pękł z ostentacyjnym hukiem między zdaniami Dorcas. – Takie tam. Czy ona nie zachowuje się bezczelnie? Według mnie tak. No i te pięćset czterdzieści wcale nie jest śmieszne, ale na pewno źle zapisane.

– Pani Pomfrey powiedziała, że sklejanie nóg zajmie trzy dni.
- Co? – zdziwił się James. – Mi składa kości w przeciągu dwóch godzin.
Ile? Trzy dni to za długo, a James wcale nie miał sklejanych kości przez dwie godziny, bo marudził i narzekał dłużej. Albo źle to przedstawiłaś.

– Powiedz mi lepiej, co ty tu robisz całymi dniami? – Całymi dniami? To ile czasu Fross już leży w szpitalu? Trzy dni mają go składać… Jeszcze nie zaczęli? Co Ty robisz z Pomfrey?!

– Zgadnij, kto zagadnął mnie ostatnio o stan twojego zdrowia i numer sali w Skrzydle Szpitalnym? Tam nie ma numerów sali, bo to jedna wielka sala.

Kiedy ta prosta terapia zaczęła odnosić pierwsze skutki, Path powoli skierowała rozmowę na inne tematy i następne pół godziny spędzili na dokładnym opisaniu choremu przebiegu ostatnich kilku dni, wraz z bezcennym wywiadem Jamesa, który nawet w nim samym zaczynał powoli budzić zażenowanie. Kilku dni? Serio? To jest nienormalne, żeby przez taki czas Pomfrey nie wyleczyła Frossa. Mogła co najwyżej zostawić go na obserwację na parę dni, ale nie wierzę, że nie wyleczyła jeszcze złamań.

Kiedyś zdarzało się, że chciało Ci się oddzielać sceny gwiazdkami, ale teraz po prostu wciskasz dwa entery. Przy tak niewielkiej interlinii to naprawdę źle robi oczom. Jak mamy traktować opowiadanie na poważnie, skoro Ty go tak najwyraźniej nie traktujesz?

James skrzywił się lekko i pokiwał głową ze smutnym zrozumieniem. – Kiwanie ze smutnym zrozumieniem. Smutek w oczach, zrozumienie w oczach. Wzruszenie ze zrozumieniem, wzruszeniem ze smutkiem. Sucho, wody. Jak sobie to mamy wyobrazić? Jeszcze prostszej opcji nie było?

Na łóżku obok chrapał Peter. Syriusz nie mógł powstrzymać ogarniającej jego umysł zazdrości w stosunku do tego niskiego, mało zdolnego faceta, którego jeszcze dwa lata temu uważał za bardziej służącego niż przyjaciela, a który teraz epatował spokojem, radością i uszczypliwym poczuciem humoru, które zupełnie pogrążało Syriusza. I kto by kiedyś pomyślał, że to teraz Peter będzie mu dogryzać, Peter będzie spokojnie sypiać po nocach, Peter będzie… – O, Peter jednak żyje, nie wyparował, ale całe opko smacznie sobie najwyraźniej gdzieś przesypia. Syriusz znów wyciąga o nim wnioski nie wiadomo skąd – podobno Peter się zmienia i dokucza Blackowi. Mhm, jasne. Chyba tylko przez sen, gdy narrator nie patrzy. Jednak nie pozostawiasz złudzeń, pokazując, że Peter się nie liczy:
Ale powinnaś troszkę się uspokoić, Ruda, ja tam nigdy nie martwiłem się ani o Jamesa ani Remusa i patrz, w jakiej jestem formie. – Porwałaś się na fanfiction o Huncwotach. Chcesz tego czy nie, Pettigrew to jeden z nich. Nie mają znaczenia jego czyny z przyszłości. Zupełnie nie potrafisz wyobrazić sobie Glizdogona za szkolnych czasów, gdy chłopcy naprawdę wiele dla niego znaczyli.

- Czekamy na was – odparł Black. – A… – wychylił się, by lepiej upewnić. – William? Co tu robi William?
- Wyskoczył razem z nami – wyjaśnił James. – Ale teraz nie może wrócić na swój statek. Przenocuje u Franka.
Właśnie, co robi z nimi William?! Zabiłaś kanon. Po raz n-ty. I nie dajesz mu nawet powstać z martwych.

Scena, w której Lily ucieka do dormitorium, bo ekipa przyprowadza Williama, jest bardzo sztuczna. Evans przedkłada własne, mocno pokomplikowane (nie wiadomo dlaczego) uczucie nad zamartwianie się o przyjaciółki, na dodatek odstawia przy wszystkich drama queen, wychodząc, mimo że przecież lubi Williama i chętnie spędza z nim czas, wypytuje innych o niego. Do licha, czy wszyscy muszą tutaj mieć kłopociki z własnymi uczuciami, jakby te były jakimiś ogromnymi udrękami na skalę końca świata? Czy nikt nie może po prostu zachowywać się naturalnie? Nie od dziś wiadomo, że młodzież ma skłonności do dramatyzowania i nieradzenia sobie z pierwszymi miłostkami, ale przesadzasz – bo u Ciebie to dotyczy wszystkich bohaterów. Twoje postaci szukają dziury w całym. Choćby Lily – podoba jej się William, a ona dramatyzuje, bo tak. Bez powodu. Jak mamy brać ją na serio?

- Fross! Black! Co tam się dzieje?! – zawołała w kierunku nadal pojedynkujących się profesor Sprout, która nie widziała takiego zoo w szklarni od kiedy Peter wpuścił Jamesowi w spodnie sklątkę tylnowybuchową. – Ups, skucha. Sklątka to skrzyżowanie mantykory z krabem ognistym, a wyhodował ją Hagrid dopiero w 1995 roku na potrzeby Turnieju Trójmagicznego. Wcześniej nie istniały.

Przez całą nic nie wnoszącą scenę zajęć w cieplarni zastanawiałam się, gdzie podziała się profesor Sprout, że uczniowie zachowują się jak w jakimś buszu. Każdy robi co chce i wydziera, za przeproszeniem, mordę. Czy dlatego Remusowi potrzebne były ochraniacze na uszy – aby nie słuchać odgłosów zdziczałej młodzieży – czy raczej to same bulwy wrzeszczały tak samo, jak mandragory znane nam z drugiej części serii o Harrym Potterze (znów zrzynka?)? Bo chyba zapomniałaś o tym wspomnieć, poza tym nikomu innemu ich odgłosy raczej nie przeszkadzały... I dlaczego w ogóle szesnastolatkowie zajmują się właśnie takimi zadaniami jak drugoklasiści? Nawet reagują tak samo jak tamci czarodzieje z Komnaty Tajemnic. Że głupie, bez sensu, idiotyczne buntujące się roślinki. Na eliksiry też narzekają. Zbieg okoliczności?

Na Merlina, pomocy! – dodała (...). – Zgubiłaś pierwszy myślnik dialogowy.

- Przecież mówiłem ci, że jestem dobry z zielarstwa.
- Myślałam, że żartujesz.
- Bo jestem z Durmstrangu? – Polać mu.
Zresztą Lily, która nie wie takich rzeczy? Przecież to nie Lily…

Mimo to podobała mi się końcówka tego zamieszania. Zaśmiałam się pod nosem – bardzo fajne rozwiązanie. Ciekawe, jak to się skończy. W końcu jakaś ociupinka Hogwartu. Szkoda tylko, że scena jakaś taka trochę znana, jakby nie Twoja… Nie sądzisz czasem, że jest coś smutnego w tym, że cieszę się jakąkolwiek nutą potterowskiego klimatu, bo na wiele nie mogę liczyć?
Mam nieodparte wrażenie, że coraz częściej piszesz o swoich OC, zamiast skupiać się na kanonicznych bohaterach. Skoro ich nie potrzebujesz, nie chcesz też świata przedstawionego, to czemu piszesz fanfika potterowskiego?


Rozdział 54 – Grupowy paraliż
Od dawna nie byłam aż tak niezadowolona z rozdziału, no ale co tam. Ech. – No tak, w sumie ostatnie narzekaństwo miało miejsce w 49 rozdziale, a wcześniej w 45. Więc właściwie racja, minęło trochę czasu…

Takie tam rozpychacze bloga też muszą istnieć.


- Moje relacje z Jamesem stają się coraz bardziej oziębłe – poskarżyła się Dorcas, rozkładając się na kanapie i przerzucając stopy przez kolana Remusa. – Masuj! – rozkazała po chwili zastanowienia. – Hah! Jakby kiedykolwiek były jakieś superciepłe! (Gdyby były jakiekolwiek kiedykolwiek…) Znów coś przegapiłam? I jak to jest przerzucić stopy przez kolana?
Dorcas zachowuje się jak Edith. Gdyby nie imiona, to przestałabym je rozróżniać.
Poza tym wyczuwam, że ta scena za chwilę negatywnie wpłynie na obecność Britain w opowiadaniu. Szkoda, bo dziewczyna nie zrobiła nigdy niczego złego (właściwie od dawna nie zrobiła niczego, ale przecież tylko jej wina, że autorka jej nie lubi), a teraz nagle Dorcas wiesza na niej psy. Bez powodu. Bo tak. Bo podobno Britain ciągle się mizdrzy do Jamesa… Hmm, szkoda, że nikt nie zarzucił tego wcześniej Rose, Vanilli albo Alicji, gdy faktycznie zachowywały się, jakby miały kisiel w majtkach na widok swoich facetów (poprawka: Rose na widok tych wolnych, a Vanilla – zajętych), a nagle zarzuca się coś takiego Britain, która w ogóle nie występuje w opowiadaniu.

- No bo przynajmniej stanowią jakąś tam rozrywkę, prawda? A nie tylko to smęcenie, to ciągłe jęczenie i płakanie po kątach… Akurat Britain straciła rodziców i rzeczywiście na początku może trochę taka była, ale wtedy Dorcas nie przebywała w szkole, a gdy poznała Brit, dziewczyna się nieco zmieniła. Skąd więc wnioski?

– Opowiada te swoje pożal się Boże historie z piątej klasy, jedna nudniejsza od drugiej… ty, nie przewracaj oczami… Powiedziała szóstoklasistka...

Absurd:
- Nie. Tak mnie to irytuje, że ona kręci się w naszym towarzystwie, snuje od jednej osoby do drugiej, żeruje na ludzkich wyrzutach sumienia, o syriuszowych już nawet nie wspominając (...). – Czuję się perfidnie okłamywana. Z żeruje na ludzkich wyrzutach sumienia to poleciałaś. Już nieśmieszne, ale żałosne. Nasze bohatereczki tak się na wszystkich skarżą, a same są najgorsze.

– Po prostu nie umie zwyczajnie … kurde. Każde jej słowo brzmi jak… jak jakieś…
- Wołanie o cholerną pomoc – dokończył znudzonym tonem Remus, po czym zreflektował się szybko i przyjął zupełnie obojętny grymas. (...)
- No dobrze, nie znoszę jej – przyznał niezadowolony.
I nawet Remus? On i jego moralny (he, he) kręgosłup, i jego przyjaźń z Jamesem, i jego rozum i poczucie godności, i bycie fair wobec najbliższych? On też, w całej swojej osobie, przeciwko Britain?! DLACZEGO?! Przecież dziewczyna nic nikomu nie zrobiła, nie prosiła o żadną pomoc, w ogóle zniknęła z historii, nigdy nie kupiła Jamesowi żadnej zapachowej świeczki! Mam dość poznawania Twoich postaci i dowiadywania się o fabule tylko i wyłącznie POPRZEZ DIALOGI!
No po prostu nie wierzę, że Remus nienawidzi Britain. Nawet, jeśli kupiła tę zapachową świeczkę i dormitorium Huncwotów śmierdzi różami.


Może oprócz tego, że jeszcze jest tak żałosna z Obrony przed Czarną Magią, że moi dwaj najlepsi przyjaciele muszą co weekend udzielać jej korepetycji. – Co mają do tego umiejętności? Merlinie, jak Lunatyk wyśmiewa słabszych, to już koniec świata. Aż nie mogę wydusić z siebie komentarza. Nie umiem podejść do wątku jak do elementu lekkiej, młodzieżowej historyjki. Brniesz dalej w jakieś bagno...

Autentycznie, tak bardzo mi żal Britain. Już nikt nie pamięta zasług quidditchowych, ba! Dziewczyna nie ma prawa obronić się swoim wielowymiarowym charakterem (który posiada!) i pokazać się ze strony postaci z wadami – owszem – ale i postaci z całą gamą zalet takich jak uczynność, pomocniczość, naturalna dobroć? Odkąd zniknęła z opowiadania, zaczęto w nim podkreślać i wywyższać jedynie bezczelność i arogancję jako powody do dumy, a bolączki sercowe młodzieży urosły do wagi problemów trzeciego świata, natomiast prawdziwe zmartwienia życiowe opisywane z perspektywy Britain były realistyczne. Colper to postać złożona i ważna – pomimo że na początku prowadziłaś ją jak jakąś zapchajdziurę, która niewiele wnosiła i faktycznie wydawała się żałosna – i teraz jako bohaterka wyrazista, z różniącym się od innych charakterem, mogłaby zostać za to doceniona, a Ty mogłabyś to wykorzystać na plus opowiadania. Ale nie, lepiej oddać ją bez potrzeby Jamesowi, a po chwili usunąć w cień i wymyślić na poczekaniu jakieś wyimaginowane wady, których nigdy NIE POKAZAŁAŚ SCENĄ, bo nagle naturalna dziewczyna nie pasuje do wianuszka głupiutkiej Edith i paskudnej Dorcas.
Najgorzej, że scena kończy się, gdy Lunatyk mówi:
- Poprę każdy twój pomysł, Dorcas – zreflektował się szybko.
Czyli obiecuje wziąć udział w jej planie pozbycia się Britain/odsunięcia jej z ekipy/odkochania Jamesa. Coś w tym stylu zapowiadasz i w ogóle mi się to nie podoba. Pożegnaliśmy kanonicznego Remusa na zawsze.


Klasycznie. 
Zakończyłaś poprzedni rozdział niezłym twistem, ale zupełnie tego nie wykorzystałaś. Eryk już w szpitalu, w stosunkowo dobrej formie (słabo ukazujesz paraliż, więc jak mam się wczuć?) i musztarda po obiedzie. A mogłaś pokazać reakcje innych, z naciskiem na Sprout, którą lekcja najwyraźniej przerosła. Pokazać zdolności Pomfrey, jakąś mobilizację uczniów, coś w rodzaju paniki, bo tylko nie do ust! zabrzmiało groźnie. To była okazja do połączenia zabawnego i poważnego. Jak jest? Standardowo, czyli sucho, sucho, sucho.

Eryk przewrócił oczami i tradycyjnie już skrzywił się z bólu. – Narrator to buc.

Musisz tak skakać? Zaczynasz jeden wątek, przeskakujesz do drugiego – rzecz jasna z tryliardem bohaterów – coś tam się zawiąże i znów serwujesz nam co innego. Nie, nie urozmaicasz, nie pokazujesz historii z różnych punktów widzenia, nie traktujesz sprawiedliwie tylu głównych bohaterów – kombinujesz jak koń pod górę, przez co dezorientujesz. Subtelna wrząca herbata to niezła baja. William-rycerz na białym koniu już Ci się znudził? Czy scena miała być zabawna? Znajdzie się w opku ktoś niezłośliwy?

Syriusz wstał od stołu i skierował się w stronę siedzącej przy krukońskim stole grupy piątoklasistek, które wysyłały mu do tej pory bardzo znaczące spojrzenia. Jego kolejną i chyba najbardziej oczywistą próbą zapomnienia o swojej nieodwzajemnionej miłości szybko okazało się podrywanie jednej niemądrej dziewczyny po drugiej. Było to bardzo żałosne, okrutne i obustronnie poniżające, ale wszyscy jego przyjaciele byli z niego bardzo dumni. – Nie dość, że to jest tak bardzo źle, dziecinnie i do przewidzenia (przede wszystkim!), to jeszcze, jak zwykle, przedstawienie pozostawia wiele do życzenia. Ostatniej części nawet nie skomentuję.

- Hogsmeade w niedzielę pasuje? – zapytał William, spokojnie sięgając po czekoladowego muffina. Nagle Lily zdało się, że to dziwne, że osoba taka jak on w ogóle lubi słodycze. – Nie mam zielonego pojęcia, o czym myślałaś, pisząc to. A stereotypowo myśląca Evans ssie. I to nie wina Williama, że jest Bułgarem. Poza tym dostałam kolejny dowód na to, że w ich rozmowach Begg wypowiada więcej słów na minutę niż dwa, ale co z tego, skoro Lily pewnie jeszcze nie raz o tym wspomni, nie wiedząc właściwie, czy bardziej ją to podnieca, czy irytuje...

- Nie ma wyjście do Hogsmeade w tym tygodniu – odparła. – Nie ma dobra fabuła.

- Nie jestem raczej osobą, z którą łamie się zasady – powiedziałai wypadło to zaskakująco oschle. – Zjadłaś spację. Do tego słowa Lily nie mają nic wspólnego z opkiem, bo dziewczyna lata bezmyślnie za Huncwotami i dziewczynkami, o Sylwestrze czy innych takich sytuacjach, gdy ekipa balowała (szczególnie w początkowych fazach historii) nie wspominając.

- Masz ze mną jakiś problem, Lily – przerwał jej William i wyraz jego twarzy wskazywał na to, że tym razem nie będzie z niej bezgłośnie drwić ani umyślnie wprawiać w zakłopotanie. – Doczekamy się konkretów? Jaki wyraz twarzy? Dlaczego to i to jest zaskakujące, a to i to przesadzone? Ciągle bawisz się w tego typu określenia.

- Mam ostatnio wrażenie, że czerpiesz jakąś dziwną przyjemność w sprawianiu, bym czuła się niekomfortowo – powiedziała w końcu, zabierając od twarzy ręce i wbijając w niego na wpół oskarżycielski, a na wpół pełen niezrozumienia wzrok. – Na dodatek panna ma paranoję i o wszystkim non stop mówi jak o problemach trzeciego świata. Odnoszę wrażenie, że nieźle pojechałaś z ego Lily. Zachowuje się ona, jakby wszystkim głównie miało zależeć na jej komforcie. Po rozmowie z Willem mam laski totalnie dosyć. Powinna się w jakimś stopniu zrehabilitować dzięki odmowie w związku z Hogsmeade, ale ni stąd, ni zowąd robisz z niej Matkę Teresę, by wyszło, że zawsze postępuje właściwie. A pomijając tę rozmowę, to w ogóle Lily staje się powoli drugą Rose. Jest okropnie niezdecydowana. Wciąż zaczerpuje porad u innych ludzi na temat swojego życia, bo co? Bo niby nie wie, że William jej się podoba? A gdy już zaczyna z nim miło spędzać czas, to nagle coś jej odbija i próbuje szukać na siłę wad w chłopaku, żeby mieć pretekst do tworzenia dramy. Twoja Evans jest nieznośna i to kolejna postać, która sprawia, że czytelnikowi nawet nie jest jej żal.

- Bez pokrycia?! – oburzył się, po czym bez słowa chwycił jednego z leżących na stole gigantycznych lizaków i bezceremonialnie wepchnął go Dorcas prosto w przełyk. Czy Ty wiesz, co to przełyk?


Teoretycznie cieszy mnie jakaś garstka szkolnych zajęć i obowiązków, ale jak mam Cię chwalić, skoro to znów eliksiry. Można odnieść wrażenie, że uczą się tylko ich warzenia. Nasuwają się kolejne skojarzenia z serią o Harrym Potterze. Bezoar (tyle zamienników), eliksiry miłosne (oryginalnie…) – tylko gdzie ten Książę Półkrwi? Za co go tak nie lubisz? Rozumiem, że jak się jest za Jamesem, to Severusa trzeba nienawidzić? Tyle że czytelnik nie musi podzielać Twoich poglądów, sympatii. Odrobinę obiektywizmu, chłodnego spojrzenia na sytuację. Nikt nie każe Ci pisać o tym, co Cię nie interesuje, stawiać na piedestale postaci, za którymi nie przepadasz, jednak skrajny subiektywizm – w trzecioosobówce! – razi. Nie można sobie kogoś ot tak wykosić i oczekiwać, że czytelnik będzie zachwycony, bo pani i władczyni tak zadecydowała. Imperatyw opkowy tak bardzo.

- Co? – wyjąkał James. Wobec szczerego zaskoczenia i sporej dawki przerażenia w jego głosei Lily puściła jego twarz i odwróciła się w kierunku Syriusza. – Głosie.

Ostatnio Lily nareszcie daje się pokazać jako dobra uczennica. Zobaczymy, ile się będziesz w to bawić, bo na coś stałego, naturalnego nie liczę. Niedobrze, że zmieniasz priorytety Evans w zależności od tego, czego w danej chwili potrzebujesz. Ciekawe co wyniknie z kradzieży eliksiru. Byle nie było jak ostatnio, gdy zmarnowałaś potencjał wątku z naszą Śnieżką.


Rozdział 55 – James Potter milczy
Jestem trochę martwa i w pośpiechu, dlatego rozdział jest nieco niedopracowany i dialogi wyszły raczej mało gładko. Postaram się to naprawić jak tylko będę miała chwilkę, póki co zapraszam do zapoznania się z wersją surową, z której jestem nawet zadowolona. – Brak aktualizacji sugeruje, że jeszcze nie poprawiłaś rozdziału pozostawiającego widocznie wiele do życzenia, skoro o tym wspomniałaś. Słusznie myślę? Przy okazji: przecinek po naprawić.

Podoba mi się zrezygnowanie w tym rozdziale z tradycyjnej daty na rzecz odliczania. Na dodatek dzięki takiemu zabiegowi nie pogubimy się przynajmniej w tym, ile bohaterom zostało czasu (zakładając, że wciąż będą chętni szukać winnego).

Syriusz z przerażeniem wcisnął gnojową bombę pod stół, Remus gwiżdżąc niewinnie pod nosem, zakrył podpis „Dorcas Colins” na pisanym właśnie wypracowaniu, Peter ostentacyjnie wydmuchał nos w Mapę Huncwotów, a twarz Jamesa powlekła się trupią bladością.

- Łooojezusmaria pani profesor, przecież tak nie można – odetchnął głęboko James, łapiąc się za wciąż niespokojnie unoszącą się pierś. – Tego nie wytłumaczy nawet mugolsko-rodzinna przypadłość. Potem jeszcze wspominasz o satanistycznych bożkach.

- Daj spokój, Ruda – odezwał się Syriusz.
– Oczywiście, że coś na niego ma, chce go tylko wziąć z zaskoczenia.
Dorcas skrzywiła się dramatycznie.
- To zabrzmiało bardzo źle, Syriusz.
- Wiem – wyszczerzył się szeroko.
– Wiem, Dorcas.
Kolejną minutę wszyscy spędzili próbując nie dopuścić tego obrazu do swoich głów. – Niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu.

Rozmawiałam ostatnio z Marią i Syriuszem o Vanilli. No wiecie, o tym jej małym, choć przechodzącym jej już ostatnio załamaniu nerwowym i depresji. – Brzmi tak, jakby najmniejsze załamanie przechodziło najwolniej. A co się w ogóle dzieje z Marią, że przestała występować samodzielnie i potrzebuje kogoś, kto wypowiada się za nią? Ostatni raz czytałam o niej chyba z trzydzieści rozdziałów temu, jak nie więcej. Vanilli i jej niby-depresji-w-którą-mamy-uwierzyć-na-słowo też nie było z dobrych dziesięć notek.
Wyjątkowo pojawia się natomiast Britain. Britain jako sierotka przedstawiana jest jako piątoklasistka, jakbyśmy jeszcze tego nie wiedzieli, na dodatek robisz z niej ciężkokapującą:
– Syriusz, gdzie masz moją książkę z zielarstwa?
- Cześć Britain – przywitał się grzecznie, unosząc wzrok na stojącą obok piątoklasistkę. – Oddałem ją Alicji, miała coś do przepisania.
- Okej – uśmiechnęła się, po czym zmarszczyła brwi. – Chwila… której Alicji?
W opowiadaniu występuje tylko jedna Alicja, która należy do paczki, więc to pytanie jest kompletnie z dupy. Ciężko mi przyjąć do wiadomości, że Britain tak bardzo nie ogarnia. Właściwie… wcale w to nie wierzę. To nie jest przekonujące. Wcześniej taka nie była.

- Frank Houckson – odparł natychmiast Peter, co spowodowało kolejną lawinę śmiechu. – Pięć minut naszego śpiocha.

Nawet nie odprowadzili Britain wzrokiem. Wszyscy Gryfoni siedzący przy stole, nawet ci, którzy nigdy z nim nie rozmawiali, absolutnie wszyscy wpatrywali się teraz w Jamesa. – Bo tutaj tak jest, że albo wszyscy, albo nikt. A jeszcze jak przy okazji można podkreślić niechęć do bohaterki, której się nie lubi, to juz fogle super, huh?

- Dobra, ja spróbuję – zinterpretował szybko jej wypowiedź Remus i również wziął solidny zamach, tym razem jednak James zatrzymał jego dłoń tuż przed swoją twarzą. – Olaboga. Lunatyk już dawno ómarł, ale nie mogę ot tak patrzeć, jak i on uznaje wymierzenie policzka za idealne rozwiązanie. Aż nie mogę się skupić na całym tym nieszczęściu (?) Jamesa.

- Black, ty psi pomiocie – zapłakał, unosząc palce do krwawiącego nosa i usilnie starając się powstrzymać cisnące się do oczu łzy. – Zły dobór wyzwiska, bo Eryk wyszedł na przyjaciela-wiem-że-jesteś-animagiem.

- Stary, ważysz z dobre sto kilogramów – odparł Syriusz bez cienia winy. – A teraz zajrzyjmy wszyscy do zakładki o bohaterach… Czy pokazany tam Eryk wygląda, jakby mógł ważyć sto kilo?

- Czemu po prostu nie zwyzywasz go po bułgarsku? – zainteresowała się Rose. – Nie wiem, naprawdę, czy masz obsesję na punkcie Bułgarów, ale to już irytujące.

Może się czepiam, ale gdy czytam o złamanym nosie, mam przed oczami biednego Harry’ego z Księcia Półkrwi, którego wybawiła Tonks, na szczęście, bo może wybrałby tak ryzykowną metodę jak Fross. Ewentualnie Malfoy po ciosie Hermiony. Poza tym samodzielne nastawianie nosa w wieku szesnastu lat? Przez czarodzieja? Ręką, nie różdżką? I głupie śmieszki zamiast realnego bólu? Tworzysz sceny nienadające się do wyobrażenia. Wystarczy krótkie Episkey i nos naprawiony.

Eryk podskoczył na swoim miejscu i zupełnie wybałuszył oczy. Zaraz potem z jego nosa znowu trysnęła fontanna krwi.
- Obrzydliwość – skrzywiła się Rose. – Od patrzenia na ciebie mogłabym zostać anorektyczką. – Nie rób z nich nieczułych kretynów, którzy nawiązują do mugolskich (?) chorób. W ogóle cała ta myśl jest mocno od czapy. Gdybyś autentycznie widziała swojego kumpla, któremu dzieją się takie rzeczy, naprawdę powiedziałabyś mu coś takiego? Rety, co za głupia pizda z tej Rose.

Mnóstwo dialogu, wszystko tak się szybko dzieje, a że każda postać wyraża się identycznie, to aż mnie głowa rozbolała. To jeden z nudniejszych rozdziałów. Nic nie idzie w przód, zero akcji, ma miejsce jedynie jakaś daremna paplanina. Widać, że coraz bardziej sobie folgujesz, ale i odpuszczasz – jakbyś stwierdziła, że w sumie pyskate dialogi pisze się najwygodniej i dają one najwięcej frajdy, więc nic innego nie musi już się dziać, a czytelnik i tak w sumie nie będzie narzekał na brak opisów, bo grono czytelnicze masz naprawdę... niewymagające.

- Nie ma mowy – odparła, chowając różdżkę za plecami. – Ja tu tylko jem śniadanie. Serio? Chłopak krwawi świeżo po wyjściu ze szpitala, chyba złamał sobie nos, zaraz zrobi mu się słabo z utraty krwi, a Dorcas mu nie pomoże, bo ona tylko je śniadanie? Co za znieczulica i zero odpowiedzialności! Następna w kolejce po Order Głupiej Pizdy – tuż za Rose.

Wspaniale, ty bułgarski małpiszonie – z szacunkiem pochwalił go Remus. – Zabawne. Ha, ha. Remus. [*]

- Co się tak krzywisz, Syriusz? – zapytała Lily kilka minut później, gdy spóźnieni i zasapani dotarli na Zaklęcia. – Łał, w życiu bym nie przypuszczała, że ktoś o nich pamięta. Jednak stary, dobry porządek trwa – nauczyciele to debile.

Znając życie, na osiemdziesiąt, na dziewięćdziesiąt procent chodzi o któregoś z nich – powiedział, gestem wskazując Jamesa i Syriusza. – Czy wszystko musi się kręcić wokół tej gromadki? Kolejna bezsensowna scena z nijakim żartem Huncwota. Zieeew.

- Proszę unieść różdżki – odezwał się swoim piskliwym głosem profesor. – I powtórzyć za mną: Eneferma. – Takie zaklęcie nie istnieje. Mogłabyś stworzyć nowe na potrzeby opowiadania, ale wprowadź je jakoś, przedstaw, opisz, wysil się. Bo rzucanie nazwą nic nie daje czytelnikowi.

- W przypadku James? – zdziwiła się. Jamesa.

Dobrze, że wspomniałaś, że ćwiczenia w pokonywaniu bogina to powtórka z trzeciej klasy, jednak znów nie mogę pozbyć się wrażenia, że brakuje Ci pomysłów i szukasz ich w potterowskiej serii. Dlaczego boginem Jamesa był dementor? Gdzie i kiedy miał z nim styczność? To był bogin Harry’ego. Zżynasz znów z książki. To robi się nudne. Czy zachowanie Pottera na nieszczęsnej lekcji Obrony Przed Czarną Magią i całe to milczenie ma związek z McGonagall? Kolejna scena jeszcze bardziej to sugeruje. Zarysowuje się interesujący wątek. Wolałabym może, gdyby Potterowi rzeczywiście coś się stało, jednak zapowiedź jakiejś szokującej informacji również wydaje się obiecująca.

- Wiesz, James – powiedział, stając obok niego przy stanowisku. – Twoja dziewczyna pytała mnie dzisiaj, czy jesteś na nią obrażony. Podobno nie odzywasz się do niej od dwóch dni.
Rogacz zmarszczył brwi.
- Jeśli pytasz, co odpowiedziałem – kontynuował Black. – To wygłosiłem zupełnie obszerny monolog o roli głównej kochanki i reszty zwykłych kurtyzan. Kiedy nie możesz się bronić sprostowaniem, życie z tobą jest o wiele zabawniejsze, o królu.
Twarz Jamesa powlekła się purpurą.
– Serio? To poniżanie Britain jest żałosne. Nikt nie powiedział jej, że James oszalał? Masakra.

- Chciałem tylko zapytać… To co pani mu zrobiła – powiedział przyciszonym głosem, po czym przełknął głośno ślinę. – Ja będę następny, prawda? – Wyjątkowo Syriusz mnie rozbawił.

Rose odetchnęła głęboko.
- Chyba zadurzyłam się w Remusie.
Lily otworzyła szeroko oczy.
- Widzisz? – powiedziała Rose. – Nawet nie miałam problemów, żeby to tak po prostu powiedzieć, tak niepoważne mi się to wszystko wydaje.
- Zadurzyłaś się w Remusie?!
- Wiesz, przykładam do tego małą wagę… ale nie musisz od razu tak krzyczeć.
- Przepraszam… ale jak? Jak to się stało?
- Nie wiem – mruknęła i obejrzała się przez ramię. – Po prostu wszystko co robi, jest takie… naturalne, wiesz? Umie być taki ciepły bez wprawiania wszystkich w zakłopotanie. To bardzo rzadkie, nie sądzisz?
Naprawdę? Rose dopiero teraz przypomina sobie o miłości do Remusa? A co z Danielem? A Barton? Ja kompletnie nie rozumiem tej postaci. Była najlepszym charakterem na początku. Wydawała się taka… trudna. A zrobiłaś z niej łatwą panienkę, w dodatku nieczułą i niewierną. Wstyd.
Była względnie ogarnięta przez ostatnie rozdziały (to znaczy… chwilowo była spokojna, bo zamknęła dziób i wycofała się z planu, zniknęła na kilka scen), a tu znowu wzdycha do (ómarłego) Remusa? Swoją drogą, co tak zawzięcie trzyma Daniela z dala od akcji? Śpi z Peterem w jednym małżeńskim łożu czy cuś? Bo że do śmierciożerców już nie wrócimy, to oczywiste – jakoś się z tym pogodziłyśmy.

– Ale pamiętasz jeszcze, że masz chłopaka, prawda?
- Jak mogłabym zapomnieć? – prychnęła. – Widzisz? Irytacja. Czy to naprawdę pierwsze uczucie, które powinno mnie dopadać, kiedy ktoś go wspomina?
- Myślałam, że układa wam się coraz lepiej, Rose.
- Coraz lepiej? Czy to nie mówi samo za siebie? – westchnęła. – Od początku go nie lubiłam, Lily. Nie lubiłam tego jego mocnego kroku, tego zarozumiałego uśmiechu. Nawet ta pewność siebie, którą w końcu mnie do siebie przekonał, ma dla mnie jakiś urok tylko od czasu do czasu. A z Remusem wszystko jest takie… inne. Jest pewny siebie w bardziej dorosły sposób, bez prężenia muskułów, całego tego popisywania się na miotle i rzucania zaklęciami w sprowadzone z najdalszych zakamarków świata krwiożercze gady.


I nie jest sobą, dodajmy. To po cholerę Rose jest z Bartonem, wytłumacz mi? Daniela olała momentalnie, a widać było, że to coś poważniejszego, więc powiedz, co trzyma ją tym razem? Przecież za trzy miesiące Barton wróci do Bułgarii i będzie dzieliło ich pół Europy. Nad czym ona się zastanawia?! A Remus? Powinna sobie odpuścić, nie sądzisz? Bo on wcale nie jest taki, jakim go Wing opisuje. Jest wredny, cyniczny, arogancki i szczeniacki. I nie jest Remusem, którego znamy. Nie mówiąc o jego pokorności. A co się stało z wilkołactwem? Zapomniałaś o tym totalnie.

Przed oczami Rose pojawił się obraz pokrytej bliznami twarz [+y] Daniela, jego próby złapania głębszego oddechu i nienaturalnie dojrzały grymas na buzi jego małej siostry. – Plus za jakiekolwiek wspomnienie chłopaka. Ale jakiś wniosek, wyrzuty sumienia, wyjaśnienia? Rose ma już wszystko gdzieś, bo dała hajs jego rodzinie? To ma wszystko załatwić? Litości!

- Są naprawdę gorsze rzeczy.
- Dla ciebie? – roześmiała się Lily. – Co dla ciebie może oznaczać za problem większy niż miłosne rozterki? – W Twoim opowiadaniu miłosne rozterki bohaterów są najważniejsze i nie ma nic straszniejszego niż załamania z powodu miłości. Romanse są przedkładane nad śmierć rodziców Britain, porwanie Daniela czy niebezpieczny turniej. To chyba dość dziwny system wartości, nie sądzisz?

Gdyby którykolwiek z nas nie jadł nic przez tydzień, poleciałaby nam ślinka na widok owczych oczu z wątróbką podanych w koszu na pranie Severusa Snape’a. – To rozdział wielkich dialogowych powrotów?
W jakimś sensie jest to zabawne, gdy ktoś określa coś jako typowe dla Edith, a ja, czytelnik, nie mogę się do tego w żadnym stopniu odnieść, bo wszystko wciąż opiera się na tym, co bohaterowie mówią.

- Nie odzywałeś się cały dzień, zaczynaliśmy się o ciebie martwić!
- Rose obstawiła pół galeona, że ktoś jednak próbował cię zmacać w lochach – podsunęła z zaniepokojoną miną Dorcas.
- Prawie zaciągnęliśmy cię do Skrzydła Szpitalnego! – kontynuowała niezrażona Evans. – Kiedy niby? Bo mi się wydaje, że bohaterowie mieli trochę gdzieś to, że James się zawiesił. W ogóle sam fakt, ile czasu Potter się nie odzywał, był mocno naciągany i nieprawdopodobny. A zachowanie McGonagall poniżej wszelkiej krytyki. Nie będę tego komentować, bo nie mam siły wyjaśniać absurdalnych zachowań nauczycieli, którzy prawie że nie istnieją w tym opowiadaniu. Jak wszelkie normy i zasady.

- Chcesz mi powiedzieć, że dlatego nie odzywałeś się przez cały dzień? – wyrzuciła w końcu z siebie z niedowierzaniem Lily. – Przez mecz quidditcha? – A ja się łudziłam…
Liczyłam na coś bardziej przełomowego, jeśli mam pastwić się nad wątkiem z milczącym Jamesem, ale w ostatecznym rozrachunku nie wyszło tak źle. Scenę podreperowało zakończenie: O. Mój. Boże. Fross płacze.


Rozdział 56 – Jedna jasna wieża bez drzwi i okien
Świadomość, że jest we mnie wpatrzonych tysiące oczu tylko mnie jeszcze napędza, a tym razem obserwowała mnie dziewczyna, którą miałem wtedy na oku, i przecież wiem, że była pod wielkim wrażeniem. – Tysiące? Mówimy o takim zwykłym, szkolnym meczu? Przecież w Hogwarcie jest na oko jakieś dwieście uczniów, do tego nauczyciele, zaproszeni rodzice czy goście, może duchy, personel… Nie, nie wyjdzie pięćset osób, żeby był choć jeden tysiąc.

- A myślałem, że te shoty Ognistej na rozluźnienie przed wywiadem były dobrym pomysłem… – Ognista? I dorośli nie wyczuli od Jamesa alkoholu? Naprawdę?

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że ten pajac miał kiedyś czelność mnie podrywać… – To szósty rok, a Lily zmierza w dziwnym kierunku.

James udzielał tego wywiadu, będąc już z Britain, prawda? To nie w porządku wobec niej – po takich wypowiedziach na miejscu dziewczyny zastanowiłabym się nad kontynuowaniem związku.
Przyczepiam się do coraz mniejszej ilości absurdalnych faktów (wynikających już tylko z wypowiedzi dialogowych), ale to nie znaczy, że jest ich mniej w opowiadaniu. Tak naprawdę po ponad pięćdziesięciu rozdziałach tej katastrofy nie mam zbyt wiele świeżych informacji, a nie chodzi też przecież o powtarzanie się, w kółko klepanie tych samych wypowiedzi. Bohaterowie są sztuczni, dialogi przewidywalne, wątki nudne. Przestało się dziać. Straszne jest to, że mimo że czytam o świecie potterowskim, bo pojawiają się w dialogach nazwy przedmiotów w Hogwarcie, czasem jakaś wzmianka o quidditchu, to jednak nic z tego nie wynika, bohaterowie w ogóle zapominają, że mają różdżki. Ba! Że mają… mózgi. Takie do samodzielnego myślenia, pozwalające działać, tworzyć, robić coś więcej niż paplać trzy po trzy o byle czym. Kiedyś jeszcze nie było tak, że połowa rozdziału to dialogi – pojawiały się opisy, przemyślenia, ekspozycje narratorskie. Od kilku notek okazuje się, że to wszystko nie ma już miejsca w bieżącej fabule. Składa się ona w ponad osiemdziesięciu procentach z gadaniny bohaterów – każdy z każdym, wszyscy razem, w jednym pokoju bądź przy jednym stole – chociaż na moje oko, to już około dziewięćdziesiąt procent. I naprawdę źle się przyswaja takie czytadło. Przecież nawet nie wiemy, kto z kim rozmawia, gdzie, ile osób przysłuchuje się czy bierze udział w konwersacji.
To ten moment oceny, w którym mogę śmiało napisać, że gdyby nie fakt, że zadeklarowałam ocenę tego bloga w całości, to już dawno zamknęłabym go i próbowałabym zapomnieć, że coś takiego w ogóle powstało. Zmarnowałam kupę czasu – kilkadziesiąt dni, masę godzin – tak czuję.

- Wszyscy wiedzą, że to wy, Krukoni, dajecie sobie w żyłę na korytarzach, byleby tylko dotrwać do końca semestru. A Eryk na pewno o tym tyyyyyle wie. Morya, on jest z Durmstrangu, spędził w Hogwarcie jako Krukon pół roku. To nie wypadło śmiesznie.

- To Wieża Wiedzy – wymamrotał szybko po czym zerknął na zegarek. W sumie to taka wieża nie istniała. Krukoni mieli pokój wspólny w Wieży Ravenclawu.

- Dobry Wieczór, Violet, cóż za piękna sukienka. Muszę przyznać, że na żółtym tle prezentujesz się jeszcze lepiej, niż na portrecie tego starego pryka Sir George’a.
Dwa komplementy i jeden skrawek „przypadkiem” odsłoniętego ciała dalej Eryk prawie wpadł na Edith przechodzącą właśnie pod dziurą w portrecie (która swoją drogą już dawno powinna zostać zastąpiona jakimiś solidnymi drzwiami z wizjerem i klamką zamiast zarozumiałej kobiety z nadwagą).
- To nie do pomyślenia! – wykrzyknęła Path, chwytając go za kołnierz koszuli i ciągnąc w stronę reszty Gryfonów siedzących dookoła kominka. – Biorę was na świadków, on znowu wszedł tu bez hasła!
Gruba Dama nie miała na imię Violet, to po pierwsze. Pomyliłaś ją z jej koleżanką z sąsiedniego portretu. Po drugie, DO KU*WY NĘDZY, to NIEMOŻLIWE żeby wpuściła kogokolwiek bez hasła, czy znała, czy nie, czy jej się podobał, czy nie. Ba! W Więźniu Azkabanu wpuściła Syriusza, bo znał hasło, a nie chciała wpuścić Neville’a!

Rose uniosła brwi wysoko w górę.
- Czy ja ci wyglądam na osobę, która uczy się wróżbiarstwa, Eryk?
Fross uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz, nawet zrobiłoby mi się przykro przez te twoje aluzje, gdyby nie fakt, że jeden z moich najlepszych przyjaciół jest twoim chłopakiem i traktujesz go w jeszcze bardziej okropny sposób. Super, już nawet mówią Rose w twarz, że krzywdzi swojego faceta, a po niej to spływa jak po kaczce! Zero empatii, zero szacunku do innych. Super. Natomiast bohaterowie mają taki sam stosunek do wróżbiarstwa jak główne postacie z serii. Poważnie?

- Hej, Alicja – przypomniał sobie nagle. – Wiesz, jak nazwał cię ostatnio Lupin?
- No jak?
- Alicja Longbottom.
Frank zakrztusił się popijaną właśnie herbatą i plując z powrotem do kubka, nieco bezceremonialnie zrzucił swoją dziewczynę z kolan.
- No tak – stwierdziła beznamiętnie Alicja, łapiąc równowagę i stając, tym razem stabilnie, na własnych nogach. – I właśnie dlatego nadal nazywam się Houckson.
Frank przestał się w końcu krztusić i wciąż łapczywie łapiąc w usta powietrze, uśmiechnął się nieco zawstydzony.
- Wybacz – powiedział. – Po prostu rodzice od zawsze powtarzali mi, jaka powinna być kolej rzeczy – najpierw dziecko, potem małżeństwo.
Alicja przewróciła ostentacyjnie oczami, choć na jej ustach błyskawicznie pojawił się rozbawiony grymas.
Takie dialogi nie mają żadnej wartości. To nie jest scena, która cokolwiek wnosi do opowiadania, wypowiedzi nie tworzą dalszej linii fabularnej, a mimo to czytam o takich pierdołach. Bo to bezsprzecznie są pierdoły. Inaczej już tego nazwać nie potrafię.

- Daj spokój, Frank – powiedziała Dorcas, wpychając sobie do ust kolejne dwa kilogramy gumy malinowej, którą, jak to kiedyś zawyrokował James, będzie sobie kiedyś wstrzykiwać prosto do żył jak najgorsza narkomanka. – Tylko raz opisałaś, jak Dorcas żuje gumę – jakieś trzy rozdziały temu. Nie rozumiem, dlaczego próbujesz nam wmówić, że robi to nałogowo. Poza tym żeby to jeszcze dragi z jakichś smoczych kości czy gumochłona były...

- I dobrze – ucieszył się Frank. – Im więcej, tym lepiej. Powinnaś się już zacząć do tego przyzwyczajać - Alicji Longbottom i robienia mi naleśników w każdą niedzielę na śniadanie.
- Och daj spokój, Frank – roześmiała się. – Przecież nie będziemy razem do końca życia. Nie rozumiem Alicji. Spotkała miłość swojego życia, a mówi takie rzeczy? Dlaczego? Czy właśnie nie po to jest się w stałym związku, aby dążyć do tego, by razem spędzić życie? Znaczy się zdaję sobie sprawę, że bohaterowie mają szesnaście lat, ale Alicja rozpoczęła ten związek z miłości, więc dlaczego teraz kończy scenę takim sprzecznym stwierdzeniem?

– Obiecałam Remusowi, że uwarzę ten eliksir i nie pójdę spać, zanim nie zagotują się wszystkie składniki.
- Och, na Merlina, ale co my tutaj robimy? – wyjęczała Edith, z trudem unosząc głowę w stronę przyjaciółki.
- Im więcej nas będzie, tym szybciej skończymy – ucięła temat Evans.
– Eee… Im ich więcej, tym szybciej składniki się zagotują?

- Czemu mnie nikt nie kocha? – westchnęła na głos Edith. – Lily ma Slughorna, Dorcas Flitwicka, a ty Rose… o tobie już nawet nie będę wspominać.
Rose uśmiechnęła się szeroko. – No, ja tak samo. Wszyscy wypominają Rose jej puszczalstwo i bezmyślność, a ona tylko się z tego śmieje. Cyrk.

- No dobrze – westchnęła Lily. – Jakkolwiek by to ująć, puenta jest taka, że w jednej z szafek Slughorna, w sali w lochach – w tej, w której Peter schował kiedyś bogina, pamiętasz? – są strzykawki do spul… nieważne – stwierdziła szybko, widząc obrzydzenie malujące się na twarzach przyjaciółek. – Ważne, że masz mi jedną przynieść.
- Strzykawki? – powtórzyła Rose. – Co za poniżenie dla nas, czarodziejów… – Naprawdę, zabawnie brzmi ten wniosek w ustach któregokolwiek z Twoich bohaterów.
Nie bardzo wiem, co się dzieje. Edith idzie włamać się do lochów na życzenie Lily, stara się zachować ciszę, ale spotyka Syriusza i zaczynają wydzierać się na siebie, zapominając o tym, że przebywają tam poniekąd nielegalnie? Tak, dobrze zrozumiałam? Widzisz, ja nawet nie bardzo już wiem, co czytam. Jakbyś pisała w jakimś kompletnie innym języku. O wszystkim muszę się upewniać, a niektóre akapity analizować po kilka razy.
I nie uważasz, że kształcący się przez tyle lat czarodzieje w ogóle nie powinni z samego przyzwyczajenia nazywać kociołków garnkami?

(...) wydostała się na korytarz.
Pozwoliła, żeby schody same zaprowadziły ją na miejsce. Wymagało to większych zasobów czasu i balansującego na granicy przyzwoitości głaskania poręczy, ale w końcu znalazła się w podziemiach zamku i mogła znowu ruszyć przed siebie. Eeee, nope. Schody ruchome tak nie działały. Owszem, łączyły ostatnie, siódme piętro z lochami, lecz nie prowadziły z samej góry na sam dół. Każdy odcinek łączył piętro z piętrem wyżej. Edith nie mogła stanąć na schodach na siódmym piętrze i zejść nimi wprost do lochów, gdyż tam prowadzą schody od Sali Wejściowej (tam jest droga do pokoju wspólnego Slytherinu).

Edith to głupia małpa. Wie, że Syriusz się w niej kocha i oboje mają z tym najwyraźniej problem, a ta kończy ostrą wymianę zdań słowami: - Czy mogę cię przytulić?
Charakteryzowałaś Path przez całe opowiadanie jako specjalistkę od związków, najzajebistszą swatkę i panią psycholog, a jak przychodzi co do czego, to laska zachowuje się wobec Blacka kompletnie nie fair.
Kolejna scena to powrót do ploteczek; Edith wyznaje koleżankom, że ma problem z Syriuszem i jego miłością. A co z planem Lily? Co z misją strzykawka? Co z eliksirem dla Remusa?
Serio, dalej uczestniczę w dialogu o tym, która pierwsza ma iść pod prysznic (bo przecież to jedna z tych niesamowicie ważnych scen, bez których fabuła nie mogłaby istnieć!), aż do Pokoju Wspólnego, jakby do siebie, wchodzi… Fross. Szuka pomocy w sprawie zatrucia właśnie u Gryfonów. To wygląda tak, jakby nie miał już w ogóle żadnych przyjaciół w paczce krukońskiej.

– Hm, Dorcas, jak dobrze radzisz sobie ze strzykawkami?
Mistrzyni leczenia i wszelkich mugolskich sztuczek przewróciła oczami nad tym wybitnym pokazem niezręczności. – No to wiadomo przynajmniej, dlaczego pani Pomfrey tak daje ciała. Mistrzyni leczenia zajęta jest swoimi uczuciowymi kłopocikami.
Trochę ciężkawo wyszło tłumaczenie, że Lily warzyła odtrutkę na eliksir miłosny, który ktoś jej ukradł. Cały przekaz zrozumiałam dopiero po którymś razie przeczytania sceny i konsultacji z innymi oceniającymi – gdzieś to umyka wśród wszystkich zbędnych, szczeniackich bla,bla, bla i czytelnik może się zgubić, czegoś nie zrozumieć. Śmieszne jest jednak, że Eryk tak bardzo zarzekał się, że będzie pić tylko z butelek zakorkowanych fabrycznie… Ups. Coś nie wyszło.
Fross wyznaje miłość Dorcas. Nie za dużo ostatnio tych wyznań? Naprawdę, to dawno przestało interesować, kto z kim. Wierz mi. Nawet trudno za tym wszystkim nadążyć. Zaangażować się? Żartujesz?

(...) wszyscy z szeroko otwartymi oczami obserwując wciąż dzierżącą strzykawkę Dorcas stojącą nieruchomo nad trupem Eryka. – Mam nadzieję, że wiesz, co oznacza słowo trup, chociaż po lekkości poznaję, że narrator sobie tylko tak heheszkuje, bo Eryk jednak przeżyje. Choć wolałabym, gdyby umarł. To by dopiero był zwrot akcji!


Rozdział 57 – Amortencja
Wiesz, jakie ona ma podejście do publicznych wyznań. Usiadła w pokoju i odmówiła zejścia na śniadanie. – Ale my nie, co?

Jak Syriusz mógł spać u Franka, skoro jeśli są na tym samym roku w tym samym domu, to mają wspólne dormitorium?
Naprawdę nie rozumiem reakcji Dorcas. Koleś wyznał jej miłość i z tego powodu szerzona jest kolejna drama – zupełnie zbędna, skoro praktycznie cała paczka znajomych wiedziała o uczuciu Eryka. Collins i Fross najwyraźniej strasznie przejmują się opinią innych – przecież wtedy, w pokoju wspólnym byli obecni ich przyjaciele. Co oni sobie mogliby pomyśleć? ANO NIC. Bo wszyscy tam dobrze wiedzieli o sytuacji pomiędzy Dorcas a Erykiem, a poza tym słowo przyjaciel do czegoś zobowiązuje, prawda? Szkoda tylko, że na każdym kroku spłycasz jego definicję. U Ciebie wszyscy już bardziej są takimi amerykańskimi BBF niż prawdziwymi przyjaciółmi. Nikt tam tak naprawdę chyba nie rozumie i nie czuje wagi tego słowa. Żadnej lojalności, zaufania. Tylko takie żonglowanie towarzyszami.
Collins jako osoba, która zwykle się wywyższa i pokazuje co to ona nie jest, to powinna unieść głowę, a nie panikować i chować się po kątach. Oddałaś jej charakter dopiero, gdy sztuczna jak zawsze weszła na śniadanie, ale i tak dziwię się, że kamufluje swoje obawy i problemy tak nieudolnie, że dostrzega to Remus. Poza tym Dorcas wydawała mi się zawsze twardo stąpającą po ziemi dziewczyną, która wie, czego chce i nie boi się, więc dlaczego nie pójdzie do Eryka i nie porozmawia z nim wprost, tylko o wszystko wypytuje ludzi dookoła, a potem wykrzykuje, że ma tego kogoś gdzieś? Należało mu się było wręcz żałosne. Tak robią racjonalnie myślący ludzie? I w ogóle dlaczego wszyscy zachowują się, jakby sytuacja pomiędzy Dorcas a Erykiem miała dla nich ogromne znaczenie? Twoi bohaterowie są zachłanni sensacji. Mam wrażenie, że to właśnie ich zainteresowaniem próbujesz udowodnić (nie, nie udowodnić, ale wmówić mi!), że ten wątek jest ciekawy i cokolwiek wnosi. Przykro mi, to nie działa. Po prostu coraz większą część Twoich bohaterów uważam za pustych.
Amortencja to, Amortencja tamto, Amortencja siamto… Jest tyle eliksirów, które mają ważne zastosowanie w życiu – chociażby w lecznictwie – a program nauczania marnowany jest na… naukę wywoływania silnego zauroczenia. Wiem, że akurat podobną scenę można przyuważyć w Księciu Półkrwi (no popacz… kolejny zbieg okoliczności?), ale jednak tak na chłopski rozum, to nauka o tym eliksirze w szkole jest trochę naciągana, bez sensu. W dodatku w przypadku Boso przewidywalna, biorąc pod uwagę fabułę całego opowiadania i to, które wątki uważasz za ciekawe i które rozwijasz. Ale czy musisz mieszać prywatne życie uczuciowe uczniów z oficjalnymi naukami hogwarckimi?
Skoro wszyscy widzą, że Eryk wygląda tak paskudnie, jak zapewnia mnie narrator, to dlaczego nikt z RADY PEDAGODICZNEJ jeszcze nie zareagował na ucznia z opuchlizną, widocznym krwiakiem, sińcami, potarganymi włosami i czerwono-zielono-fioletową twarzą? Tym bardziej że Slughorn przywołał go do kociołka…?
Och nie. Tylko nie to! Dorcas uświadamia sobie, patrząc na zbolałego Eryka, że jednak go kocha. No nie do wiary. Co one wszystkie mają za kompleks Matki Teresy?! Rose interesuje się Bartonem, gdy widzi go zakrwawionego po turnieju, tak samo ma się przez chwilę sprawa z Lily i Jamesem, a teraz Collins i Fross. Znów ta sama metoda. Nie kochasz chłopaka? Poczekaj, aż będzie w złym stanie, a uczucie samo przyjdzie!
Końcowa rozmowa Dorcas z Erykiem strasznie rozdmuchana. Fross przeprasza dziewczynę, że wyznał jej miłość po wypiciu eliksiru (nie rozumiem, dlaczego to on ją przeprasza?) i zastanawia się, dlaczego Dorcas nie przejęła się jego wyznaniem mocniej (Czy większość dziewczyn nie zareagowałaby na to jakąś histerią?). Ale przecież ona zareagowała dość mocno! Uśpiła go, robiąc mu krzywdę – moment ze strzykawką był rodem z Pulp Fiction, serio, tylko że tam chodziło o ratowanie ludzkiego życia, a tutaj księżniczka omal nie zabiła zatrutego kolegi, bo powiedział coś niewygodnego. Śmiech na sali.
W każdym razie księżniczka również wyznaje Erykowi miłość, a oburzony biedak wychodzi, mimo że NIC SIĘ NIE STAŁO. Normalni ludzie tak się nie zachowują. Och, jakie to jest upierdliwe. Widać, że bardzo na siłę chcesz tę ich sytuację przeciągać i komplikować.


Rozdział 58 – Owoc śmiechu i ciszy
Liczę na humor na poziomie, przyda się po tych dramach. Niestety początek nie jest obiecujący. Lily i William wciąż się miotają, jakby nie wiedzieli, czego chcą.

– Chciałem się z tobą spotkać.
– Widocznie nie aż tak bardzo – odparła i chociaż powiedziała to jako żart, było w jej głosie coś ponurego. – He, he, he. Tyle czasu Lily spędza w ekipie śmieszków, a najwyraźniej nie zna definicji żartu. He, he.

Kiedy po rozmowie z McGonaggal bezapelacyjnie najlepszy szukający Hogwartu doprowadził się do stanu używalności – to znaczy odzyskał po prostu umiejętność wyrzucania z siebie słów równie szybko i bez namysłu co dawniej – James zabrał się za sklejanie swojej pięknej, perfekcyjnej reprezentacji, o graniu w której marzył chyba każdy uczeń, który kiedykolwiek należał do którejś z czterech drużyn quidditcha. Dlaczego akurat James ma skleić reprezentację Hogwartu? Przecież jest czterech kapitanów drużyn. To faworyzowanie, a jego status najlepszego szukającego wcale nie jest argumentem. W pierwszej, drugiej i trzeciej części HP kapitanem był obrońca. Wybrałaś Jamesa, bo tak. To dość płytkie. Mogłaś zrobić jakiś konkurs między czterema kapitanami czy coś. Nawet teoretyczny, jeśli są na innych pozycjach. Albo głosowanie. Zawiodłam się. Oczywiście wszyscy przyjaciele Pottera, mimo że nie chce on faworyzować Gryfonów, z pewnością dostaną się do drużyny.

- Jak powiedzieć swojej dziewczynie… że nie uważam jej za wystarczająco dobrą, by dać jej szansę? – powiedział w końcu z zakłopotaniem, kierując spojrzenie w stronę przyjaciół.
Oboje wzruszyli po prostu ramionami.
– Widzę, że Benjamin po wymienieniu paru zdań również zalicza się do grona przyjaciół Huncwotów. Niewiele trzeba, aby się wkupić – trzeba albo mieć cięty język, albo talent do czegoś. A najlepiej jedno i drugie.
Poza tym nie rozumiem decyzji Jamesa. Britain bardzo dobrze gra w quidditcha i było to udowodnione wielokrotnie sceną, niedawno jeszcze śpiewano na jej cześć Great! Great Britain! No ale imperatyw (pod postacią bardzo widocznej niechęci autorki do bohaterki) swoje…

- Spytaj Eryka – zachichotał otwarcie. – To on jest specem od szczerych wyzwań. – Wyznań.

– Jeszcze nie narodził się człowiek, którego interesowałoby, co się dzieje w Hufflepuffie. – Rozumiem rywalizację, docinki, stereotypy, ale nie przesadzasz i tym razem? Na dodatek powiedział to Eryk… nieznający się buc.

Jego wściekłość była jednak jedną wielką farsą, bo jak każdy Puchon był tak naprawdę miły, nieobrażalski i nieskłonny do wymyślania plotek, a kiedy łamał ludziom żebra na boisku quidditcha, zawsze przepraszał grzecznie tak jak przystało na dystyngowanego angielskiego gentlemana, którego ideał uosabiał. – Jak ty strasznie wrzucasz ludzi do jednego worka! Czysta selekcja! Morya, co się dzieje? Każdy Puchon miły i wszystkich przeprasza? No bez przesady! Bułgar to mhroczny dzikus, Krukon – kujon, Gryfon tru i najlepsiejszy… o Ślizgonach nie wspomnę. Dziewczyno, ludzie są RÓŻNI niezależnie od domu, do którego należą, szkoły, którą kończą czy też kraju, z którego pochodzą! Naprawdę widać, jak bardzo szufladkujesz swoich bohaterów i jest to co najmniej niesmaczne.

- To najlepsze podsumowanie Dorcas, jakie w życiu słyszałem. – Znów to samo. Najlepszy opis kogoś, najlepsze porównanie, ple, ple, suche wmawianie czegoś.
Nie rozumiem, dlaczego wszyscy Twoi bohaterowie są aż tak otwarci, by rozmawiać o swoich uczuciach z ludźmi dookoła (nie bacząc w ogóle, kto stoi/lata obok – przecież rozgrywane są wybory do drużyny, na boisku, a ci drą się wniebogłosy). Tylko jakoś między Jamesem (głównym bohaterem, najlepszym szukającym i w ogóle Pierwszym Królem Wszystkiego) i Britain (podobno niedorobioną sierotką) cisza, ale to wiadomo już dlaczego.
Rozmowa Syriusza, Jamesa i Eryka była żałosna. Poczułam się, jakbym oglądała telenowelę, w której trzy dziewczynki obgadują facetów, porównują, snują miłosne plany… bueh. To faceci, do cholery! Zaczynają zachowywać się jak baby (z tego opka – powiedz coś jednej, zaraz wie pół Hogwartu)! Proponowanie zapytania o radę Remusa, mówienie o wyznawaniu uczuć… Czy Twoi męscy bohaterowie mają jaja? Czy zmieniają się powoli w plotkujące dziewczyneczki? To właśnie jedna z niewielu sytuacji, podczas których opisywania powinnaś się zastanowić, co bardziej do kogo na ogół pasuje. Nikt nie każe Ci szufladkować, zwłaszcza że wcześniej Ci się za to oberwało, ale pomyśl, jakie jest prawdopodobieństwo, że ci wszyscy chłopcy mają stosunkowo dziewczęce nawyki?

Jakoś nie wierzę w to, że Britain miałaby się obrazić o to, że nie jest w reprezentacji szkoły, skoro jej chłopak wybiera drużynę. To naprawdę mądra postać – zrozumiałaby. Nie gra w quidditcha od dawna (chociaż wcześniej zawyżałaś jej talent, a teraz jej to odbierasz), tylko od bieżącego roku i to niecałego. Sam fakt, że ma krótszy staż, czyli mniejsze doświadczenie, przemawia za tym, że powinna przyjąć to spokojnie, wręcz zrozumieć taką a nie inną decyzję. Wydaje mi się, że specjalnie nakręcisz awanturę, aby mieć pretekst do rozstania Britain i Jamesa. Dziwne, że Remus i Dorcas się nie wtrącają póki co, bo to był przecież ich plan.

Rola Willa podczas tych rozmów polegała na rozplataniu zawiłych opowiadań Lily, pozbywaniu się setek porównań i gestykulacji zastępującej słowa, by w końcu określić jej odczucia prostymi zdaniami, zamknąć je w kilku zwyczajnych, ale dobitnych słowach, których ona sama nie potrafiła nigdy odnaleźć. Jego nietypowy sposób bycia sprawiał, że umiał po prostu definiować uczucia Lily. – Czyli… Lily ciągle paplała, nie dała mu dojść do słowa, a on musiał słuchać o niej i jej problemach? Czy ona pomyślała w ogóle o nim? Jest totalną egoistką.

Ale to wszystko działo się rzadko, tylko wtedy, gdy spotykali się sami, spokojni, nie działąjący w pośpiechu. – Dziwne, że rzadko, skoro praktycznie w każdym rozdziale mają oni swoją scenę. Nie dawkujesz nam informacji o bohaterach po równo. Peter ogólnie przesypia historię i pojawia się tylko czasami od czapy, Britain pewnie się gdzieś zgubiła przez swoją jakoby ciapowatość, Vanilla z (podobno) depresją także zniknęła w niewiadomych okolicznościach, Daniel dostał już swoje hajsy, więc najwyraźniej nie musi mieć więcej gaży w opciu, Snape prawdopodobnie ómarł (z nudów), nowi-starzy znajomi Dorcas ze Slytherinu kryją się pewnie gdzieś na wspólnych imprezkach w lochach, a Violette, Maria i Chlorissa przepadły jak kamień w wodę. Od kilku notek mamy za to temat Lily i Williama (ciągnący się na pół notki, aż do przesady), a Ty i tak będziesz nam wmawiała, że pojawia się on rzadko. Aż nie chce się już o nich czytać. Na dodatek ich wątek miłosny  jest naprawdę słabo rozpisany. Mamy albo same dialogi, albo streszczenia. Gdybyś wycięła cały opis postępu ich relacji, rzekomego zachowania Willa i wyjaśnienia, nie mogłabym niemal nic o tej dwójce powiedzieć. Zdolność słuchania? Rozumienie? Bratnie dusze? Zawiązana w tym rozdziale nić porozumienia? Podajesz jak na tacy cechy postaci, a ja nie mogę zaprzeczyć lub potwierdzić, bo według czego? Bohaterowie nie przestają zlewać się w jedno, wręcz przeciwnie – coraz bardziej tracą wszelką indywidualność. Nie tylko nie przypominają pierwowzorów, ale nie przypominają nikogo. Zabawne dialogi, złośliwe komentarze, miłosne rozterki oraz manewrowanie między tłumem przyjaciół – można dopisać do każdego, któremu ostatnio poświęcasz uwagę.

Najbardziej w tym rozdziale uderzyło mnie to, że zadatowałaś pierwszy kwietnia, czyli prima aprilis. Nie mogę uwierzyć, aby Huncwoci w swoje największe święto nie wywinęli żadnego numeru, bo byli zbyt zajęci miłostkami. To niemożliwe. Tym razem znów strasznie, strasznie się zawiodłam. 


Rozdział 59 - Skrajnie poniżej oczekiwań
To prawda, jestem bardzo zdolny. Należę do grona najlepszych uczniów w tej szkole. W historii szkoły zresztą, na Merlina. Ilu nastoletnich animagów przetoczyło się przez mury Hogwartu? – James był pewny siebie, ale pokazywanie tego w ten sposób nie jest zbyt subtelne. Najlepszych uczniów? Pod jakim względem? I skąd on może wiedzieć o innych nielegalnych animagach, skoro tego się, halo, nie rozgłasza?

Jestem dopiero po jednym zdaniu o reakcji Britain, a już mam dość. Bezpodstawnie krzywdzisz tę dziewczynę i jeszcze myślisz, że to zabawne. Lol, przecież jej argumenty były całkiem na rzeczy, już widzieliśmy, że dobrze radzi sobie na boisku. Natomiast Malfoy na jej miejscu to jakaś parodia. Nie ma takiego uniwersum, w którym James zaprosiłby Lucjusza do drużyny, do wspólnej gry w cokolwiek, chyba że tylko po to, aby, nie wiem, w ostateczności wyczarować mu guza na łbie, jak na prawdziwego Gryfona-Huncwota przystało. Chociaż w sumie Lucjusz już dawno powinien skończyć szkołę, a Ślizgoni hołdować Czarnemu Panu, ale wiadomo, jak to u Ciebie z kanonem...
W ogóle to strasznie nie fair w stosunku do Brit, że James z Syriuszem wcześniej, i z Edith, latali sobie na miotłach i trenowali, widać było, że wybierają skład, a Colper nawet nie uczestniczyła w tej scenie. Nie dałaś jej szansy, kiedy wszyscy inni takową dostali. Na pewno zrozumiałaby decyzję Jamesa, gdyby nie poszło jej dobrze na boisku, ale scena, którą streściłaś (bo znów nie pozwoliłaś nam bezpośrednio uczestniczyć w ich rozmowie), była nie w porządku, skoro wcześniej pokazałaś innych na boisku.

Tym razem to całą trójka wybuchnęła śmiechem i tylko Rose nie wyglądała na zbytnio rozbawioną. Szczególnie, że natychmiastowa reakcja Edith i Dorcas dała jej jasno do zrozumienia, że swoimi uczuciami mogła podzielić się tylko z Lily, ale ta pozostała dwójka od dawna wiedziała już swoje. – Tym razem cała trójka, a nie wszyscy? No szok…
Jak Lily wypaplała, to nie ma się co dziwić. Już dawno zauważyłam, że Twoje bohaterki są nieodpowiedzialne i nie potrafią dochować tajemnicy – nawet nie próbują, a wręcz przeciwnie! To jest straszne.

Dziewczęce pogaduszki udowodniły, że nie podchodzisz poważnie do opowiadania i takie skakanie z kwiatka na kwiatek uważasz za wciągające:
- No to przeanalizowałyśmy nasze związki – burknęła Wing pod nosem, z posępną miną opadając z powrotem na łóżko. – Ja jestem niewrażliwa i pozbawiona uczuć, ale udaję zakochaną, ta tutaj – wskazała Lily – lubi sobie pomilczeć, a ty Dorcas jesteś zakochana, ale udajesz niewrażliwą i pozbawioną uczuć. Mam rację? – Po co? Po co faszerujesz opowiadanie czymś takim? Gdyby to była jedna rozmowa, to nawet byłoby z tego całkiem niezłe podsumowanie (bo wnioskowanie z różnorodnych scen, których nie ma, jest niemożliwe, więc dajesz nam dialogi), ale mam wrażenie, że każdy rozdział to powtarzane w kółko te same informacje o bohaterkach. Pieprzenie tylko o tym, która jak kogo kocha. Doprawdy, tylko na tyle Cię stać?

- Naprawdę wyprowadziłybyście mnie z równowagi – oznajmiła spokojnie. – Naprawdę namieszałybyście mi w głowie, gdybym doszła do swoich wniosków podczas rozmowy. – „Ale że jestem Lily i zgubiłam gdzieś swój rozum, więc zewsząd potrzebuję pomocy i jednak rozmawiam z wami i was słucham, psiapsiółki!”.

Peter talentem dorównuje conajwyżej najlepszemu puchaczowi w naszej sowiarni, ale przynajmniej się stara. Stara się! I słowo daję, jeśli tak dalej pójdzie, będzie miał na Owutemach lepsze wyniki od Edith… – Co najwyżej. I nigdy nie było pokazane, by Rose  przyjaźniła się z Peterem, bo on (prawie) nie istnieje w opowiadaniu. Znów czytam o faktach z powietrza.

Jej mina była równie obojętna jak za każdym razem, gdy zgarniała kolejne punkty dla swojego domu tuż sprzed nosa naukowych gwiazd Ravenclavu. Sześćdziesiąt rozdziałów, jakaś dekada pisania bloga (spis treści masz z 2005 roku), a Ty, Morya, nadal nie znasz podstawowej pisowni ze świata potterowskiego. Ravenclawu.

Jeszcze raz spojrzała na Syriusza i Jamesa i przez chwilę wyglądała tak, jakby miała dodać coś w stylu „No i jeśli nie rozsadzicie szkoły (,) zanim zdążycie przystąpić do egzaminów…” – Skąd u McGonagall takie spojrzenie? James i Syriusz od początku opowiadania, czyli przez prawie cały rok szkolny, byli wybitnie grzeczni – wywinęli może jeden czy dwa numery. Nie sądzisz, że jak na ponad pięćdziesiąt rozdziałów opowiadania o Huncwotach to prawie tyle, co nic? Kreujesz złą sławę chłopców, ale nie wiadomo na jakiej podstawie. Kanon Cię nie usprawiedliwia.

Oczekuję jeszcze wyższych wyników na egzaminie praktycznym. – Przecież Wybitny to maksimum, jak można chcieć więcej?

„- Ale to nie wszystko – zachichotał James, wyciągając w jej kierunku pracę i na powrót psując jej humor.
Lily i Syriusz przechylili przez ramię Rose.
James Potter, Wybitny
Jesteś dla mnie jak syn, którego nigdy nie miałam.
Lily parsknęła śmiechem tak głośnym, że profesor odwróciła się od tablicy i przesłała sali piorunujące spojrzenie. Syriusz wepchnął sobie pięść do ust, zanosząc się śmiechem, a Rose była jeszcze bardziej skrzywiona niż wcześniej.
- Bardzo śmieszne, Potter – syknęła. – Bardzo śmieszne”.


McGonagall raczej nie pozwoliłaby sobie na taką wylewność – nie robiła tego w stosunku do Harry’ego (oprócz kultowego: Weź sobie ciasteczko, Potter), który przecież URATOWAŁ ŚWIAT, więc dlaczego miałaby niby pisać takie osobiste rzeczy na sprawdzianie Jamesowi, któremu udało się po prostu zdobyć dobrą notę? Przecież wcześniej za każdym razem opisy dawały do zrozumienia, że Minerwa denerwuje się (w początkowych rozdziałach mówiła nawet Caps Lockiem) i brakuje jej cierpliwości w stosunku do Pottera. Nie było sceny, która zmieniłaby jej podejście, więc to tutaj to cegła w twarz. Śmiech na sali. Wcześniej nie okazywała chłopakowi sympatii, co najwyżej była pod wrażeniem jego umiejętności, bo kibicowała drużynie Gryffindoru. Pamiętasz jeszcze, że to stosunkowo chłodna i surowa kobieta, która, nawet jak jej zależy, trzyma na dystans? Wyszło groteskowo.

Relacji jest stanowczo za dużo, jeszcze dochodzą nowe. Aż trudno zapamiętać, kto ma z kim jakie stosunki, tym bardziej dlaczego, o wczuwaniu się zapominając. Jak to w ogóle brzmi? Zastanów się.

- Znaczy ogólnie to jest, jest, oczywiście – poprawiła się szybko. – Ale teraz nie. Jest dziwny. Strasznie dziwny. I nie wiem, co mam o tym myśleć.
Lily nadal wpatrywała się w nią zszokowana.
- Teraz… znaczy jak długo, tak konkretnie?
- Jakieś dwa tygodnie. Jest spięty, nie okazuje swoich uczuć, a zaraz potem zasypuje mnie jakimiś niespodziankami, całuje jak opętany i wyznaje swoje uczucie – załamała ręce. – Co mu jest?!
- Może cię zdradza – zasugerowała niewinnie Dorcas.
Nie bardzo mam siłę i ochotę znów narzekać, że o wszystkim po raz kolejny dowiaduję się z dialogu, ale spełnię ten obowiązek.
Dlaczego nie pozwolisz mi, do jasnej-ciasnej-anielki, UCZESTNICZYĆ w scenach, tylko spłycasz wszystkie fakty fabularne do formy dialogu? Ja rozumiem, że to jest mega wygodne rozwiązanie dla autorów, ale dla czytelników – paskudne. Czytałaś kiedykolwiek książkę, w której nic się nie działo i bohaterowie wszystko przegadywali? Książkę składającą się w dziewięćdziesięciu procentach z dialogów? Idę o zakład, że nie, a jeśli tak, to powinnaś się nią strasznie zmęczyć i marzyć o tym, by jak najszybciej zapomnieć o takiej produkcji. Ja natomiast chciałabym dostać kilka scen z Alicją i Frankiem i samodzielnie móc zobaczyć, jak zmienne jest zachowanie chłopaka, ale Wielkanoc już była, a Gwiazdka dopiero za pół roku.

- Jestem pewna, że to nic takiego. Każdy ma swoje gorsze i lepsze momenty, prawda? Przypomnij sobie, jak sama zachowywałaś się w zeszłym miesiącu po tym, gdy poznałaś matkę Franka.
Alicją od razu wstrząsnął dreszcz.
- Czemu mi jeszcze o tym przypominasz? – wyjąkała z wyrzutem. – Ta kobieta jest przerażająca! – Przerażające jest to, że matka Franka jest matrixową łyżką.

Nie istnieje.

Och, tak narzekałam na cudowny do porzygu związek Alicji i Franka, ale teraz, gdy Houckson podejrzewa jakieś wyimaginowane problemy, to chyba jednak wolę powrót do krainy tęczy. Złoty środek. Coś Ci to mówi? Już kilkakrotnie można było zauważyć, że masz skłonności do przechylania szali to w jedną, to w drugą stronę. Uciekasz ze skrajności w skrajność. I niestety mam przeczucie, że jeszcze z miliard razy tylko usłyszę, że Frank jest dziwny.

- Zmierzam do tego, że jesteśmy nadal tymi samymi głupimi bachorami, które rozwiązują swoje emocjonalne problemy za pomocą obraźliwych gestów i udawanej odwagi. – Prześwit prawdziwego Remusa. Brawo.

Ale nie będę przecież krzyczeń na dziecko. Krzyczeć.

- Co jest, Dor? – zdziwił się Remus.
Wciąż gapiła się za siebie jak sparaliżowana.
- Eryk chyba właśnie uśmiechnął się do mnie w zwolnionym tempie – wyznała z niedowierzaniem.
Lupin skrzywił się w ten swój rozbawiony, ironiczny sposób.
- I jak się z tym czujesz? – zapytał złośliwie.
Przez chwilę ważyła swoje słowa.
- Zdruzgotana – przyznała w końcu ze zrezygnowaniem. – Niby dlaczego? Przecież w dziwaczny sposób wyznała mu ostatnio miłość. Nie nadążam, daję głowę. Nie nadążam… Dlaczego nikt tam nie może po prostu nie mieć problemów miłosnych albo mieć je i rozwiązywać je samodzielnie? Bez pomocy osób trzecich? W ogóle od kiedy Remus (nawet ten Twój) ma skłonności do wyskakiwania z tego typu zdrobnieniami? Wcześniej też było dziwnie między tą dwójką. Długie patrzenie prosto w oczy, wspominki.

– To ty masz paskudny charakter. Ja też – przyznała od razu. – Jeszcze gorszy właściwie, ale twoje wady to nie moja sprawa. Poza tym – dodała szybko, zanim zdążył się wtrącić. – Wcale nie jestem taka pewna, czy to jest wada. Tak, Dorcas. Masz paskudny charakter i jesteś drugą, zaraz po Edith, Mary Sue.

Edith odetchnęła głębiej, patrząc w otwarte na oścież okno sowiarni. – No ciekawa jestem, jak okna mogłyby być zamknięte, skoro nie miały szyb. Tak – wieża, w której mieściła się sowiarnia, nie miała okien, tylko otwory w ścianie.

- No tak, ale ty… – uniósł wzrok, gestem wskazując jej opuchnięte oczy. – Płakałaś. (...) Edith wzięła głęboki oddech. Co powiedzieć?
Przez jej głowę przemknęło co najmniej tuzin pomysłów, ale żadne wytłumaczenie nie wydawało jej się na tyle solidne, by przekonać Jamesa. Nie ma już Alessia, na którego można zrzucać każdą łzę i skrzywienie, nie ma głupich wybryków Syriusza, a na dziewczyny nie będzie przecież narzekać….
Już prawie wypaliła coś o starym psie, ale to by było takie nie w jej stylu, szastać odwracającymi uwagę żartami, podczas gdy umiera jej zwierzak. Nigdy w życiu nie przełknąłby tego kłamstwa. – Dlaczego Path zachowuje się w ten sposób? Wie o uczuciu Syriusza i jeżeli je odwzajemnia, to powinna się cieszyć i mu o tym powiedzieć, a jeżeli nie, to przecież nie jest żadna nowość dla całej bandy i mogłaby o tym pogadać normalnie z Jamesem. Każdy sobie tam wszystko utrudnia. To chore, jak bardzo Twoi bohaterowie nie myślą, a Ty robisz wszystko, aby przedłużać nic nie wartą dramę.
Kończysz pustym wspomnieniem Daniela, jakbyś próbowała nam wmówić, że nadal obchodzi on Rose, a tak naprawdę dziewczyna jest zupełnie w tym niewiarygodna, zobojętniała.


Rozdział 60 – Kolka
Nigdy się nie przyzwyczaję do tego, że nie wiem, kto uczestniczy w danej scenie, dopóki się nie odezwie lub nie zrobi czegoś widowiskowego. Jak zwykle, jak zawsze, jak miał w zwyczaju, w swoim stylu… Merlinie, po prostu niech to robią.

– Ona jest mistrzynią ironii. Dlatego tak dobrze się dogadujemy. – Mowa o McGonagall. Czyli to, co napisała Jamesowi na sprawdzianie, też było ironią? Łudzę się, że tak. Kiedy ona była u Ciebie ironiczna? Co najwyżej nieco złośliwa i rozchwiana emocjonalnie. Jak większość Twoich bohaterów.

Co uczniowie mogą tak naprawdę wiedzieć o dementorach? Wypowiadają się jak znawcy, do tego z dystansem. Kij z tym, że dementor jest niby boginem Jamesa. Pamiętasz, że to nie seria o Harrym Potterze i nie było ich w szkole jak w Więźniu Azkabanu? Jakaś szansa istnieje, ale że James spotkał się z dementorem twarzą w twarz? Bardzo mała. A bez tego dementor nie mógł raczej być jego boginem. Tu na dodatek wcześniejsze czasy, więc stawiam, że ogólnie o więzieniu osoby z zewnątrz wiedziały o wiele mniej. No i w Więźniu już było mówione, że to szok, że dementorzy wyszli z Azkabanu i to nie do pomyślenia, bo parę lat temu to się NIE ZDARZAŁO. Czy w takim razie James odwiedził kogoś w Azkabanie? Wątpię.

- Dorcas cię wciągnie – odparł James, wskazując spóźnioną na śniadanie Colins, która właśnie zbliżyła się do stołu. – To mistrz teleportacji. – Mistrz teleportacji, mistrzyni lecznictwa, na dodatek pyskata, zmienna w zależności od sytuacji, ładna i powabna, gwiazda znana wszystkim i uwielbiana przez wszystkich, i jeszcze z problemami miłosnymi, szerząca dramy i robiąca wszystkim na złość… kolejna Mary Sue jak nic. A uprzedzałaś nas tylko o Edith. No i znów nam wmawiasz, że jest najlepsza w teleportacji, a nie przedstawiłaś ani jednej sceny z ćwiczeń tej umiejętności! W ogóle nie pokazałaś tej umiejętności, jak już o tym mowa.

- Jesteśmy genialni! – wykrzyknęła Edith, gdy tylko wylądowała, ryjąc stopami dwa długie kanały w rozmoczonej murawie boiska. – Jesteśmy absolutnie, niesamowicie genialni! – Tak, są. Genialni, idealni, puści, kartonowi.

Syriusz, Edith i Clark byli razem genialni. Genialni. – Tak, to już wiemy.

Podoba mi się ten trening. Jest rzeczowy i udowadniasz, że jednak pamiętasz o opisach akcji. Bohaterowie się ruszają – nie jest to zapewne coś, za co można chwalić, bo wydaje się to sprawą wymaganą, kwestią na porządku dziennym, ale po tylu męczących dialogach warto wspomnieć, że w końcu coś się dzieje. Bardzo przyjemnie czyta się też o naturalnych spostrzeżeniach Jamesa – wychodzi na profesjonalistę, czuć w nim zapał i widać ocenę godną lidera grupy. Chociaż na chwilę przestał być jednocześnie i śmieszkiem, i nadętym, egocentrycznym bufonem, którym okazał się w poprzedniej notce, a jego nieprzesadzona pewność siebie przejawiająca się słowami ja zawsze łapię znicza godna jest prawdziwego Pottera. Miło. Jednak na tym kolorowa sytuacja się kończy, bo nagle okazuje się, że James przestaje dostrzegać wady grających i uwagę na to zwraca mu Fross. Jaka jest na to odpowiedź?
- Wy, Bułgarzy, wszyscy zdajecie się dziwnie spięci i napompowani. – Szkoda tylko, że na przykład William albo Eryk wcale tak nie wypadają. Ocena jest wzięta kompletnie z dupy. Znów. Coś Ty się tak uczepiła biednych Bułgarów, hmm? Męczące i przewidywalne stało się to, że każdy brak argumentów w rozmowie między którymś z nich a kimś innej narodowości (Anglikiem, Francuzką, whatever) kończy się rasistowskim dogryzaniem. Zabawne? Wątpię. Tym bardziej na dłuższą metę.

Chyba niepotrzebnie chwaliłam dzień przed zachodem słońca. Trening się jeszcze nie skończył, a panowie znów zaczynają nawijać i plotkować jak żeńska część ekipy i mimo że tematyka wciąż dotyczy quidditcha, to jednak jakość rozmowy pozostawia wiele do życzenia:
- Aż tak u was słabo w płcią piękną?
- Nie, nie, korytarze są ich pełne – szybko zaprzeczył Eryk. – Ale każda z nich, która chce pozostać równie ładna, nie odważyłaby się wejść na boisko (,) podczas gdy grasują tam nasi pałkarze.
James zapatrzył się na zwinne uniki Path uciekającej ze śmiechem wzdłuż pętli przed goniącym ją tłuczkiem.
- W Edith nie ma kości, którą można by złamać tak, by wyglądała nieatrakcyjnie – zawyrokował w końcu.
– Nawet w czasie okazjonalnej akcji nie możesz sobie darować tego standardowego blah, blah, blah.

Była zlana potem w miejscach, których nigdy nie podejrzewałaby o posiadanie odpowiednich gruczołów, a nogi uginały się pod nią przy każdej próbie postawienia kroku. – Path jest… głupia. Po prostu głupia. I mimo że wiedziałam to od początku, to wciąż potrafi mnie zaskoczyć w tej kwestii.

Eryk zachichotał i cała trójka wyszła na korytarz. – Jak mogli wyjść z szatni na stadionie na korytarz w Hogwarcie? Przecież musieliby przejść najpierw całe błonia! To nierealne.

- Pięć minut – wymamrotał sennie Eryk. – Poza tym ja nie muszę iść na egzamin.
- No tak – przyznał kwaśno. – Zapomniałem, że wy, Bułgarzy, rodzicie się w mundurze, z miotłą i dyplomem z teleportacji.


- Oni się już pogodzili? – zapytał Eryk, ignorując kpiny Syriusza i wskazując spojrzeniem oddalającego się z Britain Jamesa.
Syriusz ziewnął. – Też ziewam. Wszystko, co ma jakiekolwiek znaczenie fabularne, dzieje się poza kadrem, a czytelnik dostaje jedynie wynik końcowy do zaakceptowania. Nie masz wrażenia, że to trochę tak jakby pisać opowiadanie bez… opowiadania?
Dalsza część rozdziału to też jakaś gadka-szmatka Syriusza i Eryka (tak go obrażają, a jednak dobrze się rozmawia z Bułgarami, hmm?) o swoich uczuciach i miłościach, potem mamy w dormitorium trochę śmieszków o uczuciach. I nagle… spotkanie Eryka z Dorcas. Ten się przywitał, a ta drze mordę na dzień dobry. Znalazła sobie merysujka powód do dramy bez powodu, gratuluję kreatywności. Szkoda, że muszę w niej uczestniczyć, chociaż nie mam najmniejszej ochoty, bo zachowanie księżniczki to kompletny imperatyw. Eryk nie zrobił jej niczego złego. Nie lubię, cholernie nie lubię tanich żarcików z PMS-u, ale Collins faktycznie zachowuje się, jakby go miała co najmniej od kilku rozdziałów:
- „Och cześć, Dorcas”?! – powtórzyła równie głośno i ze złością, niemożliwie podkreślając każde z tych słów. – „CZEŚĆ, DORCAS”?!
Uśmiechnął się zakłopotany.
- Chodzi ci chyba o „cześć, Eryk”…
- W CO TY SIĘ BAWISZ?! – przerwała mu, odtrącając uniesioną w jej kierunku dłoń. (...)
Wciąż walcząc z rozbawieniem, wstał, podszedł do Dorcas i ku jej najwyższej zgrozie, położył swoją dłoń na jej policzku.
- Uspokój się – powiedział ciepło, nadal śmiejąc się cicho. – Tylko się z tobą drażnię.
Jego dotyk był równocześnie czymś zaskakująco przyjemnym – zupełnie tak, jakby wyczekiwała na niego przez ostatnie kilka tygodni – jak i czymś absurdalnie krępującym, czymś, co wolałaby czym prędzej mieć za sobą. (...)
- Nie! – rzuciła, odsuwając się i zabierając swoją twarz jak najdalej od jego ciepłych rąk. Na twarzy Eryka nareszcie pojawił się wyraz szczerego zaskoczenia. – Nie będę z tobą rozmawiać, kiedy wyglądasz w ten sposób.
Jak ona może jednocześnie wyżywać się na Eryku, że się z nią przywitał, i jarać się jego ciepłym dotykiem, a zaraz potem znów, nie wiadomo dlaczego, odpychać go? Ktoś tu nie umie w emocje. Ta kolejna nastoletnia drama mnie przerasta, tym bardziej, że jest na siłę rozdmuchana, nie ma żadnego sensu, nie powinna mieć prawa bytu. Jak możesz pokazywać rozchwianie Dorcas, skoro dziewczyna najpierw świetnie się bawi i ma się dobrze, a potem nagle zachowuje się jak wściekła osa, zaraz po chwili zbiera jej się na romantyczne uniesienia, by za moment znów mieć nerwa… BEZ POWODU? Kto by to wytrzymał? Współczuję Erykowi, naprawdę. Weź ją, chłopie, zostaw, bo szkoda Twoich nerwów. I moich. Gdybyś miał jaja i nie zawracał sobie głowy merysujką, nie byłoby takich płytkich, niedorzecznych sytuacji.
Jeszcze żeby Dorcas była jedyną z takimi problemami, dałoby się to podpiąć pod wyjątkowość postaci, niezdecydowanie, rozchwianie emocjonalne. Ale problem w tym, że to nie jest pierwsza drama i to nie jest jedyna postać, która tak się zachowuje. Nie wierzę, że wszyscy nastolatkowie mają takie siano w głowie, a właśnie taki obraz mi podsuwasz.

- Nie rozumiem was zupełnie – powiedziała, siadając na w końcu tak szarmancko przygotowanym dla niej miejscu. – Jesteście przecież czarodziejami. Jedno dobre zaklęcie i cały ten bałagan zniknie. – I mówi to Lily, która zapomniała, że ma różdżkę, gdy było jej zimno. I w wielu innych momentach. Przypadłość rodzinno-mugolska daje się we znaki.

Najpierw czytam:
- Zastanawiałam się, czy… czy nie mógłbyś mi pomóc w nauce transmutacji? Wiem, że może trochę przesadzam – dodała szybko. – Ale bardzo mi na tym zależy, a tobie zdaje się to przychodzić tak łatwo…
- Jasne, Lily.
A chwilę potem:
Chcesz poćwiczyć? – nie czekając na jej odpowiedź, szarpnął Lily gwałtownie i zaczął ją obracać wokół własnej osi. Evans poczuła, jak traci równowagę, a widok pokoju zastępuje dziwna mieszanina barw. – Po prostu zastanów się głęboko nad tym, gdzie chcesz się znaleźć – krzyczał gdzieś radośnie James. – Wyobraź to sobie szczegółowo przed swoimi oczami!
Wydaje mi się, że chodziło Ci o teleportację.

- Nie rozumiem, czemu znowu siedzisz nad tymi eliksirami – mruknął Barton, stając za plecami Rose i lekko pochylając się, by móc przeczesać palcami jej włosy. – Znowu eliksiry? Co oni, naprawdę nie mają w szóstej klasie innych zajęć, tylko eliksiry? Może to biol-chem. Ktoś przecież musi zastąpić Panią Pomfrey, która nie umie leczyć… I to jak najszybciej.

- Czy musimy przechodzić przez wszystkie możliwe stereotypowe kłótnie? – O! Plus dla Bartona za godną uwagę.

- Czasami naprawdę zastanawiam się, co mi się w tobie w ogóle podoba – powiedział w końcu. – Rozmowa Rose i Bartona jest godna poziomu rozmowy Dorcas i Eryka. Widzisz, to właśnie o tym mówiłam. Tutaj też pannica zachowuje się jak księżniczka. Jej facet (bo chyba nadal nim jest?) próbuje z nią porozmawiać, głaszcze ją przy tym po głowie, a ta się oburza o byle co, wrzeszczy, unosi się własnym ego i mówi mu same przykre rzeczy. Sprawa pomiędzy nimi chyba dobiegła końca, prawda? NARESZCIE. Oto Barton. Kolejny chłopaczek, którego jest mi zwyczajnie żal, bo jego partnerka to głupia krowa.
Naprawdę za dużo dram jak na jeden rozdział.

Dalej mamy nic nie wnoszące, krótkie spotkanie Eryka, Bartona i Williama. Przyzwyczajona do męskich ploteczek podejrzewałam, że ekipa zacznie się sobie żalić, ale jednak nie. Miłe zaskoczenie, chociaż w sumie dobrze by było, gdyby każdy z tej trójki powiedział coś niemiłego o swojej niedoszłej partnerce i wszyscy mogliby dojść do konkluzji, że najwyższy czas dać sobie z nimi spokój i pójść na piwo (ten jeden raz wybaczyłabym skłonność do tego).
Nagle okazuje się, że jest już po egzaminie, o którym wszyscy mówili i którym każdy się ostatnio jarał, więc wychodzi na to, że zbudowane podwaliny pod niby-bardzo-ważną scenę poszły na marne, bo scena nie miała miejsca. To już któryś raz, gdy czuję rozczarowanie. Masz tendencję do wprowadzania wątku, a potem olewania go i przechodzenia do następnego, a każdy kolejny jest coraz bardziej niedojrzały.
Dowiaduję się, że coś złego stało się Dorcas (oczywiście z dialogu, wszystko, co ważne, znów działo się za poza planem). Zaniepokojony Eryk przychodzi sobie do Gryfonów jakby nigdy nic, bez podania hasła – po prostu przecisnął się jakoś między wychodzącym uczniem. Kanon już w ogóle dla Ciebie nie istnieje? Gruba Dama powinna co najmniej na to zareagować, nie sądzisz? U Ciebie jednak panuje kompletne wolnoć Tomku w swoim domku. To strasznie irytujące dla fanów serii. Podobały mi się jednak emocje Frossa. Powtarzane zaniepokojona i rozproszona. Wydaje mi się jednak, że samo O Boże! w uniwersum potterowskim wypada raczej śmiesznie.
Miałam nadzieję, że z Dorcas to coś poważniejszego, a może się łudziłam, że chociaż tym razem nie będzie jak zawsze. I nie dlatego, że jej nie lubię, ale dlatego, że to sprawiłoby, że akcja opowiadania stałaby się bardziej wciągająca, realistyczna, a wątek nie okazałby się na chwilę, od czapy, byle na szybko połączyć Collins i Frossa – jakby brakło Ci jednocześnie cierpliwości i pomysłu, który nie byłby imperatywem. Myliłam się. Dorcas nic nie jest, a Eryk odwiedza ją w Skrzydle Szpitalnym i do końca rozdziału mamy już totalną, rozczulającą sielankę. Niedobrze mi od tych karuzeli emocjonalnych. Chcę wysiąść, ale jeszcze cztery przystanki.

Darujemy sobie podsumowanie rozdziałów 51-60, ponieważ przed nami jeszcze tylko cztery notki, a po nich nastąpi solidne, konkretne wypunktowanie omówionych w ocenie błędów, które wyłapałyśmy na przestrzeni całości i które najbardziej utrudniły nam odbiór Twojego tekstu. Póki co lecimy dalej:


Rozdział 61 – Rose kontra lustro
Tytuł w ogóle nie pasuje do treści rozdziału, bo nie ma w niej ani jednej sceny, w której Rose miałaby czas dla siebie, no chyba że lustrem są tu Remus i Barton. Czy to może jakaś inna niezrozumiała dla plebsu metafora?

Łamania kanonu ciąg dalszy:
Lily delikatnie wcisnęła klamkę swojego dormitorium i na palcach przeszła przez cały pokój (...) po czym jak najciszej podeszła do pogrążonego we śnie Eryka.

I rasistowskich żartów też:
- No dobrze, ty bułgarski barbarzyńco – odparła basowo (...).

I fanatycznego podejścia do eliksirów:
– Chciałam się czegoś dowiedzieć o składnikach Eliksiru Zakochania… (...) A eliksiry? Jak tam eliksiry?

I dowiadywania się o najciekawszych akcjach z dialogu:
- Ale po ostatnim wygłupie tych twoich dwóch najlepszych przyjaciół nawet Lily nie zbliży się do „Księgi Zaklęć”.

Mamy też ciąg dalszy zabijania charakteru Lunatyka:
- Oj cicho bądź, dobrze wiem, że te świńskie uszy Narcyzy to był twój pomysł.
Obejrzała się przez ramię, ciekawa, czy potwierdzi jej tezę. Jego uśmiech, szeroki i pozbawiony skruchy, stanowił jak zwykle najlepszą odpowiedź.

Nadal bawi nas zabijanie charakteru Lily:
Przewróciła oczami.
- No nie wiem, Lily, Edith, Barton…
- Rose, chwila – przerwał, patrząc na nią niemal z politowaniem. – Ty się ich radziłaś w kwestii nauki? – spojrzał na nią uważnie i po prostu się skrzywił. – Rose, przecież to zupełnie bez sensu.

Ciąg dalszy opowiadania kłamstw (bohaterowie praktycznie niczym się od siebie nie różnią, ze scen wynika jedno, a z dialogów – drugie):
- Rose, przecież ty i Lily, i Barton, i nawet Syriusz czy James – wyjaśnił jej Remus już łagodniejszym tonem. – Jesteście zupełnie innymi ludźmi.
(I ciąg dalszy podświadomego kontynuowania romansu Wing-Lupin, tak przy okazji).

Ciąg dalszy zainteresowania Rose Bartonem ze względu na jego urodę:
Był szalenie przystojny. Rose po raz pierwszy w pełni zwróciła na to uwagę, a zrobiła to tylko i wyłącznie dlatego, że zaskoczył ją kontrast pomiędzy atrakcyjnością jego postaci, a wstrętnymi uczuciami, jakie wisiały teraz między nimi. Swoją drogą to kłamstwo, przecież Rose już nieraz dostrzegała atrakcyjność fizyczną Bartona, przy czym wtedy najczęściej był obolały i cały we krwi.

Ciąg dalszy cliché rozwiązań – Barton zrywa z Rose akurat wtedy, gdy ta idzie go przeprosić. No jakże mi przykro… Aczkolwiek dziękuję. Dziękuję, że chociaż ta jedna para skończyła ze sobą z rozsądkiem, bez szerzenia dramy, za pomocą rozmowy, jak na normalnych ludzi przystało. Miłe zaskoczenie. No i nareszcie Rose nie będzie ranić Bartona. Bo przecież ona go nawet nie lubi.

Odwoływanie zajęć (i znów eliksiry!), bo cały Hogwart staje na głowie, aby ratować uratowaną główną bohaterkę, jakby nikt nie miał lepszych zajęć:
- Nie za bardzo – odpowiedziała Rose na jej pytanie. – Mieliśmy eliksiry, a potem zwolnili nas z zielarstwa.
- Bo gotują dla ciebie jakiś specjalny rosół – dodała Edith. – I Sprout przez cały dzień sadzi doniczki jak popieprzona.

Ciąg dalszy wykorzystywania obecności Petera tylko do głupich żarcików przy posiłku, raz na kilka rozdziałów. W ogóle to ciąg dalszy rozmów przy posiłku, które niewiele wnoszą (chyba mają być śmieszne?) albo dotyczą faktów, które już znamy:
- To skoro jej nie można pytać… – rzucił. – Jak się czuje reszta z was?
Wszyscy skrzywili się obojętnie i utkwili spojrzenia w pustych talerzach. Wszyscy oprócz jednej osoby.
- No dawaj, Edith – zachęcił ją Eryk.
- Rose zerwała z Bartonem – odpowiedziała od razu Path. Może kilka miesięcy wcześniej Rose wściekłaby się, powiedziała coś niemiłego albo chociaż przesłała jej załamane spojrzenie. Teraz nie przerwała nawet mieszania swojej sałatki.
- Uff – wymamrotał Eryk. – Dzięki Bogu. – Przy czym to dzięki Bogu tak bardzo pasuje do tego uniwersum, że szok...

Ciąg dalszy ekspozycji narratorskich:
Rzadko się usprawiedliwiała. Ludziom zazwyczaj wystarczało to, że była wyjątkowo ładna i mądra. Nie musiała być miła i nie musiała nigdy nikomu tłumaczyć, że jej chłodne nastawienie to po prostu nabyty w domu zwyczaj. Nie lubiła też tego robić, bo czuła się wtedy głupio i niekomfortowo. Jak w nie swojej skórze.

Ciąg dalszy braku researchu:
James obiecał, że potraktuje nas dzisiaj lajtowo (...) – słowo lajt w latach siedemdziesiątych? W HOGWARCIE? Naprawdę?

Ciąg dalszy katastrofalnego wątku Dorcas-Eryk:
– Po prostu… mam czasem wrażenie, że wydajemy się być bardzo blisko siebie – wykonała niezgrabny gest rękoma. – Właściwie cały czas. I to nawet kiedy… kiedy nie jesteśmy sami, jesteśmy w towarzystwie i… ach – jęknęła, załamując ręce. (...)
- I powiedzmy sobie wprost, molestowałaś mnie wtedy seksualnie, więc nie wyobrażaj sobie nagle, że nasze relacje będą proste. – Kochają się oboje i oboje o tym wiedzą, dlaczego na siłę im to utrudniasz, mimo że nie istnieje ku temu żaden powód? Na szczęście dalej w tekście znowu się miziają i oby zostało tak już do końca.

Ciąg dalszy propagowania żucia gumy (i ciąg dalszy udawania, że coś jest na porządku dziennym, skoro do tej pory z sześćdziesięciu rozdziałów stało się tylko raz lub dwa):
- To przez tę gumę – wyszeptała nieco zawstydzona. – Chyba jestem uzależniona. – Czekamy, aż biedaczkę przeczyści...

A z nowości:
Barton siedział w swojej kajucie w [na] klęczkach, oparty plecami o lekko kołyszącą się ścianę. – Kajuta «pomieszczenie mieszkalne na statku». Jaki statek? Nigdy wcześniej o żadnym nie wspominałaś. Teraz wygląda to jak kiepski synonim dla pokoju Bułgara.
[UPDATE: Kwestię statku Durmstrangu poruszam niżej].

– Lily musiała natrzeć go olejkiem z lilii somalijskiej, żeby pozbyć się ze skóry smrodu gaci Smarka. – Wspomnienie o Snape’ie, jak miło! Tylko szkoda, że wciąż brak dowodu na obecność Severusa w tekście.

- A propos, nie zapomniałeś o dzisiejszym treningu (...) – à propos.


Rozdział 62 – Expecto Tragediatum
Dlaczego akurat tragediatum? Tragedium nie brzmiałoby bardziej odpowiednio do Patronum pod względem sylabicznym?

No ale cóż. Od czasu do czasu mam takie kilkumiesięczne załamania i wtedy wychodzi właśnie coś takiego. A za Waszą radą, lepiej mieć to już za sobą i skupić się na nowym. – Bardzo zachęcający początek rozdziału, nie powiem… :/

Lily uczy się pod okiem Jamesa zaklęcia Patronusa, a w tle słychać chichoty. Wszyscy niby są tu takimi wielkimi przyjaciółmi, a jak przychodzi co do czego, to w ogóle się nie wspierają i potrafią tylko śmieszkować z czyichś nieszczęść. Żal. Na dodatek dlaczego James spędza czas praktycznie non stop z Lily albo z wszystkimi innymi, a Britain nadal nie pojawia się w historii? Podobno się pogodzili. Podobno to jego ukochana. I jeszcze wiele innych podobno, bo ostatnio tylko na podejrzeniach można opierać tę historię.

- Jak idą próby założenia pierwszego czarodziejskiego biura architektonicznego? – rzucił przez ramię. – Co? Dlaczego jakiś Andy Pope, który nie jest nikim ważnym, wie o planach Dorcas, a ja dowiaduję się o nich z rozmowy? Powinnam się przyzwyczaić, noale…
Końcowa kwestia Andy’ego bardzo trafiona, wywołuje uśmiech. Nawiązanie do quidditcha w punkt. Tylko… po co mi była ta cała scena? Żeby przypomnieć sobie, kim jest Andy czy żeby dowiedzieć się, że minęło już kilka dni od spiknięcia się Dorcas z Erykiem, a ci ciągle się całują i miziają? Płycizna.

Eryk złapał leżącego na jego szafce nocnej kafla i uniósł się na łokciach. Co robił kafel w dormitorium Eryka?

Statek kiwał się lekko, wprawiając w drżenie stojące na stole naczynia. William wystukiwał na blacie jakiś rytm swoimi długimi palcami, ale teraz wyciągnął dłoń, opierając jej wnętrze na wylocie swojej szklanki i powstrzymując w ten sposób wibracje. (...) Lily otrząsnęła się i zmusiła się do opuszczenia wzroku z powrotem na własny zeszyt, ale gdy tylko na chwilę zapomniała o koncentracji, na nowo przyłapała się na wpatrywaniu w spokojne ruchy dłoni Williama.
– Moment… To William i Lily naprawdę są na jakimś statku? W poprzednim rozdziale był więc tam i Barton, i Rose, tak? Przypominam:
Barton siedział w swojej kajucie w klęczkach, oparty plecami o lekko kołyszącą się ścianę. (...) Zapukała w drewniany próg i Barton powoli uniósł na nią swoje spokojne spojrzenie.
- Rose – przywitał się z wyjątkowo chłodnym uśmiechem.
Dlaczego po sześćdziesięciu rozdziałach nagle dowiaduję się o jakimś statku? Przecież Lily przed chwilą uczyła się Patronusa z Jamesem… Po chwili okazuje się, że na pokładzie jest też Edith. I mokry (nie wiadomo dlaczego) Syriusz. Narratorze, gdzie jesteś? A jeśli tu, to dlaczego niczego nie wyjaśniasz, tylko rzucasz cegły?
Z kolejnego dialogu dowiadujemy się, że gołąbki-nierozłączki, cudowni Frank i Alicja zerwali. Bo tak. Bez powodu. To znaczy powodem było podobno dziwne zachowanie Franka, którego nie mogłyśmy same ocenić, bo dowiedziałyśmy się o nim z dialogu. Widzisz, znów to chrzanione podobno! Ten rozdział powinien nazywać się Podobno, albo – a co tam! – całe opowiadanie tak nazwij. Podobno bohaterowie w niewytłumaczonym miejscu podobno akcji opowiadają o rzeczach, które podobno się stały!

– Jak to się w ogóle stało?
- Czy jest sens tego dociekać? – rzucił. – Stało się. Nie mogli się dogadać, tylko tyle mi powiedziała. – Tak to się czytelnikom tłumaczy, gdy naprawdę nie ma się pomysłu na przebieg fabularny i trzeba usprawiedliwić zaistniały imperatyw. Prawda jest jednak taka, że Frank i Alicja fabularnie nie mieli żadnego powodu do zrywania. Nawet najmniejszego motywu, nic. Chyba że matkę Franka, ale ona – już wiesz – nie istnieje.

Drzwi pod portretem otworzyły się i do środka weszła przemoknięta Lily. – Tak zaczynasz kolejny akapit. Portret na statku? Czy już w Hogwarcie?

- Frank zachowywał się zupełnie przyzwoicie zanim nie zakochał się w Alicji – uciął Remus. – Znamy jeszcze kilka takich męsko-damskich przypadków w tym właśnie pokoju… Weźmy na to choćby Rose. (...)
- Prawda, jeszcze nigdy nie widziałem Bartona w roli takiego przygłupa – przyznał niechętnie Eryk. – A znam go prawie całe życie. – Barton był z Williamem i resztą na statku. A teraz reszta jest gdzieś indziej, więc czy Barton został tam sam, czy poszedł z nimi, a jeżeli jest z nimi, to nie powinien czuć się chociażby dotknięty? Z nimi czyli z kim? Nie mam pojęcia, kto się znajduje w pomieszczeniu!

Sześćdziesiąty drugi rozdział, wszyscy się przyjaźnią, trzymają w jednej grupie, a ja wciąż uczestniczę w rozmowach typu:
- Serio? – zapytała z niedowierzaniem. – Od kiedy ty mnie właściwie lubisz, Potter?
James uśmiechnął się do niej szeroko.
- Zawsze cię lubiłem, Rose – przyznał radośnie. – I ty też zawsze mnie lubiłaś, ale po prostu nie zdawałaś sobie z tego sprawy.


- No już – odparł wesoło, zezując w stronę okna. – To ja spadam do Lochów, obiecałem Lily, że potem pomogę jej z Obro…
Wstając z kanapy szybko wyprostował nogi i siedząca mu do tej pory na kolanach Britain gwałtownie wyrzuciła przed siebie ręce (...) – nie sądzisz, że jeżeli scena już trwa ileś czasu, a Potter wypowiedział już kilka kwestii, to o obecności Brit powinniśmy dowiedzieć się wcześniej?
Eryk pomaga wstać dziewczynie z podłogi, a James przez kolejną scenę zastanawia się, dlaczego zrzucił swoją dziewczynę z kolan, jakby zapomniał o jej istnieniu. Cóż, nie dziwię mu się. Istnieje prawdopodobieństwo, że jej tam nie było. Albo była. Podobno...

Spójrz jeszcze tylko na Eryka, potem na siebie, potem znowu na Eryka… i tym razem zatrzymaj na nim spojrzenie na [zbędne: na] nieco dłużej, kto wie, może nawet nauczysz się jakiś manier. – Jakichś.

Przeszedł przez Wielki Pokój, uśmiechając się od ucha do ucha i sztucznym gestem kręcąc w niedowierzaniu głową, ale gdy tylko minął portret Grubej Damy, mięśnie jego twarzy natychmiast ułożyły się w zupełnie zagubiony wyraz. Przez co przeszedł? Coś takiego nie istniało.

Zapomniałem, że siedzi na moich kolanach.
Otworzył oczy w wyrazie kompletnego zaskoczenia.
Po drugiej stronie ściany, doszedłszy do dokładnie tego samego wniosku, Dorcas i Remus nieśmiało wymienili między sobą pełne samozadowolenia uśmiechy. – Uśmiechy pełne zadowolenia. Chyba że uśmiechy same były od siebie radosne, bez wpływów właścicieli twarzy...
Ech, nie wierzę. I za bardzo nie wiem, co przeczytałam. To znaczy jasne, spodziewałam się intrygi, bo takowa była zapowiedziana, ale to przekracza moje pojęcie. Chcesz mi powiedzieć, że szesnastolatkowie jakąś czarodziejską sztuczką wpłynęli na umysł Pottera, że się potem tak podejrzanie cieszą, czy raczej on naprawdę zapomniał, że ma Britain na kolanach? I jak można w ogóle o czymś takim zapomnieć, przecież czujesz ciężar, masz przed sobą czyjeś ciało… Rety. W sumie to teraz nie wiem, czy Remus i Dorcas mieli swój udział i wpłynęli na trzeźwy umysł Jamesa, czy Potter jest kretynem. Morya, to nie jest śmieszne, że w głowie mam same chyba.
Scena Syriusza i Edith pusta. Nic nie wniosła. dowiedzieliśmy się, że pada deszcz, a dziewczyna jest smutna – tyle, a wykorzystałaś do tego ponad dwa tysiące znaków. Dopiero fragment z patronusem Lily zrobił na mnie dobre wrażenie. Było naprawdę naturalnie, spodobało mi się również zakończenie. Urwałaś w chwytliwym momencie. Na plus.

Mocniej zacisnęła palce na różdżce, ale to też nie pomogło – zupełnie tak jak za pierwszym, drugim, i pięćdziesiątym ósmym razem. Zaklęcie Patronusa jest tak wyczerpujące, że ćwiczenie go pięćdziesiąt osiem razy z rzędu jest niemożliwe.


Rozdział 63 – Lily Evans dowodzi swojej niewinności
O! Startujesz konkretną akcją. W końcu mamy dawno zapowiedzianą scenę dalszej części turnieju w Zakazanym Lesie. Powoli zaczynałam tęsknić za Vanillą, więc cieszę się, że to od niej zaczęłaś, ale… Skoro nie było jej tak dawno w historii, a ostatni raz kilka rozdziałów temu ktoś wspominał o jej poważnej depresji, to czy w ogóle powinna w takim stanie uczestniczyć w rozstrzygającej konkurencji? To niepoważne.
Potem urywasz, cofamy się o jeden dzień, z dialogu dowiadujemy się, że był jakiś mecz quidditcha, a Eryk znów miał wypadek.

James obrócił się na pięcie, kończąc, sądząc po jego szelmowskim uśmiechu, nie do końca poważną rozmowę z Peterem i zamieniając uśmiech na nieco bardziej poważny, skinął w stronę Lily głową. Ta zmiana uśmiechów Jamesa mnie przeraża.

- Zaklęcia, Lily, też w porządku – zbył ją szybko, jakby zbyt ciekawy, do czego w ogóle zmierza ta seria pytań. – Śpiewam, tańczę, latam na miotle i gram na harmonijce. Czasami odstawiam stand-upy, ale pozwy po nich zupełnie opróżniają mi kieszeń. – Ta odpowiedź jest w stylu Jamesa Pottera, ale szczerze wątpię, że w latach 70 w Brytanii i w świecie czarodziejów stand-upy (i pozwy po nich, bo niby gdzie? do Ministerstwa Magii?) były popularne. Albo w ogóle istniały jako forma rozrywki.
W ogóle uczucie Lily do Jamesa (i odwrotnie: Jamesa do Lily), które starasz się nam wmówić, jest kompletnie wymuszone. Wcześniej bohaterka zawracała sobie głowę Williamem, a Potter przecież cały czas ma dziewczynę i gdyby chciał z nią zerwać, to przecież zrobiły to w sytuacji wybierania składu do reprezentacji qudditcha, a nie godził się z nią wtedy i nadal spędzał z nią (podobno) czas.

– Idź do swojego chłopaka i wtajemnicz Bartona. Może się zgodzi, jak po prosi [łącznie] dziewczyna. A my w tym czasie – wskazał na siebie i Jamesa. – Będziemy kontynuować ten… no… bonding.
Jego najlepszy przyjaciel spojrzał na niego z obrzydzeniem.
- Nigdy w życiu się na to nie pisałem, Łapa.
- Serio? Myślałem, że robimy to co weekend.
Od kiedy Barton jest chłopakiem Lily? Poza tym… Bonding to metoda odbudowy zębów za pomocą nowoczesnych żywic kompozytowych bez ingerencji w tkanki zęba w celu nadania złamanym lub zniekształconym koronom, ładnego i równego wyglądu [źródło]. Dlaczego niby chłopaki co weekend mieliby odbudowywać sobie zęby?

William otworzył drzwi do kajuty i szerokim gestem ręki wskazał jej, żeby zajęła którąkolwiek z leżących na podłodze puf.
- Cześć – powiedziała Lily, wspinając się na palce, żeby go pocałować, ale on z jakiegoś powodu – przez nieuwagę lub po prostu po to, żeby się z nią drażnić – odsunął się. Uczniowie Durmstrangu przybyli na Turniej Trójmagiczny (w Twoim przypadku na Turniej Jednoroczny) statkiem, w którym potem spali – dowiedziałam się tego z… Internetu. Mogę też zobaczyć scenę ze statkiem w filmie bądź przeczytać fragment Czary Ognia, ale nijak nie da się tej informacji wydobyć z Twojej historii. Nie uważasz, że powinnaś wcześniej ładnie opisać ten statek, wpleść go w tekst, gdy Bułgarzy przybili do Hogwartu? Pokazać go sceną, przedstawić jego lokalizację na terenie szkoły i zasady, które na nim panowały (a może Lily czy Rose nie mogłyby tam wejść ot tak, przecież to męski statek, reprezentanci Durmstrangu na pewno mieli swój regulamin oraz opiekunów)? Natomiast Ty jakby nigdy nic piszesz o tym, że ktoś jest w kajucie teraz, nagle, w sześćdziesiątym którymś rozdziale, i to tak bez wytłumaczeń. Znajomość treści Czary Ognia nie usprawiedliwia braku opisów. Patrz, jakie zamieszanie! Od dwóch rozdziałów Twoja czytelniczka nie wie, o co chodzi i nie wiedziałaby dalej, gdyby na własną rękę nie zaczerpnęła informacji z sieci albo nie powiedziałyby jej inne oceniające. I mogłybyśmy usunąć tę część oceny, aby pokazać, że mamy w grupie oceniające bardzo dobrze znające kanon, ale nie zrobimy tego specjalnie, abyś widziała, że nie wszyscy muszą wszystko wiedzieć bądź dokładnie pamiętać o uniwersum, a Ty po raz kolejny zaniedbujesz własną historię i rozczarowujesz.

Zamiast tego wzięła głęboki oddech i powstrzymała myśli, które odruchowo rozpoczęły dochodzenie co do tego, jakimi dokładnie roślinami pachniały ręce Willa.
Pachniały ładnie. Tyle się liczy.
- Uspokoję – powiedziała cicho.
William uniósł się lekko i pocałował ją w czubek głowy. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się lekko, rozkoszując się tą ciszą, która zaległa teraz w jej głowie. – A więc jednak chłopakiem Lily jest William. Okej. Już? Dość szybko. Nawet nie zauważyłam, od kiedy oni tak oficjalnie… Dziwne, że Evans przy nim się uspokaja i cieszy romantyczną chwilą, ale to przy Jamesie, myśląc właśnie o Jamesie, wyczarowuje patronusa. Znów mieszasz, bawisz się uczuciami swoich bohaterów na ich niekorzyść i robisz z nich puste manekiny, które muszą realizować wszystkie te Twoje poplątane, bezsensowne wizje.

Kto by pomyślał, że z Lily i Syriusza zrobi się taka szatańska parka. – Ale… to… był… pomysł… Lupina. I padł już trzynaście rozdziałów temu:
- Dowiemy się – odezwał się powoli Remus. – Co powiecie na nieoficjalny rewanż w Zakazanym Lesie?

- Ale pani profesor – odparł, już właściwie nawet nie tyle przestraszony, co pełen wyrzutów. – To wszystko pomysł Evans i Blacka! – Mhm, już widzę, jak James sprzedaje u dyrekcji najlepszego przyjaciela i przyszłą ukochaną.


Rozdział 64 – Rose Wing przyznaje się do głupoty
Vanill była ślepa. – Była już Van i V., ale Vanill? No to zaszalałaś z takim skrótem…

Poraz kolejny (jak w przypadku sceny pocałunku Lily i Jamesa) przygotowałam sobie w trakcie czytania spory kawałek strony o tym, jak bardzo nieodpowiedzialnych bohaterów kreujesz (bo przecież przeprowadzanie rewanżu turniejowego w Zakazanym Lesie na ślepo to pomysł wręcz debilny – tak, takiego słowa użyłam), ale musiałam to usunąć. Błonia zamiast Zakazanego Lasu i impreza urodzinowa Vanilli zamiast rewanżu wypadły zaskakująco na plus. Potrafisz nabierać czytelników i znów udowodniłaś (szkoda, że robisz to tak rzadko), że potrafisz operować słowem, gdy Ci zależy na czytelniku i jego reakcji. Bo gdy opisujesz nic nie warte scenki i dialogi, to sama wiesz, że bywa różnie. Chociaż teraz też nie obeszło się bez fragmentów typu:
- I dla nas Gryfonów też, bo jesteśmy zawodowymi alkoholikami, tak, tak, wiem – mruknął niezadowolony.
Albo:
- James i Barton będą się pojedynkować na zaklęcia niewerbalne. Tak strasznie nakręcili się na ten temat… no wiesz, „kto ma większą różdżkę” i takie tam…
Chociaż w sumie kończysz opowiadanie imprezą, ale żadnej dawno nie było, więc jestem w stanie przymknąć na to oko.

- Przesuwamy się? – zapytała przez prawie zupełnie zaciśnięte zęby.
Syriusz drgnął.
- Jasne – odparł jak wyrwany z letargu i zatoczył ręką szeroki gest. – Ku stołowi z alkoholem, widzę, że nadal kręcisz się bez drinka. Te litry alkoholu w Hogwarcie…

- Dziki wielkie jak indyki na święto dziękczynienia! – zagrzmiał Potter. Dziwne, że James rzucił tym porównaniem, skoro Dzień Dziękczynienia to święto obchodzone w USA, w dodatku mugolskie...

- CHOLERA JASNA, BRITAIN!
James przerwał w pół zdania i cała trójka natychmiast obróciła się przez ramię.
Edith wyrzuciła w górę ręce, najwyraźniej zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak głośno wykrzyczała ostatnie zdanie. Britain miała szeroko otwarte oczy.
- Edith, ja tylko…
- Pomyśl, że może raz, RAZ W ŻYCIU, nie mam ochoty słuchać o twoich nieistniejących problemach! – Ja też nie mam ochoty, ale czytać takich bzdur. Znów nie dajesz dowodu na to, że Britain robi coś źle, po prostu nagle wpychasz nieprawdopodobne słowa w usta Edith, którą Britain zawsze lubiła i teraz nie miała powodu, by się tak perfidnie zachować. Chyba że to Dorcas i Remus znowu coś kombinują, to wtedy zwracam honor. I cieszę się, nie masz pojęcia jak się cieszę z postąpienia Jamesa.

- Chodź – powiedział, odwracając się i łapiąc Britain za rękę. – Chodźmy stąd.
Zobaczył, jak stojący za plecami Edith Syriusz przyciąga ją do siebie, i jak jej pewność siebie pryska jak bańka mydlana.
- Co się stało? – wyszeptał Black w stronę ucha Edith. – Syriusz był świadkiem tej sytuacji. Jak to możliwe, że nie słyszał krzyku Edith, która mówi Caps Lockiem?

Dalej okazuje się, że Britain chciała porozmawiać z Path o swoim uczuciu do Jamesa:
- Gdybyś czuł do mnie to samo, odpowiedziałbyś mi od razu – uśmiechnęła się do niego lekko. – Nie oczekuję od ciebie tego, że zaczniesz mi teraz tłumaczyć swoje uczucia – dodała szybko wobec jego otwierających się ust. – To zupełnie naturalne. Ty jesteś na takim etapie, na którym jesteś, a ja… ja czuję akurat to. I znowu, nie chodzi mi o to, żebyś mi odpowiadał. Po prostu chciałam… chciałam, żebyś wiedział. I właśnie na ten temat chciałam się poradzić Edith. Tym bardziej nieprawdopodobne było zachowanie jej (podobno) przyjaciółki. Przecież Path uwielbia sensacje, czyjeś miłosne ceregiele, wtrącanie się w nieswoje sprawy, decydowanie za ludzi i swatanie! Dlaczego odebrałaś jej charakter na rzecz tej jednej sceny? Jeżeli ma to związek z ostatnim smutkiem i Syriuszem – za słabo to nakreśliłaś, aby połączyć te dwie sprawy, bo przecież Edith dobrze bawiła się na imprezie. Wyglądało to raczej tak, jakbyś uwzięła się na Brit i w jakikolwiek sposób chciała wmówić mi, że dziewczyna jest irytująca. Cóż. Irytująca, to jest do tej pory Edith – Twoja ulubienica i główna merysujka.
Nie rozumiem też miłości Britain. Kiedy niby dziewczyna zakochała się na poważnie w Potterze, skoro koleś w ogóle nie spędza z nią czasu, a gdy wykrzyczał z miłości jej imię na boisku, to wtedy ona nie była jeszcze pewna? Ich uczucie się nie rozwijało, więc emocje Brit teraz też są kompletnie od czapy. Pisałam Ci już, Morya, że mieszasz. Cholernie mieszasz, byleby było, byleby coś się działo w opowiadaniu, cokolwiek, nawet jak nie ma to sensu i prawa bytu, nie wydaje się realne i nie jest dobrym pomysłem na wątek. Ale najwyraźniej lubisz kombinować i potem wychodzą z tego same wątpliwe, problematyczne kwestie. Jak ta.

Leżąca obok na plecach Rose zdawała się w ogóle nie zwracać uwagi na to, jak bardzo niewygodnie i nieprzyjemnie właściwie jest organizować nocowania w lesie o tej porze roku, co tylko – znając jej zawsze zbyt wysokie wymagania – podkreślało, jak bardzo usilnie próbuje sobie ułożyć swoje myśli w głowie. Dopiero była mowa o niebezpieczeństwie przebywania w Zakazanym Lesie...

Rozmowa Rose z Remusem dojrzała, przyjemna. Szkoda tylko, że Rose już któryś rozdział próbuje się usprawiedliwić, tłumaczyć, to wszystko dzieje się w dialogu, to wszystko jest powtarzalne, nudne, że ma się ochotę przescrollować te flaki z olejem. A na końcu tej sceny nie dzieje się nic zaskakującego. Rose po raz n-ty dziękuje Remusowi i to by było na tyle. 
Nareszcie!


  
PODSUMOWANIE
Zacznijmy od sprawy prostej, czyli...


TECHNIKALIA
niepoprawny zapis dialogów tutaj znajdziesz poradnik: KLIK;
niepoprawne cudzysłowy;
mylenie dywizów z myślnikami (również w niektórych tytułach rozdziałów);
brak justowania;
mieszana interlinia;
mieszany rozmiar czcionki;
gubienie wcięć akapitowych;
za częste akapity (rozstrzelony tekst)...
…lub brak odstępów między nimi (zbita ściana tekstu).

Takie olewactwo, jeżeli chodzi o bloga, którego prowadzisz już tyle czasu, to jakaś kpina. Pal licho justowanie albo interlinię, które tylko sprawiały, że bolały oczy (!), ale problemy z akapitami bardzo często wpływały na utratę kontekstu w czytanych scenach albo kłopoty z odnalezieniem się w tekście, zrozumieniem przekazu. Blog prawie dekadę wisi w sieci, a naprawdę nie możesz znaleźć dnia, aby to wszystko ujednolicić, poprawić? Coś ciężko nam w to uwierzyć. Jakbyś wystawiała w stronę czytelnika środkowy palec.


POPRAWNOŚĆ
liczne powtórzenia;
nadużywanie zaimków;
nadużywanie imiesłowów;
nieużywanie wołacza (np. Syriusz -> Syriuszu; Remus -> Remusie; Severus -> Severusie); wprawdzie nie jest to jakoś mocno wymagane, ale właśnie tak tłumaczono w książkach Rowling i przyzwyczajenie wzięło tu górę; Twoja forma wydaje się nienaturalna i tworzy wrażenie niesympatycznie zwracających się do siebie bohaterów;
różnoraka odmiana imienia: Alice/Alicja;
brak przecinków (przed wołaczem i z biegiem rozdziałów przy imiesłowach, czasem przed spójnikami, przy wtrąceniach i dopowiedzeniach, np. przekleństwach);
gubienie podmiotów (szczególnie na początku opowieści);
niepoprawny zapis liczb;
pleonazmy;
literówki;
czasem udziwniony szyk wyrazów w zdaniu;
rzadkie błędy ortograficzne i problemy z fleksją.

Tutaj należy Ci się pochwała, no może poza powtórzeniami i zaimkami. Jeżeli chodzi o podsumowanie wszystkich rozdziałów, to było zaskakująco dobrze. Niewiele z cytowanych fraz dotyczyło jedynie błędów związanych z brakiem poprawności. Oczywiście nie wypisywałyśmy wszystkiego, bo ocena zajęłaby nam więcej czasu i byłaby znacznie obszerniejsza, ale i tak cieszymy się, że przez większość tekstu przecinki były na swoim miejscu, a zdania pod względem technicznym nie utrudniały odbioru. To Twoja mocna strona i tym bardziej źle to wygląda, kiedy autor, który potrafi pisać i zna zasady językowe, ma problemy w wielu innych kwestiach, które wyszczególnimy w kolejnych punktach. Problemy nie wynikające raczej z braku wiedzy, a lenistwa czy olewactwa. Jakbyś marnowała swoje umiejętności.


STYL
NARRACJA:
różnorodność w prowadzeniu narracji (obecność wielu perspektyw w tekście, próby zabawy różnoraką narracją – chociaż ze słabym skutkiem);
utrzymanie jednego czasu narracji;
head-hopping (nieumiejętne skakanie w jednej scenie między punktami widzenia wielu bohaterów, mylenie perspektywy skutkujące gubieniem się czytelnika);
odbieranie podstawowej wiedzy o świecie narratorowi wszechwiedzącemu (prowadzanie sztucznej tajemnicy);
mieszanie narratora wszechwiedzącego z mową pozornie zależną bohaterów w jednym akapicie (brak możliwości odróżnienia ich od siebie);
niejednolita stylizacja narratora wszechwiedzącego (poetycka, kwiecista, kolokwialna, młodzieżowa).

OPISY:
streszczenia wydarzeń (głównie za pomocą dialogów bądź narratora);
nikła liczba opisów (brak świata przedstawionego – szczególnie kulał pod tym względem przepływ informacji o miejscu akcji, z biegiem czasu malała też liczba opisów wyglądu bohaterów, jakbyś czuła się zwolniona z pisania opowiadania na rzecz dialogów);
brak opisów faktów kanonicznych (jakby filmy i książki zwalniały z obowiązku opisywania);
ciągła powtarzalność opisów zachowań bohaterów, głównie przy dialogach (uśmiechanie się jako efekt radości, wyłamywanie palców jako efekt zdenerwowania, wytrzeszczanie oczu jako efekt zaskoczenia, opuszczanie głowy jako efekt smutku itp. – brak oryginalności opisów zewnętrznych zachowań bohaterów);
ekspozycje (tłumaczenie zachowań bądź odczuć bohaterów, suche i puste opisywanie ich w narracji lub za pomocą dialogów ekspozycyjnych zamiast pokazanie ich sceną – artykuł TUTAJ);
datowanie rozdziałów (zabieg zbędny w wybranej formie literackiej – zastąpienie umiejętnie skonstruowanych i obrazowych opisów czasu akcji, typowe pójście na łatwiznę).

Obowiązkowo zajrzyj tutaj: KLIK.
I tutaj: KLIK.
Praktycznie wszystko było nie tak – zabrałaś się za pisanie, nie bacząc na to, że istnieją w ogóle jakiekolwiek typy narracji i mają one swoje wymogi. Często miałyśmy też wrażenie, że los czytelnika jest Ci kompletnie obojętny – wielokrotnie powtarzałyśmy to przy uwagach odnośnie ekspozycji, kiedy o wszystkim pisałaś wprost, nie dając nam możliwości do analizowania zachowań bohaterów czy streszczając wydarzenia, które nie miały tak naprawdę miejsca w fabule. Poprawna narracja, przemyślana stylizacja językowa oraz dobrze skonstruowane opisy (ale nie tylko opisy przyrody i na pewno nie zwielokrotnione ekspozycje odczuć bohaterów) pozwalają wczuć się w fabułę opowiadania – jaka by ona nie była, ale o tym niżej – oraz są w stanie udźwignąć ciężar niedopracowanych sylwetek psychologicznych. Tak że wiesz, mogłybyśmy nawet przejść obojętnie obok pustej Rose, ale tylko, jeżeli Rose poruszałaby się po dobrze skonstruowanym, żyjącym tle pełnym opisów niezmąconych ciągłą zmianą perspektyw narracyjnych; poruszałaby się po tle i brała udział w wydarzeniach, a nie jedynie streszczała je dialogiem bądź rozmyślała o tym, co niby miało już miejsce, a co tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło w fabule. Męcząca była jednak Rose, która powtarzalnymi ruchami dawała o sobie znać w czasie dialogów. Co innego miała za każdym razem w głowie, ale zewnętrznie niczym nie zaskakiwała. Przy czym Rose to oczywiście tylko przykład. Mogłybyśmy napisać tu o każdym innym bohaterze, lecz sens wciąż pozostanie ten sam.
A teraz spójrz na to z drugiej strony. Wyobraź sobie genialną, innowacyjną fabułę o Remusie, który nagle przestaje być sobą, ale jest to tak oryginalny pomysł, że aż kusi, by od razu zasiąść do czytania. I teraz pomyśl, że produkcja o takim Remusie jest paskudnie chaotyczna i niedopracowana, a styl całości sprawia, że nie da się tego czytać, nieważne, jak bardzo broniłby się sam pomysł. Kiedy podstawowa kwestia, ten Twój kamień węgielny – narracja – zawiera błędy, opisy istnieją tylko Twojej głowie (bo tam są jasne, przecież wyobraźnia autorska działa, więc niby dlaczego inni tego nie widzą, nie czują?), a ekspozycje zastępują sceny, to żadnego opowiadania nie będzie dało się czytać – dobrego czy złego fabularnie. Lecz kiedy do tego dochodzi faktycznie taka fabuła, jaką sobie wymyśliłaś, no to... Przejdźmy może od razu do części o niej:


FABUŁA
imperatyw narracyjny (ważny artykuł – KLIK);
klisza (przewidywalny kicz fabularny na przestrzeni większości tekstu – Romeo i Julia, prowadzenie miłosnych, na siłę utrudnianych wątków, typowe dla ff o Huncwotach rozwiązania, tj. Syriusz Pierwszym Rozpłodowcem opcia, Peter nie istnieje);
niezgodność z kanonem (przykłady: pomieszane stanowiska w quidditchu, mecze w trakcie Turnieju, zaniedbany kalendarz szkolny, bohaterowie, których nie powinno być – np. Malfoy, Goyle; kwestia dormitoriów, hasła do pokoju wspólnego, rozmieszczenie pomieszczeń w szkole, strój do qudditcha i wiele innych, wymienionych wyżej);
brak researchu (przykłady: Latający Potwór Spaghetti, Słoneczny Patrol, odzież damska plażowa, zachowania i styl wypowiedzi młodzieży lat 70);
opieranie wydarzeń na tych z serii Rowling (przykłady: Turniej, picie płynu z misy, użycie Confundusa w trakcie meczu, Eryk-Alexa vs Ron-Lawender, podrzucenie eliksiru miłosnego, jedyna scena w cieplarni, bogin-dementor);
impreza za imprezą imprezą pogania (raczej na początku historii);
mizianie, alkohol, randki (nie, wbrew pozorom to nie jest ani fajne, ani interesujące);
brak odpowiedzialnej i zainteresowanej kadry nauczycielskiej w szkole;
zaawansowane mugolstwo (zapominanie o czarach, rozmawianie o typowo mugolskich kwestiach, mugolski obóz, wykorzystywanie mugolskiego języka, mugolskie ubrania, mugolska muzyka i kinematografia, mugolskie choroby);
brak tła fabularnego spoza Hogwartu jakby życie poza szkołą nie istniało (nie wiadomo niczego o sytuacji dojścia do władzy Lorda Voldemorta i nie wiadomo, po co jednorazowy wątek Daniela zaatakowanego przez śmierciożerców – łatwiej byłoby już chyba udawać, że zło wcale nie istnieje);
brak jakiegokolwiek tła (każdy wątek jest głównym planem);
rozpoczynanie wątków akcją i kończenie ich streszczeniem dialogowym (robienie nadziei czytelnikowi na ciekawą akcję, którą potem szybko tłumaczono/streszczano);
przeciąganie wątków na siłę;
zapominanie o wątkach i bohaterach;
długość (grubo ponad połowę treści można by spokojnie wyciąć i nie zmieniłby się sens fabularny);
dobry prolog;
kilka udanych scen wprowadzanych przez zwrot akcji (sen Lily, walka Jamesa z Jaszczurem, urodziny Vanilli).

Definicje imperatywu, zarzucana klisza i wszędobylski kicz, a także niezgodność z kanonem i brak researchu (obie kwestie wyjaśnione tutaj – KLIK) poruszałyśmy w ocenie już tyle razy, że nie ma sensu się powtarzać. To, o czym jeszcze nie wspominałyśmy, to na pewno uwaga odnośnie do braku podziału na wątki pierwszoplanowe, drugoplanowe oraz dalszoplanowe. Każdy wątek, problem, intryga oraz większa część bohaterów w Twojej historii należały do pierwszego planu – niestety nie da się pisać opowiadania o wszystkim, a nawet jeżeli teoretycznie się da, to wychodzi z tego kompletna katastrofa. W interesujących produkcjach albo autor skupia się na głównej postaci i jej psychologii, albo na wciągającej akcji, albo na problematyce rzeczywistości ogólnej, albo na jakiejś jednej ideologii – w każdym z tych przypadków reszta jest tłem, wypełnieniem. Ty nie wybrałaś jednej drogi, a pomieszałaś wszystkie. Jasne, że można pokazywać różne problemy, powiązać je, ale nadal musisz zaplanować, co jest główną ideą (i na czym ma skupić się czytelnik), a co dalszym planem tworzącym tło rzeczywistości. Ty wywaliłaś na powierzchnię wszystko, a w dodatku masz multum bohaterów. I chcesz, by to „wszystko” było najważniejsze, a wtedy przeważnie wychodzi tak, że nic nie jest.
Drażniące przez większość czasu było uczucie, że czytamy kompletnie niewartościowe pierdoły. Dosłownie – pierdoła – tego słowa używałyśmy wielokrotnie. Nie dlatego, by obniżyć Twoje morale, ale aby zwrócić uwagę na jeden z głównych problemów Twojej pisaniny – wybrałaś sobie za motyw przewodni tematykę w ogóle niezajmującą inteligentnego, myślącego człowieka. Każda z nas wychowała się na serii potterowskiej i darzy ją szacunkiem, a mimo że ma ona wiele niedociągnięć, to świat przedstawiony i bohaterowie przyciągają. Przyciągają magią, wyjątkowością, nietuzinkowością, ale również cała seria propaguje wartości takie jak wierność, przyjaźń, sprawiedliwość, odwaga, a seria nastawiona jest na akcję. Ty zabrałaś magię, odrzuciłaś akcję i powagę produkcji, szacunek do niej, a dodałaś gówniarstwio i wieczne dylematy miłosne ozdobione najczęściej przewidywalną i przenudną intrygą. Czasem zastanawiałyśmy się tak po prostu: dlaczego? Dlaczego ktoś robi coś takiego tej serii, dlaczego ktoś gwałci kanon, zabija sens i tworzy takie dyrdymały? Dlaczego ktoś tak psuje, Morya? Wybieranie sobie, co jest fajne w pisaninie Rowling (i zrzynanie z niej), a co nie (olewactwo kanonu) wychodziło nam już bokiem. Fragmenty o tym, że śmiesznie, bo ktoś zapomniał, że jest czarodziejem i ma różdżkę, i jest przede wszystkim człowiekiem, więc ma też mózg – okej, pośmiejmy się chwilę, ale ile można czytać opowiadanie w świecie potterowskim o amerykańskich hajskulach z młodzieżą o problemach pierwszego świata? No serio, Morya? Rasizm? Frywolność? Pochwała głupoty i braku empatii? Chwalenie demoralizacji? Propagowanie wątpliwej przyjaźni? Amerykanizacja? Weźmy pod uwagę, że Twoi bohaterowie mają piętnaście-szesnaście lat. I kiedy czytelnik na poważnie zaczyna zdawać sobie z tego sprawę, to okazuje się, że opowiadanie pozostawia po sobie jedynie niesmak.
Nie masz więc już nie tylko dopracowanego kamienia węgielnego jako podstawy, czyli narracji i wyczucia literackiego w postaci stylu, ale nie masz też żadnej wartościowej fabuły. A jak się ma sprawa z bohaterami?


POSTACI
natłok postaci (i brak podziału na pierwszoplanowe, drugoplanowe i dalszoplanowe);
wprowadzanie i przedstawianie postaci imieniem, nazwiskiem, domem, kolorem oczu i włosów, ewentualnie pochodzeniem;
zbyt wielu bohaterów w scenie wpływa na chaotyczność tekstu;
zbyt wielu bohaterów poznajemy w pierwszych rozdziałach (łatwo się mieszają);
charakteryzowanie bohaterów ekspozycjami bądź dialogami;
niekonsekwencja w kreacji bohaterów (na przestrzeni rozdziałów postaci zmieniają się bez wyraźnego powodu, nagle, często jednorazowo na potrzeby sceny – nie dzieją się wydarzenia, które mogłyby ich zmienić naturalnie, w wybrany przez Ciebie sposób);
brak wiarygodnych sylwetek psychologicznych (postaci są sztuczne, idealizowane – Mary Sue; chłopcy są przystojni, dziewczyny piękne, bohaterowie genialni i pseudointeligentni);
nowe postaci nienaturalnie szybko przyzwyczajają się do nowego otoczenia i nie przejawiają swojej odmienności (np. Bułgarzy, Edith, Vanilla – zero choćby łamanej angielszczyzny);
identyczność – zlewanie się postaci (prawie wszystkie Twoje postacie rozumują w ten sam sposób, przeżywają miłość i inne uczucia, reagują na wydarzenia, nie są wyjątkowymi indywidualnościami, stanowią zlepek typowych, randomowych cech);
identyczna stylizacja językowa bohaterów (wszyscy Twoi bohaterowie wyrażają się w ten sam sposób, używają podobnego języka, mówią bezbłędnie nawet jeśli pochodzą z innego regionu/kraju – brak stylizacji językowej: artykuł TUTAJ);
Generalizowanie (Często robią coś wszyscy bądź nie robi czegoś nikt);
Szufladkowanie (Gryfoni – zajebiści alkoholicy i najinteligentniejsi uczniowie, Ślizgoni – przebiegli kłamcy, Krukoni – straszliwi kujoni [ale Gryfoni i tak są mądrzejsi!], Puchoni – wiecznie mili nieudacznicy, Bułgarzy – mięśniacy i tępaki z ładnymi buźkami);
EDITH JAKO CELOWA KREACJA MARY SUE (celowa Mary Sue to strzał w stopę, nie bez powodu wszyscy od lat Ci trąbią o tym, że nie ma szans, by taka postać była znośna i nie drażniła czytelnika, nie psuła opowiadania);
DORCAS i VANILLA jako niecelowe kreacje Mary Sue;
Brak wątków Huncwockich (brak… żartów, ewentualnie streszczenia kilku);
Nieobecność czwartego Huncwota (Peter umarł, a Remus sam bawi się w strojenie żartów [których niemal nie ma];
Zmiana charakteru Remusa Lupina (oraz pomijanie jego wilkołactwa, poza jednym rozdziałem z sześćdziesięciu czterech);
Znikanie bohaterów (Snape, Maria, Violette, Chlorissa, Seth, Aleisso, Benjamin i inni);
McGonagall o trzech nazwiskach (i zupełnie zmienionym charakterze);
Dumbledore (który najpierw zwariował, a potem zniknął);
Niewytłumaczone nieudacznictwo Pani Pomfrey;
Wyszczekane dialogi;
Rasizm (!);
Teleportujące się do dialogów postacie (ktoś mówi, mimo że nie został wymieniony w opisie początkującym dialog, najczęściej tj. wymienianie imion ludzi w pobliżu);
Brak szacunku do siebie (szczególnie młodych dziewcząt – kreacja rozpuszczonych gówniar miziających się z kim popadnie, byleby zaskoczyć czytelnika);
ROSE (dziewczyna wykazująca się od początku względną inteligencją, z czasem zmieniająca ją w głupotę. Mając ukochanego, rzuciła go, aby przemacać się z Bułgarem, by następnie zdradzić go ze swoim przyjacielem, obrzydzając do reszty czytelników);
Brak czułości/reakcji na ból (swój gdy bohaterom dzieje się krzywda fizyczna bądź psychiczna, to tylko z tego heheszkują; czyjś – Rose i podniecanie się ledwo żywym Bartonem, Dorcas i zachowanie względem Frossa, gdy krwawił, korek w oku Williama i wiele innych);
prowadzenie narracji w sposób wymuszający na czytelniku lubienie/nielubienie danej postaci (narrator faworyzuje niektórych bohaterów, wybiela ich złe zachowania, a innych poniża bez dowodu fabularnego – np. Britain) oraz narzucanie zdania autorki czytelnikom poprzez tekst (np. eksponowanie lubianych bohaterów/pomijanie nielubianych, mimo ich ważnej roli w historii);
lekkie, humorystyczne dialogi (chociaż gdy wszyscy mówią jedną stylizacją i są tak samo wyszczekani, to wcale nietrudno je pisać).

Szczegółowe informacje odnośnie do bohaterów znajdują się w praktycznie całej ocenie. Podsumowanie dobitnie ukazuje, że masz problem nie tylko z kreacją interesujących, indywidualnych, złożonych jednostek pełniących wiele funkcji (stąd podejrzewamy ten natłok postaci – część miała tylko jedną rolę do odegrania, po czym znikała), ale również z utrzymaniem ich charakterów na przestrzeni tekstu (często nadając bohaterowi tylko jedną cechę; a nawet dwóm, trzem – jedną, taką samą). Oczywiście, że postaci mają prawo się zmieniać, ale Twoje robiły to najczęściej bez powodu; miałyśmy wrażenie, że większość nadanych im cech była randomowa, dopasowana na potrzeby sceny. Dodatkowo naprawdę bolesne jest to, że wszystkie Twoje postaci są TAKIE SAME i gdyby wyciągnąć z opowiadania dowolne cytaty, to nie byłybyśmy w stanie przyporządkować wypowiadanych słów do kogokolwiek – już nawet nie ze względu na jednakową stylizację językową, ale również przez prezentowanie podobnego sposobu rozumowania. To wynik pisania opowiadania za pomocą ekspozycji i przez umieszczanie bohaterów w podobnych sytuacjach, oddawanie im podobnych wątków (głównie miłosnych) i faszerowanie ich tymi samymi uczuciami. Do tej pory niektóre oceniające mają problem z imionami i nazwiskami, ale praktycznie żadna z nas nie pamięta, aby jakikolwiek bohater czymś się wyróżniał, posiadał charakterystyczną cechę, a wygląd Twoich postaci kojarzymy tylko z odpowiedniej zakładki, która bardzo często ratowała nas z opresji i pomagała zrozumieć tekst – jednak na tamtych zdjęciach część bohaterów jest za stara, aby odegrać rolę piętnasto-szesnastolatków.

Chciałybyśmy poruszyć również pewną kwestię. Przeglądając komentarze, natknęłyśmy się na to: 


Uwierz, Morya, to nie do pomyślenia, żebyś nie wiedziała, ile lat mają TWOI bohaterowie po napisaniu (wtedy) CZTERDZIESTU rozdziałów. O ich wieku wspomniałaś dopiero w sześćdziesiątym którymś, i jedynie chyba dlatego, aby rozwiać wątpliwości. Tylko powiedz, jak mogli mieć piętnaście lat? Byliby w klasie piątej i przygotowywali się do SUM-ów, które już zaliczyli podobno. A w siódmej? OWUTEM-y się kłaniają. No i sama pisałaś o egzaminie z teleportacji, który zdaje się na szóstym roku, więc to chyba LOGICZNE, że muszą być własnie w tej klasie.


INNE
autorskie tłumaczenia fabuły tekstu w komentarzach czytelnikom, którzy nie zrozumieli rozdziału/mieli problem ze zrozumieniem sceny (zamiast naniesienie poprawek do tekstu właściwego);
konieczność zaglądania do zakładki ze streszczeniami rozdziałów (rozdziały nie są same w sobie wystarczające, opowiadanie jest niejasne);
streszczenia rozdziałów 8-10 zamiast opublikowanie tekstu właściwego;
niezachęcający szablon bloga oraz niewyjustowany tekst w prawej kolumnie;
BRAK PROGRESU – a nawet spadek poziomu na przestrzeni LAT;
Tanie tytuły rozdziałów (część to brzydkie spoilery dla czytelnika-idioty).

Z ponad siedemdziesięciu (!) wymienionych w podsumowaniu kwestii (chociaż ocena zawiera dużo, dużo więcej konkretnej wiedzy o opowiadaniu; nie o wszystkim też przecież pamiętałyśmy, pisząc końcowe zestawienie) tylko pięć uwag to uwagi pozytywne (). Sama ocena ma ponad sto osiemdziesiąt stron A4, a jej treść jest niewątpliwym dowodem, że Boso po mokrej trawie jest blogiem fatalnym (z plusem za poprawność).
Po sześćdziesięciu czterech rozdziałach czytelnik powinien już chociaż w jakimś stopniu przywiązać się do bohaterów, zżyć z nimi i zatęsknić, jednak nie w tym przypadku. Nie czerpałyśmy praktycznie żadnej przyjemności z czytania i nie możemy polecić tej historii innym blogerom, no chyba że jako przykład bloga o mocno zmarnowanym potencjale. Ponieważ technicznie nie wypadasz słabo – nie wymieniłyśmy przesadnie wielu błędów językowych – ale niestety merytoryka treści, jej konstrukcja i kreacja bohaterów, wybrane wątki oraz wiedza o tym, że piszesz przecież fanfiction o nastolatkach z uniwersum potterowskiego… Nie udało się. Przez większą część oceny w głowie przewijała nam się kwestia z tego gifa, wypowiadana w Twoją stronę:


Jednak najbardziej niezrozumiały jest dla nas fakt, że przez te sześćdziesiąt cztery rozdziały nie widać praktycznie żadnego progresu. Styl zatrzymał się w miejscu, a błędy fabularne i logiczne tylko się mnożyły; znalazłyśmy u Ciebie praktycznie każdy rodzaj błędu literackiego, o którym kiedykolwiek słyszałyśmy. Nie jest to historia, która na tym etapie wymagałaby szlifu, kilku poprawek. Obecna wersja nadaje się do kosza; aby cokolwiek z niej wyciągnąć, należałoby zostawić jedynie prolog i zabrać się za pisanie od nowa.


Podziękowania dla Hiroki i NieFikcyjnej za solidną betę oraz wsparcie mentalne. :)
Prosimy publikować komentarze pod pierwszą częścią oceny – TUTAJ.

Aktualności

Blogi zgłoszone w 2016: 2
For otworzyła swoją kolejkę.
Znajdź nas na Fejsie – KLIK
Szablon stworzony przez Agatę

Archiwum

© Design by Agata from Król Trefl & WioskaSzablonów
Script ScrollToTop | Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY.